Skończyłam właśnie czytać „Wilczą jagodę” i muszę przyznać, że to jedna z tych książek, które wciągają powoli, ale potem nie pozwalają o sobie zapomnieć. Na początku miałam wrażenie, że akcja rozwija się spokojnie, wręcz niepozornie, ale im dalej czytałam, tym bardziej czułam napięcie i ciekawość, co tak naprawdę wydarzy się na końcu. Lubię takie historie, w których nic nie jest oczywiste, a każda kolejna strona dokłada nowy element do układanki.
Najbardziej podobało mi się to, że bohater nie jest idealny. Ma swoje wątpliwości, popełnia błędy i czasem widać, że sam nie wie, czy idzie w dobrym kierunku. Dzięki temu cała historia wydaje się bardziej prawdziwa i łatwiej się w nią wczuć. Momentami miałam ochotę sama zatrzymać akcję i zastanowić się, co ja bym zrobiła na jego miejscu.
Klimat książki jest dość mroczny, trochę ciężki, ale właśnie to sprawia, że chce się czytać dalej. Nie jest to lekka historia na jeden wieczór, tylko raczej coś, nad czym można się chwilę zatrzymać i pomyśleć. Podobało mi się też, że nie wszystko jest podane wprost trzeba czytać uważnie i samemu łączyć fakty.
Zastanawiam się, czy tylko ja miałam wrażenie, że im bliżej końca, tym trudniej było przewidzieć, komu można ufać. Dajcie znać, jeśli ktoś też czytał, bo jestem ciekawa, czy odebraliście tę historię tak samo jak ja.
Skończyłam właśnie czytać „Wilczą jagodę” i muszę przyznać, że to jedna z tych książek, które wciągają powoli, ale potem nie pozwalają o sobie zapomnieć. Na początku miałam wrażenie, że akcja rozwija się spokojnie, wręcz niepozornie, ale im dalej czytałam, tym bardziej czułam napięcie i ciekawość, co tak naprawdę wydarzy się na końcu. Lubię takie historie, w których nic nie...
Connelly w wersji light. Podobny smak, ale jednak coś innego. Ten smak to tempo, perfekcyjne połączenie intrygi z przewodnikiem po procedurach kalifornijskiego wymiaru sprawiedliwości oraz wykorzystanie tych procedur do gry z czytelnikiem. No i główny bohater – outsider uwikłany w systemowe gry, wykorzystujący je do swoich celów; wybujały solista w świecie solistów konsekwentnie przycinającym. Niby nic nowego, ale umiejętne stawianie przecinków sprawia, że nie ma się poczucia czytania o przygodach tekturowego standu. Sierżantowi detektywowi Stilwellowi blisko do detektywa Bosha. Tyle, że nie tego z prozy Connelly’ego, a z opartych na niej seriali. Bosha wykreowanego nie przez Connelly’ego, a grającego rolę życia Titusa Wellivera.
Natomiast tym czymś innym jest nastrój powieści. Oczywiście przede wszystkim związany ze zmianą scenografii. Zamiast zimnego mimo upałów i odhumanizowanego choć pełnego ludzi Los Angeles, tym razem pisarz zabiera nas na jego dalekie przedmieścia, sprawiającą wrażenie sielskiej, bardzo prowincjonalną wyspę Catalina. Jednak nie chodzi tu tylko o to, że Stilwell nie przemieszcza się po multipasmowych autostradach, nie ugania po biurowcach i kamienicach, zrujnowanych domach i wypasionych rezydencjach, za to jeździ elektrycznym wózkiem, nurkuje i pływa motorówką. Bo jest jeszcze owe light.
Powieści o Harrym Boshu, Mickey’u Hellerze, Renée Ballard czy Jacku McEvoyu są duszne. W trakcie lektury wyczuwa się niesławny smog wiszący nad Los Angeles. „Wilcza jagoda” jawi się przy nich, niczym „Wakacje z duchami” – tonąca w świeżym powietrzu i pięknych krajobrazach wakacyjna przygodówka. Tyle, że przygodówka napisana przez gościa uznawanego za najlepszego lub jednego z najlepszych współczesnych amerykańskich twórców literatury sensacyjnej. I to gościa w najlepszej od lat formie.
To, że mamy tu dwa śledztwa nie sprawia wrażenia sztukowania fabuły. To przemyślany, prowadzony i rozwijany konsekwentnie pomysł, mocna podstawa dramaturgiczna fabuły wiodącej nas w zaskakującym, nie do przewidzenia, kierunku. Plejada postaci otaczających głównego bohatera oczywiście zbudowana jest na archetypach, jednak pisarz docina je tak, że nie wyglądają na rozstawione na planszy grubo ciosane figury, a ludzi z krwi i kości.
No i rzecz najważniejsza, być może najmocniej świadcząca o klasie autora. Po raz pierwszy od dawna w prozie głównego nurtu pojawia się femme fatale – konstrukcja, którą w czasach politycznej poprawności na wszelki wypadek lepiej było zamknąć w schowku z niebezpiecznymi narzędziami. Connelly nie bał się protestów aktywistów/aktywistek/osób aktywistycznych i – niczym giganci gatunku z XX wieku – postawił tę postać w centrum wydarzeń. Na dodatek nie próbował jej wygładzać, zaś usprawiedliwienie postępowania – również klasyczne – podaje tak, że można je potraktować również jako jej kolejne kłamstwo/fantazję. Dzięki tej odwadze – bo tak w dzisiejszych czasach trzeba to nazwać – „Wilcza jagoda” nabiera wiarygodności, a przez to atrakcyjności. Przestaje być kolejnym schematycznym produkcyjniakiem pisanym dla lub pod kątem streamingu, a jest znaczącym, na pewno atrakcyjnym dziełem pop. Może i nie nowym klasykiem, ale na pewno jedną z najlepszych powieści sensacyjnych, jakie ukazały się w ostatnim czasie. Błyskotka. Niby nieduża, a cieszy.
A streaming pewnie się o Stilwella i tak upomni. Zresztą, mam wrażenie, że po sukcesach „Bosha”, „Bosha: Dziedzictwo”, „Prawnika z Lincolna” i „Ballard”, Connelly od początku myślał o ekranizacji przygód swojego nowego bohatera. Filmowość czy serialowość „Wilczej jagody” jest doskonale widoczna. Ta plastyczność to kolejna zaleta tej powieści. Nic tu nie szeleści papierem, czytając widzimy tę historię. Osiągnięcie tego przy zachowaniu charakterystycznego, bardzo lapidarnego stylu to kolejny dowód na pisarką czy rzemieślniczą wielkość Michaela Connelly’ego.
Connelly w wersji light. Podobny smak, ale jednak coś innego. Ten smak to tempo, perfekcyjne połączenie intrygi z przewodnikiem po procedurach kalifornijskiego wymiaru sprawiedliwości oraz wykorzystanie tych procedur do gry z czytelnikiem. No i główny bohater – outsider uwikłany w systemowe gry, wykorzystujący je do swoich celów; wybujały solista w świecie solistów...
„Wilcza jagoda” otwiera nowy cykl „Catalina”, którego premiera odbędzie się 11 marca. Poznajemy w niej detektywa Stilwella, który po wewnętrznych konfliktach w wydziale zabójstw zostaje przeniesiony na wyspę Catalina. Początkowo traktuje to jak karę - w końcu na wyspie niewiele się dzieje, a jego praca polega głównie na zajmowaniu się drobnymi incydentami i pilnowaniu porządku.
Spokój szybko się jednak kończy, gdy w porcie zostają znalezione zwłoki. Ofiarę można rozpoznać jedynie po charakterystycznym pasemku włosów w kolorze wilczej jagody. W tym samym czasie pojawia się też sprawa nielegalnego polowania na bizony w rezerwacie przyrody… i bardzo szybko okazuje się, że nic nie jest tu tak proste, jak wygląda na początku.
Podczas czytania uderzyło mnie coś jeszcze - ilość szczegółów w opisach. Autor potrafi zwrócić uwagę nawet na takie rzeczy jak grafika na koszulce podejrzanego. A ja zazwyczaj nie przepadam za długimi opisami! Często łapię się na tym, że je przeskakuję. Tutaj jednak zupełnie mi to nie przeszkadzało – były ciekawe i dobrze budowały klimat.
Akcja rozwija się płynnie, pojawiają się kolejne wątki i tajemnice, a historia stopniowo robi się coraz bardziej złożona. Przyznam, że na początku trochę się uśmiechałam pod nosem, zastanawiając się, dokąd może zaprowadzić sprawa nielegalnego polowania na bizony… 😉
Jestem bardzo ciekawa dalszych losów detektywa Stilwella i już teraz wiem, że chętnie sięgnę po kolejny tom.
[Współpraca recenzencka]
„Wilcza jagoda” otwiera nowy cykl „Catalina”, którego premiera odbędzie się 11 marca. Poznajemy w niej detektywa Stilwella, który po wewnętrznych konfliktach w wydziale zabójstw zostaje przeniesiony na wyspę Catalina. Początkowo traktuje to jak karę - w końcu na wyspie niewiele się dzieje, a jego praca polega głównie na zajmowaniu się drobnymi incydentami i pilnowaniu...
Skończyłam właśnie czytać „Wilczą jagodę” i muszę przyznać, że to jedna z tych książek, które wciągają powoli, ale potem nie pozwalają o sobie zapomnieć. Na początku miałam wrażenie, że akcja rozwija się spokojnie, wręcz niepozornie, ale im dalej czytałam, tym bardziej czułam napięcie i ciekawość, co tak naprawdę wydarzy się na końcu. Lubię takie historie, w których nic nie jest oczywiste, a każda kolejna strona dokłada nowy element do układanki.
Najbardziej podobało mi się to, że bohater nie jest idealny. Ma swoje wątpliwości, popełnia błędy i czasem widać, że sam nie wie, czy idzie w dobrym kierunku. Dzięki temu cała historia wydaje się bardziej prawdziwa i łatwiej się w nią wczuć. Momentami miałam ochotę sama zatrzymać akcję i zastanowić się, co ja bym zrobiła na jego miejscu.
Klimat książki jest dość mroczny, trochę ciężki, ale właśnie to sprawia, że chce się czytać dalej. Nie jest to lekka historia na jeden wieczór, tylko raczej coś, nad czym można się chwilę zatrzymać i pomyśleć. Podobało mi się też, że nie wszystko jest podane wprost trzeba czytać uważnie i samemu łączyć fakty.
Zastanawiam się, czy tylko ja miałam wrażenie, że im bliżej końca, tym trudniej było przewidzieć, komu można ufać. Dajcie znać, jeśli ktoś też czytał, bo jestem ciekawa, czy odebraliście tę historię tak samo jak ja.
#ksiazka #czytam #recenzjaksiazki #thriller #kryminal #lubieczytac #mojarecenzja #bookstagram #czytambolubie
Skończyłam właśnie czytać „Wilczą jagodę” i muszę przyznać, że to jedna z tych książek, które wciągają powoli, ale potem nie pozwalają o sobie zapomnieć. Na początku miałam wrażenie, że akcja rozwija się spokojnie, wręcz niepozornie, ale im dalej czytałam, tym bardziej czułam napięcie i ciekawość, co tak naprawdę wydarzy się na końcu. Lubię takie historie, w których nic nie...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toConnelly w wersji light. Podobny smak, ale jednak coś innego. Ten smak to tempo, perfekcyjne połączenie intrygi z przewodnikiem po procedurach kalifornijskiego wymiaru sprawiedliwości oraz wykorzystanie tych procedur do gry z czytelnikiem. No i główny bohater – outsider uwikłany w systemowe gry, wykorzystujący je do swoich celów; wybujały solista w świecie solistów konsekwentnie przycinającym. Niby nic nowego, ale umiejętne stawianie przecinków sprawia, że nie ma się poczucia czytania o przygodach tekturowego standu. Sierżantowi detektywowi Stilwellowi blisko do detektywa Bosha. Tyle, że nie tego z prozy Connelly’ego, a z opartych na niej seriali. Bosha wykreowanego nie przez Connelly’ego, a grającego rolę życia Titusa Wellivera.
Natomiast tym czymś innym jest nastrój powieści. Oczywiście przede wszystkim związany ze zmianą scenografii. Zamiast zimnego mimo upałów i odhumanizowanego choć pełnego ludzi Los Angeles, tym razem pisarz zabiera nas na jego dalekie przedmieścia, sprawiającą wrażenie sielskiej, bardzo prowincjonalną wyspę Catalina. Jednak nie chodzi tu tylko o to, że Stilwell nie przemieszcza się po multipasmowych autostradach, nie ugania po biurowcach i kamienicach, zrujnowanych domach i wypasionych rezydencjach, za to jeździ elektrycznym wózkiem, nurkuje i pływa motorówką. Bo jest jeszcze owe light.
Powieści o Harrym Boshu, Mickey’u Hellerze, Renée Ballard czy Jacku McEvoyu są duszne. W trakcie lektury wyczuwa się niesławny smog wiszący nad Los Angeles. „Wilcza jagoda” jawi się przy nich, niczym „Wakacje z duchami” – tonąca w świeżym powietrzu i pięknych krajobrazach wakacyjna przygodówka. Tyle, że przygodówka napisana przez gościa uznawanego za najlepszego lub jednego z najlepszych współczesnych amerykańskich twórców literatury sensacyjnej. I to gościa w najlepszej od lat formie.
To, że mamy tu dwa śledztwa nie sprawia wrażenia sztukowania fabuły. To przemyślany, prowadzony i rozwijany konsekwentnie pomysł, mocna podstawa dramaturgiczna fabuły wiodącej nas w zaskakującym, nie do przewidzenia, kierunku. Plejada postaci otaczających głównego bohatera oczywiście zbudowana jest na archetypach, jednak pisarz docina je tak, że nie wyglądają na rozstawione na planszy grubo ciosane figury, a ludzi z krwi i kości.
No i rzecz najważniejsza, być może najmocniej świadcząca o klasie autora. Po raz pierwszy od dawna w prozie głównego nurtu pojawia się femme fatale – konstrukcja, którą w czasach politycznej poprawności na wszelki wypadek lepiej było zamknąć w schowku z niebezpiecznymi narzędziami. Connelly nie bał się protestów aktywistów/aktywistek/osób aktywistycznych i – niczym giganci gatunku z XX wieku – postawił tę postać w centrum wydarzeń. Na dodatek nie próbował jej wygładzać, zaś usprawiedliwienie postępowania – również klasyczne – podaje tak, że można je potraktować również jako jej kolejne kłamstwo/fantazję. Dzięki tej odwadze – bo tak w dzisiejszych czasach trzeba to nazwać – „Wilcza jagoda” nabiera wiarygodności, a przez to atrakcyjności. Przestaje być kolejnym schematycznym produkcyjniakiem pisanym dla lub pod kątem streamingu, a jest znaczącym, na pewno atrakcyjnym dziełem pop. Może i nie nowym klasykiem, ale na pewno jedną z najlepszych powieści sensacyjnych, jakie ukazały się w ostatnim czasie. Błyskotka. Niby nieduża, a cieszy.
A streaming pewnie się o Stilwella i tak upomni. Zresztą, mam wrażenie, że po sukcesach „Bosha”, „Bosha: Dziedzictwo”, „Prawnika z Lincolna” i „Ballard”, Connelly od początku myślał o ekranizacji przygód swojego nowego bohatera. Filmowość czy serialowość „Wilczej jagody” jest doskonale widoczna. Ta plastyczność to kolejna zaleta tej powieści. Nic tu nie szeleści papierem, czytając widzimy tę historię. Osiągnięcie tego przy zachowaniu charakterystycznego, bardzo lapidarnego stylu to kolejny dowód na pisarką czy rzemieślniczą wielkość Michaela Connelly’ego.
Connelly w wersji light. Podobny smak, ale jednak coś innego. Ten smak to tempo, perfekcyjne połączenie intrygi z przewodnikiem po procedurach kalifornijskiego wymiaru sprawiedliwości oraz wykorzystanie tych procedur do gry z czytelnikiem. No i główny bohater – outsider uwikłany w systemowe gry, wykorzystujący je do swoich celów; wybujały solista w świecie solistów...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to„Wilcza jagoda” otwiera nowy cykl „Catalina”, którego premiera odbędzie się 11 marca. Poznajemy w niej detektywa Stilwella, który po wewnętrznych konfliktach w wydziale zabójstw zostaje przeniesiony na wyspę Catalina. Początkowo traktuje to jak karę - w końcu na wyspie niewiele się dzieje, a jego praca polega głównie na zajmowaniu się drobnymi incydentami i pilnowaniu porządku.
Spokój szybko się jednak kończy, gdy w porcie zostają znalezione zwłoki. Ofiarę można rozpoznać jedynie po charakterystycznym pasemku włosów w kolorze wilczej jagody. W tym samym czasie pojawia się też sprawa nielegalnego polowania na bizony w rezerwacie przyrody… i bardzo szybko okazuje się, że nic nie jest tu tak proste, jak wygląda na początku.
Podczas czytania uderzyło mnie coś jeszcze - ilość szczegółów w opisach. Autor potrafi zwrócić uwagę nawet na takie rzeczy jak grafika na koszulce podejrzanego. A ja zazwyczaj nie przepadam za długimi opisami! Często łapię się na tym, że je przeskakuję. Tutaj jednak zupełnie mi to nie przeszkadzało – były ciekawe i dobrze budowały klimat.
Akcja rozwija się płynnie, pojawiają się kolejne wątki i tajemnice, a historia stopniowo robi się coraz bardziej złożona. Przyznam, że na początku trochę się uśmiechałam pod nosem, zastanawiając się, dokąd może zaprowadzić sprawa nielegalnego polowania na bizony… 😉
Jestem bardzo ciekawa dalszych losów detektywa Stilwella i już teraz wiem, że chętnie sięgnę po kolejny tom.
[Współpraca recenzencka]
„Wilcza jagoda” otwiera nowy cykl „Catalina”, którego premiera odbędzie się 11 marca. Poznajemy w niej detektywa Stilwella, który po wewnętrznych konfliktach w wydziale zabójstw zostaje przeniesiony na wyspę Catalina. Początkowo traktuje to jak karę - w końcu na wyspie niewiele się dzieje, a jego praca polega głównie na zajmowaniu się drobnymi incydentami i pilnowaniu...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to