Rwacz

Okładka książki Rwacz
Ilja Erenburg Wydawnictwo: Czytelnik Seria: Nike literatura piękna
715 str. 11 godz. 55 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Seria:
Nike
Tytuł oryginału:
Рвач
Data wydania:
1967-01-01
Data 1. wyd. pol.:
1967-01-01
Liczba stron:
715
Czas czytania
11 godz. 55 min.
Język:
polski
Tłumacz:
Julian Maliniak
Średnia ocen

                6,1 6,1 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Rwacz w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Rwacz

Średnia ocen
6,1 / 10
14 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
860
843

Na półkach:

Takie powieści jak "Rwacz" Erenburga czytają dzisiaj zapewne tylko historycy literatury i ci, którym nazwisko Erenburga coś mówi. Kiedyś okrzyknięta jako skandaliczna, zakazana w ZSRR (ale to nie dziwi, bo tam zakazywano wielu ksiażek), wydana w Paryżu, gdzie przed stu laty żył pisarza.

Dzisiaj historia braci Łykow, z których każdy symbolizuje jakby wybór innej drogi życiowej w bardzo specyficznych uwarunkowaniach powstającego państwa bolszewików, nikogo raczej nie zainteresuje. A opisywane przez pisarza problemy i dylematy - zupełnie z innej planety. Język zresztą też zupełnie dzisiaj dziwny.

Takie powieści jak "Rwacz" Erenburga czytają dzisiaj zapewne tylko historycy literatury i ci, którym nazwisko Erenburga coś mówi. Kiedyś okrzyknięta jako skandaliczna, zakazana w ZSRR (ale to nie dziwi, bo tam zakazywano wielu ksiażek), wydana w Paryżu, gdzie przed stu laty żył pisarza.

Dzisiaj historia braci Łykow, z których każdy symbolizuje jakby wybór innej drogi...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

55 użytkowników ma tytuł Rwacz na półkach głównych
  • 33
  • 22
25 użytkowników ma tytuł Rwacz na półkach dodatkowych
  • 13
  • 3
  • 2
  • 2
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1

Inne książki autora

Okładka książki Czarna księga Ilja Erenburg, Wasilij Grossman
Ocena 8,4
Czarna księga Ilja Erenburg, Wasilij Grossman
Okładka książki Kontrabanda. Wybór przekładów wierszem Anna Achmatowa, Robert Burns, Ilja Erenburg, Natalia Gorbaniewska, Wiera Inber, Erich Kästner, Klabund, Osip Mandelsztam, Leonid Martynow, Siergiej Michałkow, Aleksander Mieżyrow, Erich Mühsam, Jelizawieta Połonska, Jerzy Pomianowski, Aleksander Puszkin, Borys Słucki, Jarosław Smielakow, Anatol Sys, Lew Tołstoj
Ocena 0,0
Kontrabanda. Wybór przekładów wierszem Anna Achmatowa, Robert Burns, Ilja Erenburg, Natalia Gorbaniewska, Wiera Inber, Erich Kästner, Klabund, Osip Mandelsztam, Leonid Martynow, Siergiej Michałkow, Aleksander Mieżyrow, Erich Mühsam, Jelizawieta Połonska, Jerzy Pomianowski, Aleksander Puszkin, Borys Słucki, Jarosław Smielakow, Anatol Sys, Lew Tołstoj
Ilja Erenburg
Ilja Erenburg
Rosyjski pisarz żydowskiego pochodzenia, publicysta, poeta. Pochodził z kupieckiej zasymilowanej rodziny żydowskiej. W gimnazjum zaprzyjaźnił się z Nikołajem Bucharinem i w wieku 14 lat wstąpił do partii komunistycznej. W 1908 aresztowany, spędził w więzieniu osiem miesięcy. Wyjechał do Francji, gdzie wydał pierwsze tomiki wierszy. Do rewolucji październikowej początkowo odniósł się wrogo, ale w 1923 został korespondentem radzieckiej gazety „Izwiestija” na Zachodzie, stając się częścią establishmentu. W latach 1936–1939 korespondent wojenny w Hiszpanii. W latach 1941–1945 korespondent wojenny z walk z III Rzeszą. Jako pisarz i publicysta cieszący się dużym autorytetem na Zachodzie wspierał propagandę państwową, tuszując zbrodnie stalinizmu. Dwukrotny laureat Nagrody Stalinowskiej – w 1942 za Upadek Paryża i w 1948 za Burzę. Erenburg najbardziej jest znany obecnie z powieści, będących pamfletami na współczesne czasy i obrazujące tragikomiczne niedostosowanie jednostki do dążącego do uniformizacji świata: Niezwykłe przygody Julia Jurenity i jego uczniów (1922), Miłość Joanny Ney (1924), Rwacz (1925), Burzliwe życie Lejzorka Rojtszwańca (1928), socrealistyczny Dzień wtóry (1934). Po powrocie z Francji napisał Upadek Paryża (1941). Tytuł jego krytykującej stalinizm powieści Odwilż (1954–1956) stał się nazwą okresu w historii ZSRR, a także PRL. W ostatnich latach życia napisał sześciotomową autobiografię Ludzie, lata, życie (siódmy tom nie ukończony). W Niemczech jest oskarżany o wzywanie do odwetowych aktów przemocy wobec cywilów w Prusach Wschodnich w 1945. W Polsce wielokrotnie drukowany i wznawiany od pierwszego wydania Niezwykłych przygód Julia Jurenity... w 1924 (powieść poprzedzona została wstępem Juliusza Kadena-Bandrowskiego). Na język polski przełożono praktycznie całą jego twórczość. Sygnatariusz apelu sztokholmskiego w 1950 roku]. 22 listopada 1950 w Warszawie na II Kongresie Obrońców Pokoju został wybrany w skład Światowej Rady Pokoju.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Oblężenie Krisznapuru J. G. Farrell
Oblężenie Krisznapuru
J. G. Farrell
Czy można, napisać powieść o tragicznych wydarzeniach, która skrzy się humorem, dodajmy typowo brytyjskim humorem, a jednocześnie, nie dopuścić, aby ten humor ujemnie, wpływał na warstwę dramatyczno - epicką utworu? Ta powieść, udowadnia, że jak najbardziej, można. Książka, bardzo przypomina, w tym względzie, dzieła Sienkiewicza, tylko tutaj, mamy więcej klimatu w stylu Zagłoby, niż u naszego wieszcza. Poczucia humoru zaś, dramatycznie brakuje, współczesnym powieściopisarzom, mym zdaniem, powiązane jest to, z dominującym wśród twórców obecnych, światopoglądem lewicowo - liberalnym, ideologia ta uznaje, śmiech za coś niebezpiecznego, nigdy nie wiadomo, z której mniejszości, bądź grupy społecznej, w następnym sezonie literackim, śmianie się będzie surowo wzbronionym. Autor, kilka razy puszcza oczko, do współczesnego sobie, hipisowskiego, czytelnika, Anno Domini 1973, w którym roku, powieść ta ukazała się, nie robi jednak tego tak nachalnie, jak dzisiejsi literaccy troglodyci. Akcja powieści, dzieje się w 1857 roku, podczas powstania Sipajów, to jest hinduskich formacji zbrojnych, pod brytyjskim dowództwem wojskowym. Nieliczny garnizon brytyjski, oraz liczni cywile pod jego ochroną, zostaje oblężonym w tytułowym Krisznapurze. Oblężenie te, jako żywo, przypomina obronę Zbaraża w Trylogii. Tutaj znowu, nasuwa się myśl, iż pisarz musiał znać dzieła Sienkiewicza, który był, przecież chętnie tłumaczonym, na język angielski twórcą. Podobieństw, jest tu zbyt wiele, aby był to przypadek. Najsilniejszym atutem książki, jest realistyczne oddanie mentalności, ludzi XIX stulecia. To nie są, jak we współczesnych, pseudo powieściach historycznych, współcześni autorom, ludzie ubrani, tylko niczym aktorzy na scenie w historyczne kostiumy, tutaj każdy myśli i działa, jak ludzie innej, odleglej epoki historycznej: „Kobiety są słabe, zawsze będziemy musieli opiekować się nimi, tak samo jak i krajowcami. Z pewnością trafiają się wyjątki, na przykład taka panna Florence Nightingale, ale, może na szczęście, moja żona i córki nie należą do tej nielicznej kategorii… Nawet za sto lat (pan Hopkins próbował nieudolnie wyobrazić sobie świat w 1957 roku) nic się pod tym względem nie zmieni. Kobiety są ulepione z miększej gliny. Budzą w nas pożądanie, ale nie są nam równe”. Gdyby pisarz, dziś, tak się wczuł w mentalność, roku 1857, zaraz, mało inteligentni lewicowi aktywiści, a takich jest większość, bo aby płynąc w głównym nurcie, trzeba być skrajnym konformistą, konformizm zaś, zwykle wyklucza najlepsze przymioty charakteru, takie jak inteligencja, czy odwaga cywilna, okrzyknęliby go antyfeministą, i paliliby jego książki, jak to już robiono, np w Kanadzie, z dziełami, pisarzy nie dosyć, wyczulonymi na nowe doktryny neokomunistyczne.
Janszklanko - awatar Janszklanko
ocenił na 10 1 rok temu
Pomocnik Bernard Malamud
Pomocnik
Bernard Malamud
Brooklyn, Nowy Jork, lata 50. XX wieku. Przenosimy się w czasie i przestrzeni do nowojorskiej dzielnicy biedoty, do podupadającego sklepu spożywczego prowadzonego przez żydowskich imigrantów z Rosji, w wietrzny listopadowy ranek wciągamy do sklepu ciężkie skrzynki z mlekiem, przesypujemy bułki z torby do drucianego kosza, sprzedajemy jedną z nich za trzy centy siwowłosej Polce, zapalamy grzejnik gazowy, parzymy kawę w sczerniałym emaliowanym garnku, liczymy skromne dochody, zastanawiamy się, gdzie podziała się nasza młodość, dlaczego zmarnowaliśmy życie i jak przetrwać do pierwszego, czekamy na klienta, choć nie nadchodzi i uśmiechamy się ponuro przeglądając żydowską gazetę, jednym słowem, dzielimy troski i aspiracje bohaterów powieści. „Tyle się spodziewał po Ameryce, a dostał tak mało.” Jest w tej książce sporo biedy, cierpienia i trosk, ale niewątpliwie jest to powieść wysokiej duchowej urody, dodająca otuchy moralnej, a do tego czyta się świetnie, dlatego cenię, szanuję, uważam, admiruję i wysoko stawiam, Bernard Malamud, amerykański pisarz pochodzenia żydowskiego, wychowany na Brooklinie w rodzinie imigrantów z Rosji, wierzy, podobnie, jak Dostojewski, że szansę na odkupienie win ma największy nawet grzesznik i ta wiara jest w tym utworze czytelna, jest „zbrodnia”, jest „kara” i jest „nadzieja na odkupienie win”, jest także napięcie pomiędzy światem duchowym a materialnym, tak charakterystyczne dla najważniejszych dzieł Marca Chagalla oraz mnóstwo refleksji o tym, jak trudno jest zmienić kierunek życia. Powieść spodoba się czytelnikom czułego i niepomnego uraz serca. Książka wydana w roku 1957. „- Moja mama pyta - powiedziała prędko - czy pan mógłby jej dać na kredyt do jutra funt masła, bochenek żytniego chleba i małą butelkę octu jabłkowego. Kupiec znał matkę. - Nie będzie więcej kredytu. Dziewczynka wybuchnęła płaczem. Morris dał jej ćwierć funta masła, chleb i ocet. Odnalazł na podniszczonym kontuarze, obok kasy, pokreślone ołówkiem miejsce i dopisał liczbę pod pozycją „Pijaczka”. Suma ogólna wyniosła teraz dwa dolary i trzy centy, których nie miał nadziei nigdy zobaczyć. Ale Ida zrzędziłaby, gdyby zauważyła nową kwotę, więc zmniejszył sumę do jednego dolara i sześćdziesięciu jeden centów. Jego spokój - ta odrobina spokoju, jaką miał - wart był czterdzieści dwa centy.” Przewrotnie rzecz ujmując, można zaryzykować stwierdzenie, że jest to powieść również o tym, że z wiekiem spada zapotrzebowanie na zysk, a rośnie na święty spokój. ; )
Jeanne - awatar Jeanne
ocenił na 8 1 rok temu
Niezwykłe przygody Julio Jurenity Ilja Erenburg
Niezwykłe przygody Julio Jurenity
Ilja Erenburg
Ilia Erenburg, pupilek Stalina, zaczynał jako komunista i bolszewik jeszcze przed rewolucją. W tamtych czasach wiara komunistów była żywa i jędrna. „Julio Jurenito”, powierzchownie powieść satyryczna, ma według mnie znacznie głębszy przekaz. W dużym stopniu jest ona anty-ewangelią, albo lepiej, ewangelią komunistyczno-nihilistyczną. Dlaczego ewangelią? No, przecież mamy tutaj Mistrza, który zbiera swoich licznych (nieprzypadkowo siedmiu) uczniów po zakątkach ziemi. Erenburg wyraźnie sugeruje na samym początku, że Julio to szatan. Dalej, mamy wędrówki Mistrza z uczniami przeplatane jego przypowieściami, naukami i też specyficznymi cudami. Mistrz rozsyła również swoich uczniów, żeby spróbowali swoich sił, potem znowu ich gromadzi. Mamy scenę ostatniej wieczerzy, kiedy Julio dzieli między uczniów chleb (bułkę, w tym przypadku) i daje im ostatnie posłanie. W końcu mamy dobrowolne wydanie się Mistrza na śmierć oraz uroczyste złożenie jego ciała do grobu przez najwierniejszych uczniów. Erenburg jasno wzoruje siebie samego (narratora) na św. Jana, najwierniejszego, najskromniejszego ucznia, który na koniec napisze ewangelię. Wszystko to oczywiście w wersji wynaturzonej, przekręconej i prześmiewczej. Jakie mniej więcej nauki daje Mistrz? Oto próbka: „doszedł do wniosku, że kultura jest złem i że należy walczyć z nią wszelkimi środkami, ale nie nędznymi nożami pastuchów Zapaty, lecz narzędziami przez nią samą wytworzonymi. Nie atakować, lecz pielęgnować należy ogniska tej zarazy, rozpełzające się i gotowe pożreć na pół zgniłe ciało”. Albo: „Mistrz nienawidził instytucji naszego małżeństwa, stawiając od niej wyżej nawet współczesną prostytucję”. Julio skupia się na krytyce religii, głównie katolickiej, stosując nudne jak flaki z olejem zarzuty o materializm i hipokryzję. „Rozprawia” się również z tradycyjną rodziną, zasadami kultury, antysemityzmem itp. Zadziwiające jest to, że argumenty te można by żywcem przenieść do dzisiejszego „dyskursu” liberałów. Julio Jurenito, „wielki prowokator”, to apostoł antykultury. Nie wiem, czy Krzysztof Karoń czytał tę książkę, ale ja jestem świeżo po lekturze Karonia i przekaz książki Erenburga jest dla mnie jasny. Dorzućmy do tego, że wstęp do pierwszego wydania napisał sam Bucharin i że Erenburg twierdził, że to jego najlepsza książka. Na koniec dajmy, że książka ta zainspirowała kilka co najmniej innych utworów literatury rosyjskiej. Proszę porównać Ostapa Bendera z „12 krzeseł” – „wielki kombinator” to parodia Julia Jurenity. A pierwsza scena z „Mistrza i Małgorzaty”, ta na Patriarszych Prudach, przypomina, w klimacie, nie w szczegółach, scenę spotkania Erenburga z Juliem (tu i tu czuć siarką, tu i tu diabeł mówi językami i toczy się dyskusja o bycie itp. No, i w obydwu przypadkach diabeł to główny bohater pozytywny). Polecam jako lekturę uzupełniającą do Karonia. Woda święcona niezbędna!
Pierogi_i_Pączki - awatar Pierogi_i_Pączki
ocenił na 6 7 lat temu
Ciesielski gotyk William Gaddis
Ciesielski gotyk
William Gaddis
William Goddis, amerykański pisarz postmodernistyczny XX wieku, jest w Polsce postacią mało znaną. Goddis pozostawił po sobie niewielki dorobek literacki, zaledwie kilka powieści, chociaż pisał wiele, ale głównie - w celach zarobkowych - przemówienia i scenariusze. Z kilku jego powieści na język polski przełożono tylko "Ciesielski gotyk". Nawet jego najbardziej znana powieść "The Recognitions", wydana w USA jeszcze w latach 50., minęła zupełnie niezauważona. Jakieś fragmenty "Rozpoznań" publikowały po polsku co ambitniejsze pisma, ale, jak dotąd, na wydanie całości nie zdobyło się żadne wydawnictwo. „Ciesielski gotyk” jest powieścią, którą można zakwalifikować jako czarna komedia z zawrotną, zwariowaną akcją. Powieść jest historią burzliwego małżeństwa Paula, weterana wojny wietnamskiej, i Elizabeth. Małżeństwo wynajmuje dom od geologa McCandlessa, który był w przeszłości powiązany z CIA (to właśnie ów gotycki szablon "tajemniczego nieznajomego"). Gdy Paul wyjeżdża w podróż "służbową”, podejrzaną, gdyż główny bohater zamieszany jest w jakieś ciemne intrygi religijne i polityczne, Liza zaciąga geologa McCandlessa do łóżka. Następnie dochodzi do pożaru i nieudanego zamachu. Akcja pędzi coraz szybciej, mnożą się gagi, absurdy i nieoczekiwane zwroty. Naturalnie, fabuła godna filmu akcji, przy czym filmu niezbyt dbającego o wewnętrzną logikę zdarzeń i wiarygodność, jest dla Goddisa tylko pretekstem do rozważań o współczesności, moralności, przemocy i seksualności. Tym, co w „Ciesielskim gotyku” przyciąga uwagę, jest wirtuozeria dialogów. Oraz niebanalne rozmyślania autora o pisaniu i tworzeniu fikcji literackiej.
Jacek Jarosz - awatar Jacek Jarosz
ocenił na 7 2 lata temu
Drzewo człowiecze Patrick White
Drzewo człowiecze
Patrick White
«Widzę ludzi, bo gdy chodzą, dostrzegam ich niby drzewa» Mk 24,8 Drzewo Człowiecze – rodzice, ciało i najmniej zauważalna dla oka ludzkiego myśl – jeśli chcesz sprawności tego układu – musisz zdobyć coś więcej. Nie widzę. Nie widzę epickiego rozmachu, dlatego to nie będzie Księga Rodzaju, ale uzdrawianie niewidomego. Moja ślepota nie jest dowodem, że tego rozmachu tu nie ma. Widzę. Widzę wyraźnie człowieka niczym drzewo na wietrze – poddane prądowi losu, z trudem przytrzymuje listowie myśli swoich, które wciąż i wciąż na nowo w walce porywane przez wewnętrzny niepokój rozsypują się, a potem nowe rodzą się nieustannie – ten człowiek próbuje przypomnieć sobie albo odkryć swoją rolę i misję w tym nieubłaganym prądzie. W centrum opowieści oswajanie nie przestrzeni dla siebie, ale oswajanie siebie samego w losie swoim. Każdego z bohaterów rozłącznie. Stan, Amy, Ray, Thelma. Inni. Wszyscy obok. Czyż da się bowiem Im podzielić coś, co podzielnym być nie potrafi? Najskrytszy pierwotny smutek i trwoga, najskrytsze zmaganie z wiarą, najskrytsza pierwotna żądza i marzenie, najskrytsza samotność na dnie duszy kotłujące się, w samym centrum człowieka, nie dadzą dostępu do siebie. Człowiek nie wie jak się tym podzielić. Dlaczego? Bo rzadko jego oczy zwrócone są na teraźniejszość. Później. Nie teraz. Teraz jakby jeszcze na niby mój los. Raczej trwajmy ze swoimi niedookreślonymi pragnieniami jedynie na powierzchni myśli, dla bezpieczeństwa swojego przede wszystkim. Będziesz ze mną człowieku?! Czy rozkoszy w smutku szukasz, a przyjemności w udręce? Czemu grzech nie jest dla ciebie odrazą, a cnota cię nie pociąga? Nie wierzcie mi. Ktoś przecież powiedział znajdziesz tu wszystko, jak w życiu. Epicki rozmach. Autorze chciałeś tego?! Pisałeś tak? Jak to możliwe? Przecież nie dostrzegłam narodzin, suszy, powodzi i wojny w typowym epickim rozmachu. Przecież Ty chciałeś tylko Ich dusze rozszarpać na widoku wszystkich, a potem jedynie upływem czasu ukoić. Jedynie wybrane, inne w przepaść popchnąłeś. Tak? To o tym? Przecież: Deszcz trwający nieubłaganie, który nie wodą jest ale udręką, która z własnego życia cię wypiera i zabiera oddech. Zgubiona radość po długo wyczekiwanych narodzinach, a w zamian lęk i nieodkryte nowe życie mimo, że własną piersią karmione. Pożar, który nie zniszczeniem płonie, ale główną areną dla zatopienia się w sobie dwóch obcych dusz. A nieugaszony żar wyrzutem sumienia do końca dni. Wojna, która nie wybuchami i krwią jest, ale dotkliwą udręką, w której znękane ciało mężczyzny i kobiety pragnie dotyku, który odwzajemniony, przywróciłby mu spokój. Dzieci na niewypowiedzianej słowami wojnie myśli i dusz o wolność i niezależność od rodziców. Jedno ukojenie znajdzie choćby w widoku drzewa wyrwanego z korzeniami. Drugie w próżności i przyzwyczajeniu, w którym na miłość nie można sobie pozwolić, a utraty przyjaźni lęka się nieustająco. Jedno i drugie ból, że korzeni swoich nie pojmuje. Wiara, która z tajemnicy niedościgłej przeradza się w głęboką urazę i pustkę, żeby dopiero na koniec błogim początkiem nowego się stała. Modlitwa, która nie niewolą, ale wolnością się staje. Czy to jest epicki rozmach ? Nie to serce człowieka ściśnięte wiecznie przez los. Tylko czy jest na pewno w człowieku coś, co warto poznać, jeżeli On patrzy gdzieś poza horyzont, ponad konarami drzew, zawieszony w niepokoju, w oczekiwaniu na coś innego niż teraz, na coś co się wydarzy, na coś co musi się wydarzyć? Wiedz jedynie Człowieku, że jeżeli chcesz więcej niż życie, więcej niż duszę, wieczna udręka i niepokój Cię czeka. Więc żyjesz? Jeszcze nie teraz. Drzewa nie zginą. Jest Ktoś, kto przez podarowane szkiełko witraża kolorami ożywi przestrzeń, napisze poemat o życiu. Tak, w końcu nie ma końca. „Jak wiatr co losem szarpie i kołysze Nie zna człowiecze drzewo czasu ciszy” Z wiersza A.E. Housmana. PS. Patricku Księga Rodzaju nie ma smutku w sobie. Nie byłeś szczęśliwy? Amy Parker. To ona uwagę mej duszy zdobyła. Nie Stan mimo, że On początkiem Jej losu stał się pewnego dnia na pustkowiu. Jednak On nie czuł potrzeby ujmowania w wielkie słowa swojego życia. Wystarczyło Mu, że je przeżywał. Och Amy, przyjaciółko moja.
Agnieszka - awatar Agnieszka
oceniła na 10 1 rok temu
Wielki las William Faulkner
Wielki las
William Faulkner
Mogłem jeszcze raz przeczytać coś z twórczości moich ulubionych literackich noblistów (Marquez, Steinbeck lub Hemingway na przykład). Zamiast tego będzie wyzwanie w wyzwaniu, czyli pierwsza lektura Faulknera w życiu. Nie bardzo wiedziałem, czego oczekiwać. Faulkner to na pewno nie Twain, chociaż obaj pochodzą z i tematyzują amerykańskie Południe. Strzeliłem sobie (o, jakże pasujące do tych opowiadań sformułowanie!) wyborem „Wielkiego lasu” w przysłowiową stopę: ja i myśliwstwo to historia pełna nieporozumień. Tymczasem okazuje się, że Faulkner w tym temacie raczej się lubował. Pierwszy tekst, „Niedźwiedź”, to objętościowo już właściwie nowela. Na stu stronach autor rozwodzi się nad historią kilku opętanych wizją ustrzelenia tytułowego zwierza myśliwych. Old Ben, jak z szacunkiem nazywają misia, to taki lądowy Moby Dick. Wielu próbowało go złowić – niewielu miało okazję, aby spróbować szczęścia, nikomu dotychczas strzał nie przyniósł upragnionego trofeum. Jednak „Niedźwiedź” to tylko na marginesie relacja o „urokach sezonu myśliwskiego”. Narracja meandruje, jak kluczą myśliwi śledząc tropy. Niby mamy głównego protagonistę w postaci młodocianego McCaslina. Ale czy to naprawdę o niego tutaj chodzi? W gruncie rzeczy do końca nie wiadomo, na kim skupić uwagę. Wszyscy uczestnicy polowań (nawet Lew, jeden z psów) zdają się być równorzędni. Pozostałe trzy opowiadania ponownie nawiązują do znanej już z poprzedniego tekstu grupy myśliwych. Człowiek zafascynowany tematem polowań zapewne mógłby czytać „Wielki las” z ukontentowaniem. Nie zaliczając się do tej grupy, miałem ostro „pod górkę”. Przy tym nie sama tematyka była największym problemem. To raczej sam styl Faulknera był wyzwaniem. Daleko mu do prześmiewczej gawędy Twaina oraz do epickości Steinbecka. Moja uwaga umykała co chwila, bezskutecznie „ślizgałem” się po zdaniach, starając się odnaleźć i zrozumieć zamiary, które przyświecały autorowi. Nie dziwi więc, że kończę pierwszą lekturę Faulknera z oddechem ulgi. Nie wykluczam, że jeszcze do jego twórczości powrócę, ale teraz potrzebuję jakiejś „odtrutki”.
Zoltar - awatar Zoltar
ocenił na 6 4 lata temu
Intruz William Faulkner
Intruz
William Faulkner
William Faulkner to autor, który nigdy nie bał się zaglądać w mroczne zakamarki ludzkiej duszy, tak jak nie bał się konfrontować z najtrudniejszymi tematami własnego regionu — amerykańskiego Południa. W Intruzie z 1948 roku Faulkner podejmuje problem rasizmu w sposób, który do dziś może uchodzić za odważny, a przy tym subtelny i daleki od prostych, publicystycznych rozstrzygnięć. To powieść, która balansuje między napięciem kryminalnym a moralnym dramatem, między osobistą inicjacją chłopca a symboliczną walką o zbiorowe sumienie Południa. Na pierwszy rzut oka Intruz wydaje się być historią niemal detektywistyczną. Czarnoskóry rolnik Lucas Beauchamp zostaje oskarżony o zamordowanie białego człowieka — Vinsona Gowriego. Oskarżenie jest natychmiastowe, niemal instynktowne, jako echo starych uprzedzeń. W miasteczku Jefferson odzywają się automatyczne, atawistyczne odruchy: tłum domaga się linczu, sprawiedliwość ma być szybka, bez procesu, bez pytań. Ale Faulkner nie daje się zamknąć w ramy klasycznej opowieści o zbrodni. W rzeczywistości morderstwo staje się pretekstem do znacznie głębszej refleksji nad społecznością, historią i zbiorową winą. Lucas Beauchamp, daleki od stereotypu „uległego czarnego”, jest człowiekiem dumnym, wyniosłym, świadomym własnej wartości. Nie zabiega o sympatię białych, nie kłania się uniżenie, nie próbuje prosić o litość. W tej postawie kryje się coś niezwykle rewolucyjnego, jak na kontekst Południa lat 40. XX wieku. Głównym „białym” bohaterem jest tu szesnastoletni Chick Mallison, młody chłopak, który przeżywa swoją inicjację moralną. To właśnie Chick, wychowany w atmosferze tradycyjnych południowych przesądów, przechodzi najgłębszą przemianę. Jego proces dojrzewania to droga od biernego przyjmowania uprzedzeń otoczenia ku świadomemu aktowi sprzeciwu wobec niesprawiedliwości. Faulkner z niezwykłą przenikliwością pokazuje, jak trudno wyrwać się z kolektywnego myślenia. Momentem kluczowym w powieści jest nocne odkopanie trumny Gowriego. Chick wraz z prawnikiem Gavinem Stevensem i swoją ciotką Miss Habersham (postać zaskakująco silna, emanująca etyczną odwagą) wyciągają z ziemi ciało, by udowodnić niewinność Lucasa. W tej scenie, niemal gotyckiej w atmosferze, zawiera się cały symbolizm powieści: aby odkryć prawdę, trzeba zejść do ciemności, zmierzyć się z trupem — zarówno dosłownym, jak i metaforycznym, bo miasteczko Jefferson ma swoje „trupy w szafie”, w postaci długo skrywanej, zbiorowej winy rasowej. Faulkner w Intruzie konfrontuje czytelnika z problemem amerykańskiego mitu Południa — mitem opartym na honorze, rodzinie, rycerskich ideałach. Mit ten jednak od początku był skażony niewolnictwem i głęboko zakorzenionym rasizmem. Intruz staje się swoistym sądem nad tym mitem: stary porządek społeczny ukazuje się jako kruchy konstrukt, którego fundamenty zaczynają pękać. Ciekawym zabiegiem Faulknera jest zestawienie Lucasa z Chickiem. Lucas, dojrzały mężczyzna, jest w pełni świadomy mechanizmów społecznych i własnej pozycji, a jednocześnie przewyższa otoczenie moralnie i duchowo. Chick natomiast dopiero zaczyna rozumieć świat; jego bunt przeciw tłumowi linczowemu ma w sobie jeszcze pewną naiwność, ale to właśnie w tej niewinności Faulkner widzi zalążek nadziei. Warto przyjrzeć się także postaci Gavina Stevensa, lokalnego prawnika i zarazem moralnego intelektualisty. Stevens nie jest jednak postacią jednowymiarową: często bywa paternalistyczny, a jego „liberalizm” podszyty jest rodzajem wyższości wobec czarnych. Faulkner, daleki od hagiografii, pokazuje, że nawet „dobry biały” nie jest wolny od subtelnych form uprzedzenia. Język Faulknera w Intruzie jest mniej barokowy niż w takich dziełach jak Absalomie, Absalomie! czy Wściekłość i wrzask, ale nadal intensywnie zmysłowy, złożony, nasycony wewnętrznymi monologami. Opisy przestrzeni — pola bawełny, lepkie południowe noce, duszne izby sądowe — pełnią tu funkcję psychologiczną. Krajobraz staje się odbiciem wewnętrznego stanu postaci. Nie sposób nie dostrzec, że Intruz jest także powieścią o amerykańskiej wspólnocie, której istnienie opiera się na przemocy symbolicznej i realnej. Faulkner pyta: czy można zbudować nowe społeczeństwo bez zerwania z przeszłością? Czy możliwe jest pojednanie, jeśli fundamentem relacji jest rasa i przemoc? W tym kontekście postać Lucasa Beauchampa nabiera cech figury mitycznej — jest zarazem intruzem i sumieniem Południa. Odważny, niezależny, nieprzejednany — staje się lustrem, w którym biali mieszkańcy Jefferson muszą dostrzec własną hipokryzję. Jego niewinność, z początku wątpliwa dla społeczności, demaskuje groteskowy absurd linczów i pokazowych oskarżeń. Sceny zbiorowe — zwłaszcza opisy tłumu gotowego do samosądu — są mistrzostwem Faulknera. Zbiorowość nie ma twarzy, to bezkształtny organizm, karmiony plotką i pierwotnym strachem. Gdy Chick przechodzi obok ludzi zebranych przed więzieniem, ma wrażenie, że patrzy na potwora, a nie na sąsiadów. To metafora nie tylko Południa, ale każdej społeczności, która ulega psychologii tłumu. W warstwie symbolicznej Intruz można czytać jako powieść o grzechu pierworodnym Południa: niewolnictwie i rasizmie. Faulkner, który sam był dzieckiem Południa, mierzy się z dziedzictwem, które wielu chciałoby zamieść pod dywan. Nie poprzestaje na pokazaniu brutalności zewnętrznej — dociera do subtelnych form przemocy codziennej, obecnej w języku, gestach, milczeniu. Interesująca jest rola kobiet w powieści, zwłaszcza Miss Habersham, która wbrew konwenansom bierze udział w wykopaniu trumny. Symbolicznie staje się łącznikiem między starym Południem a nowym światem, który dopiero się rodzi. W jej decyzji nie ma egzaltacji ani taniego heroizmu — jest za to głęboka, wypracowana etyczna konsekwencja. Często zwraca się uwagę na zaskakujący wątek optymistyczny Intruza. W odróżnieniu od bardziej pesymistycznych dzieł Faulknera, tu w finale pojawia się cień nadziei: Lucas zostaje uniewinniony, a Chick dokonuje wewnętrznego przełomu. Ale ten optymizm jest raczej zniuansowany niż triumfalny. Faulkner nie oferuje happy endu w hollywoodzkim stylu; daje raczej moment wytchnienia, który może być początkiem, ale równie dobrze iluzją. Co istotne, Intruz powstał w momencie, gdy kwestia rasowa zaczynała ponownie wracać do centrum dyskursu publicznego w Stanach Zjednoczonych. Faulkner przewidział, że problem rasowy nie zniknie sam z siebie — przeciwnie, będzie wymagał bolesnej konfrontacji i rezygnacji z mitów. Powieść jest także ciekawym głosem na temat roli literatury. Faulkner zdaje się mówić: pisarz nie jest od pocieszania, ale od stawiania trudnych pytań, od grzebania w ciemności. W Intruzie zamiast idealistycznych reformatorów mamy ludzi uwikłanych w tradycję i własne ograniczenia, którzy jednak — w niektórych momentach — zdobywają się na odwagę przekroczenia granic. Szczególne znaczenie ma język rasowy, którym posługują się mieszkańcy Jefferson. Jest to język pełen eufemizmów, uników, stereotypów. Chick od początku przechodzi drogę od bezrefleksyjnego powtarzania zasłyszanych określeń do własnego, krytycznego języka. To pokazuje, jak głęboko przemoc może być zakorzeniona nie w czynach, lecz w samych słowach. Pod względem konstrukcji narracyjnej Faulkner znów eksperymentuje z czasem, choć mniej radykalnie niż w Wściekłości i wrzasku. W Intruzie czas jest bardziej linearny, ale wciąż pełen retrospekcji, wspomnień, wewnętrznych rozważań. Nie chodzi tu o ukrywanie fabuły, lecz o pokazanie, że wydarzenia kształtują się nie tylko w zewnętrznym porządku, ale także w świadomości uczestników. W finale Chick, patrząc na Lucasa odchodzącego w pola bawełny, zaczyna rozumieć, że wszystko dopiero się zaczyna. Symboliczna cisza, która zapada, jest bardziej wymowna niż jakikolwiek płomienny monolog. Intruz to powieść, która wykracza poza ramy społecznego komentarza. To również studium jednostki wobec zbiorowości, odwagi wobec konformizmu, godności wobec upokorzenia. Faulkner, mistrz paradoksu, nie moralizuje. Pokazuje świat w całym jego brudzie i pięknie, w rozpaczy i w nikłej nadziei. Być może dlatego Intruz wciąż pozostaje tak żywą książką. W epoce, gdy na nowo rozmawia się o rasie, tożsamości i odpowiedzialności zbiorowej, Faulkner zdaje się szeptać zza grobu: nie wystarczy zmienić prawa, trzeba zmienić serca. A to zawsze jest najtrudniejsze. Lucas Beauchamp, niezłomny „intruz”, przypomina, że prawdziwa wolność zaczyna się tam, gdzie kończy się strach przed odrzuceniem i przemocą. Chick Mallison zaś staje się figurą przyszłości — tej, która jeszcze nie nadeszła, ale o którą warto walczyć. Intruz nie jest opowieścią o jednym procesie sądowym. To raczej traktat o długim, bolesnym procesie dojrzewania całego społeczeństwa. I choć w literackim świecie Faulknera nic nigdy nie jest proste, Intruz pozostaje jednym z jego najjaśniejszych świateł — tym bardziej przejmującym, że świeci w mroku.
Bratyslawski - awatar Bratyslawski
ocenił na 10 8 miesięcy temu
Faun z zimnymi różkami Hugo Raes
Faun z zimnymi różkami
Hugo Raes
Życie jest brutalną, chaotyczną rzeczywistością, stymulowaną popędami i instynktami, która przykryta jest estetyczną zasłoną sztuki i kultury. Tak Fryderyk Nietzsche widzi jedną z dróg ujmowania świata w kategoriach zjawiska estetycznego, apollińską postawę przedstawienia świata idealnego. Pod tą zasłoną toczy się bezforemny strumień instynktów, popędów, namiętności. Mroczny i okrutny. Powieść Hugo Raesa jest zdarciem estetycznej zasłony z oglądu rzeczywistości i stosunków międzyludzkich. Nie ma wzniosłych idei, uniesień, zachwytów, ekstatycznego przeżywania. Życie jest mechanicznym procesem, wyobcowaniem, zimnym odtrąceniem, pełnym bólu, gwałtów, bezsensownej przemocy. Tym samym, Raesowi bliżej jest do nietzscheańskiej postawy dionizyjskiej, choć brak w nim bezkrytycznej afirmacji życia samego w sobie. „Faun z zimnymi różkami” to historia z roku życia nauczyciela z flandryjskiej prowincji, Michaela Houtdragera. Rytm dni: praca w szkole naznaczona bardziej udręką niż powołaniem; kilka bezuczuciowych romansów; wybujała erotyka, choć zdehumanizowana; kilka wspomnień z dzieciństwa, kilka tragedii, kilka myśli depresyjnych. Pustka, samotność, obojętność. Na tym tle toczą się równolegle urywkowe życiorysy osób z kręgu Michaela, często oceniane przez narratora z dozą cynizmu. Powieść Raesa napisana jest w formie kolażu, co – w moim przypadku – początkowo wzbudzało natłok chaotycznych myśli, trudnych do spójnego odczytania, zwłaszcza że powieść nie ma linearnej konstrukcji. Choć opowiada rok z życia, fragmenty współczesnej narratorowi rzeczywistości przeplatają się z luźnymi wspomnieniami czy eseistycznymi rozważaniami nad życiem. Ten kolaż tworzy głęboko emocjonalną feerię świadomości, wtłoczonej w zimny, odpychający wręcz stan stosunków międzyludzkich. Nie jest to łatwa lektura. Mimo to - porusza.
madame_bov - awatar madame_bov
ocenił na 7 5 lat temu
Historia jednego konia Izaak Babel
Historia jednego konia
Izaak Babel
W zasadzie tom powinien nosić tytuł „Dzieła wybrane”. Zawiera bowiem trzy zbiory opowiadań Izaaka Babla i dramat „Zmierzch”. Tytuł zaczerpnięto z pierwszego zbioru, pt. „Armia konna”. Izaak Babel towarzyszył wojskom Budionnego (bolszewikom) idącym w 1920 roku z południa w stronę Warszawy, mijają m.in. Lwów i Zamość (jak Chmielnicki w 1648). To, że był wówczas oficerem politycznym i redaktorem frontowej gazety nie na wiele mu się przydało kilkanaście lat później. Aresztowano go w 1939 r., oczywiście pod zarzutem trockizmu i szpiegostwa, skazano i pozbawiono życia rok później. Z chwilą zatrzymania zaginęły jego nigdy nie wydane rękopisy. Szkoda, bo talent na pewno miał, a skoro pisał do szuflady, to z całą pewnością nie były to komunistyczne dzieła propagandowe. Realistyczne, wręcz naturalistyczne opowiadania ze zbioru „Armia konna” pokazują punkt widzenia drugiej strony, dla nas trudno akceptowalny, jednak jak na czerwonoarmistę dość stonowany. W końcu sam Budionny po ich publikacji nazwał autora „degeneratem literatury”. Najciekawsza jest część druga, czyli „Opowiadania odeskie”, tylko cztery w zbiorze oraz „Opowiadania”. Autor odmalowuję nieistniejący już świat Odessy, miasta kilkudziesięciu tysięcy Żydów i kilkudziesięciu synagog (do dziś przetrwały nieliczne, a zwiedzać można tylko jedną) z mnóstwem ciekawych postaci, jak np. Benia Krzyk, niekiedy – delikatnie mówiąc – z miejscowego półświatka. Ciekawy zbiór opowiadań, czasami nierównych, ale wart przeczytania.
Aguirre - awatar Aguirre
ocenił na 7 5 lat temu
Hochsztapler Laarmans Willem Elsschot
Hochsztapler Laarmans
Willem Elsschot
46/130/2026 Zabawna opowieść o prawdziwym hochsztaplerze. Naciągaczu jakich mało. W zasadzie są to dwie opowieści - opowiadanie długie (tytułowe) i opowiadanie średnie ("Noga"). To drugie jest dokończeniem pierwszego, z morałem. Hochsztapler potrafi pięknie opowiadać, a jeszcze piękniej pisać. Dziś byśmy powiedzieli, że nawija makaron na uszy, ale byłoby to bardzo krzywdzące. Piękna sztuka wizualizacji wielkich marzeń to przecież nie jest żadne nawijanie makaronu! Wielkie brawa należą się tłumaczowi (Tadeuszowi Trębickiemu). Nie tylko za piękne tłumaczenie wszystkich wielkich i doniosłych słów, także za pozostawienie zwrotów "Mijnheer" (brzmi dla mnie jak "Mein Herr") oraz "Mevrouv" (co nie brzmi dla mnie wcale). Jak sądzę, są to zwroty grzecznościowe w stylu "proszę pana" (a może i "mój panie"...) oraz "proszę pani" (panny raczej). Ale to nie koniec. W tym zbiorku jest jeszcze trzecie opowiadanie (trzymając się powyższej klasyfikacji - opowiadanie krótkie), "Błędny ognik". Zupełnie inne, ale również bardzo ładne. Zaczyna się od poszukiwania jakby miłości. A nie, jednak chyba bardziej prostytutki. A kończy się na rozmowie o życiu i bogu. Zaskakujące, a jednak spójne. Do tego do picia pojawia się "dżyn". "Czasem przybywał do nich [do Afganistanu] podróżnik z tego wielkiego kraju [ZSRR] i w nocy, przy ogniu, opowiadał o proroku leżącym w szklanym grobie, w którym nie ulega zepsuciu, a który głosił nową religię bez boga; by każdy miał po równo owiec i kobiet, żywności i strojów oraz pieniędzy i mieszkania. I to nie dopiero po śmierci, jak ich dotychczas uczono, lecz już teraz, na ziemi, za życia. Zdaniem Alego, to był wcale niezły pomysł." "Chociaż jest trochę przygłupi, język ma rozważny."
AgaGaga - awatar AgaGaga
oceniła na 8 1 dzień temu

Cytaty z książki Rwacz

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Rwacz