Zawsze w trakcie czytania zastanawiam się, jaki był pomysł na tę książkę. Z pomysłu dużo rzeczy się może urodzić, ale pomijając taśmowych kryminalistów, których pomysłem na nową książkę jest dobrze ją sprzedać, powodem powstania książek jest jakiś zwerbalizowany nastrój, jakaś dookreślona sytuacja, może jakaś parabola, takie uchwycone epifanie że-coś-jest-jak-coś-innego. Pamiętam do dziś, jak Szczepan Twardoch pisał o "Morfinie", że wzięła się z próby opisania takiego opioidowego snucia się po okupowanej warszawie przez oficera przegranej kampanii wrześniowej. Bez względu na własne wrażenia z lektury "Morfiny", zrozumiałem od razu jak fascynującą musiała się jawić taka wizja, gdybym ją doświadczył, pewnie też chciałbym napisać o niej książkę. A piszę o tym dlatego, że nie umiem wyobrazić sobie tej wizji Updike'a która go popchnęła do napisania "W krasie lilii". Na wstępie powiem: to jest fantastyczna książka, wielka panorama ameryki, drobiazgowa, doszlifowana w każdym ornamencie, napisana żywym, rozbuchanym, ale mistrzowsko kontrolowanym językiem, zaczynająca się od purytańskiej religijności początku wieku, kończąca na hedonistycznych latach 80-tych, z kryzysem tychże włącznie. Ale nie rozumiem potrzeby z której powstała. Tworzyłem sobie w trakcie lektury jakieś analogie, jawiły mi się porównania kina do religii, czy może jak te dwie wielkie pasje się łączą, rywalizują ze sobą, przeplatają w dziejach ludzkości, jedno i drugie to był jakiś wspólny mianownik większości postaci. Ale - zabrakło mi w tym jakiejś bardziej oczywistej puenty. Muszę też przyznać, że sam ostatni segment Clarka, czyli moment kiedy książka powinna się zamknąć narracyjną klamrą, był dla mnie najsłabszy. Nie zaufałem mu na tyle, żeby uwierzyć w jego przemianę, nie poczułem jego motywacji ani do tego co zrobił najpierw, ani do tego co zrobił potem. Prorok Jesse zaś był taką kiepską kalką wielebnego Moona i jego czterystu naśladowców, szeleścił podczas lektury, taki był papierowy. Książka dla mnie w tym odcinku wytraciła dotychczasowy impet, nie miałem katharsis po ostatnim zdaniu. Niemniej, kawał dobrej sagi rodzinnej, wehikuł czasu przez dzieje tego dziwnego kraju. Ale z sag rodzinnych chyba nadal wolę Manna i Faulknera.
Zawsze w trakcie czytania zastanawiam się, jaki był pomysł na tę książkę. Z pomysłu dużo rzeczy się może urodzić, ale pomijając taśmowych kryminalistów, których pomysłem na nową książkę jest dobrze ją sprzedać, powodem powstania książek jest jakiś zwerbalizowany nastrój, jakaś dookreślona sytuacja, może jakaś parabola, takie uchwycone epifanie że-coś-jest-jak-coś-innego....
Zawsze w trakcie czytania zastanawiam się, jaki był pomysł na tę książkę. Z pomysłu dużo rzeczy się może urodzić, ale pomijając taśmowych kryminalistów, których pomysłem na nową książkę jest dobrze ją sprzedać, powodem powstania książek jest jakiś zwerbalizowany nastrój, jakaś dookreślona sytuacja, może jakaś parabola, takie uchwycone epifanie że-coś-jest-jak-coś-innego. Pamiętam do dziś, jak Szczepan Twardoch pisał o "Morfinie", że wzięła się z próby opisania takiego opioidowego snucia się po okupowanej warszawie przez oficera przegranej kampanii wrześniowej. Bez względu na własne wrażenia z lektury "Morfiny", zrozumiałem od razu jak fascynującą musiała się jawić taka wizja, gdybym ją doświadczył, pewnie też chciałbym napisać o niej książkę. A piszę o tym dlatego, że nie umiem wyobrazić sobie tej wizji Updike'a która go popchnęła do napisania "W krasie lilii". Na wstępie powiem: to jest fantastyczna książka, wielka panorama ameryki, drobiazgowa, doszlifowana w każdym ornamencie, napisana żywym, rozbuchanym, ale mistrzowsko kontrolowanym językiem, zaczynająca się od purytańskiej religijności początku wieku, kończąca na hedonistycznych latach 80-tych, z kryzysem tychże włącznie. Ale nie rozumiem potrzeby z której powstała. Tworzyłem sobie w trakcie lektury jakieś analogie, jawiły mi się porównania kina do religii, czy może jak te dwie wielkie pasje się łączą, rywalizują ze sobą, przeplatają w dziejach ludzkości, jedno i drugie to był jakiś wspólny mianownik większości postaci. Ale - zabrakło mi w tym jakiejś bardziej oczywistej puenty. Muszę też przyznać, że sam ostatni segment Clarka, czyli moment kiedy książka powinna się zamknąć narracyjną klamrą, był dla mnie najsłabszy. Nie zaufałem mu na tyle, żeby uwierzyć w jego przemianę, nie poczułem jego motywacji ani do tego co zrobił najpierw, ani do tego co zrobił potem. Prorok Jesse zaś był taką kiepską kalką wielebnego Moona i jego czterystu naśladowców, szeleścił podczas lektury, taki był papierowy. Książka dla mnie w tym odcinku wytraciła dotychczasowy impet, nie miałem katharsis po ostatnim zdaniu. Niemniej, kawał dobrej sagi rodzinnej, wehikuł czasu przez dzieje tego dziwnego kraju. Ale z sag rodzinnych chyba nadal wolę Manna i Faulknera.
Zawsze w trakcie czytania zastanawiam się, jaki był pomysł na tę książkę. Z pomysłu dużo rzeczy się może urodzić, ale pomijając taśmowych kryminalistów, których pomysłem na nową książkę jest dobrze ją sprzedać, powodem powstania książek jest jakiś zwerbalizowany nastrój, jakaś dookreślona sytuacja, może jakaś parabola, takie uchwycone epifanie że-coś-jest-jak-coś-innego....
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to