-
Artykuły
Literacki fenomen z Zurychu. „Lázár” hitem roku i międzynarodowym sukcesem!
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Najpierw książka, później film - nadchodzące ekranizacje (30.04)
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Przeczytaj fragment nowej powieści szpiegowskiej Roberta Michniewicza!
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Premiera 8 maja! Wygraj bilet na seans filmu „Sprawiedliwość owiec”
LubimyCzytać12
Literatura serialowa – „Ania, nie Anna”
Ania Shirley, literacka córka Lucy Maud Montgomery, jest rezolutna, choć również nieco roztrzepana. Emocjonalna, ale też bardzo – zwłaszcza jak na swój nastoletni wiek – dojrzała. Po prostu nieprzeciętna. Sugestywnie przekonywała o tym kanadyjska pisarka, a utrwalił to serial „Ania, nie Anna”.
Zielono mi, zielono im!
W jaki sposób zbudować dom? Rozumiany jednak nie tylko jako konkretne miejsce, cztery ściany, w których znajdziemy schronienie, bezpieczną przystań. Przestrzeń wypełniają bowiem bliscy sobie ludzie. Członkowie rodziny. Niekoniecznie tej samej krwi. W swojej powieści Montgomery zapisała przecież historię rudowłosej dziewczynki, która stała się adoptowanym dzieckiem Mateusza i Maryli Cuthebertów. Niezamężne rodzeństwo początkowo chciało przygarnąć chłopca, jednak los Ani był po prostu wpisany w świat Zielonego Wzgórza. Tak też rodzina zaczęła się cementować.
Niezwykłe dzieje Ani, która – koniec końców – przeobraziła się w Annę, zapisano w serii książek, której początki datuje się na początek XX wieku, dokładnie w 1908 roku. Montgomery opowiedziała, czym była „Dolina Tęczy” oraz w jaki sposób wyglądałby „Wymarzony dom Ani”. Na kartach literatury kanadyjska twórczyni utrwaliła burzliwy czas dojrzewania, problem samoakceptacji, jak i trudności związane z byciem częścią większej grupy. Świat panny Shirley to jednak nie tylko społeczeństwo, lecz także natura. Ania potrafiła bowiem docenić piękno otaczającej rzeczywistości, z fantazją opisywać faunę i florę. Zielone Wzgórze było królestwem nadziei. I choć wrodzony optymizm rudowłosej nastolatki był zaraźliwy, to nie zawsze i nie wszystkim było aż tak zielono.

Odtworzyć emocje
Zrealizowany na kanwie powieści Lucy Maud Montgomery serial „Ania, nie Anna” Netflixa uzmysławia nam, jak złożony jest to mikroświat. Piękny, czarowny, choć równocześnie melancholijny, niekiedy tragiczny. Bohaterka nieustannie mierzy się bowiem z traumami, których źródłem jest przeszłość. Sierociniec, miejsce beznadziei, a potem pierwsza rodzina zastępcza – dom stanowiący swoiste więzienie. Zdecydowanie lepsze – w zupełnie innych, cieplejszych barwach – dni nastąpiły wraz z przeniesieniem się do Mateusza i Maryli.
I to właśnie u Cutherbertów, już w pierwszym odcinku serialu, który stanowi właściwie pełnometrażowy film, widać – że każdy z bohaterów jest na swoim miejscu. I każdy odnalazł siebie. Bo choć nie wiemy, jaka jest prawdziwa osobowość aktorów, to naprawdę trudno jest uwierzyć, że mogą być kimś innym niż w serialu. Amybeth McNulty, czyli serialowa Ania, to po prostu chodząca – a właściwie tańcząca, bo dziewczyna jest niezwykle energiczna – pochwała życia! Amybeth ukazuje wachlarz emocji nieprzeciętnej bohaterki, która doświadczyła cierpienia, straty, goryczy, ale mimo to – a może właśnie dzięki temu – postanowiła się nie poddawać. Swoistą walkę rozgrywają też jej opiekunowie
W drugim sezonie zdecydowano się uwypuklić szalenie ważne, natomiast delikatne w treści tematy społeczne i obyczajowe. Nie tylko segregacje klasowe, podział rasowy, lecz również problemy związane z dorastaniem. Pierwsze zauroczenia, małe-wielkie miłości, przyjaźnie, zdrady, a nawet poszukiwanie czy może określanie swojej orientacji seksualnej. Świat Ani jest różnokolorowy i mieni się zadziwiającą feerią barw, a twórcy – zdaje się, że ośmieleni ciepłym przyjęciem pierwszego sezonu – zdecydowali się na jeszcze bardziej wyraźne odejście od materiału źródłowego. „Ania, nie Anna” zyskała przez to zarówno na aktualności, wyrazistości, jak i z pewnością na pewnych kontrowersjach. Bo i wydźwięk feministyczny jest akcentowany wyjątkowo mocno. Czasami można nawet odnieść wrażenie, że jest ważniejszy niż sama historia czy – chociażby – relacja pomiędzy Anią a Gilbertem.
Choć fundament, na którym skonstruowano zarówno literacką wizję, jak i serialowy odpowiednik emitowany przez Netflixa – a chyba przede wszystkim duch opowieści… pozostaje czymś niezmiennym. Bo w dalszym ciągu jest to przede wszystkim świat widziany oczami Ani Shirley. Rudowłosej dziewczyny, która wzrusza, prowokuje, niekiedy doprowadza do szewskiej pasji, ale, tak naprawdę, fascynuje. Tym, że jest daleka od przeciętności. A ukazano to w nadzwyczajnej formie, serial w drobiazgowy sposób oddaje odtworzenie realiów początku XX wieku. Scenograficzny i realizacyjny majsterszyk z doskonałym castingiem.

Językowy obraz wyśnionego świata
Sposób, w jaki opisujemy naszą codzienność, wpływa na to, jak ona wygląda. Ważne jest nie tylko to, co nosimy w swoim sercu, ale też to, jak potrafimy o tym opowiadać. Z tym też właśnie wiąże się magiczna funkcja języka, który wpływa na wiedzę, doświadczenie, wrażliwość i emocje. Ania jest zaś prawdziwą mistrzynią słowa. W kwiecisty, przepełniony metaforycznymi obrazami, kolorowy sposób oddaje piękno, ale też złożoność świata. Język tej konkretnej dziewczyny to szczególne narzędzie o czarodziejskich właściwościach.
Zielone Wzgórze odtworzone w serialu „Ania, nie Anna” jest też miejscem zdecydowanie bardziej udramatyzowanym względem literackiego oryginału. Decyzje bohaterów zdają się nieść ze sobą paraliżującą niekiedy wagę. Czy staniemy w obronie bliskich? Czy odważymy się, aby bronić nieznanych nam, a zdecydowanie słabszych przedstawicieli wspólnoty? Czy wreszcie odważymy się, by przemówić własnym głosem – a nie recytować frazy zasłyszane od innych? Ania Shirley za sprawą literatury serialowej stała się nieco inna. Być może bardziej dojrzała. Jeszcze bardziej pewna siebie. „Ania, nie Anna” to adaptacja cudna i wartościowa. Bo też twórcy oddając sens historii spisanej piórem Montgomery, nie boją się wykraczać poza oryginał. Nadając mu głębi. Dodatkowych kolorów.
komentarze [21]
Serial nie jest ekranizacją znanego cyklu książek "Ania z Zielonego wzgórza".
Jest to słaba próba przekazania widzom swoich przekonań filozoficznych. No więc w ekranizacji dodano jednego z głównych bohaterów - przyjacaciela Ani, homoseksualistę, ciocia przyjaciółki Ani jest homoseksualistką a w Avonlea działa tajemne stowarzyszenie feministek-sufrażystek :D. Oczywiście wszystkie te wątki nie występowały w książkach. No bo przecież nie można nakręcić ekranizacji książki bez homoseksualistów, to by nie było politycznie poprane ( mimo, że słuszne, bo w książce po prostu homoseksualistów nie było. Montgomery PO PROSTU tak tę książkę napisała. To nie jest żadna dyskryminacja).
Wszelkie zło jakie istnieje na świecie pochodzi (w myśl serialu) z kościoła katolickiego (to wzjątkowo mnie rozśmieszyło, gdyż na Wyspach Księcia Edwarda mieszkali protestanci-prezbiterianie, katolików tam nie było ale na potrzeby przekazu trzeba było naciągnąć historię :D).
Ogólnie w skali 1 do 10 oceniam na -10. Nie udawajmy, że serial ten miał nieść coś poza głęboką indoktrynacją swoich przekonań.
Serial nie jest ekranizacją znanego cyklu książek "Ania z Zielonego wzgórza".
Jest to słaba próba przekazania widzom swoich przekonań filozoficznych. No więc w ekranizacji dodano jednego z głównych bohaterów - przyjacaciela Ani, homoseksualistę, ciocia przyjaciółki Ani jest homoseksualistką a w Avonlea działa tajemne stowarzyszenie feministek-sufrażystek :D. Oczywiście...
Właśnie z uwagi na próbę oddania realiów XXw. zauroczył mnie ten serial. Może bez Montgomery nie byłoby serii J.K Rowling i "Ziemiomorza" Ursuli Le Guin.
PS Wiem, że ten artykuł dotyczył serialu!
Właśnie z uwagi na próbę oddania realiów XXw. zauroczył mnie ten serial. Może bez Montgomery nie byłoby serii J.K Rowling i "Ziemiomorza" Ursuli Le Guin.
PS Wiem, że ten artykuł dotyczył serialu!
Moim zdaniem serial ,,Ania, nie Anna" jest najlepszą adaptacją powieści Montgomery. Z przyjemnością obejrzałem dwie serie i z niecierpliwością czekam na kolejne.
Moim zdaniem serial ,,Ania, nie Anna" jest najlepszą adaptacją powieści Montgomery. Z przyjemnością obejrzałem dwie serie i z niecierpliwością czekam na kolejne.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamnie odnosząc się do książki serial jest niesamowity. Jednak bardzo boli, że wlepili tam do niego wątki, których w książce w ogóle nie ma! mam na myśli wątki świata obecnego czyli LGBT oraz rasizm. tego w książce nie doszuka więc serial nie polecam dzieciom, które Anię mają za lekturę bo wyjdą bzdury.
nie odnosząc się do książki serial jest niesamowity. Jednak bardzo boli, że wlepili tam do niego wątki, których w książce w ogóle nie ma! mam na myśli wątki świata obecnego czyli LGBT oraz rasizm. tego w książce nie doszuka więc serial nie polecam dzieciom, które Anię mają za lekturę bo wyjdą bzdury.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam
W pierwszym sezonie "Ani nie Anny" podobało mi się prawie wszystko. Najbardziej bohaterowie, bo byli pełni życia, świetnie dobrani, pasujący do powieści, choć charektologicznie bardziej - mocnej - zarysowani.
Wątki nie występujące w książce też fajnie, nienachalnie wprowadzone (trochę mało prawdopodobna podroż Gilberta do Trynidadu, ale nie bardzo rażąca).
Ja najbardziej zwróciłam uwagę na techniczna stronę filmu jako produkcji. Na czołówkę, która jest przepięknie graficznie dopracowana i bardzo współgra z charterem głównej bohaterki i na zdjęcia, plenery, ujęcia. Zawsze zwracam na to uwagę.
Moja córka też polubiła tą wersje Ani - może dlatego, że te słodsze filmy dla nastolatki to już nie bardzo pasują.
W pierwszym sezonie "Ani nie Anny" podobało mi się prawie wszystko. Najbardziej bohaterowie, bo byli pełni życia, świetnie dobrani, pasujący do powieści, choć charektologicznie bardziej - mocnej - zarysowani.
Wątki nie występujące w książce też fajnie, nienachalnie wprowadzone (trochę mało prawdopodobna podroż Gilberta do Trynidadu, ale nie bardzo rażąca).
Ja najbardziej...
Pierwszy sezon i drugi sezon idealnie pokazują różnicę między nowym, świeżym spojrzeniem na ikoniczny tekst kultury a próbą wepchnięcia go w ramy współczesnej perspektywy. I ta przepaść między jedną a drugą częścią jest chyba jeszcze bardziej irytująca niż zmiana oryginalnej historii. Bo po prostu nie taki serial zaczynałam oglądać! Już wyżej napisano wszystko na ten temat. Ja chciałam dodać, że jest jeszcze nadzieja, bo w styczniu wychodzi 3 sezon - oby twórcy wrócili do kursu, który obrali na początku ;c
Pierwszy sezon i drugi sezon idealnie pokazują różnicę między nowym, świeżym spojrzeniem na ikoniczny tekst kultury a próbą wepchnięcia go w ramy współczesnej perspektywy. I ta przepaść między jedną a drugą częścią jest chyba jeszcze bardziej irytująca niż zmiana oryginalnej historii. Bo po prostu nie taki serial zaczynałam oglądać! Już wyżej napisano wszystko na ten temat....
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniejNajlepsze przedstawienie Ani w historii. Moim zdaniem przebija nawet książki.
Najlepsze przedstawienie Ani w historii. Moim zdaniem przebija nawet książki.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamJeszcze nie widziałam tego serialu, ale chętnie obejrzę. Na razie mogę napisać tylko, że podoba mi się zewnętrzny wizerunek Ani - dokładnie tak ją sobie wyobrażałam, czytając książkę:)
Jeszcze nie widziałam tego serialu, ale chętnie obejrzę. Na razie mogę napisać tylko, że podoba mi się zewnętrzny wizerunek Ani - dokładnie tak ją sobie wyobrażałam, czytając książkę:)
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam
A do mnie ten serial nie przemawia. Może dlatego, że w ekranizacjach cenię wierność książce, ale tu mam wrażenie, że duch książki po prostu się zagubił. Przytłoczyły go zbyt współczesne problemy i poprawność polityczna, takie odhaczanie wątków, które muszą się pojawić w serialu XXI wieku. Ciotka Józefina Barry nie wyszła za mąż? Na pewno nie dlatego, że nie spotkała interesującego mężczyzny. To jasne, że była lesbijką, a przy okazji może się okazać, że w Avonlea i Charlottetown społeczność homoseksualna prężnie się rozwija. Gilbert musi wyjechać aż do Trynidadu, żeby przekonać się, jak cudownymi ludźmi są czarnoskórzy mieszkańcy obu Ameryk, a następnie walczy o ich prawa w Kanadzie? Kto to wymyślił? Emancypantki przekonują, że każda gospodyni powinna do nich dołączyć? W XIX wieku na kanadyjskiej prowincji? Dodam, że są to wątki, które zupełnie nie przeszkadzają mi w serialach ze scenariuszem oryginalnym, ale tu niesamowicie drażnią.
LMM też porusza w swoich książkach o Ani trudne tematy. Niekiedy bardzo trudne, wystarczy wspomnieć historię Leslie Moore. Ale nie obraża inteligencji swoich czytelników, łopatologicznie wbijając im do głów jedyny słuszny sposób myślenia. Dlatego są to książki tak uniwersalne, bo w dzieciństwie człowiek skupia się na zabawnych historyjkach, a dorastając, zaczyna rozumieć problemy takie jak przemoc w rodzinie, brak dostępu do edukacji i medycyny, utrata dziecka, samotność i odrzucenie, zmuszanie do niechcianego małżeństwa, wreszcie okrucieństwo wojny. To są prawdziwe problemy, które na dużą skalę trapiły ówczesne społeczeństwo i o nich zdecydowała się pisać autorka.
A do mnie ten serial nie przemawia. Może dlatego, że w ekranizacjach cenię wierność książce, ale tu mam wrażenie, że duch książki po prostu się zagubił. Przytłoczyły go zbyt współczesne problemy i poprawność polityczna, takie odhaczanie wątków, które muszą się pojawić w serialu XXI wieku. Ciotka Józefina Barry nie wyszła za mąż? Na pewno nie dlatego, że nie spotkała...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Dokładnie, w dodatku Montgomery też wrzucała wątki, które można dziś uznać za emancypacyjne, jak chociażby scena, kiedy Małgorzata podpytuje Marylę o relację Ani i Gilberta, a Maryla odpowiada, że dziewczyna i chłopak też moga się przyjaźnić, a Ania powinna się teraz skupić na studiach. Tylko, że jednocześnie taka Diana, która nie chciała się dalej kształcić i marzyła o rodzinie, nadal pozostała przyjaciółką Ani i obie sobie kibicowały.
Lubię wątki związane z dyskryminacją, szukaniem swojego ,,ja" także w historiach z epoki, ale nie lubię kiedy na siłę próbuje się unowocześniać wszystkich i pokazywać, że ktoś jest zły, bo ma poglądy dopasowane do epoki w której żył.
Nadal liczę, że trzeci sezon będzie mniej nachalny...
Dokładnie, w dodatku Montgomery też wrzucała wątki, które można dziś uznać za emancypacyjne, jak chociażby scena, kiedy Małgorzata podpytuje Marylę o relację Ani i Gilberta, a Maryla odpowiada, że dziewczyna i chłopak też moga się przyjaźnić, a Ania powinna się teraz skupić na studiach. Tylko, że jednocześnie taka Diana, która nie chciała się dalej kształcić i marzyła o...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Ania...moja ukochana bohaterka dzieciństwa.
Serial niezwykły,jakże inny niż ten z 85 roku.Ale na szczęście " inny" to nie synonim słowa " gorszy". Każdy z nich ma swoje słabe i mocne strony,dla mnie obydwa są ponadczasowe jak sama powieść.Ania pomogła mi przezwyciężyć własne kompleksy i chyba też trochę rozwinąć się literacko w szkole.
Myślę,że ruda panienka z Zielonego Wzgórza będzie mi towarzyszyła jeszcze przez wiele lat( niezależnie ile i jakie wersje serialowe powstaną).
Ania...moja ukochana bohaterka dzieciństwa.
Serial niezwykły,jakże inny niż ten z 85 roku.Ale na szczęście " inny" to nie synonim słowa " gorszy". Każdy z nich ma swoje słabe i mocne strony,dla mnie obydwa są ponadczasowe jak sama powieść.Ania pomogła mi przezwyciężyć własne kompleksy i chyba też trochę rozwinąć się literacko w szkole.
Myślę,że ruda panienka z Zielonego...
Pierwszy sezon był genialny i naprawdę oddawał ducha książki, nawet jeśli fabuła się różniła. Zgadzam się, że obsada jest naprawdę bardzo dobrze dobrana, oprócz tego ścieżka dźwiękowa świetnie oddaje marzycielskość Ani.
Niestety, drugi sezon moim zdaniem trochę popsuli promowaniem za bardzo jednego modelu życia(spokojna Diana nastawiona na rodzinne życie jest prawie na siłę nawracana na bycie ,,emancypantką"), a Ania zupełnie nie wydawała mi się dojrzała - w książce fajne było to, że Ania musiała się nauczyć, że nie każdy jest taki jak ona i że można cenić ludzi nawet jeśli bardzo się od nas różnią, natomiast tutaj zachowania odchodzącego od tego wolnomyślicielstwa głównej bohaterki są kreowane na niesamowicie negatywne, nawet jeśli wynikają z epoki, i ostatecznie Ania tak naprawdę sama w ogóle się nie zmienia. Mam nadzieję, że w trzecim sezonie trochę to zrównoważą, bo jednak panna Stacy była chwilami zniesmaczona niektórymi pomysłami Ani i jest szansa, że ją odmieni.
Pierwszy sezon był genialny i naprawdę oddawał ducha książki, nawet jeśli fabuła się różniła. Zgadzam się, że obsada jest naprawdę bardzo dobrze dobrana, oprócz tego ścieżka dźwiękowa świetnie oddaje marzycielskość Ani.
Niestety, drugi sezon moim zdaniem trochę popsuli promowaniem za bardzo jednego modelu życia(spokojna Diana nastawiona na rodzinne życie jest prawie na siłę...
Ania nie wydawała Ci się dojrzała bo jest dzieckiem?
Ania nie wydawała Ci się dojrzała bo jest dzieckiem?
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamNie, Ania jest w serialu starsza niż w książce, a chwilami jej zachowanie jest bardzo infantylne, chociażby zachwycanie się tym, że mąż panny Stacy umarł, bo ,,tragedie są takie romantyczne" czy też obgadywanie Prissy na lekcji. W książce Ania też miała różne odpały, ale nie wynikały one z braku empatii. Być może w kolejnym sezonie zostanie bardziej ukazane jej dojrzewanie i stanie się bardziej opanowaną młodą kobietą, ale obecnie wydaje mi się nieco dziwne wygłaszanie opinii na tematy społeczne przez jeszcze bardzo naiwną i niedojrzałą dziewczynkę, co więcej te opinie są przez scenarzystów ukazywane jako właściwe, więc dlaczego nie włożyli ich w usta bardziej dojrzałej osoby?
Nie, Ania jest w serialu starsza niż w książce, a chwilami jej zachowanie jest bardzo infantylne, chociażby zachwycanie się tym, że mąż panny Stacy umarł, bo ,,tragedie są takie romantyczne" czy też obgadywanie Prissy na lekcji. W książce Ania też miała różne odpały, ale nie wynikały one z braku empatii. Być może w kolejnym sezonie zostanie bardziej ukazane jej dojrzewanie...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniejStill, jest dzieckiem. W sezonach 1 i 2 ma mniej niż 16 lat. Dziecko.
Still, jest dzieckiem. W sezonach 1 i 2 ma mniej niż 16 lat. Dziecko.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamSkoro jest dzieckiem i twórcy chcieli podkreślić jej brak doświadczenia, to nie powinno z niej robić głównej aktywistki społecznej tego serialu, bo w ten sposób wygłaszane przez nią opinie brzmią po prostu niepoważnie. Oczywiście, każdy może mieć swoje zdanie.
Skoro jest dzieckiem i twórcy chcieli podkreślić jej brak doświadczenia, to nie powinno z niej robić głównej aktywistki społecznej tego serialu, bo w ten sposób wygłaszane przez nią opinie brzmią po prostu niepoważnie. Oczywiście, każdy może mieć swoje zdanie.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam
Dzięki Bogu, człowiek posiada nieograniczone pokłady miłości w sercu i równie wielkim uczuciem może dażyć książkę, jak i adaptację z 85 roku i najnowszy serial. Każdą z tych rzeczy uczuciem innym. Każdą równie wielkim.
Nie postrzegam "Ani, nie Anny" jako ekranizacji. Dla mnie jest to inspiracja. Inspiracja, aby opierając się na tej właśnie powieści, która kryje w sobie tyle potencjału w postaci poukrywanego, delikatnego poruszania niektórych kwestii, opowiedzieć swoją historię. Tak samo jak kiedyś książki LMM zmieniły, wpłynęły na mnie, tak teraz tak samo kształtuje mnie serial i wnosi ogrom wartościowych punktów widzenia, poszerza horyzonty.
A wszystko w towarzystwie czystego piękna czy to w postaci estetycznych kadrów, klimatu nieporównywalnego do niczego innego, genialnej gry aktorów (wszystkich!) czy uczucia, jakie rodzi się w człowieku, gdy obcuje z czymś prawdziwe dobrym, wartościowym, w co włożono całe serce.
Po obejrzeniu naprawdę chcę się żyć. Chcę się żyć po swojemu!
Dzięki Bogu, człowiek posiada nieograniczone pokłady miłości w sercu i równie wielkim uczuciem może dażyć książkę, jak i adaptację z 85 roku i najnowszy serial. Każdą z tych rzeczy uczuciem innym. Każdą równie wielkim.
Nie postrzegam "Ani, nie Anny" jako ekranizacji. Dla mnie jest to inspiracja. Inspiracja, aby opierając się na tej właśnie powieści, która kryje w sobie tyle...
Uwielbiam "Anię z Zielonego Wzgórza" i to zarówno wersję książkową, jak i serial z Megan Follows. Natomiast wersja z Netflixa w ogóle nie oddaje ducha książki i zbyt się od niej różni, choć dla kogoś to może być plus. Serialowa Ania nie jest dziewczynką, z którą chciałabym się zaprzyjaźnić, gdybym była w jej wieku. Nie dałam rady obejrzeć całego pierwszego sezonu, a nawet żałuję obejrzanych tych kilku odcinków.
Uwielbiam "Anię z Zielonego Wzgórza" i to zarówno wersję książkową, jak i serial z Megan Follows. Natomiast wersja z Netflixa w ogóle nie oddaje ducha książki i zbyt się od niej różni, choć dla kogoś to może być plus. Serialowa Ania nie jest dziewczynką, z którą chciałabym się zaprzyjaźnić, gdybym była w jej wieku. Nie dałam rady obejrzeć całego pierwszego sezonu, a nawet...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniejZapraszam do dyskusji.
Zapraszam do dyskusji.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam
Mam ogromny sentyment do "Ani z Zielonego Wzgórza", którą po prostu uwielbiam. Do tej pory jedyną ekranizacją, która zdobyła moje serce była ta z Megan Follows z 1985 r. Potem niestety już trochę zaszaleli :(
Na serial czekałam z ogromną niecierpliwością i w 100% zgadzam się, że obsada aktorska jest świetna. Bardzo podoba mi się zwłaszcza gra Amybeth, która jest taka naturalna i nieprzesadzona jednocześnie. Trochę mniej podoba mi się uwspółcześnianie historii stworzonej przez L. M. Montgormery i wplatanie wątków i scen, których nie było w książce. Podchodzę do tego z dużą rezerwą, bo po prostu nie pasuje mi to do klimatu książki. Od drugiego i najsłabszego, moim zdaniem, sezonu, traktuję serial jako luźną adaptację, w której zgadzają się tylko imiona bohaterów i miejsca. Z faktami trochę gorzej, co nie znaczy, że przedstawiona historia jest gorsza.
Z pewnością będę dalej śledziła losy bohaterki serialu, bo bardzo polubiłam netflixową produkcję, jednak wydaje mi się, że serial z książkową Anią ma niewiele wspólnego - tak, jak to pisałam wyżej, chyba tylko imiona bohaterów i miejsca.
Mam ogromny sentyment do "Ani z Zielonego Wzgórza", którą po prostu uwielbiam. Do tej pory jedyną ekranizacją, która zdobyła moje serce była ta z Megan Follows z 1985 r. Potem niestety już trochę zaszaleli :(
Na serial czekałam z ogromną niecierpliwością i w 100% zgadzam się, że obsada aktorska jest świetna. Bardzo podoba mi się zwłaszcza gra Amybeth, która jest taka...