Powrót centrali. Literatura w nowej rzeczywistości
Przebija z tej książki podskórne poczucie niespełnienia obietnicy roku 1989 (szczególnie tej związanej ze światem literatury) – mogło być tak dobrze, a kończy się (skończyło?) tak, jak zwykle, „bidą i rozczarowaniem”. Co gorsza, lepiej już raczej nie będzie.
W roku 1989, rzekomo, upadł w Polsce komunizm. Odeszły więc w niebyt wszelkie cenzuralne ograniczenia, próby narzucenia jedynej słusznej drogi, powiało Zachodem, rację bytu utracił drugi obieg – bo jeśli wszystko wolno, to nie istnieje logiczna potrzeba ukrywania własnych poglądów. Dlaczego zatem, skoro trafiło się tyle dobrego, system odszedł tylko „rzekomo”? A może wcale nie zniknął, ale przetrwał kilka lat w stanie hibernacji i znów podniósł łeb? To nawet prawdopodobne, skoro po dziś dzień istnieją ludzie (i rodzą się nowi), którzy świętują urodziny Jaruzelskiego i wspominają, jak to się dobrze żyło za wujka Gierka (często nie mając bladego pojęcia o tamtych czasach; nie chcę tu nikogo pouczać, ale naprawdę nie ma nic trudnego w otworzeniu chociażby Bożego igrzyska Daviesa i pobieżnym przejrzeniu pasjonujących stronic o komunie).
Cóż ze światem literatury? Tutaj sprawa wygląda podobnie, zdaje się twierdzić Przemysław Czapliński, wskazując na bardzo interesujące daty graniczne. Całą historię – rozpatrując rzecz chronologicznie – można zacząć od narastającej frustracji lat 70., frustracji wywołanej kompromitującymi działaniami polskich władz komunistycznych (one i tak były skompromitowane, ale im dalej w las, tym więcej drzew – im dłużej trwały, tym większy był blamaż), co w krótkim czasie doprowadziło do powstania KOR-u i drugiego obiegu wydawniczego. Równie istotny jest rok 1986, który można (w dużym uproszczeniu) uznać za narodziny trzeciego obiegu, czyli wszelkich –zinów i najróżniejszych alternatyw dla niemieszczących się w binarnym układzie „za władzą” i „przeciw władzy”. Rok 1989, pozorna transformacja, rzekoma śmierć scentralizowanego systemu zarządzania literaturą, zgon drugiego i trzeciego obiegu. Wreszcie 1996/1997 – powrót centrali.
Dużo się mówi o tajemniczej „centrali”, a czym ona właściwie jest? Za wujka Edwarda cały świat literacki był zarządzany odgórnie, państwowo. Wszystkie (albo większość) wydawnictw była w rękach komunistycznych władz, podobnie z czasopismami literackimi, krytykami, najczęściej również z twórcami. Po roku 1989 społeczeństwo radowała myśl, że oto skończyło się planowanie i rozpoczęła prawdziwa wolność. I faktycznie, mówi Czapliński, potrwała ta wolność parę lat, ale później centrala powróciła.
Bo oto największe współczesne wydawnictwa dzierżą rynek książki, skutecznie podcinając skrzydła wydawnictwom małym i biednym. Zanikają punkty biblioteczne, a cały bibliotekarski interes zamyka się w największych miastach. Co więcej, państwo coraz mniej zainteresowane jest utrzymywaniem bibliotek, które wszak zysku nie przynoszą. Zniknęły gdzieś mniejsze czasopisma literackie, a duże cienko przędą (bo państwu przestało na nich zależeć). Krytyka literacka utraciła swoją dawną funkcję i coraz częściej krytycy błaznują w największych czasopismach, nie mając kompletnie żadnego wpływu na opinię społeczeństwa. Książka, ten wszakże najistotniejszy składnik literatury, stała się dobrem luksusowym. Już nie wystarczy jej wydrukować i dodrukować (bo za komuny i tak cały nakład zszedł natychmiast), trzeba ją jeszcze „wybłaznować”, uczynić zjadliwą dla mas. Ktoś taki jak czytelnik nie istnieje, jest tylko bezimienny i ogłupiony tłum.
Mocne, ale prawdziwe. A przecież – parafrazując słowa milicjanta z Zabić księdza – to nie tak miało być. Nie mieliśmy być kolejną ofiarą Zachodu, lecz szukać własnej, atrakcyjnej ścieżki. Profesor Czapliński (miałem i mam szczęście uczestniczyć w prowadzonych przez niego zajęciach) nie chce straszyć, pokazuje tylko, że to wszystko dzieje się na naszych oczach. Centrala powróciła, w zupełnie innym kształcie, ale nadal istnieje, nadal dzieli i rządzi. A my, jako skromni i nieco bardziej ambitni czytelnicy, musimy oddać się w jej dłonie. Dostosować, bo inaczej czeka nas całkowita cisza i wyłączenie z obiegu publicznego. Jak pisze profesor Czapliński w zakończeniu: „W ramach tej opowieści, w odpowiedzi na centralizm nowej sytuacji tworzymy scentralizowaną kontropowieść – narrację bezsilnych. Oto jej rys zasadniczy: podział świata na dwie części, z których jedna, obejmująca nas, pełna jest wartościowych inicjatyw, bezinteresownych działań, tekstów pełnych znaczeń, druga natomiast dysponuje siłą tłumiącą, jest interesowna, zideologizowana i redukcyjna”.
Stało się więc, niestety (ale to nic nowego, zdaję sobie sprawę), że literaturę wtłoczono w ramy społeczeństwa konsumpcyjnego. Nakazano jej „istnieć”, błyskać jak gwiazda, pod postacią nowego arcydzieła, i równie szybko umierać, żeby zrobić miejsce kolejnemu i kolejnemu arcydziełu. A krytyk musi, ku własnemu pohańbieniu, pełnić rolę podwójną: kogoś, kto odkrywa wartościowe nowości, błyskotliwe talenty i jednocześnie błaznuje w mainstreamowych mediach, pisząc króciutkie zachęty na skrzydełka obwoluty. Mędrzec i błazen. Włączony w „przemysł kultury”, „przemysł literatury”.
Co najgorsze – to wszystko na naszych oczach. Zatem kolejny raz można dojść do wniosku, że transformacja, jaką się dawno temu zachłysnęliśmy, to czysta fikcja. „Przeszłość odkreślamy grubą linią”, czyli zapominamy o grzechach i grzeszkach nie tylko wybitnych literatów, ale i jednostek zupełnie innego rodzaju (dopuszczając je do dyskursu publicznego i traktując jak autorytety), a także – akceptujemy istnienie przemysłowego molocha, produkującego literaturę i zapotrzebowanie na nią (pamiętając, ale to odnosi się do mniejszości, o dawniejszych, prawdziwych arcydziełach). Bo moloch, nie tylko literatury, nie umarł w roku 1989, przetrwał, udoskonalił się i znów pochłania. Z nienasyconym apetytem.
Opinia
Cóż napisać o tej książce ponad to, co powiedział o niej Richard Howard? "Esej Barthesa to najbardziej użyteczna, najbardziej wnikliwa i najbardziej przekonująca książka, jaką kiedykolwiek udało mi się przeczytać o tym, dlaczego w ogóle udało mi się kiedykolwiek przeczytać jakąś książkę." Barthes z niezwykłą wprawą i erudycją dekonstruuje opowiadanie Balzaka, a jego esej jest w zasadzie matematycznym wykazem kodów kulturowych obecnych w "Sarrassinie" (czy może: Sarrazinie) oraz połączeń międzytekstowych i inter-tekstowych. Przeczyta każdy, kogo pasjonuje historia teorii literatury.
Cóż napisać o tej książce ponad to, co powiedział o niej Richard Howard? "Esej Barthesa to najbardziej użyteczna, najbardziej wnikliwa i najbardziej przekonująca książka, jaką kiedykolwiek udało mi się przeczytać o tym, dlaczego w ogóle udało mi się kiedykolwiek przeczytać jakąś książkę." Barthes z niezwykłą wprawą i erudycją dekonstruuje opowiadanie Balzaka, a jego esej...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to