Słowo humoru

Okładka książki Słowo humoru
Olga Drenda Wydawnictwo: Karakter publicystyka literacka, eseje
Kategoria:
publicystyka literacka, eseje
Format:
papier
Data wydania:
2023-10-24
Data 1. wyd. pol.:
2023-10-24
Język:
polski
ISBN:
9788367016896
Średnia ocen

                6,2 6,2 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Słowo humoru w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Opinia społeczności i

Słowo humoru



książek na półce przeczytane 1716 napisanych opinii 97

Oceny książki Słowo humoru

Średnia ocen
6,2 / 10
180 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
312
43

Na półkach: , ,

Luźny przewodnik po minionych kampaniach reklamowych, copypastach, dowcipach, memach, kabaretach i innych performansach. Ostatni rozdział - "Śmieszne rzeczy - wybór osobisty" ostatecznie potwierdza, że mnie i autorkę śmieszą totalnie inne rzeczy więc kto wie, może nawet te wspominki Was rozbawią. Słowa humoru jednak nie dam.

Luźny przewodnik po minionych kampaniach reklamowych, copypastach, dowcipach, memach, kabaretach i innych performansach. Ostatni rozdział - "Śmieszne rzeczy - wybór osobisty" ostatecznie potwierdza, że mnie i autorkę śmieszą totalnie inne rzeczy więc kto wie, może nawet te wspominki Was rozbawią. Słowa humoru jednak nie dam.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

497 użytkowników ma tytuł Słowo humoru na półkach głównych
  • 272
  • 220
  • 5
66 użytkowników ma tytuł Słowo humoru na półkach dodatkowych
  • 29
  • 19
  • 5
  • 4
  • 3
  • 3
  • 3

Inne książki autora

Okładka książki Nikt Nikomu Nie Tłumaczy. „Świat według Kiepskich” w kulturze Olga Drenda, Michał Gliński, Karolina Graczyk, Jacek Paśnik, Marta Płaza
Ocena 6,5
Nikt Nikomu Nie Tłumaczy. „Świat według Kiepskich” w kulturze Olga Drenda, Michał Gliński, Karolina Graczyk, Jacek Paśnik, Marta Płaza
Okładka książki Proszę mówić dalej. Historia społeczna Muzeum Sztuki w Łodzi Patrycja Dołowy, Olga Drenda, Olga Gitkiewicz, Marta Madejska, Agnieszka Pindera, Marcin Wicha
Ocena 7,0
Proszę mówić dalej. Historia społeczna Muzeum Sztuki w Łodzi Patrycja Dołowy, Olga Drenda, Olga Gitkiewicz, Marta Madejska, Agnieszka Pindera, Marcin Wicha
Okładka książki Eryka i Jan Drostowie. Polskie Projekty Polscy Projektanci. Katalog wystawy (Gdynia) Barbara Banaś, Beata Bochińska, Marta Borowska-Tryczak, Olga Drenda, Katarzyna Jasiołek
Ocena 9,0
Eryka i Jan Drostowie. Polskie Projekty Polscy Projektanci. Katalog wystawy (Gdynia) Barbara Banaś, Beata Bochińska, Marta Borowska-Tryczak, Olga Drenda, Katarzyna Jasiołek
Okładka książki Obiekty, które zostały biedronkami Anna Cymer, Agnieszka Drączkowska, Olga Drenda, Olga Grabiwoda, Dominika Janicka, Dominika Janicka, Konrad Kunc, Michał Miegoń, Marcin Pietras
Ocena 7,3
Obiekty, które zostały biedronkami Anna Cymer, Agnieszka Drączkowska, Olga Drenda, Olga Grabiwoda, Dominika Janicka, Dominika Janicka, Konrad Kunc, Michał Miegoń, Marcin Pietras
Okładka książki Książka o miłości Olga Drenda, Małgorzata Halber
Ocena 6,3
Książka o miłości Olga Drenda, Małgorzata Halber
Okładka książki Prognoza niepogody. Literatura polska w XXI wieku Olga Drenda, Julia Fiedorczuk, Magdalena Heydel, Eliza Kącka, Anna Kałuża, Marta Koronkiewicz, Ryszard Koziołek, Zofia Król, Paweł Mościcki, Aleksander Nawarecki, Monika Ochędowska, Magdalena Pytlak, Piotr Śliwiński, Tomasz Swoboda
Ocena 6,5
Prognoza niepogody. Literatura polska w XXI wieku Olga Drenda, Julia Fiedorczuk, Magdalena Heydel, Eliza Kącka, Anna Kałuża, Marta Koronkiewicz, Ryszard Koziołek, Zofia Król, Paweł Mościcki, Aleksander Nawarecki, Monika Ochędowska, Magdalena Pytlak, Piotr Śliwiński, Tomasz Swoboda
Olga Drenda
Olga Drenda
Dziennikarka i tłumaczka, absolwentka Etnologii i Antropologii Kultury UJ. Publikowała m.in. w „Polityce”, „The Guardian”, „2+3D”, „Glissando”, „Dwutygodniku”, „Lampie”, „Digital Camera Polska”, „Tygodniku Powszechnym”, „Szumie”, „Trans/Wizjach”, „Gazecie Magnetofonowej”. Współpracowała z festiwalem Unsound i lubelskim Centrum Spotkania Kultur. Współautorka polskiego przekładu Delikatnego mechanizmu i Wybuchowego biletu W.S. Burroughsa, tłumaczka scenariuszy filmowych oraz fragmentów Bukaresztu Małgorzaty Rejmer na język angielski. Mieszka w Mikołowie.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Ojczyzna moralnie czysta. Początki HIV w Polsce Bartosz Żurawiecki
Ojczyzna moralnie czysta. Początki HIV w Polsce
Bartosz Żurawiecki
Całkiem aktualne jest dla nas - osób żyjących w XXI wieku - doświadczenie epidemii. Jeszcze nie tak dawno temu byliśmy zamknięci w domach, pozasłaniani maskami, a wszelka nasza aktywność przeniosła się do Internetu. Mamy zatem świeżą pamięć o tajemniczym, błyskawicznie rozpowszechniającym się (korona)wirusie, o którego źródle pochodzenia nadal krąży mnóstwo spekulacji. Kilka dekad wcześniej ludzkość żyła w podobnym strachu: zza oceanu docierają informacje o wirusie, który pojawia się wśród kręgów uważanych za nieobyczajne, nieznane są drogi jego przenoszenia, ale znane są jego potencjalne konsekwencje. Niewystarczająca wiedza na temat HIV/AIDS przyczyniła się do napiętnowania grup społecznych, wśród których zakażenia wirusem były najliczniejsze. Bliżej tej tematyce przyjrzał się Bartosz Żurawiecki, który swoje przemyślenia przelał na strony książki zatytułowanej "Ojczyzna moralnie czysta". Pozycja traktuje przede wszystkim o kwestiach społecznych w kontekście obecności zarażonych wirusem HIV. Żurawiecki opisuje reakcje zarówno osób aktywnie zaangażowanych w działalność dotyczącą wirusa, jak i również wplata wątki autobiograficzne. Niestety w książce na próżno szukać informacji o badaniach nad wirusem, a także aspektach medycznych. Główną rolę w książce odgrywają głosy społeczne i aktywistyczne w obrębie naszego kraju. Moim zdaniem ogromnym plusem byłoby objaśnienie, jak wygląda wirus HIV od strony medycznej. Zabrakło również wzmianki o ikonicznym, znanym niemal wszystkim geście księżnej Diany, która na oczach kamer przytuliła dziecko zakażone wirusem. Mimo że było to wydarzenie zagraniczne, ciężko uwierzyć, że nie miało ono wpływu na polskie społeczeństwo. Bartosz Żurawski swoją książką zdementował mity, które współcześnie można usłyszeć z ust niektórych ludzi. "Kiedyś tego (homoseksualizmu) nie było". "Dawniej ludzie byli inni (w domyśle: serdeczniejsi, lepsi, porządniejsi)". Otóż homoseksualizm to nie jest "wymysł XXI wieku", a sceny przedstawione w książce niewiele różnią się od dzisiejszej mowy nienawiści. "Ojczyzna moralnie czysta" jest w mojej opinii książką przeciętną - zabrakło kilku istotnych aspektów, była ona również naznaczona doświadczeniem autora. Nie jest porywająca, jest nieco chaotyczna, ale nie jest zła. Dużym plusem jest przedstawienie osi czasu. Niezmiernie rozczuliło mnie uwzględnienie kitków w podziękowaniach.
Dżulia_K - awatar Dżulia_K
ocenił na 6 4 miesiące temu
Idzie tu wielki chłopak Grzegorz Bogdał
Idzie tu wielki chłopak
Grzegorz Bogdał
"Idzie tu wielki chłopak” (Wydawnictwo Czarne, 2023), najnowszy zbiór opowiadań Grzegorza Bogdała, to książka, która pojawiła się po sześcioletniej przerwie od debiutanckiej „Florydy” (Wydawnictwo Czarne, 2017). Za swój powrót na literacką scenę Bogdał zdobył prestiżowe wyróżnienia – Nagrodę Literacką Gdynia oraz Nagrodę Literacką im. Witolda Gombrowicza, a także liczne nominacje. Tym razem autor powraca z dziesięcioma opowiadaniami, osadzonymi w ,,trochę szturchniętej” rzeczywistości – świecie, który wydaje się znajomy, a jednocześnie jest delikatnie wykrzywiony, jakby dotknięty ręką, która przesuwa oczywiste elementy w stronę absurdu, zmieniając ich kształt i znaczenie. Aż cztery z dziesięciu historii krążą wokół tytułowego „wielkiego chłopaka” i jego bliskich, tworząc nie tylko odrębne opowieści, ale także pewien przekrój rodzinny, rozpięty na przestrzeni około trzydziestu lat. To nie są jednak proste zestawienia epizodów z życia. Strukturę można określić raczej jako mikropowieść, z rozrzuconą po zbiorze narracją, w której przeszłość odsłania się fragment po fragmencie w przeciwnym kierunku. Bogdał zmyślnie prowadzi narrację „na wstecznym biegu”, dzięki czemu tytułowy „wielki chłopak” staje się z każdym kolejnym opowiadaniem coraz mniejszy. Nie chodzi tu jednak o psychologizację czy odkrywanie dziecięcych traum, a raczej odnajdywanie tego, co buduje relacje i wpływa na dynamikę rodzinną: gestów i słów. To nielinearne podejście pozwala autorowi na stopniowe ujawnianie skomplikowanych procesów emocjonalnych, które towarzyszą zarówno rozpadowi, jak i próbom odbudowy rodzinnych więzi; wysiłków dążących do scalenia rodziny i ostatecznie ich zaniechania. „Idzie tu…” to więc książka głównie o często zbudowanych na niedopowiedzeniach relacjach międzyludzkich oraz tym, co je kształtuje i buduje bliskość. Każde opowiadanie ze zbioru jest jak sprężyna, która powoli się napina, żeby w końcu odskoczyć – przy akompaniamencie fajerwerku, śmiechu czy gorzkiej puenty, a czasem wszystkiego naraz. Ta struktura, w której napięcie rośnie stopniowo, budując nieuchronność punktu kulminacyjnego, jest kwintesencją strategii Bogdała. Autor gra z naszymi oczekiwaniami, chwiejąc stabilnością znanych fabularnych klisz i wykradając czytelnikowi komfort przewidywalności. Każde z opowiadań zostaje bowiem w pewnym momencie wytrącone z równowagi – robi zaskakujący zwrot lub domyka się w poukładaną kompozycję za pomocą zdania, kwestii dialogu czy jakiegoś nieoczekiwanego zdarzenia. Wrażenie ,,wzięcia czytelnika z zaskoczenia” i złapania go na haczyk osiągnięte zostaje za pomocą sprytnego zabiegu: oferując tylko minimalne zahaczenia o tło fabularne czy przedstawienie postaci, Bogdał pozwala nam wypełnić w nich luki, pobiec umysłom po znajomych torach, aby w pewnym momencie haczyk zagiąć i pociągnąć nas ku nowym, nieoczywistym rozwiązaniom. Ten sprytny manewr widać chociażby w ,,Idzie tu wielki chłopak (I)”. Bliska bohaterom kapucynka zostaje bowiem porwana przez drapieżcę, co powoduje jeszcze większy wzrost napięcia kumulowanego między parą bohaterów. Wszystko zmierza ku znanej katastrofie – ta relacyjna bomba wybuchnie, czara goryczy się przeleje, to będzie ten kawałek słomy, który złamie plecy wielbłąda. Tymczasem Bogdał umiejętnie prowadzi akcję w innym kierunku – zupełnie jakby zniknięcie kapucynki było reżyserowanym błędem, przygotowanym, by uśpić czujność czytelnika. Niczym w scenie po napisach kapucynka nagle powraca, ale ,,[n]ic nie mogło teraz sprawić, by pozwoliła się wziąć na ręce albo oddała pióro, które ściskała w dłoni. Wiatr zrzucał gniazda. Nikt i nic na tym świecie nie miało takiej mocy”. Finał opowiadania przekracza więc to, co zdawało się nieuniknione. Autor pozornie pozwala czytelnikowi na wypełnienie świata swoimi oczekiwaniami – po to, aby nagle je roztrzaskać. Opowiadania Bogdała to zarazem wyzwania i obietnice – to literatura, która nie idzie na skróty ani nie idzie na łatwiznę, ale oferuje nagrodę za podążanie tropami nieoczywistymi, za dostrzeganie szczegółów, które przeplatają się z całością jak nitki czarnego humoru czy surrealistyczne, absurdalne wątki. Każde opowiadanie ze zbioru jest jak sprężyna, która powoli się napina, żeby w końcu odskoczyć Bo ,,smaczków” jest wiele. Bogdał tworzy fascynujące uniwersum, w którym elementy z różnych opowieści współistnieją i wzajemnie się dopełniają. Brzmi to banalnie, dopóki się nie zobaczy, w jaki sposób korzysta z tego autor. Ostatnie zdania każdego opowiadania, często subtelnie, odbijają motywy znane już z innych tekstów. Tak dzieje się na przykład ze zdaniem „Znikaj, wiewióreczko”, które powraca w jednym z późniejszych fragmentów, tym razem jako wiewiórczy kostium jednego z bohaterów. Jest też ogień, który w „Ręce w ogniu” ogrzewa bohaterów, a w sąsiedniej historii – „Przeprawie” – staje się upragnionym ratunkiem dla postaci zamarzających w śniegu, który wpada im za cholewki. Podobnie jak kapucynka, która odmawia wejścia do samochodu, w późniejszej historii wyłania się jako postać, której do samochodu nie wpuszczono i tenże ptak zdaje się odpłacać symbolicznie za to odrzucenie. W ten sposób Bogdał tworzy świat, w którym kolejne mikrohistorie zdają się przenikać, jakby postacie mogły z łatwością spotkać się w jednej rzeczywistości, dzielić wspólne tło zdarzeń i być może nawet wędrować razem. Ostatecznie „Idzie tu wielki chłopak” to również literatura drogi wymykająca się tradycyjnym wyobrażeniom podróży, którą można w pełni przewidzieć czy zaplanować. Bohaterowie Bogdała poruszają się w obrębie codzienności, ale mimo że ich droga nie ma konkretnego kierunku, wciąż prowadzi ich naprzód, niezależnie od tego, czy chcą dotrzeć do wieży telewizyjnej, spotkać się ze szwagrem powracającym po latach z więzienia, czy zmagają się z rozczarowaniem wynikającym z relacji. Droga ma tu jednak charakter nie tylko dosłowny, ale także symboliczny: wędrówka Bogdałowych bohaterów staje się metaforą podejmowanych przez nich prób odnalezienia się w świecie. Postacie idą więc do przodu, jadą, nieustannie są w ruchu, ale ich podróż nie jest liniowa, czasem zdają się błądzić, zbaczać z trasy, innym razem przemierzają tę rzeczywistość na oślep, nie do końca świadomi, dokąd zmierzają. To przywołuje motyw egzystencjalnej wędrówki – ale nie w stylu heroicznych podróży, lecz raczej tułaczki pełnej niekończących się zakrętów i dziwnych przystanków. Droga nie jest jedynie przestrzenią między początkiem a końcem, lecz stanem, w którym trwają bohaterowie. Droga nie jest jedynie przestrzenią między początkiem a końcem, lecz stanem, w którym trwają bohaterowie Mimo wszystko podążanie za ,,myślotokiem” bohaterów i wytrzymanie nierównomiernego tempa narracji to jednak dość wymagające zadanie. Nieustannie zmieniająca się dynamika, jak i konstrukcja samej prozy, w której niektóre fragmenty wybijają się na pierwszy plan, aby za moment zniknąć w gąszczu kolejnych myśli, sprawiają, że lektura momentami staje się przytłaczająca. W pisaniu opierającym się na wewnętrznych dialogach kryje się bowiem ryzyko – jest ono jak młotek, którym można zarówno wbić gwóźdź, jak i roztrzaskać czaszkę. Bogdał w swoich opowiadaniach raz mistrzowsko prowadzi narrację, budując napięcie i wciągając nas w pozornie proste historie, innym razem sprawia, że tempo siada, a fragmenty zdają się nie pasować do siebie. Ostatecznie jednak ta nierówność opowieści jest tak naprawdę zamierzoną grą (z) formą, która wprowadza nas w wewnętrzne, intymne przestrzenie bohaterów. Pozwalając narracji na nieprzewidywalne zmiany rytmu, autor zbliża nas do tego, w jaki sposób rzeczywiście przeżywamy i porządkujemy własne myśli. Ostatecznie celem jest zreplikowanie ludzkiego systemu przeżywania. W nowej książce Bogdała widać w końcu pewną ciągłość z wcześniejszą „Florydą”, gdzie dominowały zewnętrzne i wewnętrzne monologi. Wprowadzenie do ,,Idzie tu…” mieszanej narracji pozwala na świeże ujęcie, ale mimo to wpływ „monologizowania” wciąż jest odczuwalny – szczególnie tam, gdzie narracja zaczyna się rozwlekać, zupełnie jakby tytułowy chłopak nagle wyhamował i przystanął. Co jednak najważniejsze, u Bogdała nie ma ,,wzruszającej ckliwości” czy ,,poruszającej czułości”, jak to zazwyczaj bywa w opowieściach o zwyczajnych ludziach, którym po prostu nie wyszło. Autor konsekwentnie unika łatwych, sentymentalnych tropów i nie oferuje tanich wzruszeń. I mimo że to opowieści o ciągach rozczarowań, odejściach osób ważnych, samotności i ucieczkach od niej, to w żadnym wypadku nie można książki Bogdała nazwać nihilistyczną. Pewnie, na horyzoncie ciągle coś majaczy, poczucie schyłkowości czai się gdzieś za rogiem, a koniec zdaje się nieunikniony, Bogdał jednak skupia się na procesie adaptacji: bohaterowie jego opowiadań uczą się, jak żyć z tym, co im się przytrafiło, i jak redefiniować swoje plany, kiedy rzeczywistość okazuje się niesprzyjająca czy niezrozumiała. Ostatecznie fabularny szkielet ma tu niewielkie znaczenie i jest dość prosty – to w końcu proza o ludziach, którym przytrafiły się rzeczy, o tym, jak sobie radzą w swój nieporadny sposób i o tym, co się dzieje potem. Nieważne jest to, że w większości przypadków ich wysiłek nie przynosi oczekiwanych rezultatów – istotne jest za to samo próbowanie i poszukiwanie w sobie siły. Brzmi banalnie, ale Bogdał unika nadmiernej dramatyzacji czy martyrologii bohaterów, kierując swoją uwagę na samo próbowanie, które podsumować można końcowym zdaniem jednego z opowiadań: ,,Kiedy poczuł ciężar ciągnący go w dół, zaparł się”. Nie chodzi tu jednak o moralizatorstwo czy prawienie morałów, że ,,każda porażka to lekcja” – autor wykazuje, że samo ciągłe próbowanie staje się codziennym wysiłkiem, który, choć rzadko prowadzi do spektakularnych zwycięstw, nadaje życiu bohaterów specyficzną, niemal cichą godność. W ich małych, codziennych porażkach znajduje się w końcu pewna wartość – nie efektowna czy łatwa do dostrzeżenia, ale bliska i prawdziwa, przypominająca, że życie toczy się dalej nawet wtedy, gdy jest się ,,przegrywem”. Bogdał ostatecznie nie wyraża sprzeciwu wobec niesprawiedliwości świata, a raczej przyznaje, że chociaż wszyscy jesteśmy przegrywami, to wypada zobaczyć, co da się z tego zrobić. Bo zrobić da się wiele. Wystarczy pobawić się narracją, dodać kapkę absurdu, porzucić oczywistości przy tworzeniu postaci. Na kartach tej książki spotykamy bohaterów niezwykłych – od dźwigowego, który przyuważa w jednym z mieszkań osobę chodzącą w stroju kosmonauty, przez mężczyznę w przebraniu wiewiórki, aż do dwóch przyjaciół obserwujących znikający most. To postacie jakby wyciągnięte z ponurej tragikomedii – mało prawdopodobne, ale jednak możliwe. Nie jest to przecież proza, która odbija się bezpośrednio w realnej siatce zdarzeń, a raczej taka, która przedstawia ludzkie istnienie, wychylone w stronę absurdalności. Bogdał nie ogranicza się jednak do świata ludzi – wprowadza na scenę zwierzęta, które przeżywają własne historie, i równolegle splata ich ścieżki z losami ludzkich bohaterów. Małpka kapucynka, banda dzików czy najmniejszy kucyk na świecie nie są tu jedynie tłem; ich obecność, choć nieoczekiwana, staje się kolejnym głosem w opowieści o dziwacznej, nieuchwytnej rzeczywistości. Sam autor nie tłumaczy bezpośrednio roli tych towarzyszy, sytuując ich może bardziej na pograniczu naszego zrozumienia, niemal jako symboliczne przypomnienie o pierwotnej, nieujarzmionej naturze. W końcu zwierzęta, choć nie wchodzą w klasyczny dialog z bohaterami, tworzą swoisty kontrapunkt do człowieczego punktu widzenia. Ich obecność pozwala na spojrzenie z innej perspektywy: równolegle do człowieczych dylematów i pytań o sens toczy się rytmiczny taniec pierwotnych odruchów i impulsów. Zwierzęta u Bogdała po prostu są, żyją swoim rytmem, będąc obok i absorbując jedynie to, co oferuje im chwila, wnosząc więcej ,,czystego życia”, przeżywając je na pierwotnym poziomie, bez nadmiaru pytań i narracyjnych komplikacji. Chociaż wszyscy jesteśmy przegrywami, to wypada zobaczyć, co da się z tego zrobić Istotny jest w końcu fakt, że bohaterami zbioru opowiadań są głównie mężczyźni, i to mężczyźni, którzy wydają się zagubieni w swojej codzienności, jakby żyli w świecie rozpiętym między obowiązkami a ucieczką od nich. To bohaterowie zmagający się z wewnętrznymi konfliktami, którzy nie potrafią – bądź nie chcą – nawiązać autentycznego kontaktu z otaczającym światem. Niewolni od problemów komunikacyjnych unikają odpowiedzialności za swoje decyzje i pozostają w ten sposób zawieszeni pośród niezałatwionych spraw i piętrzących się problemów. To bohaterowie, którzy, popychani potrzebą przestrzeni, dosłownie i metaforycznie uciekają od świata: dźwigowy, który zamyka się w kabinie żurawia budowlanego, by z góry oglądać paradującą w stroju kosmonauty postać; Szymon i ojciec wchodzący na wieżę telewizyjną czy dwójka przyjaciół oglądających z pagórka znikający most. Jak trafnie zauważa Igor Kierkosz w tekście napisanym dla „Dwutygodnika”, ta ucieczka to ,,[p]rosta kalkulacja – można spojrzeć z lotu ptaka na wszystkich wokół, a jednocześnie uciec przed wzrokiem innych”. Symboliczne odizolowanie bohaterów, zawieszenie między niebem a ziemią, obrazuje tak naprawdę również postacie innych mężczyzn – uciekających przed spojrzeniami, oceną, ale też samymi sobą, wybierających bezpieczny dystans, z którego można obserwować świat bez potrzeby konfrontacji z nim. To konkretne przedstawienie bohaterów – głównie męskich, zmagających się z kryzysem tożsamości, skrywających się za milczeniem – przysporzyło Bogdałowi dużo zarzutów, widocznych szczególnie w recenzjach i opiniach na portalach Goodreads czy LubimyCzytać: o pisanie męskie, tworzenie męskich opowiadań, ograniczenie opowiadań do refleksji nad kryzysem męskości. Te zarzuty o męską literaturę są w jakiejś mierze uzasadnione, jeżeli w narracji Bogdała uznajemy prymat wątków fabularnych związanych z kryzysem męskości. Jednak autor stara się uchwycić coś więcej – to nie są w końcu tylko portrety mężczyzn, ale przede wszystkim portrety ludzi w kryzysie, którzy radzą sobie tak, jak mogą. Ludzi samotnych i bezradnych wobec rzeczywistości, w której przyszło im żyć. Planeta w końcu obraca się z trudem. Będą musieli się przyzwyczaić. Zapraszam na mojego Instagrama https://www.instagram.com/rybamaglos/, gdzie regularnie publikuję recenzje.
Rybamaglos - awatar Rybamaglos
ocenił na 9 2 miesiące temu
Trash Story Mateusz Górniak
Trash Story
Mateusz Górniak
Historia śmieci wyciągniętych (wyprutych) ze śmietnika łudząco przypominającego miasto. Szczury i ludzie mają tu ze sobą wiele wspólnego. Sama absurdalna rzeczywistość, jak i jej zblazowani bohaterowie, ciągle napędzani są różnymi lekami czy używkami, co tworzy groteskowy obraz. Ciekawa, eksperymentalna proza. Bardzo podobały mi się dramatyczne wstawki, w których najczęściej przedmioty życia codziennego komentowały wydarzenia niczym antyczny chór w dramatach. Polecam. „Stajesz się ospałym ludzikiem, który o świcie wyskakuje z drukarki 3D. Wgrywa sobie rozgrzewkę, łapie rytmiczny krok i już się nie zatrzyma. Ludzik mija drzewa, jeziora, oazy. Ma roztropność kreta, pęd szczura, uśmiech jak sto dolarów. W pewnym momencie napotyka na swojej drodze ludzi, którzy rozbili piknik. Wabią go cynamonowymi bułeczkami, kadzidłem, kakałkiem, obietnicą wspólnego życia w zgodzie i zrozumieniu. Ludzik czule ich pozdrawia, ale idzie dalej. Idzie, bo musi. Idzie i idzie. Spacerem, który wymyka się mapom, miejscom, przeszkodom, pokusom”. s.28 „[…] Dni zamieniają ludzi we wraki, wraki jednak muszą jeść i odpoczywać, żeby rano mieć siłę wstać, zaparzyć kawę, zjeść i ruszyć do pracy”. s.30 „Pomiędzy tą śmiercią a tym zmartwychwstaniem rozlega się dźwięk - ten, który wydaje ból pulsujący w głowie. No, ale wie to tylko ten, który czuje w głowie ból”. s.35 „A kiedy nie zostaje już nic, bo wszystko zostało zmiecione z ziemi i zmiażdżone na pył, Walduś wychodzi spod gruzów na światło dnia. Śmiejąc się, zieje szkarłatnym podniebieniem, a z dziury po szóstce wylatuje tłuste jak bąk słoneczko”. s.39 „OCALAŁA DONICZKA: Po osunięciu się tych zasranych kamienic ujrzałam słońce. DUCH BABKI: Jednak we własnej piwnicy czułam się lepiej niż na gruzowisku. OPONA ZIMOWA: Niechże mnie kto weźmie na ten spacer. OSTATNIA KĘPKA TRAWY: Damy radę. WALDUŚ: NIUCHNIUUU”. s.39 „[…] I igrać ze śmiercią. Z nią się co prawda i tak igra, ale chciałoby się przecież igrać inaczej: chciałoby się igrać z nią wobec czyjejś temperatury ciała, z odsłoniętą głową, z zapałem zapadania się we wspólny czas”. s.41 „[…] Wrócił od kumpla, z którym cały wieczór pił piwo. Trochę pokłócił się po powrocie z narzeczoną i wzburzony poszedł do łazienki. Wszedł pod prysznic i w trakcie mycia zachciało mu się jeszcze zrobić kupę, więc wyszedł bez wycierania się i chciał usiąść na kiblu, żeby zrobić co trzeba. I wtedy stało się nieszczęście. Według ekspertyz po prostu nie trafił. Usiadł obok kibla, zamiast na. I zrobił to tak niefortunnie, że szczotka do kibla wbiła mu się w odbyt. Zaczął wierzgać nogami, poślizgnął się i zapierdolił głową w ścianę. I tak właśnie umarł - od uderzenia głową i z zainstalowaną głęboko szczotką od kibla”. s.58-59 „Chodzi o wyobrażenie sobie kogoś, kto wyglądał jak każdy, czyli - jak się przypatrzeć - trochę śmisznie. Miałby na pewno dość szerokie dżinsy i buty do chodzenia po górach, a reszty ciała, twarzy też, po prostu się nie pamięta”. s.63 „Chciało mu się napoju aloesowego, zapiekanki z kurczakiem i sosem czosnkowym, coli, gulaszu i umrzeć jak najszybciej”. s.76 „[…] Powoli zapadał zmierzch, a Normik czuł, jak ostatnie nici wiążące go z dzieciństwem pękają, jak oddala się od dobrze znanej i bezpiecznej przystani jako zdrajca, nikczemnik i pijak”. s.76 „[…] Nie oceniaj innych i trzymaj się jak najdalej polityki, tak mu zawsze mówiła”. s.78 „[…] Po nim - wiedział to dobrze - powinno nastąpić wyjście do pracy, na świat tak zwany zewnętrzny, w którym nikt nie respektuje praw rozpaczy. Wsłuchiwał się w jej szloch, starał się współczuć, ale jego emocje dawno się wyczerpały. Potrafił tylko mechanicznie powtarzać gesty i frazesy wsparcia, ale było to bezcelowe, a także - jak zaczynał myśleć - paskudne i niemoralne”. s.85 „[…] Pomyślał, że otworzy okno, żeby trochę wywietrzyć, a rano weźmie się do kupy i zrobi wszystko: będzie walczył jak lew i szukał nadziei nawet w bezdennej rozpaczy”. s.86 „[…] Poza zafiksowaniem na etyce jedzenia był klasycznym smutnym chujem. Samotnym trzydziestolatkiem w obskurnej kawalerce. Nałogowym palaczem mentoli i kolesiem grającym z innymi kolesiami w gry planszowe, których nawet nie lubią i mówią sobie o tym po sześciu piwkach, w rogu jakiejś zapuszczonej piwnicy. Ponadto był dłużnikiem i świeżo upieczonym ratownikiem medycznym podczas drugiego śniadania”. s.87 „PLAMA KRWI: Czuję, jak się rozlewam, staję niezależna. Wylewam się bełtami z otwartego brzucha i pokrywam coraz większy obszar. Jako plama mam ze zwłokami wspólną pamięć”. s.89 „[…] Czasem się obudzisz przerażony i zlany potem, ale wystarczy mocno przytulić poduszkę i pomyśleć o czymś miłym, na przykład o ruchaniu, żeby ponownie zasnąć i znowu być zupełnie gdzie indziej, z dala od starych bab w kolejkach do sklepu i poza zasięgiem jebniętej pani kurator”. s.95 „[…] Najlepiej zacząć od pogrzebu. Trzeba pogrzebać przeszłość. Trzeba pogrzebać te wszystkie rzeczy, które stały się świadkami. Wyciągam z szuflady młotek, a potem wyciągam całą szufladę, z której wysypują się wszystkie pozostałe rzeczy. A potem rozpierdalam wszystko jeszcze bardziej i szuflada zaczyna przypominać mnie, czyli jest nie do poznania”. s.100 „MAŁA FAŁDA NA BRUDNEJ POŚCIELI: Ona ma brzusio od harnasia i hummusiku. Została dzisiaj w mieszkaniu, w łóżku, i leży tu sobie, pachnąc jak mały piesio. I znowu opowiada tę swoją historię. Znowu mówi, że wobec tylu rzeczy czuje się bezradna. Wy, ludzie, macie przejebane”. s.107 „Tłusty Szczur i Kenny znajdują wśród gruzów i śmieci pomarańczową kanapę, a potem wynoszą ją na dach jednego z budynków, co ostały się w okolicy. Siadają na oparciu, palą papierosy. Grają w schizolotkę, oglądają landszaft z gówna i dymów, jakąś głupią oponę, co toczy się ulicą i nie może przestać”. s. 118
absurdalneżycie - awatar absurdalneżycie
ocenił na 7 19 dni temu
Hydrozagadka. Kto zabiera polską wodę i jak ją odzyskać Jan Mencwel
Hydrozagadka. Kto zabiera polską wodę i jak ją odzyskać
Jan Mencwel
Polska jest krajem, który systematycznie wysycha, choć rzadko o tym myślimy, patrząc na jesienne deszcze. Nasze zasoby wody słodkiej są dramatycznie niskie – statystyczny Polak ma do dyspozycji tyle samo wody co mieszkaniec Egiptu. Susze rolnicze przestały być anomalią, a stały się corocznym rytuałem klęski. Od tej brutalnej prawdy zaczyna Jan Mencwel w książce „Hydrozagadka. Kto zabiera polską wodę i jak ją odzyskać”. To nie jest tylko smutna diagnoza, to śledztwo w sprawie zbrodni na polskiej naturze. Diagnoza: Systemowe osuszanie Mencwel z reporterską precyzją tropi źródła problemu, wskazując, że „hydrozagadka” ma swoich konkretnych autorów. Winowajcą okazuje się archaiczny system melioracji, który od dekad opiera się na prostym, ale zabójczym schemacie: wodę należy jak najszybciej odprowadzić do rzek, a rzeki zamienić w betonowe rynny. Autor obnaża gigantomanię instytucji państwowych, które pod hasłem „regulacji” niszczą naturalną retencję. Wstrząsające są opisy kopalni odkrywkowych tworzących ogromne leje depresji, które „wypijają” okoliczne jeziora i studnie. Mencwel pokazuje, że polska woda jest nam odbierana przez krótkowzroczny przemysł, betonozę miast oraz rolnictwo przemysłowe, które zapomniało o roli miedz i śródpolnych oczek wodnych. Wnioski: Powrót do natury Główny wniosek Mencwela to wezwanie do „wielkiego rozbetonowania”. Autor dowodzi, że jedynym ratunkiem jest oddanie rzekom ich naturalnych rozlewisk i ochrona torfowisk, które działają jak gigantyczna gąbka. „Hydrozagadka” to pochwała małej retencji – działań lokalnych, które sumarycznie mają większą moc niż najdroższa tama. Musimy przestać traktować wodę jak odpad, który trzeba usunąć, a zacząć widzieć w niej warunek przetrwania. Mocne strony: Siła argumentacji: Mencwel łączy pasję społecznika z twardymi danymi hydrologicznymi, tworząc narrację, której trudno się oprzeć. Wizualizacja problemu: Książka sprawia, że zaczynamy widzieć polski krajobraz inaczej – dostrzegamy brak wody tam, gdzie wcześniej widzieliśmy „porządek”. Mobilizacja: To lektura, która daje nadzieję, pokazując konkretne przykłady udanych rewitalizacji rzek. Słabe strony: Jednostronność: Autor bywa bezlitosny dla inżynierów wodnych starej daty, rzadko dając im przestrzeń na merytoryczną obronę ich racji technicznych. To najważniejsza książka o polskiej przyrodzie ostatnich lat. Mencwel nie tylko stawia pytania, ale wskazuje drogę wyjścia z kryzysu, zanim ostatnia polska rzeka zmieni się w suchy rów.
Muminka - awatar Muminka
oceniła na 8 1 miesiąc temu
Woda. Historia pewnego porwania Szymon Opryszek
Woda. Historia pewnego porwania
Szymon Opryszek
Tytuł książki nawiązuje do kwestii, wokół której autor skupia się w sposób szczególny - wody.  Opracowanie skupia się na terytorium Ameryki Południowej. Przedstawione są problemy związane z brakiem dostępu ludności do wody zdatnej do użytkowania, skrajnym wykorzystywaniem wody w celu nawadniania upraw wymagających potężnych jej zasobów (w książce jest to awokado), działania farm "chmur danych" dla globalnych platform, wydobywania surowców - co związane jest dodatkowo z zanieczyszczaniem wód, które wplywają zarówno na ubożenie bioróżnorodności, jak i jakość życia miejscowej ludności. Uprawy oraz wydobywanie surowców prowadzone są przez potężne koncerny z kapitałem zagranicznym, które w większości są eksportowane m.in. do Europy oraz Ameryki Północnej. O ich bezwzględności świadczy przedstawiony w książce, aby jako remedium na brak wody w pewnych regionach przywozić całe góry lodowe z Antarktyki... Aby bezrefleksyjnie, w imię zysku rozpuścić zapasy zamrożonej wody ważne dla całej planety...  W odniesieniu do prowadzonej w ostatnich latach polityki Unii Europejskiej odnośnie umów z tymi też krajami jest to temat bardzo "na czasie". Przedstawia problemy związane z łamaniem praw człowieka (" Karnej chciała z tym walczyć, ale Kolumbia to nie jest dobry kraj dla aktywistów. Według raportów Global Witness tylko w 2020 roku zamordowano ich tu sześciesięciu pięciu. Karmen i jej rodzina otrzymywali wiele gróźb na długo przed tym, zanim zdecydowano się na ich liczenie", wymuszenie na jednym z bohaterów rezygnacji z kandydowania do mandatu w wyborach),  ignorowaniem opinii autorytetów że środowiska naukowego w imię zysku (cytat jednego z naukowców: "Serce już nie to, mówił, trzeba się schować na uczelnianych korytarzach, za analizami, które nikogo nie obchodzą, jakoś dotrwać do emerytury"). Co więcej, odnieść można wrażenie, iż w imię haseł odnoszących się do "ochrony środowiska", "wspólnej polityki rolnej" oraz "praw człowieka" w UE ofiarami są właśnie zwykli ludzie oraz ekosystemy krajów Ameryki Południowej, gdzie w imię zysku kraje te są gotowe poświęcać własne ekosystemy oraz zdrowie ludności.  Autor daje czytelnikowi możliwość wyciągania własnych wniosku z opracowania, które nie narzuca własnych opinii autora. Są przedstawione dane statystyczne, opisy świadków wydarzeń oraz wypowiedzi aktywistów, naukowców, polityków oraz przedstawicieli koncernów.  Jednak w przypadku wątku odnoszącego się do migrantów na granicy polsko-białoruskiej oraz amerykańsko-meksykańskiej podawane dane oraz wypowiedzi nakierowują dość jednostronnie w kierunkach politycznych, w moim odczuciu w sposób dość... Naciągany nawiązujący do głównego tematu - jakim jest woda. Pojęcia "granicy" i "zapory" nie są wystarczająco zbliżone znaczeniem, aby przekonały mnie do przekonującego włączenia wątków migracyjnych... Problem nielegalnej migracji jest znacznie bardziej złożony, zaś przedstawienie go w tej książce jest zbyt płytkie i jednostronne jak na powagę i złożoność problemu. Mimo fo... Jest to lektura w sposób właściwy  poszerzająca sposób myślenia na sprawy związane z eksploatacją krajów uboższych na rzecz krajów wyżej rozwiniętych.  Moje pytanie brzmi po lekturze brzmi:  czy robienie interesów z władzami, które są gotowe szkodzić własnemu środowisku naturalnemu, ignorować krzywdę trutych dzieci, uciskanej ludności oraz bezwzględne rozprawianie się z ludźmi walczącymi o dobro swojego kraju jest słuszne?  W książce tej znajdziemy również wątek powiązany z wodą, konflikt między Palestyńczykami a Izraelitami oraz wpływ kulturowych zwyczajów religijnych na dodatkowe marnowanie wody, związane z rolą kobiet w życiu codziennym oraz chęcią rozwoju zawodowego. 
Mort_um - awatar Mort_um
ocenił na 7 10 dni temu
Wizja świata. Opowiadania wybrane John Cheever
Wizja świata. Opowiadania wybrane
John Cheever
Rzadko daje “10” zbiorom opowiadań, ale dla takiego arcydzieła innej oceny być nie mogło. John Cheever kreśli porażający obraz amerykańskiej średniej klasy średniej oraz wyższej z nowobogackich suburbiów Wschodniego Wybrzeża, mieszkańców kredytowanych domów z samochodem na podjeździe, basenem i idealnie przyciętym trawnikiem. I tylko on jest idealny. Mamy tu wielką dekonstrukcję amerykańskiego mitu, który zawsze był nieco oszukańczy i mocno nieegalitarny, co dzisiaj rysuje nam się szczególnie wyraźnie. Z tych tekstów - bezlitosnych dla postaci świata przedstawionego, ale także dla osoby czytającej - jednoznacznie wynika, że American Dream to jedna wielka lipa, choć protagoniści uporczywie trwają w ułudzie, że jest inaczej. “Gości w salonie Farguarsonów zdawało się jednoczyć milczące przeświadczenie, że żadna przeszłość nie istnieje, żadnej wojny nie było – że na świecie nie ma zagrożeń ani problemów”. Większość bohaterów żyje w wiecznej niepewności, by nie powiedzieć: w strachu, przed utratą stanu posiadania: majątkowego, społecznego, rodzinnego - żadne inne uczucia, a już szczególnie wyższe , nie mają tu racji bytu… A już najgorzej, gdy ktoś, kto wierzy w wieczny wzrost i nieograniczony zysk, spotka się z klęską finansową, która pociąga za sobą wszystkie możliwe i niemożliwe pozostałe. “Są takie chwile, gdy zmarszczki wokół ludzkiego oka przypominają podmyte półki skalne, a wpatrujące się w nas źrenice mają w sobie coś tak po zwierzęcemu dzikiego, że nie wiemy, co począć”. Pustka życia tych wzorowych mieszczan, poza miastem mieszkających, poraża - choć rzadko ich samych. Odnajdujemy tutaj to wszystko, co możemy sobie sami wyobrazić: rasizm, obłudę religijną i seksualną, brak jakichkolwiek ideałów - oprócz kultu dolara, odmóżdżającą pracę oraz przede wszystkim: mizoginię. Kobiety nie mogą się odnaleźć w tym generalnie męskim świecie: “- Mam paskudne wrażenie, że jestem postacią w serialu komediowym – powiedziała. – To znaczy może jestem niebrzydka, nieźle ubrana, dzieci mi się udały, są dowcipne i urocze, ale mam paskudne wrażenie, że jestem czarno-biała i że każdy może mnie wyłączyć. Po prostu mam paskudne wrażenie, że można mnie wyłączyć”. Nikt tu nie jest szczęśliwy, relacje w małżeństwie to dramat. Mężowie mają zawsze kogoś na boku. Obowiązkowo niepracujące nieszczęśliwie bez reszty żony, nudzą się po całych dniach, wpadając w alkoholizm. “Wydaje ci się, że panie domu patrzą na ciebie z góry i są nieuprzejme.(...) Taki to już układ. Miało się wrażenie, że zachowują się tym godniej i dostojniej, im więcej piją”. Dzieci rzadko są kochanymi pociechami, zwłaszcza, że są fatalnie traktowane, nikt nie dba o ich formację, lecz tylko o formę. Praca - jakakolwiek i gdziekolwiek jest mocno toksyczna, ale i tak lepsze to niż nic: “— Daliśmy tę pracę komuś innemu, chłopcze — powiedział zachrypniętym, łagodnym tonem, jakby mówił do własnego syna. — Nie dzwoń więcej. Mamy ważniejsze sprawy na głowie niż odbieranie telefonów. Ten drugi facet po prostu bardziej się nadawał, synku. To wszystko. Nie dzwoń już więcej”. Toksyczne jest i jedzenie, jak to w Hameryce: “O pierwszej wrócili do domu na rozgotowane mięso i twarde jak kamień ziemniaki, czyli ich zwyczajowy niedzielny obiad”. Pułapka kredytowa wisi niemal nad każdym: “Próbował zdobyć pożyczkę, ale ani jego pensja, ani posiadany patent nie stanowiły wystarczającego zabezpieczenia, aby uzyskać kredyt na innych warunkach niż rujnujące”. “- Jeśli mam być całkiem szczery, bardzo się martwię o pieniądze. Wcale nie jestem pewien przyszłości. Zresztą nikt nie jest. Gdyby coś mi się stało, dostaniesz ubezpieczenie, ale to w dzisiejszych czasach na długo nie starczy”. Autor miał silne poczucie ironii: “Zachodzę w głowę, czemu w tym najzamożniejszym, najsprawiedliwszym i najznakomitszym ze światów, gdzie nawet sprzątaczki ćwiczą w wolnym czasie Chopinowskie preludia, wszyscy wyglądają na tak zawiedzionych”. Nie może się obyć bez rodaków: “Gotowała nam wynajęta na lato Polka, Anna Ostrowik. Była wspaniała – wielka, gruba, serdeczna kobieta, która swoją pracę traktowała poważnie. Lubiła gotować, lubiła, gdy się jej posiłki jadło i doceniało”. Jedno jest tam, o czym sam się przekonałem: wspaniałe: awifauna: “Śpiewały ptaki - kardynały i ostatnie drozdy wędrowne” (BTW: rybołowy wszędzie, gdzie tylko jest woda, nie to co u nas - ok. 70 par…). Największe natężenie frustracji, złych emocji, czyli wzajemnej nienawiści w rodzinach, występuje w opowiadaniu “Mąż na przedmieściach”. W kolei w “Ten o piątej czterdzieści osiem” przykładna lekcja dla mobbera z nowojorskiej firmy, który wykorzystał młodą pracownicę, dojeżdżająca tak jak ona jednym z dziesiątków “commuter trains” z suburbiów… I tenże pociąg staje się niewidoczną dla innych sceną zemsty Obraz mężczyzn jest tu dość jednoznaczny: “– Nie będę z tobą rozmawiać przez dwa tygodnie. Czyli do dziewiętnastego. (...) Po fizycznych wdziękach- jedynych, jakie miała do zaoferowania – nie było śladu. (...) Poróżnił się z małżonką – jak każdy mężczyzna z kobiety zrodzony. Ot, ludzka natura”. “Wiele spośród poznanych kobiet wybrał, ponieważ brakowało im poczucia własnej wartości”. “Życie wszystkich innych ludzi wyobrażała sobie chyba jako wspanialsze, niż było w rzeczywistości. Mieszkała w pokoju, który jemu wyglądał raczej na szafę”. “Kiedy jakąś godzinę później wkładała po tym ubranie, płakała. Zbyt mu było miło, ciepło, sennie, by się szczególnie przejąć jej łzami. (...) Kiedy wyszła na lancz, zadzwonił do kadr i kazał ją zwolnić. I wziął wolne popołudnie”. “Odsiecz nadejdzie już za minutę, myślał Blake; (...) ale pociąg się zatrzymał, ludzie wsiedli, wysiedli, a Blake wciąż był na łasce tej kobiety. Z ewentualnością, że odsiecz nie nadejdzie, nie umiał się zmierzyć”. “Ucisk lufy na brzuchu trochę zelżał. - Od życia chciałam zawsze tylko odrobinę miłości - powiedziała”. W “Olbrzymim radiu” zamiast programu ze studia, słychać to, co dzieje się w mieszkaniach sąsiadów. "Podsłuchała przejawy niestrawności, miłości fizycznej, bezdennej próżności, wiary i rozpaczy. (...) Dobywający się tego ranka z urządzenia bezpośredni, czasem nawet brutalny język zdumiewał ją i wprawiał w zakłopotanie". Wstrząsający jest tragikomiczny “Pływak” - bezwzględnie najlepsze opowiadanie zbioru. Neddy Merrill - nieświadomy że to podróż w ciemność - wraca do domu w luksusowej miejscowości, raz idąc, a raz płynąc przez kolejne baseny swoich sąsiadów. Tam i wtedy baseny poszczególnych posesji oddzielały tylko żywopłoty (sic!). “Jak gdyby w jednej chwili dojrzał – okiem kartografa – ów sznur basenów, półpodziemny strumień, przebijający się krzywizną przez całe hrabstwo. Poczynił odkrycie, oto jego wkład w nowożytną geografię; strumień postanowił nazwać Lucinda, na cześć żony”. “Była to jedna z tych niedziel w samym środku lata, gdy wszyscy mówią: +Za dużo wczoraj wypiłem+”. “Szwankowała mu pamięć? Czy też tak ją wytrenował w wypieraniu nieprzyjemnych faktów, że uszkodził sobie zmysł prawdy? Obstawał jednak przy własnej oryginalności i miał niejasne słynne poczucie, że jest postacią legendarną”. “Wracając do domu inną trasą niż zwykle, czuł się jak pielgrzym, odkrywca, człowiek niesiony przeznaczeniem, a wiedział że na całym szlaku znajdzie przyjaciół”. I nagle przyjemność staje się drogą przez mękę, nie tylko fizyczną. Raz basen jest pusty, a woda spuszczona, gdzie indziej wymagane są specjalne identyfikatory. Ned musi też przejść w slipkach autostradę. W jednym z domów ignorujący go czemuś “przyjaciele” milionerzy; w innym dawna, rozczarowana kochanka. “Wciąż by tylko gadała o pieniądzach. To jeszcze gorsze niż jedzenie groszku nożem”. Bohatera nie opuszcza jednak nadzieja - o pardon: wiara w obowiązkowy sukces. “Miłość – a raczej łóżkowa kotłowanina – to najwspanialszy eliksir, środek przeciwbólowy, kolorowa tabletka, która przywróci jego krokom sprężystość, jego sercu radość życia”. “Czemu czuł, że musi ukończyć przeprawę, choćby zagrażała jego życiu? W którym momencie ten dowcip, ten żart, ten wygłup przerodził się w coś poważnego.(...) Zawrócić nie mógł (..) Mniej więcej w godzinę pokonał taki dystans, że powrót stał się niemożliwy. Przepłynięcie całego dystansu okazało się zadaniem ponad jego siły– skąd jednak mógł o tym wiedzieć”. A gdy już stanie przed swym domem…… Od razu obejrzałem ekranizację tej noweli z lat 60., z Burtem Lancasterem w roli tytułowej. I przekonałem się po raz tysięczny, że jednak to, co najważniejsze, nie jest dostępne kinomanowi, w przeciwieństwie do czytelnika… To trzecia moja książka Wydawnictwa Czarne z serii “opowiadania amerykańskie” - po znakomitych “Ci, co nieśli” Tima O’Briana oraz “Instrukcji dla pań sprzątających” Lucii Berlin, a jeszcze od nich lepsza. Następne przede mną. PS Tłumacz używa gdzieś zwrotu “Salopczycy” - pojęcia, którego nie ma go w Internecie, czyli coś takiego zapewne nie istnieje (nie chodzi chyba o ludzi w salopkach, po cóż byłaby wtedy wielka litera). Ponadto kolejny tu przypadek bezsensownej przedmowy - i to samego Juliana Barnesa. Nie tylko mogłoby jej nie być, ale nawet i powinno….
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na 10 2 miesiące temu

Cytaty z książki Słowo humoru

Więcej
Olga Drenda Słowo humoru Zobacz więcej
Więcej