Swoją opinię wyrażę o wszystkich tomach jako o całości, dlatego znajdzie się ona zarówno pod tym, jak i ostatnim.
Z całą pewnością mamy do czynienia z ciekawą serią, ale i nie jest to tytuł, który można z całą pewnością polecić każdemu. Przede wszystkim już kilkanaście lat temu, gdy zapoznałem się z tym tytułem w formie anime, strasznie fajny wydał mi się pomysł, w którym ludzie zwali Władającymi walczyli z różnymi maszkarami z pomocą Broni, czyli ludzi którzy w dosłownym tego słowa znaczeniu stawali się bronią. Do tego dochodzi ciekawie zrealizowana “mechanika” dusz, gdzie to Władający i Broń muszą dostroić swoje dusze do siebie by nie tylko móc lepiej działać i współpracować, ale i żeby w ogóle byli wstanie walczyć razem. Same dusze, ich rezonowanie i fale zresztą stanowią dla Władających swego rodzaju system magiczny, dzięki któremu poza lepszym władaniem Bronią, niektórzy są w stanie walczyć samodzielnie, bez zmiennokształtnego partnera. Z drugiej strony poznajemy też Bronie, które sukcesywnie mogą walczyć samodzielnie. Do tego dochodzą jeszcze wiedźmy i inne istoty, których moce i zdolności podlegają pod inne, raczej dość luźne zasady.
Świat przedstawiony wypada w mojej opinii bez szału, ale nie jest zły. Dość fajnie wypada ogólny, początkowy zamysł, w której to Władający wraz z Broniami polują na złych (chyba) ludzi, by broń mogła posilić się ich duszą; po dziewięćdziesięciu dziewięciu skonsumowanych duszach muszą upolować i zjeść duszę wiedźmy, ażeby zmienić Broń w Kosę Śmierci, z której jest wstanie korzystać sam Śmierć, czyli dyrektor Zawodówki Śmierci, która z kolei jest organizacją gromadzącą i szkolącą Władających i Bronie. Jeśli w procesie jedzenia dusz coś się zepsuje, mianowicie zje się duszę wiedźmy za wcześnie lub setna dusza będzie inną duszą, cały proces z jakiegoś powodu trzeba zacząć od początku. To co mi nie pasuje to umiejscowienie świata w naszym świecie. Mamy bowiem słońce i księżyc przedstawione jako jakieś roześmiane gęby. Mamy samą zawodówkę śmierci, która wygląda jak coś, co mogło powstać jedynie w anime lub jakieś grze. Mamy jakieś miejsca, w których zakrzywia się czasoprzestrzeń, ale z jakiegoś powodu nasi bohaterowie udają się na misję a to do Rosji, a to do innego Londynu, które z Rosją i Londynem oczywiście wspólną mają tylko i wyłącznie nazwę, równie dobrze to mogłyby być jakieś generyczne nazwy lub 90% akcji mogłaby dziać się w Japonii i wyszłoby na to samo. To trochę tak, jakby w takim Naruto Wioska Liścia była w Kanadzie a Wioska Piasku na Saharze bo tak. Niemniej to pewnie tylko mi zgrzyta.
Innym elementem, który już może niektórym autentycznie przeszkadzać, ją postacie. Nasi bohaterowie i nie tylko są, że tak to ujmę, bardzo battle shounenowi. Mamy tu do czynienia z postaciami mocno przerysowanymi, przekoloryzowanymi, strasznie ekspresyjnymi w swoich emocjach, których główne cechy charakteru wręcz wylewają się ilekroć się pojawiają. Główne postacie poznajemy w sumie już na samym początku w pierwszym tomie w niejako pojedynczych historyjkach, mających na celu ich przedstawienie. Pierwszy duet, Władająca Maka i zmieniający się w magiczną Kosę Soul są tutaj zdecydowanie najnormalniejsi. Od przejmująca się ocenami i pełna wątpliwości prymuska wraz z nieco zmęczonym lekkoduchem zgrywającym zdecydowanie bardziej wyluzowanego niż jest w rzeczywistości. Wbrew pozorom postacie bardzo interesujące i mimo, że z głównych bohaterów są “najgłówniejsi”, pełnią raczej funkcję wspierająco-koordynującą.
Potencjalne schody zaczynają się przy Black Starze, będącym ucieleśnieniem typowego protagonisty shounenów. Jest głośny, tępawy, skory na napierdzielania się, łaknący bycia coraz silniejszym i zdeterminowany w dążeniu do swego celu. Jego przeciwwagą jest Tsubaki, Broń spokojna, opanowana, pełniąca funkcję głosu rozsądku i o tyle wyjątkowa, że mogąca przybrać różne formy. Black Stara można albo kochać, albo nienawidzić. Fajne w nim jest to, że choć przez cały czas pozostaje tym głośnym, tępym dzbanem, widzimy jak zmienia się jego mind set. Gdybym miał wybierać, to uznawszy Black Stara i Tsubaki jako jedna postać, byłby on moim ulubionym bohaterem, na co początkowo nic nie wskazywało. Gdyby to była gra, Black Star byłby takim tankownym DPS’em.
No i na koniec trio będące być może równie problematyczne dla osób nielubiących japońskich dziwności. Kid wraz z magicznymi pistoletami Liz i Patty. Ten pierwszy zaczyna w dość ciekawym miejscu, poznajemy go bowiem jako syna samego Śmierci, co już na starcie daje mu wyższy power level, niestety szybko objawia się jego mania na punkcie symetrii wyolbrzymiona do tego stopnia, że jest wstanie w trakcie misji wrócić do domu bo mu się wydaje, że obraz wisi krzywo. Nie, to nie spoiler, bo to ma miejsce już w pierwszym tomiku. Tak to jest naprawdę zacną postacią, ale przez tą jedną cechę spada w moim rankingu, bo to nie jest tylko jednorazowy gag. Bliźniaczki pistolety w kolei w ogóle nie są do siebie podobne ani z wyglądu, ani z charakteru, co doprowadza naszego Kida do szewskiej pasji. Częściowo stanowią też one przykład broni mogącej walczyć samodzielnie, bowiem jedna bliźniaczka może strzelać z drugiej w jej zmienionej formie. Kid w drużynie powinien odpowiadać za walkę dystansową, częściej jednak trzyma się na średniej odległości, czasami w ogóle wdając się w walkę w zwarciu.
Inne postacie wypadają równie dobrze. Też są oczywiście przekoloryzowane, przerysowane i przesycone japońszczyzną. Wielu z nich rozwija się w ciekawy sposób i ma swoje przysłowiowe “pięć minut” i, co bardzo cieszy, nie dochodzi, przynajmniej do finału,
do momentu, w którym protagoniści stają się tak potężni, że wszyscy inni to w zasadzie mogliby sobie pójść do domu, bo ich obecność nie robi żadnej różnicy. Postacie poboczne, w odróżnieniu od głównej obsady, mają tendencję do tego, by się niejako wycofywać na dalszy plan po pokazaniu tego co mieli nam pokazać, ale nawet w takich momentach się przewijają i coś robią. Antagoniści też wypadają super, choć nie spoilerując niektórzy finalnie okazali się lekkim zawodem.
Innym mogącym wzbudzać mieszane odczucia elementem jest nierówny ton “Soul Eatera”. Tytuł ten przeplata ze sobą mrok i powagę, wartką akcję i epickie pojedynki oraz elementy komediowe. Na papierze brzmi to super, często jednak autorowi brak wyczucia. W sensie tutaj nie ma takich granic w stylu, że jak się śmiejemy to się śmiejemy a jak jest poważnie to jest poważnie. Tutaj na przykład w sytuacji, gdzie jedna z postaci walczy i może potencjalnie umrzeć, taki Kid może się ulotnić, bo mu się przypomni, że srajtaśma nierówno wisi, albo gdzieś się biją, gdzieś walczą, a tuż obok dwie panie prawie wywalają cycki na wierzch. Mnie to wybijało z rytmu. Tego typu rzeczy zdają się być charakterystyczne dla battle shounenów, ale w tym przypadku wydały mi się momentami wręcz inwazyjne.
Walki, trzeba powiedzieć, robią robotę. Są ciekawie prowadzone a za sprawą różnorodnych zdolności Broni, Wiedźm i innych istot też niepowtarzalne. To bardzo dobrze, bowiem stanowią sporą część tej mangi. Może jedynie w ostatnich dwóch piątych, kiedy to zaczęły dochodzić do tego jakieś lasery i inne wybuchy zaczęły momentami być dla mnie mniej czytelne.
Rzeczy takie jak moc przyjaźni czy plot armor niby występują, ale to pierwsze wydało mi się dobrze użyte, a drugie nie było jakoś mocno uciążliwe; choć od pewnego momentu jakby trudniej było o śmierć postaci innej niż jakiś random z trzeciego planu. Zakończenie niestety nie wyjaśniło wszystkich pytań, ale samo w sobie było satysfakcjonujące i postawiło kropkę nad i w słowie “koniec”. Jednocześnie jego struktura jest częściowo nie tyle otwarta, co niedomknięta, więc gdyby autor chciał, mógłby spokojnie napisać jakieś “Soul Eater Shippuden” i od nowa rozkręcić ten wesoły cyrk. Wprawdzie jest jakieś “Soul Eater Not”, ale z tego co się orientuję to jest całkiem oderwana, bardziej kameralna historia.
I to chyba tyle, co mam do powiedzenia o tej mandze. Fajna, przyjemna, miejscami śmieszna, miejscami mroczna historia pełna akcji i barwnych bohaterów. Czy polecam? Zależy. Jeśli ktoś nie lubi takich typowych dla mangi/anime zabiegów, tutaj może czuć się przytłoczony. Dobrze jest sobie kupić pierwszy, maksymalnie też drugi tom i na ich podstawie podjąć decyzję o dalszej lekturze, bowiem początek bardzo dobrze obrazuje, z czym będziemy mieli do czynienia. Podobało mi się to bardziej niż Ao no Exorcist, ale ocena 7/10 to za dużo jak na ten tytuł, to takie bardzo solidne, ale 6/10.
Opinia
⏳ „Pandora Hearts” Jun Mochizuki
📖 Recenzja tomów 4-6
Powrót do tej serii to dla mnie prawdziwa sentymentalna podróż i choć czas płynie, czar tej opowieści ani trochę nie zblakł. Wręcz przeciwnie – dziś dostrzegam w niej o wiele więcej niż kiedyś!
Tomy 4-6 rozwijają historię z rozmachem: pojawiają się nowe łańcuchy, kolejne elementy układanki i coraz głębsze nawiązania z "Alicją w Krainie Czarów".
Jako fanka tej klasycznej baśni jestem zachwycona liczbą tych nawiązań! Kot z Cheshire, Szalony Kapelusznik, Jednorożec, Suseł, a nawet Lew – wszystkie te motywy pojawiają się w formie łańcuchów, budując atmosferę magicznej, ale też niepokojąco mrocznej Otchłani. Widać, że Jun Mochizuki zainspirowała się twórczością Lewisa Carrolla, którą następnie przetworzyła na własnych, pełnych zgrozy i emocji, zasadach.
To właśnie emocje są dla mnie sercem tych tomów. Niezręczne, piękne spotkania po latach pokazują, jak wiele zmienił czas. Ada, choć starsza fizycznie, wciąż traktuje Oza jak starszego brata, co jest tak urocze, że aż ściska serce.
Alice z kolei mierzy się z utratą wspomnień, które (być może) sama postanowiła wymazać, bo zapomnienie było jedyną ucieczką przed traumą. To bolesne, ale też intrygujące. Czy można naprawdę żyć, nie znając swojej przeszłości?
W 6. tomie poznajemy Elliota i Leo – duet wyrazisty i szybko zapadający w pamięć. Szczególnie Elliot poruszył mnie swoją przemową o tym, że gotowość do poświęcenia siebie dla innych bywa tylko pozorem altruizmu. To właśnie jego słowa stają się dla Oza brutalnym, ale potrzebnym przebudzeniem. Przypominają, że warto walczyć o siebie, a nie tylko o innych.
Na ten moment „Pandora Hearts" objawia się jako opowieść nie tylko o łańcuchach i mrocznych sekretach, ale też o dorastaniu, winie, pamięci i tym, że nie można zostawić swoich bliskich samych tylko dlatego, że uznaliśmy własne życie za mniej ważne.
Polecam ten tytuł z całego serducha.
⏳ „Pandora Hearts” Jun Mochizuki
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to📖 Recenzja tomów 4-6
Powrót do tej serii to dla mnie prawdziwa sentymentalna podróż i choć czas płynie, czar tej opowieści ani trochę nie zblakł. Wręcz przeciwnie – dziś dostrzegam w niej o wiele więcej niż kiedyś!
Tomy 4-6 rozwijają historię z rozmachem: pojawiają się nowe łańcuchy, kolejne elementy układanki i coraz głębsze nawiązania z...