Kwitnąc na zgliszczach Małgorzata Krokosz 8,0

"𝕂𝕨𝕚𝕥𝕟𝕒̨𝕔 𝕟𝕒 𝕫𝕘𝕝𝕚𝕤𝕫𝕔𝕫𝕒𝕔𝕙" - Małgorzata Krokosz
Wydawnictwo @weneedyabooks
☕☕☕/5
"We Floris kwiaty były niebezpieczne, dawały nadzieję, a nadzieja stanowiła walutę znacznie cenniejszą niż żetony."
Zostałam zachęcona przez opis książki. Choć na początku książka mi się podobała, to niestety po pewnym czasie historia zaczęła mnie nużyć.
Fabuła skupia się na nastoletniej Silvie, która dorasta w świecie po apokalipsie, gdy natura zmęczona ludzkimi poczynaniami w końcu wzięła odwet. Garstka ocalałych żyje w enklawach, a władze nad światem przejęła złowroga organizacja, Front Oczyszczenia, która tępi mutanty, czyli zombie sterowane przez naturę, oraz hybrydy, ludzi, którzy urodzili się z powiązaniem z naturą. Silva ma tą przypadłość, że sama jest hybrydą, a matka dziewczyny, robi wszystko by zapewnić jej bezpieczeństwo.
Kurde to naprawdę miało potencjał. Czytając tą książkę, zwłaszcza na początku czułam klimat "The last of us". Niestety po pewnym czasie, zauważyłam, że mało tu się dzieje. Momenty, które stanowią zagrożenie dla bohaterów lub poprostu coś się dzieje, można policzyć na palcach jednej ręki i głównie dzieją się one w 2 rozdziałach z przeszłości bohaterów.
Tu muszę jednak przyznać, że styl pisarski Krokosz jest bardzo dobry. Każdy opis dobrze obrazował wszechogarniającą beznadzieję, świat zdewastowany przez naturę.
Co do bohaterów, mam mieszane uczucia. Chyba najbardziej polubiłam Patricka, w jego perspektywie (co prawda książka jest napisana w 3 osobie),dzieje się najwięcej. Dostajemy wgląd w jego przeszłość, która przepełniona jest bólem i utratą sensu życia. Jeśli chodzi o Silvę, nie polubiłam się z nią. Naprawdę, dawno nie czytałam o tak lekkomyślnej postaci, która robi co może by zagrozić nie tylko sobie, ale także własnej matce. Scena z krokusami mnie rozwaliła, jakby girl, po co to brałaś. Polubiłam za to matkę Silvy - Annę. To niezwykle mądra kobieta, która robi co może by chronić tożsamość swojej córki. Dodatkowo jest też bardzo troskliwą, ciepłą osobą. Ben i Derek w sumie byli mi obojętni. Front Oczyszczenia, pojawia się dopiero na ostatnich 50 stronach, co trochę odbiera poczucie większego zagrożenia dla postaci, a już zwłaszcza dla głównej bohaterki. Dodatkowo niektóre wątki zostały jedynie napoczęte, albo urwane, a wydają się naprawdę ciekawe, jak np. mutanty, no kurcze zombie, które są sterowane przez rośliny, to brzmi naprawdę dobrze, szkoda że autorka nie rozwinęła tego wątku, a przez pół książki zajęła się jakimś ogromnym krabem ludożercą, który w sumie jest w tej książce, bo jest, a finalnie jego wątek też urywa się ni stąd, ni zowąd.
Końcówka ratuje sytuację, pojawia się zapowiadany wróg i... O matko to było świetne. Myślę że gdyby książka przyjęła od początku taki zamysł, byłaby o wiele lepsza.