Świniobicie

Okładka książki Świniobicie
Magda Szabó Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy Seria: Klub Interesującej Książki literatura piękna
188 str. 3 godz. 8 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Seria:
Klub Interesującej Książki
Tytuł oryginału:
Disznotor
Data wydania:
1977-01-01
Data 1. wyd. pol.:
1977-01-01
Liczba stron:
188
Czas czytania
3 godz. 8 min.
Język:
polski
Tłumacz:
Krystyna Pisarska
Średnia ocen

                7,3 7,3 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Świniobicie w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Opinia społeczności i

Świniobicie



książek na półce przeczytane 2402 napisanych opinii 731

Oceny książki Świniobicie

Średnia ocen
7,3 / 10
92 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
1693
731

Na półkach: , , ,

W tej książce jest samo nieszczęście... Postacie są totalnie przejaskrawione, i to jest właśnie genialne, cały ten nadmiar emocji w każdej z osób. Ten nadmiar dobija czytelnika. I nie pozwala się oderwać od kolejnych stron. Chce się czytać Magdę Szabó.
Scenariusz życia powtarzający się od wieków: niespodziewana ciąża, szybki ślub nie z tym, którego się kocha, pogarda, zazdrość, finał...
Świnia ubita... Ależ to jest dobrze napisane.

W tej książce jest samo nieszczęście... Postacie są totalnie przejaskrawione, i to jest właśnie genialne, cały ten nadmiar emocji w każdej z osób. Ten nadmiar dobija czytelnika. I nie pozwala się oderwać od kolejnych stron. Chce się czytać Magdę Szabó.
Scenariusz życia powtarzający się od wieków: niespodziewana ciąża, szybki ślub nie z tym, którego się kocha, pogarda,...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

296 użytkowników ma tytuł Świniobicie na półkach głównych
  • 170
  • 121
  • 5
52 użytkowników ma tytuł Świniobicie na półkach dodatkowych
  • 32
  • 6
  • 5
  • 3
  • 2
  • 2
  • 2

Inne książki autora

Magda Szabó
Magda Szabó
Ukończyła Uniwersytet w Debreczynie i uzyskała uprawnienia do nauczania łaciny i węgierskiego. Wyszła za mąż w 1947 r. za Tibora Szobotkę, tłumacza i pisarza. W tym samym roku rozpoczęła karierę jako poetka tomikiem "Owieczka". Następnie napisała "Powrót do ludzi" w 1949 r. W tym samym roku otrzymała nagrodę Baumgarten Prize, z powodu której, ze względów politycznych, została aresztowana tego samego dnia i zwolniona z ministerstwa. Podczas najciemniejszych lat komunizmu na Węgrzech, pomiędzy 1949 a 1958 r., zabroniono publikowania jej prac. Od tej pory zaczęto prześladować również jej męża, przez co był bezrobotny. Magda Szabó nauczała w tym czasie w szkole publicznej. W czasie przymusowego milczenia artystycznego przerzuciła się z poezji na prozę. Otrzymała sporo nagród na Węgrzech. Jej książki zostały przetłumaczone na wiele języków i trafiły do 42 krajów na całym świecie.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Ptaszyna Dezső Kosztolányi
Ptaszyna
Dezső Kosztolányi
Współcześnie brzydota może być atutem, a jeśli przeszkadza wystarczą pieniądze, by to zmienić. Dawniej, gdy celem życiowym młodej kobiety było zamążpójscie, brak urody był akceptowalny tylko przy gigantycznie wysokim posagu. Ptaszyna jest bardzo brzydką "starą panną", ale ma coś czego mogą jej pozazdrościć piękności - bezgraniczną miłość rodziców. Posiadaczka "ni to tłustej, ni to chudej twarzy, mięsistego nosa z szerokimi końskimi chrapami, męskich surowych brwi i malutkich wodnistych oczek" podwiędła do lat ponad trzydziestu żyjąc sobie spokojnie i samotrzeć u boku ojca i matki. Jest tak brzydka, że nawet ubóstwiający ja ojciec wstydzi się iść przez miasteczko u jej boku. Ale oto rodzinną sielankę przerwa wydarzenie dla kogoś może banalne, dla nich prawdziwe trzęsienie ziemi - Ptaszyna jedzie, sama, odwiedzić wujka i ciotkę. Na tydzień zaledwie, ale całej trójce wydaje się to wiecznością. Mimo że to Ptaszyna jest tytułową bohaterką, Kosztolányi opowiada przede wszystkim o rodzicach, którzy po jej wyjeździe rozkwitają i rzucają się w wir miasteczkowego życia towarzyskiego. Niestety, po tygodniu wszystko wraca na utarte tory... Tych kilka dni, podczas których pozornie nic się nie dzieje, demaskuje zakłamanie, w którym żyła (toksyczna jak byśmy dziś powiedzieli) rodzina Ptaszyny. Rodzice zdają sobie sprawe, że w gruncie rzeczy córka jest dla nich tylko ciężarem, po jej wyjeździe zaczynają cieszyć się zyciem. Ona zaś uświadamia sobie, że nic już w jej życiu się nie zmieni i skazana jest na nudną wegetację. Bowiem na przełomie XIX i XX wieku jedyną opcją dla niezamężnej dziewczyny jest tkwienie u boku rodziców - bez wykształcenia, pracy czy jakiegokolwiek sensownego zajęcia. A mieszczańska rodzina, jak bardzo nieszczęśliwi nie byliby jej członkowie, musi zachowywać pozory (pani Dulska się kłania). Ta urocza książka napisana pięknym prostym językiem podszyta jest goryczą i smutkiem, co jednak nie zmniejsza przyjemności lektury, przeciwnie - nadaje jej głębi. Perełka, polecam, szczególnie wielbicielom klimatów prowincjonalnych, cesarsko-królewskiego tygla tudzież Madziarów i fin de siècle'u: 7.5/10
Agata - awatar Agata
oceniła na 7 1 miesiąc temu
Most San Luis Rey Thornton Wilder
Most San Luis Rey
Thornton Wilder
„Nad zbiegami okoliczności można by się zdumiewać na sto różnych sposobów” – czytamy w tej znakomitej opowieści poświęconej odwiecznemu pytaniu ”Co jest prawdą?”, wraz z pomocniczymi: „Skąd możemy się jej dowiedzieć?” oraz „Skąd czerpać empatię?”. Niby to o niczym. Ot, gdzieś w Ameryce Płd. w 18. wieku zawalił się wiszący most, parę osób zginęło, a pewien franciszkanin próbuje dociec, co z tego wynika. Odpowiedź brzmi: wszystko - cały sens czy też bezsens ludzkiej egzystencji. I jasne się staje, że tę pięć postaci łączy nie tylko nagła śmierć. Co rzadkie, tam i wtedy, świetnie nakreślone są postacie kobiece. A ponadto: jak to jest napisane...!!! Nie dziwota, że Sandor Marai zachwycił się tym małym arcydziełkiem. Można nawet na siłę doszukiwać się tu pewnych podobieństw a może też i inspiracji… W każdym razie Pulitzer z 1928 r. był nieprzypadkowy - wtedy ceniono nieoczywiste, pozornie nieskomplikowane opowieści. „Brat Juniper wykrył, że najmniej można się dowiedzieć od ludzi najbardziej związanych z przedmiotem badań. (…) Ci, którzy wiedzieli najwięcej, powiedzieli najmniej” – ta pełna rezygnacji konstatacja potwierdza, że „the Truth is out there”. Czy jest w tym kontekście przypadkiem, że na koniec biedny franciszkanin stwierdza: ”Przepaść między wiarą i faktami jest większa niż się na ogół przypuszcza”. Czy możemy się zatem dziwić, że tworzona przezeń Księga, która miała opisać „jak było”, trafia na Indeks Ksiąg Zakazanych, a jej autor....? Cóż, ponosi taki los, jaki podobno sam Pan Buk zalecił swym ziemskim funkcjonariuszom (choć zarazem żadna to antyklerykalna agitka). I tylko zapewnienie o niezrywalnym moście, którym jest – czy też: może być, aby nie wpadać w pewien "harlequinizm" - Miłość, daje na koniec nadzieję… Kilka cytatów: …Albo żyjemy z przypadku i umieramy z przypadku, albo żyjemy według planu i umieramy według planu… ...Niektórzy mówią, że nigdy nie będziemy wiedzieć i że dla bogów jesteśmy jak muchy, które chłopcy zabijają w dzień letni, a inni mówią przeciwnie, że nawet najmniejszy wróbel nie zgubi jednego piórka bez woli Boga... …Widziała, że ludzie tego świata chodzą w zbroi egoizmu, pijani samouwielbieniem, spragnieni komplementów, mało słysząc z tego, co się do nich mówi, niewzruszeni wypadkami, które spotykają ich najbliższych przyjaciół, w strachu przed wszelkimi apelami, które wymagałyby od nich jakichś ofiar…. …Styl to jedynie godne pogardy naczynie, w którym gorzki napój podaje się światu... …Przeorysza należała do tych osób, które marnują życie, ponieważ zapłonęły miłością do jakiejś idei na kilka stuleci przed jej właściwym pojawieniem się w określonym momencie historii cywilizacji. Matka Maria del Pilar walczyła przeciwko swojej epoce, pragnąc by kobietom przyznano nieco ludzkiej godności.... …Istniało wtedy w Limie coś owinięte w wiele łokci fioletowego jedwabiu, z którego wystawała wielka nabrzmiała głowa i dwie pulchne, przeźroczyście białe ręce – był to arcybiskup…. …Przeczytał całą literaturę starożytną i wszystko z niej zapomniał poza ogólną atmosferą wdzięku i sceptycyzmu. Znał się kiedyś na Ojcach Kościoła i soborach, ale zapomniał już wszystko, poza nieokreślonym wspomnieniem sporów, które nie miały żadnego związku z Peru…. …Jak wszyscy bogacze, nie mógł uwierzyć, że biedni (popatrzcie na ich domy i ich ubrania!) mogą rzeczywiście cierpieć. Jak wszyscy ludzie żyjący w zbytku wierzył, że tylko ludzie oczytani mogą wiedzieć, iż są nieszczęśliwi…. …Czerpał coś w rodzaju radości z przekonania, że na świecie wszystko urządzone jest źle. Szeptał do ucha franciszkanina myśli i opowiastki, które zaprzeczały, jakoby ktokolwiek kierował światem…
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na 10 3 lata temu
Smilla w labiryntach śniegu Peter Høeg
Smilla w labiryntach śniegu
Peter Høeg
Sięgając po książkę, wiedziałem o niej tyle, że polecił ją Stephen King w swoim słynnym "Jak pisać" (które czytałem chyba dziesięć lat temu). W pierwszych rozdziałach zaskoczyły mnie dwie rzeczy: - Wow, to jest o Grenlandii, czyli jakby na czasie (styczeń 2026 - Trump chce anektować Grenlandię) - Wow, czytam scenariusz do serialu "Rojst" młodego Holoubka (egzotyczna postać kobieca na tropie śledztwa przeciwko potężnym tego świata, której pomaga jąkający się dryblas) Potem sprawdziłem, że książka była hitem w USA i utorowała drogę na salony gatunkom murder mystery oraz nordic noir. Trzeba przyznać, że z lektury dowiedziałem się wiele: - Trochę o Grenlandii, jej związkach z "metropolią" (Danią), problemach społecznych Grenlandczyków - ale chyba nie aż tyle, ile bym chciał; też nie wiem, ile z tego to gorzkie przemyślenia europejskiego autora przypisane Grenlandii. - Że murder mystery i nordic noir są nie dla mnie. Może jestem niesprawiedliwy, ale to, co było hitem i nowością w 1992, brzmi teraz tak samo jak dziesiątki, jeśli nie setki, podobnych propozycji z tego kanonu. Muszę jednak docenić kunszt pisania, trzymanie uwagi cały czas w napięciu, przez podawanie zdarzeń od końca lub od szczegółu do ogółu, w filmowy, ostry sposób. Dostrzegłem napięcia postkolonialne i jakby odwróconą wersję conradowskiego mitu "Jądra jasności". No i uznaję z szacunkiem fakt, że to chyba pierwsza po "Anaruku" powieść z Grenlandką w roli głównej. I chyba będę szukał tego dalej, tylko może czegoś bardziej autentycznego.
kanosek - awatar kanosek
ocenił na 6 1 miesiąc temu
Drzewo człowiecze Patrick White
Drzewo człowiecze
Patrick White
«Widzę ludzi, bo gdy chodzą, dostrzegam ich niby drzewa» Mk 24,8 Drzewo Człowiecze – rodzice, ciało i najmniej zauważalna dla oka ludzkiego myśl – jeśli chcesz sprawności tego układu – musisz zdobyć coś więcej. Nie widzę. Nie widzę epickiego rozmachu, dlatego to nie będzie Księga Rodzaju, ale uzdrawianie niewidomego. Moja ślepota nie jest dowodem, że tego rozmachu tu nie ma. Widzę. Widzę wyraźnie człowieka niczym drzewo na wietrze – poddane prądowi losu, z trudem przytrzymuje listowie myśli swoich, które wciąż i wciąż na nowo w walce porywane przez wewnętrzny niepokój rozsypują się, a potem nowe rodzą się nieustannie – ten człowiek próbuje przypomnieć sobie albo odkryć swoją rolę i misję w tym nieubłaganym prądzie. W centrum opowieści oswajanie nie przestrzeni dla siebie, ale oswajanie siebie samego w losie swoim. Każdego z bohaterów rozłącznie. Stan, Amy, Ray, Thelma. Inni. Wszyscy obok. Czyż da się bowiem Im podzielić coś, co podzielnym być nie potrafi? Najskrytszy pierwotny smutek i trwoga, najskrytsze zmaganie z wiarą, najskrytsza pierwotna żądza i marzenie, najskrytsza samotność na dnie duszy kotłujące się, w samym centrum człowieka, nie dadzą dostępu do siebie. Człowiek nie wie jak się tym podzielić. Dlaczego? Bo rzadko jego oczy zwrócone są na teraźniejszość. Później. Nie teraz. Teraz jakby jeszcze na niby mój los. Raczej trwajmy ze swoimi niedookreślonymi pragnieniami jedynie na powierzchni myśli, dla bezpieczeństwa swojego przede wszystkim. Będziesz ze mną człowieku?! Czy rozkoszy w smutku szukasz, a przyjemności w udręce? Czemu grzech nie jest dla ciebie odrazą, a cnota cię nie pociąga? Nie wierzcie mi. Ktoś przecież powiedział znajdziesz tu wszystko, jak w życiu. Epicki rozmach. Autorze chciałeś tego?! Pisałeś tak? Jak to możliwe? Przecież nie dostrzegłam narodzin, suszy, powodzi i wojny w typowym epickim rozmachu. Przecież Ty chciałeś tylko Ich dusze rozszarpać na widoku wszystkich, a potem jedynie upływem czasu ukoić. Jedynie wybrane, inne w przepaść popchnąłeś. Tak? To o tym? Przecież: Deszcz trwający nieubłaganie, który nie wodą jest ale udręką, która z własnego życia cię wypiera i zabiera oddech. Zgubiona radość po długo wyczekiwanych narodzinach, a w zamian lęk i nieodkryte nowe życie mimo, że własną piersią karmione. Pożar, który nie zniszczeniem płonie, ale główną areną dla zatopienia się w sobie dwóch obcych dusz. A nieugaszony żar wyrzutem sumienia do końca dni. Wojna, która nie wybuchami i krwią jest, ale dotkliwą udręką, w której znękane ciało mężczyzny i kobiety pragnie dotyku, który odwzajemniony, przywróciłby mu spokój. Dzieci na niewypowiedzianej słowami wojnie myśli i dusz o wolność i niezależność od rodziców. Jedno ukojenie znajdzie choćby w widoku drzewa wyrwanego z korzeniami. Drugie w próżności i przyzwyczajeniu, w którym na miłość nie można sobie pozwolić, a utraty przyjaźni lęka się nieustająco. Jedno i drugie ból, że korzeni swoich nie pojmuje. Wiara, która z tajemnicy niedościgłej przeradza się w głęboką urazę i pustkę, żeby dopiero na koniec błogim początkiem nowego się stała. Modlitwa, która nie niewolą, ale wolnością się staje. Czy to jest epicki rozmach ? Nie to serce człowieka ściśnięte wiecznie przez los. Tylko czy jest na pewno w człowieku coś, co warto poznać, jeżeli On patrzy gdzieś poza horyzont, ponad konarami drzew, zawieszony w niepokoju, w oczekiwaniu na coś innego niż teraz, na coś co się wydarzy, na coś co musi się wydarzyć? Wiedz jedynie Człowieku, że jeżeli chcesz więcej niż życie, więcej niż duszę, wieczna udręka i niepokój Cię czeka. Więc żyjesz? Jeszcze nie teraz. Drzewa nie zginą. Jest Ktoś, kto przez podarowane szkiełko witraża kolorami ożywi przestrzeń, napisze poemat o życiu. Tak, w końcu nie ma końca. „Jak wiatr co losem szarpie i kołysze Nie zna człowiecze drzewo czasu ciszy” Z wiersza A.E. Housmana. PS. Patricku Księga Rodzaju nie ma smutku w sobie. Nie byłeś szczęśliwy? Amy Parker. To ona uwagę mej duszy zdobyła. Nie Stan mimo, że On początkiem Jej losu stał się pewnego dnia na pustkowiu. Jednak On nie czuł potrzeby ujmowania w wielkie słowa swojego życia. Wystarczyło Mu, że je przeżywał. Och Amy, przyjaciółko moja.
Agnieszka - awatar Agnieszka
oceniła na 10 1 rok temu
Dzwon Iris Murdoch
Dzwon
Iris Murdoch
„Nie ma jednego dzwonu, który mówi prawdę. Każdy z nas niesie swój własny – zatopiony lub fałszywy.” (moja myśl z lektury "Dzwon" I. Murdoch) . „Dzwon” Iris Murdoch, opublikowany w 1958 roku, jest czymś w rodzaju kapsuły czasu. Trudno wyobrazić sobie, aby dziś powstała taka powieść. Bo tematem Murdoch jest świętość i grzech. Podejrzewam, że żaden współczesny powieściopisarz nie mógłby podjąć takiego materiału bez nuty ironii lub ram sceptycyzmu. W dzisiejszym intelektualnym świecie wiara, zwłaszcza religijna, nie jest traktowana poważnie. Ale widziałabym taką fabułę dziś w jakiejś eko wiosce 😜 czemu nie. To jest bardzo bogata powieść - bogata fabularnie, tematycznie, opisowo, symbolicznie. Mocno złożoną i wielowarstwowa. Wymaga od czytelnika większego zaangażowania intelektualnego aby uchwycić niuanse i relacje międzyludzkie... „Dzwon” opowiada historię kilku tygodni z życia Imber Court, małej angielskiej wspólnoty świeckiej mieszkającej w starym dworze w południowo-zachodniej Anglii, sąsiadującej z Imber Abbey, klasztorem klauzurowych benedyktynek. Siostry oczekują nowego dzwonu do swojej wieży, która zgodnie z lokalną legendą pozostaje pusta od czasu, gdy w XII wieku dzwon wyleciał z wieży i wpadł do pobliskiego jeziora po tym, jak jedna z zakonnic złamała śluby z kochankiem. Zakonnice pojawiają się w powieści rzadko, ale gdy już się pojawiają, wydają się szczere, przyjazne, jakby odwiedzały odmienny świat, co zresztą jest prawdą. Wcale nie anioły. W pełni ludzkie, nawet w swoim odosobnieniu. Jedna z nich nawet wskakuje do jeziora, widząc tonące dwie kobiety. Wspólnota świecka pod przewodnictwem Michaela Meade'a liczy siedem osób: pięciu mężczyzn i dwie kobiety, z których jedna, młoda Catherine Frawley, przygotowuje się do wstąpienia do zakonu i opisywana jest z czułością jako „nasza mała święta”. Członkowie wspólnoty próbują wieść życie duchowe z dala od rozproszeń i pokus współczesnego świata. W Imber Court goszczą również inni: brat Catherine, Nick, nałogowo pijak; Toby Gashe, 18-letni przyszły student inżynierii w Oksfordzie; historyk sztuki Paul Greenfield, łatwo wpadający w złość; oraz powracająca po sześciu miesiącach własnych romansów jego żona, Dora. Cudownie rozkojarzona, zagubiona i łatwo dająca się zastraszyć przez męża. Zresztą ona pojawia się w powieści jako pierwsza. Narracja Murdoch prowadzona jest z perspektywy Michaela, Toby’ego i Dory. Michael jest homoseksualistą, którego kariera nauczyciela została zniszczona przez Nicka po wzajemnych zalotach; Michael nieustannie zmaga się z doktryną swojej wiary chrześcijańskiej wobec własnych uczuć i czynów homoseksualnych oraz rozkoszy, jaką mu przynoszą. Te pragnienia sprawiają mu przyjemność. Ale nauka jego kościoła określa je jako zło. Toby i Dora są niewinni, choć na różne sposoby. Toby cieszy się beztroskim chłopięcym życiem, dopóki nie odkrywa, że pozory mylą. Dora wiecznie błądzi emocjonalnie, słownie poszturchiwana przez Paula, niepewna siebie i swoich pragnień – ale po serii nieszczęść we wspólnocie odnajduje sens i cel w życiu. Tak więc, Iris Murdoch w "Dzwonie" nie tylko opowiada historię – ona stawia nas w samym środku konfliktu duszy. To powieść pełna napięcia między duchowością a ciałem, między pragnieniem dobra a nieumiejętnością bycia dobrym. A tytułowy dzwon? Symbolika dzwonu w powieści jest ogromna. Stary, zatopiony dzwon, z imieniem Gabriel, zostaje wyłowiony jak duch przeszłości. Gabriel, jak archanioł z Biblii, to posłaniec, ale czego? Prawdy o sobie? Ujawnienia grzechu? Katastrofy albo zmiany, która musi nadejść? I tu u Murdoch odzywa się filozofką życia. Pokazuje czytelnikowi, że czasem dzwonem nie jest głos sumienia, ale samo życie, które domaga się odpowiedzi. Gabriel nie zwiastuje zbawienia, lecz konieczność konfrontacji. Bo każda z postaci powieści niesie swój własny „dzwon” – ciężki, głuchy, czasem zatopiony w milczeniu. Dlaczego warto przeczytać „Dzwon”? Bo nie ma wątpliwości, że to literatura przez duże L. To książka o nas, o tym, co robimy z winą, pragnieniem, miłością i odpowiedzialnością. To powieść o duchowości po religii, o miłości bez romantyzmu, o prawdzie, która nie wybiela, tylko rani, ale też uwalnia. „Dzwon” nie jest tylko dźwiękiem z wieży czy jeziora (jak to ma miejsce w powieści). To echo tego, co nosimy w sobie, nawet jeśli staramy się to zamilczeć/przemilczeć. I Murdoch każe nam tego dźwięku posłuchać, do końca.
Leliwaj - awatar Leliwaj
ocenił na 10 8 miesięcy temu
Przepaska z liści Patrick White
Przepaska z liści
Patrick White
Pierwsze moje zetknięcie się z prozą White'a. Ten utwór czyta się powoli i to jest jego zaleta, a nie wada. Dlaczego? Z prostego powodu, to jest pastisz powieści dziewiętnastowiecznej. Klasyczna fabula, z zakończeniem sugerującym czytelnikowi dalsze losy Pani Roxburgh. Powieść White'a , z narratorem wszechwiedzącym ( znowu tradycyjny jej model znany z powieści angielskiej) to opowieść o człowieku i granicy jaką może przejść, by stracić swoje człowieczeństwo na rzecz przystosowania do warunków życia, żeby przetrwać. Natura człowieka jest nieodgadniona, co siedzi w nas dowiadujemy się dopiero w ekstremalnych warunkach. Nie trzeba wojny, wystarczy katastrofa morska. Fabuła tej książki jest jej atutem. Poznajmy wiele szczegółów, obrazów, myśli bohaterów. W innej fabule, gdzie zdarzenia da opisywane tylko w zarysie ( powieść i film współczesny) nie ma miejsce na "oddech czytelniczy", szybko się toczy akcja i tylko ona jest głównym bohaterem nie postaci czy charaktery ludzkie. Dobra literatura to taka , która potrafi czytelnika trzymać za słowo i emocje. Taka jest, przynajmniej w tej powieści. To gotowy scenariusz na film. Miałem wrażenie, że jako odbiorca jestem okiem kamery. Jest też to proza, która pokazuje jak życie różni się od fikcji. Jak sami tworzymy fikcję. Pan Roxburgh maniak - czytelnik ma kłopoty w normalnym świecie ( trochę przypomina romantycznego bohatera), nie odróżnia fikcji od życia. Natomiast jego żona stąpa po ziemi twardo. Pan Roxburgh przypomina męski odpowiednik pani Bovary. White wykorzystuje w tej książce wiele elementów gatunków literackich, np.: powieśći psychologicznej powieśći przygodowej czy powieśći o dojrzewaniu. To książka do wielokrotnego czytania, do odkrywania zamierzeń literackich autora. Do odkrywania nowych szczegółów. Nie jest to "potrawa literacka" rodem z McDonalda., którą można szybko skonsumować i nie poczuć nic. Warto po nią sięgnąć.
Grzegorz Piskorz - awatar Grzegorz Piskorz
ocenił na 7 22 dni temu
Badenheim 1939 Aharon Appelfeld
Badenheim 1939
Aharon Appelfeld
Nieczęste spojrzenie na Zagładę z perspektywy tych co "przedtem w Rzeszy". Nikt jeszcze nie ma jej świadomości, choć atmosfera w austriackim uzdrowisku - małym niby-getcie, gdzie jeszcze trwa rejestracja i koncentracja, zanim ruszy eksterminacja - tężeje z każdym zbliżającym się dniem „wyjazdu do Polski”. A zarazem życie toczy się „normalnie”: romanse, anse, dąsy, swary, dziwactwa, łajdactwa, nieporozumienia, stare przyzwyczajenia…. Inny też niż w dotychczasowej literaturze Holokaustu jest zbiorowy bohater. To niemiecko-austriackie "żydostwo oświecone", zeświecczone i zeuropeizowane, żadny tam zacofany sztetl, jak w Polsce i dalej. Niektórzy z bohaterów nie są wręcz wolni od niechęci do tych ”Ostjuden”, którzy w ich mniemaniu mogą być słuszną przyczyną złości Onkela Adiego na ich rasę (gdyby tylko wiedzieli, że takie rozróżnienia go nie interesowały…). „- Nadal widzę siebie jako wolnego obywatela austriackiego. Do Polski trzeba wysyłać polskich Żydów. Oni wracają do swojego kraju. To, że się znalazłem wśród nich, to nieporozumienie. Zwykłe nieporozumienie”. Zebrana w Badenheim społeczność to ludzie tacy, jak wszędzie i zawsze. Żadnej tu idealizacji przyszłych ofiar – także na tym polega odwaga spojrzenia Autora. Czyni to ich los jeszcze bardziej przejmującym. „Człowiek siedzi w fotelu, słucha muzyki, przegląda kolorowe magazyny i marzy o Polsce. A Polska, obca i daleka, przybiera w końcu postać idyllicznej, sielankowej wizji, krainy bez zmartwień i trosk”. Czy może dziwić, że nie mogą oni przypuszczać, aby w tej Polsce mogło stać się im coś złego? Czy jednak ktoś mógł sobie wyobrazić gazowanie i palenie ludzi na skalę przemysłową, a co dopiero dać wiarę takim pogłoskom. Niemieccy ludobójcy genialnie rozegrali jakże ludzką chęć życia "choć chwilę dłużej”, no i odwieczny mechanizm: „oni na pewno tak, ale ja – nie”… Wciąż nie rozumieją: „Nie rozumiem, jakie przestępstwo popełniłem, że wygnano mnie z własnego domu. Powiedzcie mi proszę”. Żyją wciąż pojęciami „państwa prawa”, którego błyskawiczny kres przeoczyli: „Komisja na pewno zacznie rozpatrywać odwołania. Należy założyć, że podczas tej nie do końca przemyślanej akcji popełniono niemało błędów”. Niektórzy jeszcze myślą o przyszłości: „Muzycy bezwstydnie ładowali do swoich bagaży hotelowe serwisy i srebrną zastawę. Semicki zapytał ich, po co to robią. W Polsce ludzie nie jadają na porcelanie”: Nastroje pogarszają się z każdym dniem. A ludzie? „Ludzie wtapiali się w ściany jak cienie”. ”Starszy kelner siedział w kącie. Był w czarnym garniturze, który wkładał rzadko, tylko przy wyjątkowych okazjach. Nie wiadomo dlaczego wyglądał na człowieka, w którym wygasł już ogień życia. Na jego twarzy gościł wyraz pełnej obojętności pustki”. „Ostatnie oznaki młodości zniknęły z jego twarzy”. „Z całej jego postaci emanowała już tylko starość, teraz wyraźnie widoczna”… Wiele tu scen wbijających w fotel, choć tak naprawdę nic ”złego” się nie dzieje ot, nakaz rejestracji w „wydziale sanitarnym”, wyrzekanie się członków rodziny, zamknięcie cukierni, zakaz korzystania z basenu. A jednak zaczynają się samobójstwa, niektórych ogrania szaleństwo… Nie jest trudno przewidzieć, że na koniec tej wybitnej książki podjeżdżają wagony… Dalej jest noc. I nic. Nieco cytatów: …Jeden z muzyków, który z trudną do pojęcia dumą obnosił się ze swoim polskim nazwiskiem, zauważył, że urzędnicy przypominają mu marionetki. Nazywał się Leon Semicki... - Gdy opuściłem Polskę, miałem siedem lat, a teraz mam wrażenie, jakby to było zaledwie rok temu. - Tam ludzie są bardzo biedni – powiedział ktoś szeptem. - Biedni, ale nie boją się śmierci. …Truda nie szczędzi szczegółów. Nie ma drugiego tak pięknego kraju jak Polska. Powietrze nigdzie nie jest tak świeże. - A język? Przecież ja nie mówię po żydowsku. - Nie ma nic łatwiejszego niż nauczyć się żydowskiego. To prosty i ładny język. Również polska mowa jest piękna… - Wracamy do Polski? – wybuchnął śmiechem – A ja przecież kiedyś stamtąd uciekłem. - Wszyscy byliśmy kiedyś w Polsce i wszyscy kiedyś do niej wrócimy – oświadczył Papenheim. ….Nie pozostało im nic poza wspomnieniami – w długie zimowe noce oddawały się im, wyrażając żal za minioną kobiecością, tak jakby teraz były wdowami…. …Śmierć wyraźnie widoczna pojawiła się i stanęła koło umywalni na korytarzu. Pani Zauberblit przez chwilę przyglądała się jej wzrokiem, jakim kobieta przygląda się dawnemu kochankowi, który ponownie stara się o jej względy… …Śmierć bawi tam swobodnie, bez przeszkód, podobnie w ogrodzie różanym i w salonie. Rozmawia się z nią jak z każdą inną żyjącą istotą, żartując lub przymilając się. A gdy wybija godzina, znika się z tego świata, czasami jęcząc i krzycząc, innym razem dyskretnie i po cichu… - Nie rozumiem – zdziwił się major - czy panuje tu epidemia? - Epidemia żydostwa. …Przy wejściu do cukierni stał sędziwy piekarz w niebieskim garniturze. Długie lata, spędzone w cieniu właściciela, zabiły w nim najmniejszy przejaw własnej woli. Na jego długiej twarzy malował się wyraz zupełnej bezradności… - Ośmielę się zadać pytanie natury osobistej – rzekł piekarz. - Pracowałem tu bez przerwy przez 30 lat. Czy moja emerytura zostanie uznana również tam? - Wszystko będzie honorowane – zapewnił Papenheim – Ludzie nie zostaną skrzywdzeni. - Tak też myślałem. …Słowa takie jak „odwołanie” i „procedury” jakoś przemówiły do niego. Widocznie studiował kiedyś prawo. Trochę się uspokoił. Kontakt ze znajomymi pojęciami sprawił, iż trochę rozjaśniło mu się w głowie... …Klienci zaopatrywali się przede wszystkim w duże ilości leków nasennych i uspokajających… …Jeśli już komuś należy się tytuł „wielkiego Żyda”, to z pewnością Karlowi Krausowi; on przywrócił satyrze godne jej miejsce…
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na 9 3 lata temu

Cytaty z książki Świniobicie

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Świniobicie