Rezerwat goblinów

Okładka książki Rezerwat goblinów
Clifford D. Simak Wydawnictwo: ALFA Seria: Biblioteka Fantastyki fantasy, science fiction
235 str. 3 godz. 55 min.
Kategoria:
fantasy, science fiction
Format:
papier
Seria:
Biblioteka Fantastyki
Tytuł oryginału:
The Goblin Reservation
Data wydania:
1992-01-01
Data 1. wyd. pol.:
1987-01-01
Liczba stron:
235
Czas czytania
3 godz. 55 min.
Język:
polski
ISBN:
8370016286
Tłumacz:
Andrzej Leszczyński, Ewa Włodarczyk
Średnia ocen

                6,0 6,0 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Rezerwat goblinów w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Rezerwat goblinów

Średnia ocen
6,0 / 10
42 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
540
175

Na półkach:

Doskonałe streszczenie początku fabuły znajduje się w opisie okładkowym, dlatego zaniechałem powtarzania się (tylko własnymi słowami), nie ma to większego sensu. Wolę opowiedzieć o tym, jaka ta książka jest w ogólnym zarysie.

Klimatem oraz zręcznością, z jaką Simak posługuje się językiem, powieść przypominała mi połączenie "Trzy serca i trzy lwy" Poula Andersona oraz "Pierścień" Nivena. Czyta się to bardzo przyjemnie, jest to udane połączenie soft SF i fantasy, pełne delikatnie zarysowanych krajobrazów i oszczędnie lecz skrupulatnie przedstawionych postaci obcych ras. Jest baśniowo, jest urokliwie, jest magicznie na tyle, że nad wydarzeniami wisi widmo tajemnicy pod postacią wielkiej wiedzy skrywanej na Kryształowej Planecie i historii mitycznych stworzeń sięgających epoki jurajskiej. Grupka bohaterów stanowi udany mix osobowości, z lekkością i prostotą Simak nadaje swoim postaciom indywidualne cechy i odcienie.

Najmocniej mnie denerwowało ciągłe powtarzanie ustalonych już wcześniej faktów i tak co każdy rozdział, co 10-15 stron. Gdyby nie ten zabieg, książka byłaby krótsza o połowę, a ocena odrobinę wyższa. Ogólnie udana przygoda na dwa wieczory, z ciekawymi motywami, zgrają obcych gatunków i jesiennym klimatem. Ponad przeciętność wynosi tą książkę styl autora, który jest na prawdę przyjemny, jednocześnie prosty ale nie prostacki, potrafiący odmalować każdą scenę czy dialog w sugestywny sposób.

Polecam miłośnikom klasycznych fantasy. Współczesny czytelnik nie znajdzie tu wiele dla siebie.

Doskonałe streszczenie początku fabuły znajduje się w opisie okładkowym, dlatego zaniechałem powtarzania się (tylko własnymi słowami), nie ma to większego sensu. Wolę opowiedzieć o tym, jaka ta książka jest w ogólnym zarysie.

Klimatem oraz zręcznością, z jaką Simak posługuje się językiem, powieść przypominała mi połączenie "Trzy serca i trzy lwy" Poula Andersona oraz...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

104 użytkowników ma tytuł Rezerwat goblinów na półkach głównych
  • 65
  • 39
47 użytkowników ma tytuł Rezerwat goblinów na półkach dodatkowych
  • 35
  • 5
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Inne książki autora

Okładka książki If. Worlds of Science Fiction. Vol. 1 Philip José Farmer, Daniel F. Galouye, Raymond F. Jones, R.A. Lafferty, C. C. MacApp, Rog Phillips, Frederik Pohl, Lester del Rey, James H. Schmitz, Clifford D. Simak, Kurt Vonnegut, Robert Moore Williams, Alfred Elton van Vogt
Ocena 7,2
If. Worlds of Science Fiction. Vol. 1 Philip José Farmer, Daniel F. Galouye, Raymond F. Jones, R.A. Lafferty, C. C. MacApp, Rog Phillips, Frederik Pohl, Lester del Rey, James H. Schmitz, Clifford D. Simak, Kurt Vonnegut, Robert Moore Williams, Alfred Elton van Vogt
Okładka książki Galaxy Science Fiction vol 1 Poul Anderson, Alex Apostolides, Manly Banister, Jesse Franklin Bone, Mark Clifton, Patrick Fahy, Cyril M. Kornbluth, Joy Leache, Walter Miller, A.H. Phelps Jr, Frederik Pohl, Robert Silverberg, Clifford D. Simak, Bryce Walton
Ocena 7,0
Galaxy Science Fiction vol 1 Poul Anderson, Alex Apostolides, Manly Banister, Jesse Franklin Bone, Mark Clifton, Patrick Fahy, Cyril M. Kornbluth, Joy Leache, Walter Miller, A.H. Phelps Jr, Frederik Pohl, Robert Silverberg, Clifford D. Simak, Bryce Walton
Okładka książki The Science Fiction Hall of Fame, Vol. 2-B Isaac Asimov, James Blish, Ben Bova, Algis Budrys, Theodore Rose Cogswell, Edward Morgan Forster, Frederik Pohl, James H. Schmitz, T. L. Sherred, Wilmar House Shiras, Clifford D. Simak, Jack Vance
Ocena 8,0
The Science Fiction Hall of Fame, Vol. 2-B Isaac Asimov, James Blish, Ben Bova, Algis Budrys, Theodore Rose Cogswell, Edward Morgan Forster, Frederik Pohl, James H. Schmitz, T. L. Sherred, Wilmar House Shiras, Clifford D. Simak, Jack Vance
Clifford D. Simak
Clifford D. Simak
Clifford Donald Simak (ur. 3 sierpnia 1904 w Millville w stanie Wisconsin, zm. 25 kwietnia 1988 w Minneapolis w stanie Minnesota) - amerykański pisarz science fiction, wielokrotny laureat nagród Hugo i Nebula, a także Damon Knight Memorial Grand Master Award w 1976. Studiował na University of Wisconsin, później pracował jako dziennikarz.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Bilet na Tranai Robert Sheckley
Bilet na Tranai
Robert Sheckley
Właściwie miałem rzucić w cholerę książki tego autora, ale postawiłem dać jeszcze jedną szansę temu stylowi i w porównaniu do zbiorku "Pielgrzymka na Ziemię" albo "Magazyn nieskończoności" ten wybór jest pełen kapitalnych opowiadań. Jedyne tylko opowiadania "Danta - ostatni Nowotahitańczyk" jest głupkowata, ale tu przynajmniej jest to na początku wyjaśnione. Dałbym jeszcze wyższe oceny, ale ta sceneria star treckowa mnie osobiście razi. Autor idzie na łatwiznę opisując lasy, rośliny czy zwierzęta takie jak na Ziemi tylko, że tam inaczej wyglądają (ale są strasznie podobne także nazywa je kojotami, wilkami, lampartami, ptakami drapieżnymi bo mają zakrzywiony dziób itp). Po przeczytaniu tych opowiadań mogę się nareszcie zgodzić ze wszystkimi pozytywnymi komentarzami z "Pielgrzymki na Ziemię" (ale nie do tamtego zbioru tylko do tego). 1. Bilet na Tranai 9/10 - o człowieku, który chce się wynieść z Ziemi i trafia... 2. Wiatr się wzmaga 8/10 - o ludziach ze stacji badawczej na innej planecie 3. Danta, ostatni Nowotahitańczyk 7/10 też jak pierwsze o facenie, który chce się wynieść za wszelką cenę z Ziemi, ale to jest bardziej groteskowe i głupkowate (tym razem w tym pozytywnym zabawnym sensie) 4. Najszczęśliwszy człowiek na świecie 9/10 - bardzo krótkie opowiadanie w formie pamiętnika z dość przerażającą końcówką 5. Ochrona 8/10 - człowiek słyszy głosy, które mu pomagają uniknąć nieszczęść, ale co z tego wyniknie? 6. Raj II 8/10 - bardzo mocne opowiadanie o ekspedycji kosmicznej niepotrafiącej na makabryczne odkrycie 7. Zapach myśli 8/10 - oryginalne opowiadanie o listonoszu, który rozwozi po całym wszechświecie pocztę i rozbija się na planecie, która się rządzi bardzo oryginalnymi sposobami. Polecam. 8. Żona model Ultra Deluxe 7/10 - obyczajowe o człowieku, który zakupił sobie asteroidę. Bardzo zabawne wątki są z jego robotami i potem z robotem pilnującym... 9. Pijawka 7/10 - kolejne bardzo oryginalne opowiadanie o jakimś "kamieniu" co dziwnie się zachowuje. 10. Agencja Uwalniania od Kłopotów 8/10 - nie bez groteski i mocnego zakończenia opowieść o człowieku, który staje przed największym dylematem w swoim życiu. 11. Ponad dziesięć, czyli Akademia 9/10 - gdzieś w przyszłości istnieją maszyny mogące określić poziom nastawienia psychicznego (agresji)... Jak na Sheckleya jest to bardzo poważne opowiadanie.
Michał - awatar Michał
ocenił na 8 4 lata temu
Cmentarna planeta Clifford D. Simak
Cmentarna planeta
Clifford D. Simak
"Nie rozumiesz jednak, co dzieje się z ludźmi w czasie wojny. Pojawia się jakieś wysublimowane szaleństwo, jakaś wściekła nienawiść, którą nazywa się słuszną sprawą" Dawno, dawno temu (tak kiedyś będą mówić nasi następcy) kiedy ludzkość już tak zniszczyła swoją planetę, że życie na niej stało się niemal niemożliwe, rasa ta zaczęła kolonizować inne miejsca w kosmosie. Ziemia zaś stała się wielkim cmentarzyskiem zarządzanym przez korporację o nazwie "Matka Ziemia". Jej zarządca mówi tak: "Przestańmy owijać w bawełnę — powiedział nieco niezręcznie. — Wyłóżmy kawę na ławę. Powiedzmy sobie otwarcie, że Korporacja „Matka Ziemia” to instytucja pogrzebowa, a Ziemia to Cmentarz. "; "Cmentarz jest jedyną częścią Ziemi, która ma jakieś znaczenie." Dostać się na Ziemię nie jest łatwo, nawet pogrzeby odbywają się z mocno okrojoną liczbą żałobników. Ponieważ na statkach pielgrzymów, które mogą tam przybywać, jest bardzo mało miejsca, a i te, co są, są baaardzo drogie, nie każdego więc stać, nawet, by towarzyszyć swoim zmarłym w ich ostatniej drodze. Korporacja zazdrośnie strzeże swojego terytorium... Jednak któregoś dnia przybywa na Ziemię pewien człowiek, pojawia się też piękna i zaradna kobieta i dzieje się 👍. Czego szuka w tym wielkim Mauzoleum Fletcher Carson?, po co zjawiła się tam też Cynthia? Clifford D Simak to moje odkrycie, z każdą jego przeczytaną książką, zastanawiam się, jak to się stało, że odkryłam go tak późno. A człowiek ten pisał dokładnie taką fantastykę, jaka mi odpowiada w 100%. A ja przecież za tym gatunkiem w ogóle nie przepadam 😉. Szkoda, że autor ten jest już tak bardzo zapomniany, wyszukuję jego książki na wciśniętych w kąt bibliotecznych regałach. "Cmentarna planeta" jest bardzo dobrą książką, nie ma tu może jakiejś zawrotnej akcji, ale są metalowe wilki i Władca Duchów. Teleportacje i pościgi, nawet strzelanie i zabawa taneczna. Jest też taka ciekawa myśl: "Bez Matki Ziemi człowiek stałby się bezdomnym włóczęgą. Zniknęłyby korzenie. Nie pozostałoby nic, co wiązałoby nas z tym niewielkim przecież okruchem materii wirującym wokół bardzo przeciętnej gwiazdy."
Żona_Pigmaliona - awatar Żona_Pigmaliona
oceniła na 7 11 miesięcy temu
Gwiazda Imperium Samuel R. Delany
Gwiazda Imperium
Samuel R. Delany
Muszę się wam przyznać, że Samuel Delany jest prawdopodobnie moim ulubionym autorem z tych, których od dawna się już w Polsce nie wydaje. W dodatku jego najsłynniejsze dzieła (Nova oraz Babel-17) zostały przetłumaczone bardzo kiepsko, co odbiło się na negatywnym odbiorze jego twórczości w naszym kraju. Moja ostatnia do nadrobienia powieść Delany’ego wydana u nas pod tytułem “Gwiazda Imperium” okazała się w pełni satysfakcjonującym przeżyciem. Nie dość, że jest szalenie oryginalna, to jeszcze bardzo umiejętnie przetłumaczona i jeśli nie zaspoilerujesz jej sobie opiniami, które w pierwszym zdaniu postanowiły - z nieznanych mi przyczyn - wyjawić końcowy twist fabularny, to również wyjdziesz z tej przygody przyjemnie zaskoczony. “Gwiazda Imperium” opowiada historię 18-letniego chłopaka, Komety Jo. Mieszka on na księżycu gazowego olbrzyma w układzie Tau Ceti i pewnego dnia napotyka obcych, którzy rozbili się nieopodal swoim statkiem kosmicznym. Jeden z nich prosi Jo, aby przekazał on pilną wiadomość do tytułowej Gwiazdy Imperium. Chłopak jest prostaczkiem i nie ma najmniejszego pojęcia, jak się tam dostać, gdzie to w ogóle jest, nie wie nawet co ma dokładnie przekazać. Całe swoje życie spędził w tym samym miejscu pomagając przy rafinowaniu pewnego rzadkiego minerału, nie ma pojęcia, co kryje przed nim wszechświat, ale postanawia ruszyć w podróż. Po drodze napotyka przychylnych mu ludzi i nieludzi, którzy przybliżą go do poznania odpowiedzi na nurtujące go pytania i skierują jego umysł w stronę postrzegania wielodrożnego. Najbardziej podobał mi się język powieści oraz jak tłumacz oddał te niuanse nietypowej wymowy oraz słownictwa, z jakiego korzystają postacie. Była to dla mnie czysta przyjemność. Delany ma do tego naprawdę fajne, niebanalne pióro, które pochłania się wzrokiem. Weźmy taki przykład z rozdziału drugiego: “Ostrzegałem ich, i owszem, kiedy nasz pierwszy statek się zepsuł i odlatywaliśmy z Pd. Doradus na tym organoformowym jachcie. Wszystko wyglądało różowo, dopóki pozostawaliśmy w stosunkowo zapylonym rejonie Obłoku Magellana, ale gdy weszliśmy w opustoszałą przestrzeń Spirali Ojczystej, mechanizm otorbiający nie miał już czego poddać katalizie”. Podoba mi się, jak Delany dobiera słowa. Organoformowy brzmi jak coś prosto ze świata Instrumentalności Cordwainera Smitha, “zapylony” zamiast “zatłoczony” czy “zaśmiecony”, mechanizm otorbiający - to są takie detale, które wyróżniają wtórną pozycję od tych napisanych ciekawym językiem. Przynajmniej gdy podświadomie czujesz, że zostały napisane po angielsku. Delany bawi się słowem, wymyślając fajne neologizmy, a tłumacz dobrze oddał subtelności języka pod kątem poziomu wykształcenia jego użytkownika. Bardzo lubię, jak Delany łamie czwartą ścianę - robił to również w “Einstein Intersection”, i robi to też tutaj. Z łatwością wchodzi również na metapoziom literatury, frywolnie w środku opowieści podejmując temat literackiej oryginalności oraz tworzenia z elementów ukształtowanych przez poprzedników. Jedna postać radzi Komecie Jo, aby nauczyła się doskonalszego mówienia w interlingu, ponieważ jeśli ktoś będzie chciał kiedyś przeczytać o jego losach (tak, to o nas) to odpadnie po 50 stronach, a tego by Jo przecież nie chciał. Na początku książki wszechwiedzący narrator sam się wyznacza na to stanowisko, pod koniec wprost się do nas zwraca, byśmy podeszli do wydarzeń wielodrożnie (holistycznie, z wielu punktów widzenia, analitycznie), abyśmy samodzielnie wypełnili niektóre luki, które w narracji są pominięte, bo narrator zakłada, że to przecież oczywiste, że jeśli A zmierza do C, to po drodze napotka przecież B i nie wymaga to dodatkowego komentarza. O fabule nie mogę napisać nic konkretnego, ponieważ moim zdaniem zepsułoby to odbiór, odebrało ten cudowny element zaskoczenia. Mogę tylko powiedzieć, że postacie są bardzo intrygujące i w wieloraki sposób ich losy wpłyną na misję Komety Jo. Fabuła wartko pędzi do przodu, pełna ciekawych kosmicznych lokacji, wszędzie zatrzymujemy się tylko na chwilkę, aby poszybować dalej w nieznane. Pozbieranie wszystkich elementów do jednego koszyczka daje satysfakcje, a po samym zakończeniu lektury miałem ochotę przeczytać ją jeszcze raz i wyłapywać z pozoru nieistotne wzmianki w kontekście wiedzy, którą czytelnik uzyskuje wraz z przewróceniem ostatniej kartki. A że książkę czyta się bardzo szybko (3-4h) to można to bez problemu zrobić i czerpać zupełnie innego rodzaju przyjemność niż za pierwszym razem. Jedno czy dwa pytania pozostały mi po lekturze, ale czuję, że szerszy zarys już ogarnąłem, a tam gdzie trzeba łączyć kropki miło jest pofantazjować. Rozdrożność, parodrożność, wielodrożność - innymi słowy poziomy “mądrości”, tak bardzo różne od inteligencji. W jaki sposób osiągnąć mądrość? Co nam ona daje, przed czym chroni? Czy da się zrezygnować z nabytej mądrości? Cudzysłów za pierwszym razem nie był przypadkowy - w tych pojęciach chodzi również o pewien sposób postrzegania świata i zależności w nim występujących. W książce Delany’ego podkreśliłem sobie kilka ciekawych sentencji na podobne tematy. Są one napisane metaforycznie, nie-wprost, zaskakująco niebanalnie. Trzeba się trochę wysilić, aby przełożyć je na naszą codzienność. Jest tu dużo nawiązań osobistych od autora, kilka ciekawych poglądów na poezję i literaturę per se, przekazywanych ustami jednej z postaci, której imię i nazwisko to anagram do Samuela Delany’ego. I szczerze mówiąc mam pewną teorię, której prawdopodobieństwo słuszności oceniam na jakieś 5%, że cała ta przygoda i świat przedstawiony jest jedną wielką metafikcją na temat literatury - na temat oryginalności, odtwarzania, novum w fikcji. Skakanie z tematu na temat (w poezji i beletrystyce) jest jedyną formą zaspokojenia pisarskiej ciekawości, bo pisarz (Delany) pozbawiony nowych bodźców czułby się wypalony, albo w kontekście powieści - jak ktoś, kto wpadł w słońce, kończąc tym samym swój artystyczny żywot. To pewnie moje brednie, ale podoba mi się ta interpretacja. Tak samo trzymane w niewoli Lll używane do tworzenia światów odbieram jako schematy światotwórcze i fabularne, które należy uwolnić w powodzi kreatywnej twórczości. Okej, może za mocno popłynąłem. Nieważne, to jest Delany - to proza eksperymentalna, więc pospekulować można, a nawet trzeba. Jeśli nie metafikcja, to z pewnością motyw niewolnictwa pod postacią Lll, istot zdolnych odbudowywać całe planety i społeczeństwa (jak?). Stworzenia tak potężne, że ceną ich posiadania jest bezbrzeżny smutek… Jest to bardzo ważny i świetnie poprowadzony wątek - bo nie ma w jego wykonaniu żadnych schematów. Pewnie można odnieść wrażenie, że czyta się to trochę jak młodzieżówkę, ale poza rozrywką autor daje nam popis wyobraźni i trzeba się trochę nagłówkować, aby ogarnąć fabułę w całości i dokopać się do drugiego dna tej opowieści, aby skłoniła Cię ona do kilku przemyśleń. Polecam wyłącznie osobom mającym już jakieś doświadczenie w nowofalowej fantastyce. Tylko w takim przypadku dostrzeżecie, jak bardzo Delany się wyróżnia na tle swoich kolegów po piórze - a przynajmniej mi, gdy czytam jego książki towarzyszy takie poczucie doświadczania novum, zmiany paradygmatu. Delany nie stosuje się do żadnych reguł, nie bierze jeńców, nie podsuwa prostych rozwiązań - daje ci wytwór nieokiełznanej wyobraźni i woła do Ciebie “ugryź to”. Dla mnie pychota, ale musicie spróbować sami. Entuzjastyczne 8/10. Jeśli mi nie wierzycie, że warto, zerknijcie na goodreadsa, gdzie książka ma niesamowicie pozytywne opinie (ale spoilery z końcówki pojawiają się i tam). Z pewnością sięgnę po krótsze formy tego autora w języku angielskim, na pierwszy ogień - The ballad of beta-2.
Jacob94 - awatar Jacob94
ocenił na 8 1 rok temu
Punkt Einsteina Samuel R. Delany
Punkt Einsteina
Samuel R. Delany
Pora stanąć w obronie tej książki, skoro tak kiepsko jest oceniana przez czytelników, a jednak w 1967 roku zdobyła nagrodę Nebula. Sądzę, że „Einstein Intersection” spodobało się miłośnikom science fiction z dwóch powodów: po pierwsze widmo tajemnicy unoszące się nad światem przedstawionym oraz ciężka w interpretacji, niejednoznaczna końcówka, która nie jednego pokonała. Ja natomiast wiedziałem z wyprzedzeniem, że ostatnie 30 stron ma zrobić mi sieczkę z mózgu, dlatego z maksymalnym skupieniem i determinacją podszedłem do finałowych scen i wydaje mi się, że rozumiem, co Delany chciał przekazać. Na pewno sprawy nie ułatwia symboliczny wymiar tej historii, ponieważ jeśli się nie poznasz na symbolach to wyjdziesz z lektury sfrustrowany kompletnie surrealistycznym (tym samym niezrozumiałym bez klucza) zakończeniem. Akcja powieści rozgrywa się w dalekiej przyszłości, w której ludzkości już nie ma, a Ziemię przejęli przybysze o humanoidalnej formie (to tym razem nie jest bzdura, to podobieństwo do człowieka, ale żeby zrozumieć dlaczego, musicie przeczytać książkę). Rozpoczynamy naszą przygodę na niewielkiej wsi. Jej mieszkańcy dzielą się na funkcjonalnych (pełnosprawnych) i niefunkcjonalnych (niepełnosprawnych, czy to z niedostatków fizycznych, umysłowych czy genetycznych). Funkcjonalni dzielą się na trzy płcie: Lo (mężczyźni), La (kobiety), Le (hermafrodyci). Niefunkcjonalnych traktuje się jak zwierzęta. Pewnego razu dziewczyna głównego bohatera Lobey’a zostaje zamordowana przez istotę niewiadomego pochodzenia, co skłania mężczyznę do podjęcia wędrówki za zbrodniarzem, który być może (jakimś cudem) przywróci ukochanej życie. Na początku Delany rysuje przed nami kilka scenek rodzajowych i nakreśla sposób funkcjonowania tego społeczeństwa. Pojawiają się oczywiste pytania o pochodzenie przybyszów i losów ludzkości, a tym samym czujemy dezorientację związaną z tym, jak świat poza wioską obecnie wygląda. Wypełniają go bowiem zmutowane stworzenia oraz iście mityczne kreatury, jednocześnie od czasu do czasu napotykamy jakieś pozostałości po technologicznej cywilizacji człowieka. Uwielbiam klimaty dying earth (choć tu Ziemia nie umiera, ale chodzi mi w tym wypadku o bardzo odległą perspektywę czasową, w której jesteśmy pieśnią przeszłości) i Delany od początku zaprosił mnie do eksploracji tego świata, na równi z głównym bohaterem musimy się wiele nauczyć, poznać mnóstwo zasad funkcjonowania poza wioską, zrozumieć dokładnie motywy nami kierujące oraz odkryć ostateczny cel wędrówki (ponieważ nie są one do końca przejrzyste na początku powieści, gdyż pewne nadprzyrodzone elementy odgrywają istotną rolę w przebiegu wydarzeń). Po drodze napotkamy wskazówki odnośnie natury obcych oraz kim jest nasz antagonista. Krótko tylko dodam, że styl Delany’ego naprawdę mi się podobał. Autor nie pisze na jedno kopytu, posługuje się prostymi zdaniami by nagle zaskoczyć jakimś zgrabniejszym ozdobnikiem, delikatnie łamie czwartą ścianę i w pewien sposób nawiązuje do przyszłych wydarzeń we wstawkach na początku rozdziałów. Nie powiem, żeby ten element jakoś szczególnie dodał wartości lekturze, ale ten meta-komentarz samego pisarza był czymś całkiem oryginalnym w powieści SF tamtych lat. W każdym razie Delany ma delikatne pióro i potrafi opisywać wydarzenia oraz miejsce akcji w sposób wystarczająco pogłębiony, abyśmy mogli poczuć się w świecie przedstawionym. Ostatnie ostrzeżenie przed wielkim finałem: to nie jest książka przygodowa o walce ze smokami. Jest to znacznie ciekawsza opowieści, której głębia ujawnia się dopiero na kilkunastu ostatnich stronach. Docieramy do zakończenia gdzie Delany gubi czytelników. I nic dziwnego, to nie ich wina, ale też nie wina autora, ponieważ te uczucie zagubienia jest częścią uroku. Czytelnicy narzekają na natłoczenie motywów mitologicznych, odniesień do popkultury i tego, że jest to wszystko wymieszane i dezorientujące, myśląc chyba, że Delany zrobił to kompletnie bez żadnego celu narracyjnego. Powód tego zabiegu jest bardzo prosty, wyłożony w pierwszym zdaniu opisu okładkowego: „Opuszczona przez ludzi Ziemię zasiedliła humanoidalna rasa, usiłująca upodobnić się do swych poprzedników i przeżyć ich historię na nową”. W jaki sposób mogli czerpać wiedzę o ludzkości? Z urywków informacji, które po nas pozostały: z informacji prasowych, dokumentacji, opracowań humanistycznych, książek, tekstów piosenek, jednym słowem fragmentów kultury, bez pełnego zrozumienia ich rzeczywistego znaczenia. Dlatego mówią o Beatlesach, Orfeuszu, Elvisie jako bogu czy rock’n’rollu jako niebie. Nie do końca rozumieją konteksty, ale bardzo chcą nas naśladować z powodu fascynacji. I dlatego bohaterowie przywołują różne postacie historyczne i fikcyjne. Cała kultura człowieka przekształciła się w mit, który wpływał na zachowanie kompletnie odmiennej rasy przybyszów. Czym są mity? Według autora są to schematy rzeczywistości, które odtwarzamy na nowo, pełne utartych ścieżek postępowania, które nieświadomie przyjmujemy za własne i właściwe. Archetypy wpływają na nas, jednak pozostają NIEZMIENNE w swoim przesłaniu, choć ich geneza sięga czasów kompletnie różnych od tych dzisiejszych. Nowe epoki tworzące nowe cywilizacje wymagają zupełnie nowej mitologii. W kontekście powieści arcywróg Dziecko Śmierci stoi na straży starej mitologii, Zielonooki „kreuje z niczego” nowe opowieści, natomiast melodia wygrywana na flecie-toporze przez Lobey’a sięga głęboko w serca współczesnych ludzi, nadając znaczenia tematom leżących w bliskiej orbicie ich codziennych potrzeb. Nie da się tego prosto wytłumaczyć, ale z pewnością jest to opowieść o ewolucji/zmienności mitologii i archetypów, które podświadomie stanowią niewidzialny ciężar na naszych barkach i determinują nasze poczynania, tak jak to miało miejsce w przypadku nowych władców Ziemi chcących bezmyślnie podążać za tymi opowieściami, mimo że się to kompletnie nie sprawdzało, ponieważ byli zbyt różni od swoich ludzkich poprzedników (nie tylko w ujęciu czasowym, ale również w wymiarze fizycznym). Wyjaśnienie, czym jest „Einstein Intersection” bardzo mi się podobało. Oczywiście nie jest to twarde science, to coś jak kot schrödingera – pewna ilustracja idei będącej jakby połączeniem limitu naszego pojmowania wszechświata i dopuszczeniem istnienia zmiennych nieograniczonych przez fizykę tego czterowymiarowego uniwersum (jakoś gdy czytałem te wyjaśnienia Delany’ego myślałem o spontanicznej kreacji cząstek wirtualnych w procesie kwantowych fluktuacji). W każdym razie jest to miejsce, gdzie dzieją się cudownie nieoczekiwane rzeczy. Sądzę, że całkowita wartość książki jest większa niż suma ich składowych. Jest tu coś oryginalnego, coś nieokreślonego w pełni (a to ważna cecha, gdy wychodzisz poza mainstreamową literaturę fantastyczną opierającej się na dosłownym opisywaniu tego, co widzą bohaterowie), jest w niej coś niebanalnego i intrygującego, co sprawiło, że przeczytałem końcówkę na wyrywki dwa razy. Książka nie ma zbyt wiele konwencjonalnie rozumianej akcji, ale ciągle dostarcza nam jakieś pole do interpretacji, jakąś cząstkę informacji, którą możemy popchnąć nasze zrozumienie tego świata, coś, co przybliży nas do głębszego zrozumienia symboliki, jaką zaserwował nam Delany. A jest mnóstwo do interpretowania w tych ostatnich stronach. W latach 60, latach Nowej Fali, czytelnicy oczekiwali nowych, nieoczywistych pomysłów, które zachęcą ich do eksploracji, do rozmawiania o interpretacjach między sobą, miłośnikami science fiction. Dziś mało rozmawiamy o książkach, a jeszcze mniej próbujemy zrozumieć rzeczy wymykające się naszemu zrozumieniu. Łatwiej jest powiedzieć, że bełkot, stracić kilka godzin życia i przejść bezrefleksyjnie do następnej książki. Nie twierdzę, że Samuel Delany napisał arcydzieło, ale z pewnością napisał intrygującą książkę. ------------ Średnia ocena na portalu wynika wyłącznie z braku zrozumienia końcówki, która jest rzeczywiście trudna w ugryzieniu. Widać to po opiniach, w których mitologiczne i popkulturowe odniesienia są traktowane jako nietrafiona decyzja autora odnośnie formy, a nie wynikające bezpośrednio z fabularnych ram historii. Książkę można przeczytać w 1 dzień (150 stron). Czy zapamiętam tą opowieść na dłużej? Być może nie, ale na pewno skłoniła mnie do zapoznania się z bardziej znaną twórczością Samuela R. Delany (która notabene też jest słabo oceniana, a więc chcę się przekonać, czy i tam dostrzegę jakieś interesujące mnie smaczki).
Jacob94 - awatar Jacob94
ocenił na 7 2 lata temu
Będą im świecić gwiazdy James Blish
Będą im świecić gwiazdy
James Blish
James Blish jest jednym z kultowych północnoamerykańskich twórców klasycznej fantastyki naukowej. Jednocześnie trudno nie odnieść wrażenia, że to pisarz przyćmiony przez wielkie nazwiska z połowy XX wieku, jak chociażby Arthur C. Clarke czy Isaac Asimov. Bez wątpienia wpływ na to miała także przedwczesna śmierć Blisha – zaledwie w wieku 54 lat zmarł na raka płuc. Niemniej w Stanach jego powieści cieszyły się sporą popularnością, co pozwoliło mu porzucić pracę biologa, by żyć wyłącznie z pisania. Za powieść „Kwestia sumienia” (wznowioną w Polsce w 2021 roku w serii Wehikuł czasu wydawnictwa Rebis) otrzymał w 1959 roku nagrodę Hugo, czyli jedno z najważniejszych wyróżnień dla pisarza sf w USA. W Polsce Blish jest niemal zapomniany. Oprócz wspomnianej nagrodzonej powieści i pojedynczych opowiadań, w latach 90. ubiegłego wieku za sprawą wydawnictwa Amber (Wielka Seria SF) wydany został czterotomowy cykl „Latające miasta”, zapoczątkowany książką „Będą im świecić gwiazdy”. W tej krótkiej powieści, w zasadzie można ją określić nowelą, pisarz przedstawił niedaleką dla jego czasów przyszłość (2013 rok), w której nauka doszła do ściany, zdaje się niemożliwej do przebicia. Brak jakichkolwiek postępów, przy jednoczesnych niebotycznych kosztach badań, niejako zmuszają naukowców do zrewidowania dotychczasowej wiedzy i szukania alternatywnych dróg i rozwiązań – „przeproszenia” teorii wcześniej odrzuconych. Szybko okazuje się, że może to przynieść efekty daleko poważniejsze w skutkach, niż ktokolwiek mógł przypuszczać, wprowadzając ludzkość w nową erę i przekształcając ją w pełnoprawną cywilizację typu II według skali Kardaszowa (oczywiście Blish w momencie pisania nie mógł jej jeszcze znać). „Będą im świecić gwiazdy” ukazała się w 1956 roku, na 13 lat przed pierwszym lądowaniem na księżycu. Mogłoby się więc wydawać, że powieść zestarzała się co najmniej źle, jak niektóre wizje innych klasyków, w tym wspomnianych Clarke’a i Asimova. Tymczasem Blish staje się więcej niż aktualny, zwłaszcza kiedy spojrzymy na świat nauki. Na dobrą sprawę problemy, z którymi mierzymy się dzisiaj, są tymi samymi, jakie przedstawiono w powieści: rzeczywistość praktycznie z roku na roku udowadnia nam, że jest bardziej złożona i tajemnicza niż jesteśmy w stanie pojąć. Kolejne teorie naukowe i wykonywane wokół nich eksperymenty pochłaniają olbrzymie środki, a efektów – takich, jakich oczekujemy – zdecydowanie brak. Ponadto Blish, mimo że przedstawił wizję świata wysoko rozwiniętego, w którym ludzkość skolonizowała cały Układ Słoneczny, odkrywając przy tym dziesiątą planetę (wtedy nikt jeszcze nie spinał się o Plutona), uniknął – przynajmniej w pierwszym tomie – rozbudowanego futuryzmu technologicznego, który najszybciej i najboleśniej potrafi się zestarzeć w klasycznych powieściach sf. W „Będą im świecić gwiazdy” tego nie ma. Ot, statki kosmiczne latają na Jupiter V (Amaltea, księżyc Jowisza) i inne kolonie, po których ludzie poruszają się w skafandrach, a wszelkie prace wykonują za pomocą zdalnie sterowanych maszyn i robotów. No i świetnie, w ogóle tu nie czuć kurzu i retro stylu, charakterystycznego chociażby dla Stanisława Lema. Choć książka posiada głównych bohaterów i przedstawia ich losy, tak naprawdę opowiada wiele złożonych historii (co przy 176 stronach jest czymś imponującym). Całość napakowana jest rozważaniami z dziedzin medycyny, fizyki i astrofizyki, zgłębianymi poprzez eksperymenty związane z owymi alternatywnymi, niegdyś odrzuconymi teoriami (np. Paula Diraka czy Johna Wheelera). Mnie urzekł przede wszystkim Most – monumentalna konstrukcja, największa i najbardziej skomplikowana budowla, jakiej podjęła się ludzkość. Powstaje on na Jowiszu, z wykorzystaniem materiałów całkowicie odmiennych dla ziemskich standardów budowlanych, biorąc pod uwagę warunki, jakie panują na gazowym olbrzymie. To zdecydowanie najlepsze fragmenty powieści, spektakularne i widowiskowe (bo któż nie chciałby z powierzchni Amaltei chociaż przez chwilę popatrzeć na przepotężnego Jowisza, który wypełnia niemal całe niebo). No i cóż, nie pozostało mi nic innego, jak poznać dalsze losy „Latających miast”, jednocześnie licząc, że cykl zostanie wznowiony przez jedno z polskich wydawnictw (a mamy przecież kilka serii skupionych wokół klasyki sf). Tymczasem szukajcie amberowych wydań z drugiej ręki, można je zdobyć za kilka złotych… https://statekglupcow.pl/2025/10/01/czasami-trzeba-zrobic-krok-wstecz-beda-im-swiecic-gwiazdy-james-blish/
Maciej Szmajdziński - awatar Maciej Szmajdziński
ocenił na 8 5 miesięcy temu
Park marzeń Larry Niven
Park marzeń
Larry Niven Steven Barnes
Coś w stylu Świata Dzikiego Zachodu Crichtona, ale z hologramami, wątkiem szpiegowsko-morderczym i LARPem. Tak jak ktoś wcześniej pisał, książkę można podzielić na etap nudy, w którym następuje początek i otwarcie i czekanie na grę; etap zachwytu jak już trwa sama gra; etap zmieszania, bo koniec gry jednak nie daje satysfakcji i ostatni etap - bzdurne i pełne hipokryzji zakończenie wątku morderstwa. Naprawdę, gdyby skupić się na samej grze, na wątku LARPowym to byłaby nawet fascynująca rzecz. Już tam pal licho, że podczas przerw mamy Statek Miłości każdego z każdym i dramaty, bo ona spała z nim, a ja nie spałem z nią, bo jestem wiernym; to to tam jeszcze da się przeczytać i uśmiechnąć, ale wątek morderstwa i tej detektywistycznej bieganiny? Nie. Nie, bo jest potraktowany po łebku i Gryf od wielkiego dzwonu przypomina sobie, po co on tu jest. A jak już sobie przypomni, to nieudolnie pcha śledztwo, aż trafia na poszukiwanego i ten traf jest ślepy jak Polifem. Serio, poszlaki prowadzące do sprawcy są na chybcika pisane. A sam finał... Kto czytał, ten wie, że festiwal hipokryzji i niesprawiedliwości trwa w najlepsze. Cóż, ja jestem za tym, by przerwać grę jeszcze zanim wpadli na karkołomny pomysł posłania szpiega, ale wtedy nie byłoby książki, przygód, wątłych dylematów moralnych i seksu. Książka by schudła. Czy polecam? Hm, tak jak się ma czas - bo rozdziały są dość krótkie i jak już przebrniesz przez początek, to się robi fajnie. Ale nie chce mi się drugi raz czytać. Wolę jeszcze raz zobaczyć u Crichtona, jak ściągana jest twarz Yula ;-) Aaa i jeszcze posłowie na tyle mnie zaciekawiło, że sprawdziłam sobie ten Kult Cargo i tak dalej i łał.
Regalia_Lenzi - awatar Regalia_Lenzi
ocenił na 6 5 miesięcy temu
Życie wśród gwiazd James Blish
Życie wśród gwiazd
James Blish
Ludzie nauczyli się podróżować z prędkością większą niż prędkość światła. Zaczęli opuszczać Ziemię i kolonizować planety w różnych układach gwiezdnych. Po paru stuleciach tak się pogorszyły warunki życia na Ziemi i dzięki osiągnięciom techniki całe miasta zaczęły opuszać Ziemię i dryfować w kosmosie. Miasta utrzymują się dzięki pracom wykonywanym dla kolonistów na różnych planetach. Życie na Ziemi jest coraz cięższe. Chris jest nastoletnim chłopcem, który żyje dzięki zbieraniu złomu, polowaniu na małe zwierzęta i łowieniu ryb. Nie ma żadnego wykształcenia ani kwalifikacji. Jego nauczycielami była bibliotekarka i ojciec- bezrobotny doktor ekonomi. Jest chłopcem inteligentnym, spostrzegawczym i czyta wszystko co mu wpada w ręce. Mieszkał niedaleko miasta Starantos, zostaje do niego porwany i razem z nim wyrusza w przestrzeń kosmiczną. Udaje mu się uniknąć najcięższej pracy fizycznej, poznać zasady funkcjonowania i gospodarki w takich miastach. Po paru latach jest już w innym miejscu. W nowym mieście dają mu wybór, zostać pasażerem lub obywatelem. Obywatel musi się wykazywać przydatnością dla funkcjonowania miasta, ale w zamian dostaje środki, które przedłużają mu życie. Pasażerowie są wyłącznie siłą roboczą. Czy mu się uda zostać obywatelem? Co takiego musi zrobić aby nim zostać? Czy zyska przyjaciół w tym dla niego obcym świecie? Ciekawe przedstawienie przyszłości |Ziemi i do czego doprowadzi gospodarka rabunkowa. Świat się zmienia, ale czy my się zmieniamy? Czy rozwój techniki ma jakikolwiek wpływ na rozwój człowieka? Pełna przygód historia dorastania i szukania swego miejsca na świecie., a także obraz ludzkości tak podobny do naszego. Czy jest jakaś inna droga? Polecam!!
jatymyoni - awatar jatymyoni
ocenił na 7 7 lat temu

Cytaty z książki Rezerwat goblinów

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Rezerwat goblinów