-
Artykuły
Czytamy w weekend. 10 kwietnia 2026
LubimyCzytać211 -
Artykuły
Nadciąga Gwiazdozbiór Kryminalny!
LubimyCzytać5 -
Artykuły
Wiosna z książką – kwietniowe premiery, które warto poznać
LubimyCzytać11 -
Artykuły
"Dom bestii" - jak ofiara zamienia się w kata. Akcja recenzencka do nowej książki Katarzyny Bondy!
LubimyCzytać11
forum Oficjalne Akcje i konkursy
[Zakończony] Bohater z Aspergerem - wygraj książkę "Wychowujemy Misiaka"
A co by było, gdyby u naszych literackich przyjaciół zdiagnozowano zespół Aspergera? Jak wyglądałyby ich codzienne przeżycia? Jak zmieniłyby się ich przygody, podejście do życia i kontakty z innymi? Przedstaw ulubioną postać literacką jako osobę z zespołem Aspergera - oczywiście z humorem i dystansem. Czekamy na teksty o objętości do 3000 znaków ze spacjami.
Nagrody
Autorzy pięciu najciekawszych tekstów otrzymają po egzemplarzu książki.
Wychowujemy Misiaka. Ojca i syna przygody z Aspergerem, pociągami, traktorami i materiałami wybuchowymi
Autor : John Elder Robison
Regulamin
- Konkurs trwa od 23 do 29 stycznia włącznie. W konkursie mogą wziąć udział jedynie osoby posiadające adres korespondencyjny w Polsce.
- Odpowiedzi muszą być napisane samodzielnie. Kopiowanie części lub fragmentów tekstów, recenzji innych osób jest zabronione. Teksty nie mogą przekraczać 3000 znaków ze spacjami.
- Każdy użytkownik może zgłosić tylko jedną pracę.
- Zwycięzców wybiera administracja serwisu lubimyczytać.pl. Decyzja jest nieodwołalna.
- Dane adresowe zostaną wykorzystane przez serwis lubimyczytać.pl i Wydawnictwo Linia.
- Adres zwycięzcy powinien zostać nadesłany do dwóch tygodniu od daty ogłoszenia wyników konkursu. Po tym terminie administracja lubimyczytać.pl dopuszcza wybór kolejnego laureata lub nieprzyznanie nagrody.
odpowiedzi [37]
dziękuję :D
dziękuję :D
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamDziękuję i gratuluję pozostałym laureatom.
Dziękuję i gratuluję pozostałym laureatom.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam
Nagrody otrzymują:
gonia89
what_for
Hebrajka
LosDavidos
Kropka
Gratulujemy. Z laureatami skontaktujemy się osobiście.
Nagrody otrzymują:
gonia89
what_for
Hebrajka
LosDavidos
Kropka
Gratulujemy. Z laureatami skontaktujemy się osobiście.
Konkurs zakończony. Laureatów ogłosimy w poniedziałek.
Konkurs zakończony. Laureatów ogłosimy w poniedziałek.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam
Mistrz zbudzony przez hejnał jak co dzień zwlókł się i poczłapał do łazienki. Odkąd spuchł, utył i posiwiał nie lubił oglądać się w lustrze, ale dziś środa – pora się ogolić. Pieczołowicie (na ile pozwalał na to ból głowy) wziął się do zadania. Jedenaście pociągnięć po prawym policzku i dwanaście po lewym. Obejrzał efekt i zakręcił kran. Raz. Dwa. Dla pewności jeszcze jeden.
Potem kilka łyków do śniadania, aby można było wyjść w wiosenne słońce. Pora na spacer z suką. Planty. Ta sama od lat trasa niestety ciepłą porą utrudniona przez wózki dziecięce i biegaczy myślących, że z prędkością 4,965 km/h cokolwiek zwojują. Zabawne. Zdecydowanie najgorsze są jednak małoletnie pary zalegające na ławkach i śliniące się gorzej niż suka na widok jedzenia.
- Obrzydliwość – mruknął odwracając wzrok od całujących się namiętnie. Czasami wolałby zmienić swoją trasę mimo, że ta prowadziła przez te mniej uczęszczane miejsca. No, ale jest już przecież za stary na jakieś tam szalone eksperymenty. Zdecydowanie.
Wskazówki na zegarze jednoznacznie oznajmiły, że pora do Biura. W końcu świat cały był w Biurze. Świat Mistrza przynajmniej. Jakie było jego zdziwienie i oburzenie, kiedy zobaczył jego stolik zajęty. To jedna z niewielu sytuacji kiedy Mistrz jest gotowy nawiązać konwersację z obcymi. Dziarsko podszedł do stolika obsadzonego bezczelnie przez trzy kobiety.
- To mój stolik – oznajmił stając obok i patrząc uparcie w podłogę.
- Przepraszamy, ma Pan rezerwację? – odparła brunetka z zalotnym uśmiechem, którego mężczyzna wpatrzony w podłogę nawet nie dojrzał.
- To mój stolik – powtórzył a zdezorientowane kobiety wymownie spojrzały na 2 puste sąsiednie stoliki - Może..
- To MÓJ stolik – zirytowany powtórzył jeszcze głośniej zakładając, że jego rozmówczynie mają jakiś problem ze słuchem.
- Ok, Ok – kobiety wstały zabierając szklanki z CZERWONYM czymś szepcząc między sobą, że Mistrz nie tylko spuchł, utył i posiwiał, ale i zwariował.
Mistrz w skupieniu wziął się za przywracanie ładu – krzesło dosunąć, popielniczka 5,3 cm w lewo i 2,7 do ściany. No jeszcze 2 milimetry.. Tak, tak jest idealnie. Rozejrzał się i z ulgą zasiadł na swoim miejscu. Niestety ledwo odetchnął po tym chaosie a obok niego wyrósł nie wiadomo skąd młody chłopak i chrząknął nieśmiało. Mistrz oczywiście go zignorował zatapiając się w swoich myślach.
- Przepraszam, pan Mistrz, prawda?
Westchnąwszy Mistrz zerknął na sweter w romby. 16 rombów.
- Nie, oczywiście, że nie. – odpowiedział za Mistrza Mango ciężko siadając naprzeciw.
- Gdzieś Ty był?! Zajęły mój stolik! I piły CZERWONE! Takie rzeczy! Toż to wariactwo!
- Jak to gdzie?! W Skarbówce! Znów musiałem się tłumaczyć, bo twoje wyliczenia były tak dokładne, że nikt nie chciał w nie uwierzyć! Mówiłem Ci przecież żebyś.. – przerwał wiedząc, że nic nie wskóra - Eh podwójna kolejka! – wrzasnął a Mistrzowi zaraz poprawił się humor – Ważniejsze, że dzięki Tobie i tej wizycie w Urzędzie.. zakochałem się!
- Ho ho – skomentował Mistrz wychylając szybko szklaneczkę..
Mistrz zbudzony przez hejnał jak co dzień zwlókł się i poczłapał do łazienki. Odkąd spuchł, utył i posiwiał nie lubił oglądać się w lustrze, ale dziś środa – pora się ogolić. Pieczołowicie (na ile pozwalał na to ból głowy) wziął się do zadania. Jedenaście pociągnięć po prawym policzku i dwanaście po lewym. Obejrzał efekt i zakręcił kran. Raz. Dwa. Dla pewności jeszcze...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Mistrz zbudzony przez hejnał jak co dzień zwlókł się i poczłapał do łazienki. Odkąd spuchł, utył i posiwiał nie lubił oglądać się w lustrze, ale dziś środa – pora się ogolić. Pieczołowicie (na ile pozwalał na to ból głowy) wziął się do zadania. Jedenaście pociągnięć po prawym policzku i dwanaście po lewym. Obejrzał efekt i zakręcił kran. Raz. Dwa. Dla pewności jeszcze jeden.
Potem kilka łyków do śniadania, aby można było wyjść w wiosenne słońce. Pora na spacer z suką. Planty. Ta sama od lat trasa niestety ciepłą porą utrudniona przez wózki dziecięce i biegaczy myślących, że z prędkością 4,965 km/h cokolwiek zwojują. Zabawne. Zdecydowanie najgorsze są jednak małoletnie pary zalegające na ławkach i śliniące się gorzej niż suka na widok jedzenia.
- Obrzydliwość – mruknął odwracając wzrok od całujących się namiętnie. Czasami wolałby zmienić swoją trasę mimo, że ta prowadziła przez te mniej uczęszczane miejsca. No, ale jest już przecież za stary na jakieś tam szalone eksperymenty. Zdecydowanie.
Wskazówki na zegarze jednoznacznie oznajmiły, że pora do Biura. W końcu świat cały był w Biurze. Świat Mistrza przynajmniej. Jakie było jego zdziwienie i oburzenie, kiedy zobaczył jego stolik zajęty. To jedna z niewielu sytuacji kiedy Mistrz jest gotowy nawiązać konwersację z obcymi. Dziarsko podszedł do stolika obsadzonego bezczelnie przez trzy kobiety.
- To mój stolik – oznajmił stając obok i patrząc uparcie w podłogę.
- Przepraszamy, ma Pan rezerwację? – odparła brunetka z zalotnym uśmiechem, którego mężczyzna wpatrzony w podłogę nawet nie dojrzał.
- To mój stolik – powtórzył a zdezorientowane kobiety wymownie spojrzały na 2 puste sąsiednie stoliki - Może..
- To MÓJ stolik – zirytowany powtórzył jeszcze głośniej zakładając, że jego rozmówczynie mają jakiś problem ze słuchem.
- Ok, Ok – kobiety wstały zabierając szklanki z CZERWONYM czymś szepcząc między sobą, że Mistrz nie tylko spuchł, utył i posiwiał, ale i zwariował.
Mistrz w skupieniu wziął się za przywracanie ładu – krzesło dosunąć, popielniczka 5,3 cm w lewo i 2,7 do ściany. No jeszcze 2 milimetry.. Tak, tak jest idealnie. Rozejrzał się i z ulgą zasiadł na swoim miejscu. Niestety ledwo odetchnął po tym chaosie a obok niego wyrósł nie wiadomo skąd młody chłopak i chrząknął nieśmiało. Mistrz oczywiście go zignorował zatapiając się w swoich myślach.
- Przepraszam, pan Mistrz, prawda?
Westchnąwszy Mistrz zerknął na sweter w romby. 16 rombów.
- Nie, oczywiście, że nie. – odpowiedział za Mistrza Mango ciężko siadając naprzeciw.
- Gdzieś Ty był?! Zajęły mój stolik! I piły CZERWONE! Takie rzeczy! Toż to wariactwo!
- Jak to gdzie?! W Skarbówce! Znów musiałem się tłumaczyć, bo twoje wyliczenia były tak dokładne, że nikt nie chciał w nie uwierzyć! Mówiłem Ci przecież żebyś.. – przerwał wiedząc, że nic nie wskóra - Eh podwójna kolejka! – wrzasnął a Mistrzowi zaraz poprawił się humor – Ważniejsze, że dzięki Tobie i tej wizycie w Urzędzie.. zakochałem się!
- Ho ho – skomentował Mistrz wychylając szybko szklaneczkę..
Mistrz zbudzony przez hejnał jak co dzień zwlókł się i poczłapał do łazienki. Odkąd spuchł, utył i posiwiał nie lubił oglądać się w lustrze, ale dziś środa – pora się ogolić. Pieczołowicie (na ile pozwalał na to ból głowy) wziął się do zadania. Jedenaście pociągnięć po prawym policzku i dwanaście po lewym. Obejrzał efekt i zakręcił kran. Raz. Dwa. Dla pewności jeszcze...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Ania nie mogła się dziś opanować. Cały czas błądziła myślami daleko. Z tropu myślenia wybiła ją Diana.
Aniu os się dzieje? - zapytała Diana.
Diano, a wiesz myślę o moim życiu, które do końca się nie spełniło?
Jak to Aniu nie spełniło? - delikatnie zapytała ją Diana.
Diano chce sobie ulżyć.
Tak, a w jaki sposób?
Walnąć w głowę pierwszego napotkanego na swojej drodze faceta.
Ha Gilbert będzie zazdrosny co nie? - stwierdziła Diana.
Diano nie będzie zazdrosny ze względu na to,że może ma pod ręką jaką pielęgniarkę, która go pocieszy - powiedziała z lekkością w głosie Ania.
Dobrze wiedzieć Aniu,że masz tak dobry nastrój, prawda- potwierdziła Diana.
Dziś nie myślę, ale to normalne Diano.
Cała ty Aniu, gdyby nie Ty ten świat byłby niczym.
Pustką w oczach zaginionych zakochanych oczu Gilberta- oznajmiła Diana.
Diano w razie czego mam drugą tabliczkę i rozbije Gilbertowi na głowie wówczas już nie będzie taki wesoły jak kiedyś -stwierdziła Ania.
Anno Shirley pomyśl dwa razy zanim coś wykonasz -powiedziała Diana.
Diano Barry spokojna Twoja główka wiesz spadam zawsze na cztery łapki- dopowiedziała z uśmiechem w głosie Ania.
Ania nie mogła się dziś opanować. Cały czas błądziła myślami daleko. Z tropu myślenia wybiła ją Diana.
Aniu os się dzieje? - zapytała Diana.
Diano, a wiesz myślę o moim życiu, które do końca się nie spełniło?
Jak to Aniu nie spełniło? - delikatnie zapytała ją Diana.
Diano chce sobie ulżyć.
Tak, a w jaki sposób?
Walnąć w głowę pierwszego napotkanego na swojej ...
Za minutę miała wybić dwunasta. Weszłam do biblioteki, usiadłam w ulubionym fotelu, a na kolanach położyłam „Wichrowe wzgórza”. Intensywnie wpatrywałam się w okładkę. Trudno sobie wyimaginować, jaką przyjemność mi to sprawiało! Znając zawartość książki, wyobrażałam sobie, że to na okładce wypisana jest cała historia i bawiło mnie, że potrafię ją zobaczyć w całej okazałości, choć inni, patrząc w ten sam sposób, odgadnąć nie mogą, jakie bogactwo się mieści się już na okładce, jeśli nigdy nie zaglądali do środka.
Obok moich stóp ułożył się pies. Jak zawsze długo głaskałam go po miękkiej sierści, zanim, otworzywszy powieść na pierwszej stronie, zaczęłam poznawać na nowo historię, która co dzień poruszała mnie z coraz większą mocą.
Trwałam tak do godziny obiadowej, kiedy to miałam obowiązek zejść na dół i wybrać którąś z doskonale przyrządzonych potraw. I dzień za dniem kazano mi to robić – wybierać, choć równało się to z nieznośną migreną.
Zanim weszłam do jadalni, nieznacznie uchyliłam drzwi, sprawdzając, czy nie ma w środku kucharza albo, nie daj Boże, pani van Hopper, której wzrok zdolny był uśmiercać. Ich obecność byłaby jednak stokroć bardziej spodziewana, niż usłyszenie człowieka o donośnym głosie niewzbudzającym zaufania, który panoszył się w środku. Cofnęłam się gwałtownie, przenikał mnie ten głos, którego z całą pewnością wcześniej nie znałam. Zastanawiałam się, co ze sobą zrobić, gdy dotarło do mnie:
- Maximie, nie musisz od razu wieszać psów na tym człowieku! Znam go osobiście i zapewniam, że...
Krzyk, który pochodził z mojego gardła był znacznie głośniejszy niż przenikający do głębi głos. Maximowi zajęło sekundę, by znaleźć się przy mnie. Bałam się go, czujnego, szybkiego, toczącego przed chwilą tę okropną rozmowę – dałabym wszystko, byle tylko wyrzucić ją z pamięci.
Maxim chciał mnie objąć, miał takie długie, przytłaczające ramiona. Odskoczyłam od niego, kontrolując wzrokiem, czy nie zbliża się do mnie głos, lecz chyba został w jadalni – on i jego makabryczne słowa.
- Spokojnie, nie bój się, już dobrze – powtarzał Maxim w kółko i w kółko i znowu, a ja zasłaniałam się rękoma, bo tak bardzo na mnie napierał, bo patrzył prosto w moją zdjętą przerażeniem twarz. Nie chciałam, żeby patrzył. Nie lubiłam tego. Wiedział dobrze, jak tego nie lubiłam. - Co się stało? Już dobrze. Co się stało? - pytał i pytał, a ja chciałam tylko, żeby zostawił mnie w spokoju. Wiedziałam, że muszę odpowiedzieć, żeby zostawił mnie w spokoju.
- To... to ten głos. Te... te psy. – Zrobiło mi się niedobrze. - Te... te psy, te biedne, wieszane psy...
- Kochanie, nic złego się nie stanie, nikt nie miał tego na myśli... Tak się tylko mówi, ale... - Próbowałam się wycofać, potrąciłam stojący za mną wazon, który z głuchym trzaskiem rozbił się na kawałki.
- Nie, nie, wazon... I psy... Pani van Hopper będzie zła... Będzie zła, prawda, Maxim? Będzie bardzo zła.
Zapewniał mnie, że nie, chciał, żebym coś zjadła, ale jak mogłam jeść po tym, co się wydarzyło, po tym, co usłyszałam?
Za minutę miała wybić dwunasta. Weszłam do biblioteki, usiadłam w ulubionym fotelu, a na kolanach położyłam „Wichrowe wzgórza”. Intensywnie wpatrywałam się w okładkę. Trudno sobie wyimaginować, jaką przyjemność mi to sprawiało! Znając zawartość książki, wyobrażałam sobie, że to na okładce wypisana jest cała historia i bawiło mnie, że potrafię ją zobaczyć w całej okazałości,...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Siedziała samotnie na ławce przed szkołą. Przez szpary między liśćmi pięknego, potężnego klonu, prześwitywały promienie słońca. Wyciągnęła przed siebie rękę z kryształowym pierścionkiem, podziwiając piękne tęczowe refleksy, które rozbłysły na chodniku.
- Hej. Przeszłaś do drugiej klasy, prawda? – stanął przed nią chudy niski chłopak, na oko rok młodszy.
Aurelia potwierdziła wciąż wpatrując się w kolorowe światełka.
- Piękne… -westchnęła. – Światło jest największym cudem natury. Czy wiesz że, w 1789 roku Lavoisier umieścił je w tablicy pierwiastków?
- Yhm – mruknął Konrad.
- Czy wiesz, że według naukowców z przełomu XVIII i XIX wieku, podobnie jak ciepło, światło miało być fluidem? Fluidem – dodała, widząc jedynie zaciekawienie w oczach chłopaka, a nie znudzenie, które go ogarniało na samą myśl o fizyce – czyli ciągłą, nieważką substancją. To słowo ma również inne znaczenia. Z łaciny Fluidus znaczy płynny i według spirytystów jest to nasza aura czyli energia wydzielająca się z ciała.
- No okeeey… To może ja już pójdę?
- Nie, poczekaj. Pewnie nie wiesz – samo to wyrażenie wywołało u Konrada falę nienawiści – że jednostką światłości czyli natężenia źródła światła, zatwierdzoną przez SI jest kandela co oznacza, że światłość I jest równa stosunkowi strumienia świetlnego dΦ emitowanego w nieskończenie mały kąt bryłowy dω do wartości tego kąta.
- Rzuciłaś mi nowe światło na sprawę fizyki – próbował zażartować. Aurelia uznała, że to miała być obraza. „Jak ktoś może rzucić światłem to pewnie jest Bogiem. Chłopak chciał pewnie podkreślić, że nie jest doskonała. To widać – odstające duże uszy, usta szersze od twarzy. I jeszcze tak mało wiem” – pomyślała.
-To ja idę – Konrad obrócił się na pięcie i pobiegł alejką.
„Znowu mnie opuszcza” – westchnęła. „Dlaczego nikt nie chce wysłuchać co mam do powiedzenia? Nie podobało mi się, że przyszedł. Siedziałam sobie spokojnie – i co? Musiał mi zakłócić spokój? A jak już przeszkodził – nie mógł wysłuchać do końca?”
Siedziała samotnie na ławce przed szkołą. Była pogrążona w czarnych myślach.
Siedziała samotnie na ławce przed szkołą. Przez szpary między liśćmi pięknego, potężnego klonu, prześwitywały promienie słońca. Wyciągnęła przed siebie rękę z kryształowym pierścionkiem, podziwiając piękne tęczowe refleksy, które rozbłysły na chodniku.
- Hej. Przeszłaś do drugiej klasy, prawda? – stanął przed nią chudy niski chłopak, na oko rok młodszy.
Aurelia...
Zadzwonił budzik, ale Stanisław już nie spał. Tego budzika równie dobrze mogłoby tu nie być, bo młodzieniec i tak codziennie budzi się pięć minut przed nim. Chłopak wstał z łóżka obowiązkowo potykając się o stojącą obok stertę książek ekonomicznych. Ubrał się, zjadł śniadanie i poszedł do winiarni Hopfera.
-Jesteś w końcu!- przywitał go Hopfer i w pośpiechu podał mu tacę. Polecił, aby chłopak zaniósł ją klientom siedzącym przy oddalonym stoliku. Wokulski udał się w tamtym kierunku, ale potknął się o swoją nogę i oblał winem mężczyznę siedzącego obok.
- Człowieku, czy ty masz równo pod sufitem?- wrzasnął wzburzony facet.
Stanisław spojrzał w górę, dokładnie obejrzał sufit lokalu i odpowiedział:
- Średnio...
To całkowicie rozwścieczyło mężczyznę, ale w obronie Stacha przybiegł Hopfer.
-Idź na zaplecze i nawet nie próbuj się stamtąd ruszać!- powiedział w nerwach subiekt.
Wokulski odszedł ze spuszczoną głową. Zawsze tak chodził, ponieważ nie mógł znieść spojrzeń ludzi. Przebywanie w zatłoczonych miejscach bardzo go stresowały. Najlepiej czuł się sam, w ciemnych i cichych miejscach.
-Co? Co ty tu robisz?- jąkał Hopfer wchodząc na zaplecze- myślałem, że już dawno temu poszedłeś do domu. Przecież minęły cztery godziny!
-Miałem się nie ruszać- powiedział cicho Stanisław.
-Idź już lepiej do domu. Z Tobą zdecydowanie jest coś nie tak- skwitował subiekt.
Chłopak poszedł, ale czuł się okropnie. Zazwyczaj wracał do domu dopiero wieczorem. Nie wiedział co ze sobą zrobić. Jego rytm dnia został zaburzony i mężczyzna nie potrafił sobie z tym poradzić. Usiadł na łóżku i przesiedział tak kolejne kilka godzin. Dopiero wieczorem ocknął się i zaczął rutynowo powtarzać te same, codzienne czynności. Wrzucił do skarbonki trzy monety, poprawił doniczkę z kwiatem i zabrał się za czytanie poradników ekonomicznych. Ekonomia była jego największą pasją i był w tym naprawdę dobry. Wokulski odcinał się od całego świata, gdy zgłębiał tajniki ekonomii. Wtedy nic nie miało dla niego znaczenia, liczyły się tylko litery, cyfry i wykresy.
Około drugiej w nocy Stanisław powrócił do świata rzeczywistego, jednak nie na długo... Wziął szybki prysznic, zjadł kolację i położył się do łóżka z ulubioną książką o Perpetum Mobile w dłoni, której nigdy nie przeczytał do końca. Wokulski, tak jak co dzień, zaczął czytać książkę od początku. W tych samych momentach śmiał się, zasmucał i dezorientował. Po przeczytaniu kilkudziesięciu stron zasnął- jak zwykle w tym samym momencie. Chyba nigdy nie dowie się jak należy zabrać się do budowania Perpetum Mobile...
Zadzwonił budzik, ale Stanisław już nie spał. Tego budzika równie dobrze mogłoby tu nie być, bo młodzieniec i tak codziennie budzi się pięć minut przed nim. Chłopak wstał z łóżka obowiązkowo potykając się o stojącą obok stertę książek ekonomicznych. Ubrał się, zjadł śniadanie i poszedł do winiarni Hopfera.
-Jesteś w końcu!- przywitał go Hopfer i w pośpiechu podał mu tacę....
John jest bohaterem literackim. Nie jest, co prawda bohaterem konkretnej książki (jeszcze!), a można go ująć jako pewną sumę wszystkich bohaterów. Będzie niejaką reprezentacją twórczości pewnego pana. Ciężko wybrać u niego konkretnego bohatera, dlatego John uogólnia wszystkie główne postacie jakie ten pan stworzył.
Dlatego ja tworzę Johna.
Niestety, ale John ma pecha. Jest bohaterem powieści Stephena Kinga.
Mieszka w amerykańskim miasteczku w Maine. Jest dzieckiem i jest bardzo zainteresowany nauką, głównie biologią. Nie ma przyjaciół. Choruje na zespół Aspergera.
Pewnego dnia rodzice Johna musieli wyjechać. John nie wiedział, o co chodzi, ale słyszał, że to związane z ich pracą. Na szczęście, mieli wrócić już następnego dnia.
Tak więc John musiał zostać jedną noc sam. Co się może stać? Pewnie nic, ale czuł pewien niepokój.
Rodzice rzewnie pożegnali syna i odjechali. John wiedział, jak spędzi czas. Cały wieczór czytał książki.
Gdy był już zmęczony położył się spać. I co prawda spodziewał się usnąć, spać snem spokojnym, a rano się obudzić i czekać na rodziców - to nie było mu to dane. Z łóżka zerwał go dziwny brzdęk.
Był pewien, że coś chodzi po domu. Usłyszał, że na dole trzaskają okna. Coś się musiało przez nie dostać. Zszedł więc na dół, wziął po drodze kij baseballowy i zajrzał do kuchni. Stawiał na jakieś zwierze. Wolał je wygonić, żeby mama się na niego nie zdenerwowała, że coś popsuł.
Jednak w kuchni nic nie było. Nawet okna były zamknięte.
Nagle usłyszał za sobą śmiech. Za oknem błysnęło. Jedna szafka się otworzyła. Potem następna. Coś zaczęło brzęczeć. John ujrzał, że w szafki zaczynają wylatywać talerze. Robiły to wolno, ale nie dało się zaprzeczyć, że opuszczały mebel.
John zaczął podskakiwać i zbierać je, a potem odkładać na półkę. Mama byłaby zła, gdyby któryś się stłukł.
Nagle ujrzał coś kątem oka. Udał się w tym kierunku, trzymając kij.
- Uuu! - ozwało się coś zza rogu, ale nikogo tam nie było.
John poszedł dalej.
- Uuu! - Znowu nikogo.
John szedł dalej.
- Uuu! Dlaczego za mną idziesz?
- Kim pan jest? - zapytał John.
Blada, przeźroczysta postać wydawała się zbita z tropu.
- No... duchem.
- Duchy nie istnieją - stwierdził John.
- Ale ja istnieję.
- Nie może pan istnieć - John był nieustępliwy.
- Noo... jakoś daję radę.
- Wcale nie - zauważył John i udowodnił to machając kijem przez niego, potem przez niego przechodząc i skacząc w miejscu, gdzie stoi. - Widzi pan? Nie istnieje pan.
- Bo ja jestem niematerialny.
- Istoty żyjące nie mogą być niematerialne.
- Ja nie żyję - westchnął.
- To by pan ze mną nie rozmawiał.
- Aha! Więc dlaczego z tobą rozmawiam?
John szukał odpowiedniego terminu naukowego.
- Halucynacje. Albo sen.
- Nie jestem żadną halucynacją! - zdenerwował się duch.
- Przepraszam, ale muszę iść do łóżka. Do widzenia. - I poszedł.
- Czekaj! Ja jeszcze nie skończyłem!
Duch zaczął trzaskać drzwiami, oknami, przesuwać przedmioty, jęczeć, ale nie zrobiło to wrażenia na Johnie. Zmęczony duch poszedł i już więcej się nie pokazał.
John jest bohaterem literackim. Nie jest, co prawda bohaterem konkretnej książki (jeszcze!), a można go ująć jako pewną sumę wszystkich bohaterów. Będzie niejaką reprezentacją twórczości pewnego pana. Ciężko wybrać u niego konkretnego bohatera, dlatego John uogólnia wszystkie główne postacie jakie ten pan stworzył.
Dlatego ja tworzę Johna.
Niestety, ale John ma pecha....
To miało być spokojne popołudnie. Bilbo nastawił wodę w czajniczku i rozpoczął przygotowywanie podwieczorku. Jak każdego popołudnia o tej porze poszedł do spiżarni, by ukroić dwa grube i jeden cienki kawałek ciasta. Zaniósł talerzyk i gorącą herbatę do jadalni i usiadł na krześle. Oczywiście miał w domu bardzo dużo krzeseł, ale podczas podwieczorku siadał na tym, z którego mógł obserwować zachodzące za Pagórkiem słońce. Hobbit kończył właśnie drugi kawałek ciasta i zastanawiał się nad powtórnym obejrzeniem mapy południowego Shire, kiedy jego rozmyślania przerwało głośne pukanie do drzwi. Bilbo nie spodziewał się nikogo. Wprawdzie dzień wcześniej spotkał Gandalfa, ale nie przypominał sobie, by zapraszał go na herbatę. Zdenerwowany tym niecodziennym obrotem wydarzeń, zdecydował się jednak otworzyć drzwi.
-Dwalin, do usług – powiedział krasnolud, który z niewiadomych powodów stał na progu, a teraz pakował się do środka jego wysprzątanego domu.
Zanim Bilbo dogonił nieproszonego gościa, ten rozsiadł się w jadalni na JEGO krześle. Nie zdążył jednak zareagować, bo znowu rozległo się pukanie do drzwi.
Krasnoludy zaczynały się schodzić, a Bilbo stawał się coraz bardziej nerwowy i nieprzyjemny. Bliski był już wyrzucenia ich wszystkich za drzwi i nawet Gandalf, który zjawił się na samym końcu, nie potrafił znaleźć sposobu, by choć trochę uspokoić hobbita.
Nagle Bilbo zobaczył, że przywódca całej tej bandy ma w ręce mapę. I to nie byle jaką mapę! Przedstawiała okolicę, której nie znał, o której nigdy nie słyszał i której w żadnym wypadku nie miał ochoty oglądać. Gandalf dostrzegł jego zainteresowanie i postanowił wykorzystać okazję, by trochę załagodzić sytuację.
-Bilbo, chciałbyś przyjrzeć się mapie, którą przyniósł ze sobą Thorin? – Zapytał czarodziej.
Hobbitowi zaświeciły się oczy i sięgnął po podniszczony kawałek papieru, który podał mu krasnolud. Pobiegł do swojej pracowni i rozpoczął przerysowywanie okolic Samotnej Góry. Podobały mu się tajemnicze runy i znaki. Wiedział, że dokładne przeniesienie szczegółów zajmie mu kilka godzin, więc szybko zabrał się do pracy. Od razu też wyjął wszystkie książki, które mogłyby mu pomóc w odczytaniu run krasnoludzkich.
Tymczasem w jadalni trwała narada. Krasnoludy były trochę poirytowane brakiem zainteresowania ze strony gospodarza. W końcu Gandalf poszedł do Bilba, żeby opowiedzieć mu, po co wszyscy się zebrali.
-Nigdzie nie idę. – Powiedział hobbit. –Niech poczekają jeszcze trochę, bo muszę skończyć przerysowywać mapę, a potem mają sobie iść.
-Ale oni liczą na ciebie, Bilbo – przekonywał czarodziej. –Potrzebują włamywacza.
-Nigdzie nie idę. Mam już plany na jutro. Muszę poprawić mapę Hobbitonu. Pani Primula Baggins przesunęła swój płot o dziesięć stóp na południe, w stronę drzew i muszę wszystko poprawić.
-Ale Bilbo…
-Nie idę!!!
To miało być spokojne popołudnie. Bilbo nastawił wodę w czajniczku i rozpoczął przygotowywanie podwieczorku. Jak każdego popołudnia o tej porze poszedł do spiżarni, by ukroić dwa grube i jeden cienki kawałek ciasta. Zaniósł talerzyk i gorącą herbatę do jadalni i usiadł na krześle. Oczywiście miał w domu bardzo dużo krzeseł, ale podczas podwieczorku siadał na tym, z którego...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Nie znalazł ogórków w zielonym pudełku! Wściekł się i zawołał gosposię, która (wyczuwając nadchodzący atak furii) szybko dała mu ogórki, które śmiała włożyć do innego pojemnika. Na szczęście przyszedł Watson i burza nie zdążyła na dobre wybuchnąć.
- Dzień dobry Sherlocku, widzę, iż masz dziś wilczy apetyt!
- Wilki, to ssaki, które może i apetyt mają, ale na pewno nie jedzą kanapek z serem - odpowiedział jak zwykle z kamienną twarzą.
- Masz rację... Za chwilę będzie tu Pani Norris i proszę cię, abyś nie wytykał błędów w pisowni, jakie zrobiła w liście oraz nie przerażał informacjami typu "ma pani 138 koralików na szyi", "jest pani koszmarnie brzydka" albo "wie pani, iż ma pani wielką krostę na samym czubku nosa? Takie krosty można smarować dwa razy dziennie cynkiem lub wypalić ciekłym azotem". Bardzo cię proszę - panuj nad sobą!
- Nie rozumiem o co masz do mnie pretensje, Watsonie. Gdybym ja miał krostę, to chciałbym abyś mi o tym powiedział! Jestem po prostu szczery i głośno mówię co myślę!
- Wiem, że chcesz dobrze, ale normalny człowiek nie lubi słyszeć takich rzeczy.
- Dlaczego miałbym nie mówić ludziom prawdy o ich samych?
- Bo cię o to proszę!
- Dobrze, Watsonie. Będę nad sobą panował...
- I jeszcze jedna rzecz - nie patrz się im non stop w oczy!
- Teraz to już naprawdę przesadzasz! Ostatnio się czepiałeś, że patrzę ciągle w sufit!
- Dobrze, więc patrz po 10 sekund w oczy, później gdzie chcesz przez 20 sekund i znów 10 sekund w oczy. Jasne?
Sherlock jak zwykle chciał zadowolić swojego jedynego przyjaciela i zrobił jak mu kazał... Patrzył trochę w oczy kobiety, a równo po 10 sekundach nagle patrzył na sufit. Zrozpaczona kobieta zupełnie traciła wątek i była mocno zaskoczona zachowaniem detektywa. Jej próba żartu niespodziewanie pogorszyła sytuację...
- No cóż, panie detektywie - niezły pasztet się zrobił!
Sherlock jednak nagle poderwał się i niemalże wykrzyknął:
- Nienawidzę pasztetu! Dlaczego ona znowu upiekła pasztet? Nie czuję zapachu, pewnie spryciara szczelnie zamknęła drzwi, żebym tego nie wyczuł!
Po chwili wrócił do przerażonej kobiety i zirytowanego przyjaciela. Pięć razy zamykał drzwi, zanim w końcu usłyszał odpowiednie skrzypnięcie i dotknąwszy dwa razy fajki wziął ją do ręki i zaczął wrzucać do niej pojedyncze skrawki tytoniu.
- Sherlocku, wróćmy proszę do naszej klientki - odparł Watson.
- Dlaczego mam do niej wrócić, skoro mnie okłamała mówiąc o pasztecie? Jej sprawa jest bardzo prosta, nie rozumiem dlaczego sami tego nie widzicie... Jej mąż jest w starym tartaku... Przecież to wszystko się układa w logiczny schemat.
- Dziękuję panu! Przepraszam, za ten pasztet... Sprawdźmy, czy znów jest pan niezawodny i jedźmy tam z kopyta!
- Jeśli pani pozwoli nie pojedziemy konno, tylko pójdziemy pieszo. Jestem uczulony na końską sierść!
I tak to Sherlock wychowywany nieudolnie przez Watsona rozwiązywał coraz to nowe zagadki. Ludzie się go jednak bali i za grosz nie rozumieli jego dziwactw... Może dziś by mu było łatwiej?
Nie znalazł ogórków w zielonym pudełku! Wściekł się i zawołał gosposię, która (wyczuwając nadchodzący atak furii) szybko dała mu ogórki, które śmiała włożyć do innego pojemnika. Na szczęście przyszedł Watson i burza nie zdążyła na dobre wybuchnąć.
- Dzień dobry Sherlocku, widzę, iż masz dziś wilczy apetyt!
- Wilki, to ssaki, które może i apetyt mają, ale na pewno nie jedzą...
Jestem pedagogiem i fascynuje mnie autyzm oraz wszelkie jego spektra... Mój wybór padł na Myszkę, czyli córkę Adama i Ewy z głośnej książki "Poczwarka".
Wyobraźmy sobie zatem, iż temu wyjątkowemu małżeństwu nie rodzi się dziecko z zespołem Downa, tylko dziecko z syndromem Aspargera...
Zaniepokojona przyglądała się swojemu dziecku, które za żadne skarby nie chciało się do niej przytulić... Pomyślała - tak już ma i koniec - każde dziecko ma swoje grymasy. Kiedy jednak córka się rozwijała, zadziwiała ją coraz bardziej! Nie zapomni nigdy dnia, kiedy Misia w wieku lat 3 wdrapała się ojcu na kolana i z głęboką zmarszczką między oczami pokazała jeden z wyników niekończących się obliczeń mojego męża. Adam próbował ją zdjąć z kolan, odgonić, zainteresować czymś innym, ale niestety nie dało rady. W końcu wściekły policzył od nowa i... musiał poprawić swój błąd. Dopiero wtedy Misia się uspokoiła, mówiąc (jak zwykle rezolutnie) - "Wiedziałam tato, że w końcu ci się uda, czasem tylko jesteś nieroztropny".
Wszystko można powiedzieć o Myszce, ale na pewno nie to, że nie umie się poprawnie wypowiadać... Co prawda mówi często do siebie i nie zwraca na nas uwagi, ale używa takich słów, które powinna poznać najwcześniej w gimnazjum. Któregoś dnia podczas kąpieli przeczytała na głos wszystkie napisy na szamponie i zdegustowana powiedziała - Ten szampon nie ma rekomendacji instytutu matki i dziecka - nie powinnaś go aprobować!
Krótko mówiąc moje dziecko zadziwiało mnie codziennie, jednak myślałam, że wszystko jest względnie normalnie... Co prawda mała sama nauczyła się czytać, ale byłam przekonana, iż jest po prostu zdolna i nie lubi się przytulać. A swój świat ma, bo każde dziecko ma swój świat i nie ma co się przejmować układaniem przedmiotów w równe szeregi. Zaniepokoiłam się dopiero wtedy, kiedy mała kazała mi podnieść 48 zapałek... Wysypałam je, ale dlaczego akurat 48? Policzyłam i wszystko się zgadzało! Wzięłam ją w końcu do lekarza, kiedy miała niecałe 4 lata... Mówiła pełnymi zdaniami, czytała i liczyła w pamięci takie liczby, że aż na samą myśl kręci mi się w głowie. Lekarz powiedział od razu - Asparger. I teraz mogę ją lepiej zrozumieć, a i Adam ma chyba więcej cierpliwości - czasem nawet prosi małą o pomoc w obliczeniach. Miśka wtedy tylko kręci głową i pyta ojca - jak możesz nie wiedzieć takich prostych rzeczy?!
Syndrom Aspargera to duże wyzwanie, jednak teraz lepiej rozumiem to, co czuje i widzi córka...
Jestem pedagogiem i fascynuje mnie autyzm oraz wszelkie jego spektra... Mój wybór padł na Myszkę, czyli córkę Adama i Ewy z głośnej książki "Poczwarka".
Wyobraźmy sobie zatem, iż temu wyjątkowemu małżeństwu nie rodzi się dziecko z zespołem Downa, tylko dziecko z syndromem Aspargera...
Zaniepokojona przyglądała się swojemu dziecku, które za żadne skarby nie chciało się do...
7 krasnoludków wracało po ciężkiej pracy w kopalni do domku, aby odpocząć. Szli tak jak zawsze – w dwóch grupach. Jedną grupę stanowiło 6 krasnoludków. Druga grupa składa się z jednego, ale wyjątkowego krasnoludka. Druga grupa zawsze pozostawała na uboczu, nie potrzebowała zbędnego kontaktu z innymi. Ten jeden z krasnoludków zawsze odróżniał się od reszty. Był wyjątkowy. Kiedy zmęczone krasnoludki zbliżały się do swojego domku nikt nie zobaczył żadnej zmiany. Oczywiście wyjątkowy krasnoludek zauważył, że wszystko uległo zmianie.
- Ej, ej, ej, yyy wy!
- Co krasnoludku?
- Na piaaasku przed dddomem są yyy inne ślllady od naszych! My zostawimy numer yyy 42, a to wygggląda mi na damską 37! Bałagan! Taaak yyy nie powinno być! Patrzcie to trzewwwiki, bo tutaj mammmy… yyy
- Dobrze, dobrze krasnoludku. Stop! Może jakaś sarenka tędy przechodziła.
- Nasze drzwi z 70 – letniego yyy dddębu, które zawsze zostawiamy yyy zamknnnięte teraz są uchylone pod kątem około 30 stopppni a to yyy znaczy, że, że... wszystko jest nie tak! Niczegggo nie ma na swoim yyy miejscu! Jak żżżyć?
Krasnoludki spojrzały na siebie ze zdziwionymi twarzami i szeroko otwartymi z przerażenia oczami. Zaczęli biec w stronę domku. Ale nasz wyjątkowy krasnoludek jeszcze gorzej się poczuł, bo przecież nie tak zawsze wygląda ich podróż powrotna do domku. Nie dość, że panuje taki wielki chaos przed domem, to krasnoludki przyspieszyły tempo i zostawiły krasnoludka samego w tyle. Zburzyły mu całkowicie porządek świata. Nie miał wyjścia, musiał biec i on. Nigdy tego nie robił, bo nie miał takiego zwyczaju. Nie szło mu to najlepiej. Trochę niezgrabnie. Parę razy potknął się sam o swoje stopy, parę razy się przewrócił. Zdyszany wpadł do domku. Ale tam było jeszcze gorzej niż na zewnątrz. Zauważył, że ktoś ewidentnie pił z jego kubka i nie przysunął krzesła na odpowiednią odległość 20 cm do stołu. Krasnoludek nie mógł się odnaleźć. Nie wiedział co robić. Miał mętlik w głowie. Poszedł do sypialni. Chciał się zdrzemnąć i zapomnieć o wszystkim. Nie udało mu się. W sypialni na jego łóżku leżała kobieta. Krasnoludki zachwycały się nią:
- Jaka piękna! Jakie śliczne kruczoczarne włosy!
Kolor czarny kojarzył się krasnoludkowi (z resztą jak wszystko inne) z jego ulubionym zajęciem czyli pracą w kopalni:
- Dobrze, że ma czarrrne włosy. Takie jakbbby wyszła od razu z kopalni. A skoro mówwwimy już o naszej kopalni yyy to może opppowiem wam jak to yyy się zaczęło. Kopalnia została założonnna w roku…
- Nie czas na to krasnoludku. Musimy ją obudzić!
Jak krasnoludki pomyślały tak zrobiły. Dziewczyna obudziła się. Nie miała gdzie wrócić. Zaproponowała, że za dach nad głową, może zajmować się całym domem. Krasnoludkom pomysł się spodobał, tylko jednemu nie:
- Nnie zmieniajmy niczego. My sobie ze wwszystkim sami poradzimy! Dziękujemmy. Yyy Dowidzenia.
- Krasnoludku, ale nie będziesz musiał myć podłogi w każdą sobotę! Przecież nie znosisz tego! Dziewczyna nam pomoże!
- Dobrze, yyy zgadzam się! Dziewczyyyna zostaje!
7 krasnoludków wracało po ciężkiej pracy w kopalni do domku, aby odpocząć. Szli tak jak zawsze – w dwóch grupach. Jedną grupę stanowiło 6 krasnoludków. Druga grupa składa się z jednego, ale wyjątkowego krasnoludka. Druga grupa zawsze pozostawała na uboczu, nie potrzebowała zbędnego kontaktu z innymi. Ten jeden z krasnoludków zawsze odróżniał się od reszty. Był wyjątkowy....
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Sherlocka obudziły promienie słońca wpadające przez szpary w okiennicy. Czuł się fatalnie, kręciło mu się w głowie. Zresztą i tak nie było sensu wstawać. Dzień zapowiadał się strasznie, nie miał żadnej nowej sprawy i jeszcze to słońce rażące jego wyjątkowo wrażliwe oczy. Usłyszał nieprzyjemny zgrzyt otwieranych drzwi wejściowych i przykrył głowę poduszką.
-Gdzie się podziała cudowna londyńska mgła, pod przykryciem której dzieją się pasjonujące kradzieże i tajemnicze zbrodnie- pomyślał.
Postanowił przespać cały dzień.
Nagle zaczęło dręczyć go pytanie:-Czy mam zapas tytoniu do fajki? Chyba ostatnio kazałem pani Hudson kupić zapas. Ale czy na pewno go kupiła? Czy kupiła tyle, że mi starczy? Czy kupiła ten, który lubię? Czy od tego dostawcy co zawsze?
Nie to było nie do zniesienia. Zerwał się na równe nogi i zbiegł do salonu, gdzie w fotelu doktor Watson czytał spokojnie gazetę. Sherlock bez słowa rzucił się do szafki i zaczął wyrzucać na podłogę jej zawartość.
Watson spojrzał na niego ze zdziwieniem.
- Co robisz?- zapytał.
- Pani Hudson!-krzyknął Holmes.
-Gdzie jest mój tytoń?
Otworzyły się drzwi do pokoju i stanęła w nich drobna, siwowłosa gospodyni.
-Panie Holmes, przecież puszka z pana ulubionym tytoniem stoi na półce. Sam pan kupił go we środę.Czy będzie pan jadł śniadanie?
-Chętnie, ale proszę pamiętać, że jajka mają się gotować dokładnie 4 minuty, bo innych mój żołądek nie trawi.
Pani Hudson wyszła do kuchni, a Sherlock usiadł zrezygnowany na fotel.
-To wszystko nie ma sensu Watsonie-powiedział.
-Ależ Holmesie, jest piękna pogoda, a wczoraj w mistrzowski sposób rozwiązałeś zagadkę tańczących sylwetek. Jak ty to robisz? Zbierasz ślady, których nikt nie zauważa, kojarzysz fakty, których nikt nie potrafi skojarzyć. Jesteś najbardziej inteligentnym człowiekiem, jakiego znam.
-I co z tego, gdyby nie ty, Watsonie, to bym nie miał do kogo ust otworzyć.
-Ależ ożeń się Holmesie!Jesteś wyjątkowo przystojny i masz duży dochód, jak na prawdziwego gentlemana przystało. Zapewne nie jedna niewiasta była by zaszczycona mając takiego małżonka.
-O nie Watsonie, nigdy nikogo nie kochałem i nie wyobrażam sobie, aby ktoś mógł mnie dotykać. Jedynie w twojej obecności czuję się w miarę dobrze. Jesteś wspaniałym towarzyszem, bo potrafisz się całymi dniami nie odzywać, lub jesteś u swoich pacjentów.
Drzwi się otworzyły i pani Hudson przyniosła na tacy śniadanie.
-Może pani to zabrać, jak popatrzyłem na tosty, to mi się jeść odechciało. Proszę zostawić tylko herbatę.
Gospodyni wyszła niezadowolona.
-Wracając do naszej rozmowy Watsonie, to musisz wiedzieć, że wszystko układa mi się w schematy. Jak ułożę z faktów strukturę, to sprawa wyjaśnia się sama, można powiedzieć, że bez mojego udziału.
-Holmesie, zawsze zastanawiałem się, jakim byłeś dzieckiem, jakich miałeś kolegów.?
-Ależ Watsonie, ja nigdy nie byłem dzieckiem. W wieku pięciu lat czytałem rozprawy naukowe i pomogłem odkryć złodzieja, który włamał się do piwnicy, aby ukraść wino mojego ojca. Kolegów też nie miałem. Oddano mnie do szkoły z internatem, ale chłopcy byli głupi, uważali, że jestem dziwny, więc nie odzywałem do nikogo, nie wychodziłem z pokoju i nie jadłem przez tydzień. Po tym tygodniu,dyrektor stwierdził,że się nie nadaję i ku niezadowoleniu moich rodziców, odesłał mnie do domu.
-Holmesie,jak się zatem stało,że wiesz więcej niż inni?
-Uczę się cały czas, ale tylko tego, co mnie interesuje. Sam twierdzisz, że pesymista mówi, że szklanka jest w połowie pusta, optymista, że w połowie pełna, a ja daję godzinny wykład na temat historii szklanki.
Watson zamyślił się i po chwili powiedział:
-Z medycznego punktu widzenia, to o podobnych ludziach powinienem powiedzieć, że mają syndrom Sherlocka Holmesa, ale podejrzewam, że za kilkadziesiąt lat znajdzie się uczony, który zrobi odpowiednie badania i nazwie to swoim imieniem, np. zespół Aspergera.
Sherlocka obudziły promienie słońca wpadające przez szpary w okiennicy. Czuł się fatalnie, kręciło mu się w głowie. Zresztą i tak nie było sensu wstawać. Dzień zapowiadał się strasznie, nie miał żadnej nowej sprawy i jeszcze to słońce rażące jego wyjątkowo wrażliwe oczy. Usłyszał nieprzyjemny zgrzyt otwieranych drzwi wejściowych i przykrył głowę poduszką.
-Gdzie się...
-Panie Frodo! Niech Pan zaczeka! Byliśmy na dobrej drodze do Mordoru, tam gdzie pan idzie jest znacznie dalej!- Sam biegł najszybciej jak tylko mógł, żeby dogonić swojego przyjaciela, który oddalał się coraz bardziej.
Frodo nie odpowiedział i dalej pędził zboczem góry. Płaszcz elficki powiewał na porywistym wietrze, na szyi ciążył mu czterdziesto-karatowy pierścień z najwyższą próbą, jaką kiedykolwiek widział w swojej karierze kolekcjonerskiej. Frodo od lat zbierał wszelkiego rodzaju zabytkowe przedmioty jubilerskie i godzinami z cierpliwością i zapamiętaniem oglądał je przez ogromne szkło powiększające. Cały Hobbiton wiedział o niezwykłych zainteresowaniach, a może obsesji młodego hobbita i nawet jego wuj Bilbo ogólnie uważany za dziwaka nie przewyższał osobliwego charakteru Froda. Prawda była taka, że z młodym hobbitem rzadko, kto nawiązywał dłuższą konwersację, a jeśli już komuś się udało musiał wysłuchać godzinnego wykładu o tajemniczych kamieniach i próbach złota w poszczególnych obiektach kolekcjonerskich leżących bezpiecznie w domu Froda, a to stawało się męczące nawet dla najcierpliwszych słuchaczy.
-Panie Frodo, niech się pan już nie gniewa! Ja nie miałem nic złego na myśli!- Na słowa Sama Frodo nagle stanął w miejscu.
-Przecież powiedziałeś, że jeśli zjesz jeszcze jednego lembasa to na pewno wejdziemy na złą drogę i się pozabijamy. Zjadłeś lembasa, dlatego myślę, że czym prędzej musimy odejść w inne miejsce.- Sam potrząsnął głową głośno wzdychając. Po raz kolejny nie zachował czujności i pozwolił sobie na użycie związku frazeologicznego przy Panu Frodo, a przecież było wiadome, że akurat ten jedyny hobbit takie rzeczy traktuje nad wyraz poważnie i nie rozumie ich podwójnego sensu.
-Powiedziałem, że jeśli zjemy jeszcze jednego lembasa to na pewno wejdziemy na drogę szaleństwa próbując się pozabijać byle tylko odszukać czegoś lepszego do jedzenia.- Frodo przyglądał się Samowi z zamyśleniem, po czym wzruszył ramionami i razem zawrócili zmierzając tym razem w dobrym kierunku.
-Samie, jednak dobrze, że idziesz ze mną do Góry Przeznaczenia, inaczej jak zdołałbym tam dotrzeć, by odnaleźć więcej takich pięknych pierścieni, jak ten, który noszę na szyi?
-Taa, odnajdziemy je na pewno Panie Frodo...- zamruczał pod nosem Sam pamiętając przykazanie Gandalfa o niezwłocznym wrzuceniu tajemniczego pierścienia w odmęty góry.
-Tylko ciekawe, co na to powie Pan Frodo, jak już tylko tam zawitamy...
-Panie Frodo! Niech Pan zaczeka! Byliśmy na dobrej drodze do Mordoru, tam gdzie pan idzie jest znacznie dalej!- Sam biegł najszybciej jak tylko mógł, żeby dogonić swojego przyjaciela, który oddalał się coraz bardziej.
Frodo nie odpowiedział i dalej pędził zboczem góry. Płaszcz elficki powiewał na porywistym wietrze, na szyi ciążył mu czterdziesto-karatowy pierścień z...
Ania Shirley podobnie jak każdego dnia, udała się na samotną wycieczkę nad jezioro. Dziś była środa, więc spakowała do koszyka kanapki z masłem orzechowym i jabłka. Zabrała również swój niebieski latawiec. We wtorki pakowała pasiasty strój kąpielowy, natomiast zawsze w środy niosła parasol nawet, gdy nie świeciło słońce. Nad jeziorem zawsze spędzała dokładnie godzinę i wracała akurat na ulubiony rosół Maryli. Dotarcie nad jezioro zawsze zabierało jej 23 minuty, jednak kiedy Ania zobaczyła Dianę idącą w jej stronę zrozumiała, że dzisiaj nic nie będzie takie samo.
-Cześć Aniu!-zawołała.
-Cz-cześć.-odparła.
-Dokąd idziesz? Nad jezioro?
-T-tak. Jak codziennie.
-Mogę iść z tobą, Aniu?
-N-nie. Chcę b-być sama.-to powiedziawszy Ania, nie słuchając dalszych pytań koleżanki, ruszyła dalej przed siebie szybkim krokiem, by nadrobić stracony czas.
Nad jezioro dotarła o 2 minuty później niż zwykle.
-M-musiała m-mnie zatrzymać.-mruczała pod nosem.
Okazało się, że dzień jest wyjątkowo bezwietrzny. Latawiec nie chciał wzbić się w powietrze, więc Ania biegała ciągnąc go po ziemi. Ta godzina była przeznaczona na zabawę latawcem bez względu na warunki. Kiedy przebiegła jezioro dookoła, dostrzegła grupkę nastolatków po jego drugiej stronie. Śmiejąc się rozłożyli koce, a następnie rozebrali się i wskoczyli do jeziora. Krzyczeli i chlapali się orzeźwiającą wodą.
-C-ciszej, to m-moje jezioro.-mruknęła Ania.
Po godzinie, niezadowolona z niespodziewanego obrotu spraw ruszyła w drogę powrotną do domu. Jej humor pogorszył się, gdy zobaczyła, że Maryla jeszcze nie przygotowała obiadu.
-Witaj Aniu.-przywitała ją wesoło.-Sąsiadka przyniosła mi świeże ryby i została na kawie, dlatego nie wyrobiłam się z obiadem. Mam nadzieję, że nie jesteś głodna.
-A g-gdzie m-marchew do rosołu?-spytała.
-Nie będzie dzisiaj rosołu. Dorsze są tak świeże, że grzechem byłoby nie zjeść ich dzisiaj.-odparła Maryla filetując rybę.
-Ale z-zawsze w środy jest r-rosół.-Ania aż poczerwieniała ze złości.
-Ale dzisiaj nie będzie. Uznajmy, że to sobota, dobrze? W soboty zawsze jest ryba.
Ania już nic nie powiedziała, tylko wpatrywała się w Marylę i obserwowała, jak ta oporządza rybę.
-Zamiast tak bezczynnie stać, może byś mi pomogła?-zaproponowała Maryla.
-N-nie. Przecież n-nigdy ci nie p-pomagam.
-To może najwyższa pora to zmienić?
Dziewczyna odwróciła się na pięcie i poszła do swojego pokoju. Położyła się na łóżku i wpatrywała się w sufit. Po około kwadransie usłyszała pukanie.
-Co tam moja księżniczko?-spytał Mateusz od progu.
-N-nic Mateuszu.
-Ale się dzisiaj uśmiałem. Wóz pani Hammond utknął w błocie i ja wraz z doktorem O'Reilly oraz dwoma innymi mężczyznami pomagaliśmy jej go wypchnąć. Kiedy ruszył, doktor wpadł w błoto i cały się umazał! Cha, cha! Musiałabyś to widzieć Aniu!-Mateusz zaczął śmiać się w głos.
-T-tak Mateuszu. Bardzo z-zabawne.-odparła Ania ponurym tonem.
-Zaraz obiad.-powiedział i wyszedł.
-Nie będę j-jeść ryby w ś-środę.-wymruczała posępnie Ania i przewróciła się na drugi bok.
Ania Shirley podobnie jak każdego dnia, udała się na samotną wycieczkę nad jezioro. Dziś była środa, więc spakowała do koszyka kanapki z masłem orzechowym i jabłka. Zabrała również swój niebieski latawiec. We wtorki pakowała pasiasty strój kąpielowy, natomiast zawsze w środy niosła parasol nawet, gdy nie świeciło słońce. Nad jeziorem zawsze spędzała dokładnie godzinę i...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Harry Potter był znany w swoim sąsiedztwie z dziwnych pomysłów. Nie przepadał za kolorem czerwonym, a na dźwięk trąbki straszliwie krzyczał. Już jako dziecko został odrzucony przez kolegów z podwórka i zaszył się samotnie wraz ze swoimi marzeniami i myślami w domku na drzewie. A miał ich sporo, gdyż nie uważał się za szarego przeciętniaka, ale za czarodzieja czystej krwi. Domek wybudował mu tata, kiedy jeszcze żył. Dla Harry'ego tato umarł kiedy postanowił odejść do innej pani. Aktualnie mieszkał z nimi Robert - partner matki, którego nasz bohater przezywał Snape. Ginevra naprawdę nie lubiła tego określenia i za każde jego użycie srogo karała Harry'ego. Zazwyczaj trafiał on do schowka pod schodami i nie otrzymywał kolacji. Miał tam myśleć nad swoim postępowaniem i zawsze po wyjściu przepraszać Snape'a, yyy... To znaczy się Roberta.
Kiedy nasz mały Harry otrzymał rower nie chciał postrzegać go jako zwykły pojazd. Zwyczajnie wyobraził sobie, że jest to miotła, na której można latać i zwiedzać świat. Każdy patyk, który znalazł i podniósł z ziemi nie był zwyczajnym kijem. To były różdżki, które potrafiły spełniać marzenia, o ile dobrze się nimi posługiwało.
Ginevra nie radziła sobie dobrze z wychowywaniem chłopca. Harry w szkole otrzymywał słabe oceny, nie chciał liczyć, nie chciał pisać a tym bardziej przemawiać i występować publicznie. Nauczyciele załamywali ręce, kiedy Harry znajdował się nagle, z dziwnych przyczyn, na dachu i próbował udawać, że może się teleportować. Tylko z plastyką radził sobie dobrze. Jego prace były wystawiane na korytarzu i niejeden Dom Kultury i muzeum pozazdrościłby mu takich dzieł.
Któregoś razu Ginevra otrzymała pismo z sądu, że dziecko nie może dłużej z nią przebywać, gdyż nie potrafi się nim odpowiednio zaopiekować. Zamiast szlochać i przeżywać porażkę wychowawczą, kobieta z ulgą przyjęła ten fakt.
- Mamusiu, w końcu idę do Szkoły Magii i Czarodziejstwa?
- Co synku?
- No, do Hogwartu?
- Tak, tak... Idziesz do Howardu...
Tak oto zaczęła się przygoda w specjalistycznym szpitalu, który dla Potter'a był pełen tajemnic, mistycznych stworów i najlepszych przyjaciół. Wziął tam udział w Turnieju, przeżywał swoje pierwsze miłości i pocałunki, a także zaprzyjaźnił się z salowym - gajowym Hagridem. Poza tym, nasz słodki Harry był wojownikiem, walczył w obronie dobra. Wojował dość mocno z kierownikiem szpitala, którego przezywał Voldemort. A kim on dla niego był? O tym opowiem innym razem.
Harry Potter był znany w swoim sąsiedztwie z dziwnych pomysłów. Nie przepadał za kolorem czerwonym, a na dźwięk trąbki straszliwie krzyczał. Już jako dziecko został odrzucony przez kolegów z podwórka i zaszył się samotnie wraz ze swoimi marzeniami i myślami w domku na drzewie. A miał ich sporo, gdyż nie uważał się za szarego przeciętniaka, ale za czarodzieja czystej krwi....
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
- Wie Pan doktor, on jest bardzo uzdolniony, to taki nasz mały Picasso. Przedwczoraj, spojrzałam na jego jeden z rysunków.
- I co było na nim?
- Myślałam, że kapelusz. Nawet głośno powiedziałam do męża, patrz, nasz Picasso będzie może projektantem. Zaś on patrząc się w podłogę, oznajmił.
- „To wąż zjadł słonia”.
- Rozumie Pan doktor, to nie był żaden melonik, cylinder. To był wąż trawiący słonia.
- Wie Pani, te dzieci mają niesłychaną wyobraźnie, zauważają rzeczy dla nas tak banalne. A może mały Picasso, namaluję nam coś. Choć tu do nas.
- Nie przyjdzie ,nie teraz.
- Bo się mnie? Chodź do nas, narysujemy węża i słonia.
- Nie przyjdzie, jest zachód słońca.
- Lubisz zachody słońca?
- Wie doktor, lubi to za mało powiedziane, on je uwielbia. Codziennie wpatruję się w horyzont i nic wtedy dla niego nie istnieje. W pochmurne i mgliste dni, siada na parapecie, podkurcza nóżki i płacze. Rozumie Pan doktor, płacze bo zachodzącego słońca nie widać.
- Cechą charakterystyczną dla zespołu Aspergera są takie obsesyjne zachowania.
- Panie doktorze, on pojawił się w naszym życiu i wywrócił je o 360 stopni, ale kochamy jego bardzo. On też nas kocha, chodź nigdy jeszcze tego nam nie wyznał. Ale wierzę w to, że kiedyś te magiczne dwa słowa usłyszymy z jego ust. Kiedy był w Domu Dziecka opiekunowie, opowiadali, że cały czas siedział w kącie, nie odzywał się do nikogo. Myśleli nawet, że może nie potrafi mówić.
- Chodź Karolku, pożegnasz się z Panem doktorem.
- „Ja nie Karolek, my Mały Książę”.
- Chodź tu nasz mały księciu, tata już czeka na nas w samochodzie.
- Do widzenia Panu.
- Do widzenia – Przymknął na chwilę oczy. Właśnie mijała 6 godzina, od kiedy zaczął przyjmować pacjentów. Zmęczenie dawało się we znaki. Podszedł do okna, spojrzał na parapet. Leżała na nim mała papierowa róża
- Mały Książę, wypowiedział w myślach.
- Wie Pan doktor, on jest bardzo uzdolniony, to taki nasz mały Picasso. Przedwczoraj, spojrzałam na jego jeden z rysunków.
- I co było na nim?
- Myślałam, że kapelusz. Nawet głośno powiedziałam do męża, patrz, nasz Picasso będzie może projektantem. Zaś on patrząc się w podłogę, oznajmił.
- „To wąż zjadł słonia”.
- Rozumie Pan doktor, to nie był żaden melonik, cylinder. To...
- Kubusiu, co się stało? - zapytał Krzyś.
- Czy Ty widzisz Krzysiu to, co ja? - odpowiedział pytaniem na pytanie.
- Nie wiem o co chodzi Kubusiu - powiedział smutno Krzysiu, a Kubuś spojrzał na niego przenikliwie.
Stał tak jeszcze kilka sekund, po czym odszedł od słoiczków z miodem i zaczął szukać czegoś szukać w szufladzie.
- Czego szukasz Kubusiu? - zapytał Krzyś, jednak Kubuś nie odpowiedział.
Dalej szukał czegoś w szufladzie. Po kilku minutach Kubuś znalazł to czego szukał i usiadł do stołu.
- Zobacz Krzysiu, zawsze jem tyle miodu, żeby potem nie mieć problemu z liczeniem słoiczków jakie mi zostały - powiedział i pokazał liczbę 63 oraz 42.
- Ale co to?- zapytał Krzyś
- Wiesz mam taki pomysł, aby zawsze zostało mi tyle miodu, zebym był w stanie podzielić go przez 2 oraz przez 3. Taka zmyłka dla złodziei i podziałało. Mamy w Stumilowym lasku złodzieja - powiedział poważnie Kubuś Puchatek.
- Złodzieja? - nie dowierzał Krzyś
- Tak złodzieja. Pomnóż 63 przez 2 oraz 42 przez 3 i ile dostaniesz? - zapytał Kubuś po czym sam odpowiedział -126. A w mojej spiżarce jest 125 słoików. Nie dzieli się to ani przez 2 ani przez 3 więc nie ja zjadłem ten miód. A moja pora jedzenia jest za 23 minuty i 46 sekund, czyli w sumie 1426 sekund, z czym, że one dość szybko mijają i już zostało jakieś - spojrzał na zegarek - 1402 sekundy. Mamy tylko tyle, aby znaleźć złodzieja - wyznał Kubuś, a Krzyś nie wiedział, co ma robić w tej sytuacji.
To nie możliwe, aby w ich lesie był złodziej i do tego złodziej, który okrada Kubusia.
- Tyle problemu o jeden miód? - próbował ratować sytuację Krzyś, jednak Kubuś był niebłagalny.
- Jeden miód? To całe 867 gram mojej słodyczy. To daje jakieś 438 gram do mojej wagi, po czym spalałbym to siedząc jakieś 4 godziny i 47 minut - wyznał Kubuś.
- To może dam Ci mój jeden miodzik - zaproponował Krzyś.
- Niech będzie, jednak i tak stracę na tym, bo Twoje słoiczki mieszczą tylko 754 gramy miodu, zatem o całe 113 gram mniej niż moje, ale dzięki temu również spalanie będzie krótsze o 51 minut i 18 sekund - mówił Kubuś.
- Zatem idę po miodzik. ile jeszcze zostało? - zapytał Krzyś.
- 1002 sekundy, 1001, 1000.... -zaczął liczyć Kubuś, a Krzyś czym prędzej pobiegł po miód.
- Kubusiu, co się stało? - zapytał Krzyś.
- Czy Ty widzisz Krzysiu to, co ja? - odpowiedział pytaniem na pytanie.
- Nie wiem o co chodzi Kubusiu - powiedział smutno Krzysiu, a Kubuś spojrzał na niego przenikliwie.
Stał tak jeszcze kilka sekund, po czym odszedł od słoiczków z miodem i zaczął szukać czegoś szukać w szufladzie.
- Czego szukasz Kubusiu? - zapytał Krzyś,...
Kopciuszek marzył o tym, żeby pójść na bal. Od dawna zbierała każdą możliwą informację na temat herbu rodowego księcia. Chciała na własne oczy ujrzeć złote guziki, na których widniał lew łamiący w paszczy strzałę. „Jak ktoś umiał zrobić taki skomplikowany wzór, na czymś tak małym jak guziki!?” – zastanawiała się.
- Tak, muszę iść na bal! – powiedziała do siebie Kopciuszek, po czym ze zrezygnowaniem spojrzała na popiół, z którego miała wybrać mak. - No tak…
Dziewczyna zabrała się za wybieranie maku z popiołu, sprawdzają przy tym każde ziarenko i zastanawiając się czemu wcale nie są identyczne, to niedopuszczalne, żeby wytwórca maku robił je tak niechlujnie! Nagle kątem oka dostrzegła błysk w rogu izdebki, a następnie jej oczom ukazała się grubawa, mała kobieta unosząca się nad ziemią za pomocy skrzydeł.
- O matko, czy skrzydła o tak małej powierzchni są w stanie unieść tak dużą masę?! Czytałam kiedyś, że trzmiele pod tym względem zadziwiają naukowców… jesteś trzmielem?! – dziewczyna była tak zainteresowana nowym przybyszem, ze wbrew swej naturze przerwała wybieranie maku.
- ekhm… miłe powitanie… Jestem Twoją wróżką chrzestną, a nie trzmielem! Okazałabyś trochę szacunku staruszce. Dziecko jestem tu, byś mogła pójść na bal! Ta suknia jest dla Ciebie – na rękach wróżki pojawiła się piękna kreacja z księżycowej mgiełki. – Teraz masz się w co ubrać dziecino, pędź na bal!
- Ale po co mi to?
- No teraz wystroisz się i pójdziesz na bal, no już ubieraj no tą sukienkę.
- Ale kiedy ja nie chcę! Jeśli pójdę na bal, to tylko i wyłącznie w mojej sukience. Mam ją już od 5 lat, jest mi w niej dobrze i wygodnie, i nie mam zamiaru jej zmieniać na żadną inną! – wróżka wyglądała na niezadowoloną.
- To czemu jeszcze do tej pory nie poszłaś na ten bal?
- Zadajesz głupie pytania – dziewczyna nie wiedziała czy wróżka żartuje, czy naprawdę była tak mało rozgarnięta. Przecież widziała co dziewczyna robi – Mam tu mak do wybrania z popiołu. Przecież nie mogę tego tak zostawić.
- No dobrze, dobrze. Przynajmniej na coś się nadam. Gołąbeczki! – krzyknęła wróżka patrząc w okno – potrzebujemy waszej pomocy.
Do izdebki wleciały gołębie i od razu z zapałem wzięły się do pracy. Po paru minutach mak znalazł się w miseczce. Kopciuszek nie do końca przekonany zaczął przeczesywać popiół.
- Co Ty znowu wyczyniasz? – wróżka zaczęła się irytować.
- No tylko się upewniałam, ale dobrze już dobrze, to ja idę na bal.
-Wreszcie- zadowolona wróżka klasnęła w dłonie i rozłożyła ramiona by przytulić chrześnicę.
Kopciuszek spojrzała na dziwną pozę wróżki i doszła do wniosku, że wróżki to dziwne stworzenia, po czym wyszła z domu, spiesząc na bal.
Kopciuszek marzył o tym, żeby pójść na bal. Od dawna zbierała każdą możliwą informację na temat herbu rodowego księcia. Chciała na własne oczy ujrzeć złote guziki, na których widniał lew łamiący w paszczy strzałę. „Jak ktoś umiał zrobić taki skomplikowany wzór, na czymś tak małym jak guziki!?” – zastanawiała się.
- Tak, muszę iść na bal! – powiedziała do siebie...
Ludeczka przypatrywała się Mikołajkowi z niedowierzaniem, ten obracał obrączkę swojej mamy, mierzy ją i wzdychał. Bystra dziewczynka w lot zrozumiała intencje Mikołajka, dla niepoznaki zapytała go:
- Na co ci ta obrączka?
-Bo dziś w szkole trochę narozrabiałem i Ananiasz powiedział, że jak znajdę złoty środek to Rosół nie poskarży rodzicom, a ja nie wyjdę na lizusa przed chłopakami. Ale to nie takie proste, gdyż w środku złotego okręgu nie ma złota.-odpowiedział z poważną miną.
- Znów dosłownie zrozumiałeś- powiedziała zrezygnowana- Pamiętasz jak godzinami śledziłeś Pana Bledurt’a czekając, aż zacznie „ rzucać słowami na wiatr”. Chłopiec od razu przypomniał sobie jak tata powiedział: „ Bledurt to kretyn, który rzuca słowa na wiatr”- rzeczywiście chciał to zobaczyć i kiedy zrezygnowany i zmarznięty wrócił do domu, mama wytłumaczyła mu , że to tylko takie powiedzenie. Niestety często mu się to zdarzało mu, nawet przezwisko „ Rosół” wzięło się stąd, że Pan Dubon kazał mu spojrzeć w oczy, a oczy ma rosół i tyle. Nie potrafił zrozumieć dlaczego ludzie mówią co innego niż myślą, a te wszystkie przenośnie zawsze pakowały go w tarapaty.
Naszedł dzień urodzin Mikołajka, chłopiec siedział w swoim pokoju, starannie poukładał kolekcje pociągów, nie zrobił tego jednak ani kolorami, ani rozmiarami, ale zastosował układ chronologiczny. Na ścianie jego pokoju wisiały olbrzymie rozkłady jazdy paryskiego i londyńskiego metra (chłopiec nie tylko znał wszystkie linie metra, ale też nazwy wszystkich przystanków oraz ich odległość!)
Nie znosił kiedy mama próbowała posprzątać jego pokój, denerwował się wtedy bardzo i twierdził z całą stanowczością, że wszystko ma tu swoje określone miejsce, dotyczyło to również skarpet wrzucanych po łóżko.
Kiedy wszyscy goście delektowali się tortem, mama musiała upomnieć synka, aby nie jadł palcami, na co Pan Bledurt z szyderczą miną powiedział do taty Mikołajka, że gołym okiem widać brak ojcowskiej ręki w wychowaniu syna. „ Jak wygląda gołe oko?”- przez chwilę zamyślił się chłopiec, ale ponieważ rzadko kiedy patrzył innym w oczy , była to dla niego zbyt trudna zagadka.
Nie kończąc tortu, który według niego miał nieodpowiednią konsystencję, pobiegł i rozpakował prezent od Buni. Po chwili bez słowa dziękuje pobiegł do swojego pokoju.
Mamie zrobiło się trochę smutno, gdyż kolejny raz usłyszała jakie ma niegrzeczne dziecko. Wielokrotnie próbowała tłumaczyć innym, że to nie brak dobrej woli, a choroba- niestety otoczenie nie bardzo chciało zrozumieć. Zaszufladkowanie tego wrażliwego dziecka i niechęć innych powodowały jedynie większe frustracje i zamknięcie się w sobie. Na całe szczęście Mikołajek przyjaźnił się z kilkoma łobuziakami, którzy potrafili na swój sposób wykorzystywać odmienność kolegi. Dzięki niemu niejedna lekcja została w porę przerwana, używał wielu śmiesznych słów i potrafił rozwiązywać trudne zadania. Choć dorośli się czepiają, to dla nich Mikołajek najlepszym kumplem jest!
Ludeczka przypatrywała się Mikołajkowi z niedowierzaniem, ten obracał obrączkę swojej mamy, mierzy ją i wzdychał. Bystra dziewczynka w lot zrozumiała intencje Mikołajka, dla niepoznaki zapytała go:
- Na co ci ta obrączka?
-Bo dziś w szkole trochę narozrabiałem i Ananiasz powiedział, że jak znajdę złoty środek to Rosół nie poskarży rodzicom, a ja nie wyjdę na lizusa przed...
Gratuluję:-)
Gratuluję:-)
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam
Po spektakularno - zapoznawczej walce Achaja, Hekke i Krótki udali się w ustronne miejsce.
- Ta małpa nie pasuje tutaj, na pewno wysoko urodzona – stwierdził Krótki.
- Co się dzieje? Co ja tu robię? Ja chce z powrotem do pałacu, koniecznie. - lamentowała Achaja.
- Od dziś będziesz mieszkać razem z nami. Ale spokojnie i tak przeżyjesz nie więcej niż 60 dni.
- Nie mogę tu zostać. Ja o 19 muszę być na kolacji w pałacu. Koniecznie. Tak jest od zawsze. Muszę wrócić, ubrać się w kolorową kieckę, parę razy dygnąć, a potem udawać z uśmiechem na twarzy, że mi to wszystko smakuje...
- Młoda nie masz wyboru. Ale mogę Ci zaproponować układ – stwierdził Krótki – Idziesz z nami, dobrowolnie. Do czego będziemy Ci używać wiesz, a jak nie to wyobraź sobie, że twoje prawa udo to Boże Narodzenie, a lewe to Wielkanoc, a my będziemy wpadać pomiędzy świętami, ale obronimy Cię i nauczymy życia tutaj.
- Wy niewykształceni Panowie!! Król Archentar wycofał je z kalendarza świąt wiele lat temu! Koniecznie! Jak moglibyście wpadać skoro tych świąt nie ma? Po za tym mam z Wami mieszkać to gdzie mielibyście wpadać?
- Jak ta dziewczyna da sobie tutaj radę?
- Głupia nie jest. Tyle, że życia nie zna jeszcze. To jak młoda idziesz z nami, czy zostajesz?
- Podążam za Panami. Koniecznie! A i ja śpię na łóżku pod oknem. Koniecznie. Zawsze tak spałam, muszę tak spać. Dodatkowo zamawiam materac lateksowy. Posiada on szczególną właściwość. Przede wszystkim cechuje go bardzo duża elastycznością. Materac dostosowuje się do mojej budowy ciała i kręgosłup może się ułożyć w neutralnej dla niego pozycji. Sprzyja też właściwemu krążeniu i nie zakłóca prawidłowego obiegu krwi. I musicie wiedzieć, że odpowiednie rezultaty uzyskam jedynie dzięki materacowi wykonanemu w 100% z naturalnego kauczuku, gdyż tylko on zapewnia w pełni zdrowotne właściwości.
Kilka dni później.
Achaja zwinnie zeskoczyła w wysokiego kamienia.
- Uważaj młoda jak skaczesz, trzymaj nogi razem, bo się jeszcze połamiesz – ostrzegał Hekke.
Ale te kajdanki poranią mi nogi – odparła Achaja. Po za tym takie skakanie nie wzmacnia mięśni. Jeśli będę robiła prawidłowo to zbuduje silne kości i wzmocnię kości w kręgosłupie i podudziach, które są szczególnie narażone na złamanie w podeszłym wieku.
- Ehhh…Spróbuj jeszcze raz..
- Ałaaaa. Moja noga!!! Z moją koordynacją ruchową nie jest najlepiej.
- Zbierajmy się, robi się coraz zimniej.
- Ja nic nie czuje. Dobrze jest. Zostańmy. Koniecznie.
Kolejnym zadaniem było przeniesienie kosza z kamieniami. Hekke udzielił Achai kilku ważnym rad i zabrał się za ładowanie swojego.
- Ale ja muszę mieć różowy koszyk – stwierdziła Achaja - taki jak wczoraj i przedwczoraj. Koniecznie. Po za tym nie mogę brać tego tak dużo, ponieważ nacisk na kręgosłup zwiększa się dwukrotnie. Może wtedy dojść do rozciągnięcia się więzadeł, a to w przypadku słabych mięśni grzbietowych czasem kończy się przemieszczeniem dysków. Ucisk przesuniętego dysku na nerwy wychodzące z rdzenia kręgowego powoduje nie tylko dotkliwy ból uniemożliwiający schylanie się, ale też np. utratę czucia w ręce, nodze. Czytałam sporo na ten temat.
- Nie wytrzymam z Tobą dziewczyno! Jak inni z Tobą wytrzymywali.
- Zawsze byłam mało towarzyska, więc nie widzę problemu.
Po spektakularno - zapoznawczej walce Achaja, Hekke i Krótki udali się w ustronne miejsce.
- Ta małpa nie pasuje tutaj, na pewno wysoko urodzona – stwierdził Krótki.
- Co się dzieje? Co ja tu robię? Ja chce z powrotem do pałacu, koniecznie. - lamentowała Achaja.
- Od dziś będziesz mieszkać razem z nami. Ale spokojnie i tak przeżyjesz nie więcej niż 60 dni.
- Nie mogę tu...
DZIENNIK BRIDGET JONES
2 styczeń, środa
Nie wierzę. Spóźniłam się dziś do pracy. Szanowny Daniel Cleaver nie potrafił zrozumieć, że MUSIAŁAM wrócić się do domu po Silk Cuty. Dziś jest środa - trzy papierosy, nie mniej nie więcej. Przed pracą, w toalecie w pracy i wieczorem przed snem. Cokolwiek Daniel Cleaver sobie ubzdura, nie zburzy mojego porządku dnia!
3 styczeń, czwartek
Uwielbiam, kiedy dochodzę do trzeciej litery alfabetu alkoholowego. Dziś jest ten dzień. Piję tylko Chardonnay przy smętnych rytmach "All by myself" i odcinkach "Frasier". Mama wciąż mi powtarza, ze znam ten film na pamięć i mruczy coś do taty, że to z powodu Aspergera. To trochę zabawne, bo rzeczywiście znam każdy dialog, pamiętam każdą sytuację z życia bohaterów. Jednak mama przesadza (jak zawsze). Serial jest po prostu fenomenalny.
Osh... Chardonnay jest... zwala z nóg! Dosłownie! Chociaż nie tak jak Krwawa Mary. Dzień litery K jest najlepszym dniem mojego życia, w przeciwieństwie do następnego... Jest tym bardziej tragiczny w skutkach, gdy w spożywaniu Krwawej Mary towarzyszą mi Sharon, Jude i Tom. Ostatnio...
O matko! Zarzygałam telewizor...
Czas spać.
4 styczeń, piątek
Sharon nigdy nie potrafiła zrozumieć mojego tygodniowego menu. Śmiała się, że mam jakąś fobię czy coś. Kiedyś napomsknęłam o tym mamie, przez co ona natychmiast do niej zadzwoniła i zaczęła bluzgać i krzyczeć, ze to Asperger, a nie jakaś tam fobia, że ma być wyrozumiała i mnie nie denerwować. Mama mnie strasznie zdołowała, nie wychodziłam z domu przez tydzień...
A dziś piąty dzień tygodnia - piąty kolor tęczy! Czas na niebieską zupę!
8 styczeń, wtorek
Daniel Cleaver zbyt często na mnie spogląda w pracy. A gdy patrzy to patrzy na mnie tak jakby moja spódniczka wyszła gdzieś na spacer, a bluzki jakbym w ogóle nie ubrała... Nie rozumiem dlaczego, ale wydaje mi się to złe. Bardzo. Chyba się zwalniam.
9 styczeń, środa
Muszę się przyzwyczaić do tej myśli. Zwolnię się. Patrzy tak jakbym nawet majtek nie miała! Bezczelny łajdak!
10 styczeń, czwartek
Zwolniłam się. Kiedy mówił "rozumiem" spojrzał mi w oczy... Coś we mnie drga tak jakby... nie lubię gdy ludzie to robią. To takie osobiste, intymne. Straszne...
11 styczeń, piątek
RANY! NIE MAM PRACY! ZA CO KUPIĘ SILK CUTY? Dziś powinnam spalić pięć, a zostały tylko dwa w paczce...
Dzieje się coś złego w moim życiu. Muszę zadzwonić do mamy!!!
DZIENNIK BRIDGET JONES
2 styczeń, środa
Nie wierzę. Spóźniłam się dziś do pracy. Szanowny Daniel Cleaver nie potrafił zrozumieć, że MUSIAŁAM wrócić się do domu po Silk Cuty. Dziś jest środa - trzy papierosy, nie mniej nie więcej. Przed pracą, w toalecie w pracy i wieczorem przed snem. Cokolwiek Daniel Cleaver sobie ubzdura, nie zburzy mojego porządku dnia!
3 styczeń,...
Dam radę. Wytrzymam to. Słowa te powtarzał jak mantrę mężczyzna w pelerynie zmierzając do lochów, gdzie czekały go nudne i niemal doprowadzające go do rozpaczy zajęcia. Każdy kto go znał zdawał sobie sprawę jak marnym jest profesorem, gdyż kontakt z tymi humorzastymi, energicznymi nastolatkami wywoływała w nim straszne uczucia. Fakt, że próbują oni z nim rozmawiać, wprowadzało go niemal w odrętwienie. Snape aż wzdrygnął się na myśl o utrzymywaniu bliższych kontaktów z tymi okropnymi uczniami.
- Podręczniki nie otwarte?! – profesor wtargnął do sali pełnej uczniów. - Strona 153 „Skutki eliksiru wiecznej radości”, ktoś coś o tym powie?- Snape nie lubił tego tematu, wzbudzał w ludziach wiele dobrych odczuć, co prowadziło do tego, że jeszcze bardziej niż zwykle wchodzili mu na głowę! A przecież jak długo jest on w stanie powstrzymywać się przed wybuchnięciem? Najchętniej by się zamknął w swoim gabinecie i poddał ukochanej czynności - robieniu eliksirów. Boże, uwielbiał to odmierzanie potrzebnych składników, warzenie, szukanie nowych, lepszych połączeń. To takie odprężające i wyzwalające. No, ale trudno, musi jakoś pokonać te zajęcia i przeżyć je bez zabijania kogokolwiek.
- To eliksir inaczej nazywany Gaudium Memoria, pozwala na osiągnięcie stanu radości, ale choć nazywana jest ona wieczną to tak naprawdę to uczucie towarzyszy ludziom tylko przez chwilę, późnej osiągają oni stan bliski chorobie psychicznej.-Profesor usłyszał Hermionę Granger . Ach wspaniale było słuchać o czymś tak normalnym, tak bardzo przyjemnym dla ucha i przy okazji nie musieć zwracać uwagi na innych bezmózgich uczniów,jednak nie mógł pozwolić mówić tej dziewczynie, przecież powinien jej nienawidzić.Och, gdyby tylko znała prawdę! To była jedyna osoba, którą mógł znieść w tej klasie.
- Stop – usłyszał swój głos- Nie potrzebna mi reguła, którą każdy mógłby sobie przeczytać w podręczniku, panno Granger! – Skarcił ją.-A teraz proszę –zwrócił się do pozostałych. -szukać potrzebnych ingrediencji. Chcę mieć na biurku wywar wiecznej radości od wszystkich. – powiedział i pomyślał, że teraz czas na mękę.
Wzdrygał się za każdym razem gdy ktoś mieszał wywar w zupełnie przeciwnych kierunkach, jak Goyle wsypał sodane do wywaru albo kiedy próbował posiekać strączek sopopharusa choć wystarczy tylko mocno go ścisnąć, aby puścił sok. Odwracał wzrok ilekroć ktoś popełniał błąd. Jak ktoś może nie znać oczywistych faktów?!
- DOŚĆ! – krzyknął w końcu gdy Longbottom omal nie wrzucił do kociołka skorupy węża, a wtedy cały Hogwart mółby ulec zagładzie. – Czas minął, poproszę flakoniki. – powiedział i wszyscy przynieśli mu swoje próbki beznadziejnych wywarów, po czym opuścili salę. No, wreszcie cisza. – stwierdził Snape i udał się do gabinetu z myślą o zrobieniu kolejnego eliksiru. Boże! To takie cudowne. No i może jeszcze posprząta trochę w biurku. W końcu ostatnio zauważył, że skrzaty chyba w złej kolejności poukładały zapas atramentów! To oczywiste, że czerwony atrament powinien stać z boku!!!
Dam radę. Wytrzymam to. Słowa te powtarzał jak mantrę mężczyzna w pelerynie zmierzając do lochów, gdzie czekały go nudne i niemal doprowadzające go do rozpaczy zajęcia. Każdy kto go znał zdawał sobie sprawę jak marnym jest profesorem, gdyż kontakt z tymi humorzastymi, energicznymi nastolatkami wywoływała w nim straszne uczucia. Fakt, że próbują oni z nim rozmawiać,...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Jestem Kubuś Puchatek. Mówią o mnie ‘Miś o bardzo małym rozumku’. Mam przyjaciół. A przyjaciele przynoszą mi miód, który tak bardzo lubię. Lubię go jeść. Lubię na niego patrzeć. Och, gdybym tak posadził przed chatką plaster miodu, może wyrósłby z niego ul? Puk, puk – słyszę. To Krzyś – mój przyjaciel. Witaj Krzysiu, czy przyniosłeś mi może baryłkę miodu? Nie? Więc co Cię do mnie sprowadza? Martwisz się o Prosiaczka? Och tak, to straszne. To bardzo przykre. Gdyby tak już sobie poszedł, wróciłbym do spiżarni i oglądał swój miód. Poszedł. Może pójdę jednak odwiedzić pszczółki. Zobaczę jak robią miodek, robią go żebym ja go jadł.
Chciałbym wyglądać jak mała ciemna chmurka. Wtedy unosiłbym się wysoko, tam gdzie fruwają ptaki. O, Króliku, jak miło mi Cię spotkać. Na herbatę? Oczywiście. Wiesz króliku, bo herbatę pijam jedynie z miodkiem. Dobrze się składa, mój przyjacielu. Poczęstuję się co nieco. Czy króliki lubią miód? Myślę, że wolą marchewki. Nie obrazisz się więc, jeśli nabiorę jeszcze trochę. Zrobiło się późno. Och, i miodek się skończył. Czas wracać na kolację. Dziękuję, że zaprosiłeś mnie na herbatę, to miło z Twojej strony. Króliku, Twoje drzwi frontowe schudły, nie mogę wyjść!
Jestem Kubuś Puchatek. Mówią o mnie ‘Miś o bardzo małym rozumku’. Mam przyjaciół. A przyjaciele przynoszą mi miód, który tak bardzo lubię. Lubię go jeść. Lubię na niego patrzeć. Och, gdybym tak posadził przed chatką plaster miodu, może wyrósłby z niego ul? Puk, puk – słyszę. To Krzyś – mój przyjaciel. Witaj Krzysiu, czy przyniosłeś mi może baryłkę miodu? Nie? Więc co Cię do...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
„Jak Accio zostało zaklęciem bojowym”
- Accio- wykrzyknął Harry po raz setny, przywołując do siebie kolejną książkę. Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że na podłodze obok niego leżała już setka takich samych. Oczywiście poukładana dokładnie jedna na drugiej.
-Jak wiele egzemplarzy „Quidditch przez wieki” posiada nasza biblioteka?- zapytał zaniepokojony Dumbledore, przerażonej pani Pince.
-Jeszcze około setki- wyszeptała.
No tak, rzeczywiście mogli mieć kłopoty. Nikt się tego nie domyślał, kiedy usłyszeli, że Złoty Chłopiec ma zespół Aspergera. Nie odrobili również pracy domowej i nikt nie zapytał cioci Wikipedii, co to właściwie oznacza. Schody zaczęły się już na Uczcie Powitalnej, kiedy Harry zaczął wybierać z sernika rodzynki, czym poważnie zdenerwował Malfoya, który jak wiadomo również za nimi przepadał. A teraz na szkoleniu, które mam mu pomóc zabić Voldemorta, ten zamiast uczyć się zaklęc bojowych ciągle ćwiczy Accio.
-Harry, może starczy na dzisiaj. Jest przecież tyle ciekawych zaklęć, które zapewne, zainteresują cię w równym stopniu – próbował Dumbledore.
Chłopiec jednak nie reagował, przywołując sto pierwszą książkę.
I tak zaczęła się przygoda Harrego z tym zaklęciem. Gdy wpadał w złość, bo na kolacji nie było tych samych dań co zawsze, bo Hermiona związała włosy nie tą wstążką, bo Malfoy zdążył wyjeść wszystkie rodzynki, chłopiec uspokajał się tym zakląciem. Wynikiem tego były egzemplarze „Quidditch przez wieki” porozkładane po całej szkole. Z czasem opanował to zaklęcie do takiego stopnia, że nie potrzebował różdżki do wykonania go. Był w stanie nawet przywołać ją nieświadomie przez sen, gdy śnił mu się jakiś koszmar. Jednak na treningach, nie uczył się wcale tylko wykonywał ciągle to samo zaklęcie, opanowując je do perfekcji.
Z czasem Dumbledore pogodził się z myślą, że przepowiednia się myliła i chłopiec nie jest w stanie pokonać Vodemorta. Jednak nawet w jego wizjach po zbyt mocnych dropsach, nie spodziewał się tego co miało się wydarzyć.
Kiedy Harry wrócił po piątym roku do domu, niczym się nie przejmując udał się do ulubionego magicznego baru. Zaskoczony spostrzegł, że w loży którą zawsze zajmuje siedzi człowiek bez nosa. Nie to go jednak zdenerwowało, lecz to, że ktoś śmiał zając jego miejsce. Zdenerwowany bezmyślnie przywołał do siebie „Quidditch przez wieki”. Każdy szanujący się bar posiadał taką książkę, los jednak chciał, że ta znajdowała się na półce nad głową mężczyzny bez nosa. Książka przywołana zaklęciem, pociągnęła za sobą kolejny egzemplarz. Ta spadła uderzając kantem w głowę delikwenta, a ten z powodu silnego urazu głowy umarł na miejscu.
Tym sposobem Accio stało się najgroźniejszym zaklęciem bojowym i została zarezerwowane tylko dla pewnego chłopca, który mimo zespołu Aspergera, kochał wyjadać rodzynki z sernika.
„Jak Accio zostało zaklęciem bojowym”
- Accio- wykrzyknął Harry po raz setny, przywołując do siebie kolejną książkę. Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że na podłodze obok niego leżała już setka takich samych. Oczywiście poukładana dokładnie jedna na drugiej.
-Jak wiele egzemplarzy „Quidditch przez wieki” posiada nasza biblioteka?- zapytał zaniepokojony...
Harry szalenie cieszył się na wiadomość, że za moment ruszy w podróż. Jego rozbiegane oczy omiatały perony, gdzie z głośnym gwizdem przyjeżdżały i odjeżdżały kolejne składy. Ogromne lokomotywy leniwie sapały a wydobywające się z nich kłęby dymu rozpływały się pod sklepieniem dworca King's Cross. Mimo nadciągającego tłumu małoletnich adeptów Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie, Harry stał na środku jak słup soli. Tłoki hydrauliczne poruszające kołami miarowo wsuwały się i wysuwały z tulei. Najpierw powoli a później coraz szybciej, ale tego już nie mógł zobaczyć choć wytężał wzrok i mrużył powieki. Poczuł, że ktoś szarpie jego ręką.
- Chodź, Harry. Peron 9 i ¾ jest już blisko. Idź po prostu obok mnie, a jeśli chcesz, możesz zamknąć oczy- powiedziała życzliwie czarownica, którą poznał jakiś czas temu. Ale Harry nie mógł zamknąć oczu, bo te koła obracające się i napędzane przez tłoki frapowały go niezmiernie.
„ Eh- upomniał sam siebie powtarzając to, co zawsze mówiła mu ciotka Petunia- bądź miły dla pani Camilli”. Poszedł powłócząc nogami.
Był miły i nawet nie zauważył kiedy stał na peronie przeznaczonym wyłącznie dla czarodziejów, a Camilla pochylała się nad nim roztaczając woń zdecydowanie zbyt mocnych perfum. Zakręciło mu się w głowie i już myślał, że zemdleje ale na ratunek przyszły (a raczej przyjechały) wagony wtaczające się na peron. Napędzane przez tłoki koła pozwoliły mu zachować przytomność, skupił na nich całą swoją uwagę. Zastygł w bezruchu rozkoszując się widokiem mechanizmu, obserwując uważnie każdy nit, każdą śrubkę czy kroplę smaru wyciekającą z wnętrza.
- Do zobaczenia, Dzióbku!- Camilla zdecydowanym ruchem wepchnęła Harrego w tłum, a ten zaniósł go do środka wagonu.
Harrego ogarnęła panika. Czuł, że jego plecy oblewa zimny pot, a skóra na rękach zaczyna przypominać tą, jaką ma gęś przygotowywana na święto Dziękczynienia przez Dursleyów. Wyciągnął ręce z kieszeni i puścił się biegiem w kierunku łazienki. Lustro! Jest! Zatrzymał się w drzwiach, a serce biło mu jak oszalałe. Bał się spojrzeć, bo wiedział, że nie jest ptakiem. Ale może coś się wydarzyło i zaraz, zaraz za chwilę na ramionach zaczną wyrastać mu pióra. Może Camilla rzuciła jakiś czar? „Może ta szkoła, to bardzo, bardzo zły pomysł”- zastanowił się.
Policzył do trzech i trzęsąc się jak galareta spojrzał w lustro.
- Nie ma dzioba, nie ma dzioba, nie ma…- niemal niedosłyszalnie szeptał do siebie, aby ukoić nerwy.
- Cześć! Jestem Hermiona, a ty to pewnie Harry Potter?- piegowata dziewczyna stanęła za jego plecami, tak że widać było tylko burzę rudych loków.
-Tak, nazywam się Harry Potter i mam twarz, a nie dziób- przywitał się grzecznie podając rękę.
Harry szalenie cieszył się na wiadomość, że za moment ruszy w podróż. Jego rozbiegane oczy omiatały perony, gdzie z głośnym gwizdem przyjeżdżały i odjeżdżały kolejne składy. Ogromne lokomotywy leniwie sapały a wydobywające się z nich kłęby dymu rozpływały się pod sklepieniem dworca King's Cross. Mimo nadciągającego tłumu małoletnich adeptów Szkoły Magii i Czarodziejstwa w...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniejGratuluję:-)
Gratuluję:-)
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamWychowujemy Misiaka. Ojca i syna przygody z Aspergerem, pociągami, traktorami i materiałami wybuchowymi[bookLink]236271|Wychowujemy Misiaka. Ojca i syna przygody z Aspergerem, pociągami, traktorami i materiałami wybuchowymi[/bookLink]
Wychowujemy Misiaka. Ojca i syna przygody z Aspergerem, pociągami, traktorami i materiałami wybuchowymi[bookLink]236271|Wychowujemy Misiaka. Ojca i syna przygody z Aspergerem, pociągami, traktorami i materiałami wybuchowymi[/bookLink]
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam
