Kocham Gombrowicza, choć bardzo stara się mnie, jako Polkę obrazić ;-) Jemu wybaczę, bo najczęściej wali prawdę między oczy, choć bolesną. W porównaniu z wieloma pisarzami, którzy próbują pisać podobnie dzisiaj, wydaje mi się, że jemu jednak zależało, żeby rzeczywiście coś tym pisaniem zmienić na dobre. Miał z Polską związek typu love hate, nie przeszedł przez komunistyczne pranie mózgu, nie pisał tego z nienawiści.
Kocham Gombrowicza, choć bardzo stara się mnie, jako Polkę obrazić ;-) Jemu wybaczę, bo najczęściej wali prawdę między oczy, choć bolesną. W porównaniu z wieloma pisarzami, którzy próbują pisać podobnie dzisiaj, wydaje mi się, że jemu jednak zależało, żeby rzeczywiście coś tym pisaniem zmienić na dobre. Miał z Polską związek typu love hate, nie przeszedł przez komunistyczne...
Poniedziałek - Ja
Wtorek - Ja
I tak przez ponad dekadę.
Egotrip wzruszający aż do torsji i gdyby nie poparcie w kilku dobrych utworach, byłaby to pycha zupełnie nie do obrony.
- "Boże, dozwól mi zwymiotować kształt ludzki" - kokietuje, zaleca się i żebrze o drobne, ale nie wymiotuje, szkoda mu cennego ja wymiocin. Trip musi trwać.
Oraz te pseudoegzystencjalne filozofie do bólu wątroby.
Najśmieszniejsze jest to, że nasz ałystokłatyczny kabotyn sarka na wszystko to, co go ukształtowało w sanacyjnej synczyźnie czyli na pofikołkowanie Witkacego, z którego rżnie ile wlezie.
Zawsze się śmiałem, że Witkacy był geniuszem roztrwonionym, genialne obrazy, portrety i profetyczne sztuki, to tylko kilka procent jego talentu. Gombrowicz nie mógł przeżyć, że uszczknął tylko promil z tego, ale i tak dobrze to ograł i na tym paliwie zaszedł bardzo daleko. Nie umie jednak zwymiotować tego kształtu. Szkoda, że w kabotyństwie swoim nigdy tych wpływów nie dostrzegł.
"Bruno mnie wielbił, a ja jego nie wielbiłem" 1963, bezczelnie przyznaje w samouwielbieniu.
Połyka geniusz Schulza i swój ot tak, niedbale. Jest przecież szklaną górą. Szklanym guru od siebie samego, świętego i pokalanego. Podziwiać, podziwiać omnipotencję samoświadomości, żuki, robale.
I zresztą ta bezkrytyczna błazenada go zgubiła, gdy trafił na TW Swinarską, która miała z założenia go ośmieszyć i pokazać w PRL jako zwykłego naziola, tu się idiotycznie wkopał pieprząc jak zwykle trzy po trzy, ale nie po dwa, ani jeden, ani pięć jak w kultowej scenie odliczania świętego granatu ręcznego w Monty Pythonach, co jest śmieszne, ale dla wtajemniczonych, a nie na młyn SB. Ta dezynwoltura pokazała jakim durniem potrafi być wobec hekatomby narodu, z którym jej nie przeżył. Neurolingwistyka nie kłamie. Słowa to przedłużenie emocji. A on dalej nie umie przestać i fika kozły. Ten egotyczny brak empatii przysporzył mu druzgocącą prasę i bardzo dobrze, bo trochę go ostudził w galopadzie poniedziałek - Ja, hekatomba - ja, niewrażliwość - ja.
Z tego nużącego bełkotu doceniam nieliczne wyimki, a czytałem go po raz trzeci. Za drugim razem byłem dwudziestolatkiem i nawet podobał mi się ten bunt. Teraz mnie to żenuje. I wiem, że teraz te wynurzenia by nie przeszły, to się broni tylko historycznie, ale starzeje się brzydko.
Doceniam tylko fakt, że jako ałystokłatyczny pasożyt zdaje sobie sprawę, że w tamtej Polsce był naroślą żyjącą z profitów wynajmowanej czynszówki, którą kupili mu starzy, a w Argentynie nie poddał się i wreszcie osiągnął bardzo, bardzo dużo pracą własnych rąk i intelektu, którego mu nigdy nie odmówię. Ale srakanie na postać Witkacego, który ewidentnie go ukształtował jest nie do przyjęcia.
Poniedziałek - błeeee.
Wtorek - błeeee.
Środa - błeeee.
W sumie to raczej nie polecam.
Lepiej skupić się na beletrystyce po Ferdydurke, niż na rojeniach o sławie samotnego kabotyna, który jak zgłodniały pająk wybiega do każdego telefonu, bo może to być wstrętna i nikomu niepotrzebna nagroda Nobla, którą pogardza, ale aż się trzęsie na jej zapowiedź.
Poniedziałek - Ja czeka na Nobla, wtorek - ja Noblem gardzi.
Środa - ja chce wytoczyć proces kapitule za brak nominacji do podrzędnej nagrody.
Czwartek - Ja gardzi sobą, znowu kokietując czytelników i siebie potęgą wglądu.
Satori!
I tak się bawi góra, która urodziła mysz.
"Me, Myself & I".
Poniedziałek - Ja
Wtorek - Ja
I tak przez ponad dekadę.
Egotrip wzruszający aż do torsji i gdyby nie poparcie w kilku dobrych utworach, byłaby to pycha zupełnie nie do obrony.
- "Boże, dozwól mi zwymiotować kształt ludzki" - kokietuje, zaleca się i żebrze o drobne, ale nie wymiotuje, szkoda mu cennego ja wymiocin. Trip musi trwać.
Oraz te pseudoegzystencjalne filozofie do...
„Niech będzie JA – czyli jak przegrałem z Dziennikiem Gombrowicza i jeszcze mi się to spodobało”
🌀 Ikona chaosu 🌀
Zaczyna się od JA i na JA się kończy. Nie dlatego, że to narcyzm – to raczej filozofia tożsamości bez fundamentów. Forma, Gęba, Pupa – wszystko to nie tylko kategorie literackie, ale stany skupienia człowieka w rozpadzie, któremu już nie wystarcza wiara, naród, sztuka ani nawet dobre wychowanie.
🧨 Ikona prowokacji 🧨
Czytelnik dostaje kopniaka w zęby. Wchodzi jak do świątyni – a tu autor pluje mu pod nogi i mówi: Nie zmykaj, tylko przeglądaj się w tej ślinie, to twoje lustro, Polaku! Dziennik to liturgia bluźnierstwa, w której Gombrowicz odprawia msze za trupa narodu, trupa literatury, trupa filozofii. I za siebie.
🎭 Ikona maski 🎭
Wszystko jest rolą. Wszystko jest grane. Ale grane szczerze. Jak się wali teatr, to Gombrowicz buduje go od nowa – z kartonu, prowizorki, języka kolanem tłuczonego, ironii rzeźbionej siekierą. Czy to pamiętnik? Czy to powieść? A może podręcznik filozofii z przypisem: „Używać tylko w razie kryzysu egzystencji”? Nie wiadomo. Ale działa.
🧷 Ikona rozbrajania mitu 🧷
Mickiewicz? Sienkiewicz? Skłodowska? Świętości narodowe leżą tu jak stare pryszcze. Gombrowicz naciska i bada: boli? Boli? No to jeszcze raz. Bo nie ma narodowej dumy bez wstydu, nie ma wstydu bez konfrontacji, nie ma konfrontacji bez śmiechu.
📚 Ikona literatury, która gryzie rękę krytyki 📚
On ich wszystkich prześwietla – profesorów, znawców, patriotów z lodem na patyku. Gombrowicz nie potrzebuje aplauzu. On chce drapania. Drapania mózgu. Jak nie swędzi – znaczy, nie działa.
💔 Ikona samotności 💔
Po wszystkim zostaje tylko JA. Ale nie wielkie, monumentalne JA. Raczej JA złożone z wątpliwości, JA rozklekotane, JA, które musi samo siebie udźwignąć. I to jest piękne. Bo literatura, która nie zostawia cię samego, nie jest prawdziwa.
🪤 Gombrowicz nie pisze dziennika. On konstruuje pułapkę. A my – z rozkoszą w nią wchodzimy. I co z tego, że czytałeś już dwa razy? Jeszcze trzy razy dasz się nabrać. Bo tu każde zdanie jest formą w trakcie upadku. A my kochamy patrzeć, jak się wali – jeśli wali się z takim rozmachem.
📍 Czyli tak: czytać? Tak. Kochać? Tak. Rozumieć? Nie trzeba. Wystarczy się zgubić.
📍 I jak powiedziałby Gombrowicz – nie bądźcie aż tak bardzo sobą, żeby nie stać się kimś innym.
📦 Zdejmuję z półki (i z siebie kurz) 💡
„Niech będzie JA – czyli jak przegrałem z Dziennikiem Gombrowicza i jeszcze mi się to spodobało”
🌀 Ikona chaosu 🌀
Zaczyna się od JA i na JA się kończy. Nie dlatego, że to narcyzm – to raczej filozofia tożsamości bez fundamentów. Forma, Gęba, Pupa – wszystko to nie tylko kategorie literackie, ale stany skupienia człowieka w...
Lektura tego wybitnego tekstu okazała się dla mnie jedną z największych przygód estetyczno-intelektualnych w życiu. Co można napisać o takim arcydziele? Że zmienia sposób postrzegania świata, zniewala siłą przekazu, olśniewa błyskotliwością refleksji i języka? Wszystko to zawstydzająco trywialne. Gombro, Mistrzu, kłaniam się Twemu cieniowi. A to, co najważniejsze, niech pozostanie niewypowiedziane.
Lektura tego wybitnego tekstu okazała się dla mnie jedną z największych przygód estetyczno-intelektualnych w życiu. Co można napisać o takim arcydziele? Że zmienia sposób postrzegania świata, zniewala siłą przekazu, olśniewa błyskotliwością refleksji i języka? Wszystko to zawstydzająco trywialne. Gombro, Mistrzu, kłaniam się Twemu cieniowi. A to, co najważniejsze, niech...
Ponieważ wydania DZIENNIKÓW rozjia się od siebie, pozwoliłem sobie porównać moje własne wydanie z tym na zdjęciu. No cóż. Dziwię się. Zdziwiłem się. Jak to jest, że tyle różnić jest. Redakcyjne potrafiłbym zrozumieć. Wiadomo: redaktorzy muszą z czegoś żyć. Ale są miejsca w których czułem się jakbym czytał jakieś nowe tłumaczenie DZIENNIKÓW. A, dalibóg, do dzisiaj myślałem, że tego autora tłumaczyć nie trzeba.
Ponieważ wydania DZIENNIKÓW rozjia się od siebie, pozwoliłem sobie porównać moje własne wydanie z tym na zdjęciu. No cóż. Dziwię się. Zdziwiłem się. Jak to jest, że tyle różnić jest. Redakcyjne potrafiłbym zrozumieć. Wiadomo: redaktorzy muszą z czegoś żyć. Ale są miejsca w których czułem się jakbym czytał jakieś nowe tłumaczenie DZIENNIKÓW. A, dalibóg, do dzisiaj...
Według przeczytanych przeze mnie zapewnień Dziennik Gombrowicza miał być pełen humoru. Ja powiedziałbym, że humor Gombrowicza był przesunięty daleko bardziej w stronę cynizmu i sarkazmu. Pan Witold zasiadł w jednoosobowej loży szyderców komentując sztukę i literaturę polską. Nie pozostawił suchej nitki na wielu wybitnych literatach, krytykach i wieszczach. Z intelektualnym zacięciem podjął polemikę z każdym antagonistą.
Dziennik miałem przyjemność wysłuchać w świetnej interpretacji Mariusza Bonaszewskiego.
Według przeczytanych przeze mnie zapewnień Dziennik Gombrowicza miał być pełen humoru. Ja powiedziałbym, że humor Gombrowicza był przesunięty daleko bardziej w stronę cynizmu i sarkazmu. Pan Witold zasiadł w jednoosobowej loży szyderców komentując sztukę i literaturę polską. Nie pozostawił suchej nitki na wielu wybitnych literatach, krytykach i wieszczach. Z...
Nie pamiętam, czy kiedykolwiek przerwałem czytanie książki z uczuciem irytacji na autora.
I to autora, którego zaliczałem do swojego top five.
Ale po przeczytaniu - w tym wypadku na temat krytyków literackich - że „sam fakt ich istnienia wydaje się esencjonalnie niemoralny”, oraz „w jaki sposób człowiek niższy może oceniać człowieka wyższego?” - spasowałem z odrazą.
Nie pamiętam, czy kiedykolwiek przerwałem czytanie książki z uczuciem irytacji na autora.
I to autora, którego zaliczałem do swojego top five.
Ale po przeczytaniu - w tym wypadku na temat krytyków literackich - że „sam fakt ich istnienia wydaje się esencjonalnie niemoralny”, oraz „w jaki sposób człowiek niższy może oceniać człowieka wyższego?” - spasowałem z odrazą.
Są tu fragmenty genialne, to nie przesada, niektóre spostrzeżenia natury filozoficznej są tak świeże, również czytane dzisiaj, że trudno uwierzyć w to, ile lat już upłynęło od ich zapisania. Ale są też fragmenty ciężkostrawne, zwłaszcza te ze schizofrenicznym słowotokiem, gdzie części tekstu łączy czasem jedynie podobieństwo brzmienia wyrazów.. Straszliwie krytyczny też Gombrowicz jest wobec literatury tworzonej przez nie-Gombrowiczów. Jego prawo, ale to męczy.
Są tu fragmenty genialne, to nie przesada, niektóre spostrzeżenia natury filozoficznej są tak świeże, również czytane dzisiaj, że trudno uwierzyć w to, ile lat już upłynęło od ich zapisania. Ale są też fragmenty ciężkostrawne, zwłaszcza te ze schizofrenicznym słowotokiem, gdzie części tekstu łączy czasem jedynie podobieństwo brzmienia wyrazów.. Straszliwie krytyczny też...
Napisane pięknym językiem dzienniki Gombrowicza jako niezwykły pokaz bufonady autora. Rzadko odczuwam niechęć do autora czytając jego książce. Gombrowiczowi się to udało. Mało kto potrafi czytelnika zirytować swoim przekonaniem o posiadaniu wiedzy absolutnej.
Napisane pięknym językiem dzienniki Gombrowicza jako niezwykły pokaz bufonady autora. Rzadko odczuwam niechęć do autora czytając jego książce. Gombrowiczowi się to udało. Mało kto potrafi czytelnika zirytować swoim przekonaniem o posiadaniu wiedzy absolutnej.
Pasja Gombrowicza, jego język, o ironio - oraz forma niech głośniej wołają o posmakowanie ich przez czytelników. Niezwykle szeroka perspektywa literacka, społeczna, a także moralna narratora. Oświecająca lektura. Pozycja obowiązkowa dla każdej i każdego, którzy chcą zyskać zupełnie inne pole widzenia na literaturę i dowiedzieć się, jak niesamowitym narzędziem poznawczym może być ,,zwykła” obserwacja.
Pasja Gombrowicza, jego język, o ironio - oraz forma niech głośniej wołają o posmakowanie ich przez czytelników. Niezwykle szeroka perspektywa literacka, społeczna, a także moralna narratora. Oświecająca lektura. Pozycja obowiązkowa dla każdej i każdego, którzy chcą zyskać zupełnie inne pole widzenia na literaturę i dowiedzieć się, jak niesamowitym narzędziem poznawczym...
Gombrowicz o sobie, o nas, o Polsce bez znieczulenia, ale nie bez miłości. Odważnie nazywa sprawy, a potrafi nazwać jak nikt. Śmieszy, wzrusza, męczy, otwiera oczy, wyzwala. Jak ktoś mądrze gada to i miło posłuchać. Żal gdy książka się kończy
Gombrowicz o sobie, o nas, o Polsce bez znieczulenia, ale nie bez miłości. Odważnie nazywa sprawy, a potrafi nazwać jak nikt. Śmieszy, wzrusza, męczy, otwiera oczy, wyzwala. Jak ktoś mądrze gada to i miło posłuchać. Żal gdy książka się kończy
„Jeśli ja w Dzienniku samego siebie sam wychwalam, to przynajmniej wiadomo, że ja sam samego siebie, ale rozdzielić samochwalstwo na głosy i stworzyć w tym celu organ zbiorowy o polifonicznej strukturze, to jest już zbyt wielkie wyrafinowanie i nawet nabieranie gości”.
Co tu dużo pisać, autor „Ferdydurke” dobiera się do samej kości, walcząc z głupotą, obłudą i kłamstwem. Z diariuszowych wyżyn nieznacznie tylko, ale jednak wolę Sándora Márai. Może dlatego, że z nim czuję się bezpieczniej. Gombrowicz natomiast co jakiś czas rzuca rękawicę i każe wychodzić prosto z kanapy na literacki ring, gdzie czeka wytrawny bokser, za którego ciosami nie sposób nadążyć. Ale taki łomot też się przydaje, choć momentami niezdrowo umęczy.
Te nieustanne zmagania z formą, dialektyka i cudne miniaturki.
Te potyczki z Miłoszem, Wittlinem, Borgesem, Kisielem...
I jeszcze Argentyna, Paryż, Berlin...
Jakiż to zarozumiały prowokator. Jakiż zawzięty szermierz słowa. Konwenanse wyrzuca na śmietnik, zawsze gotów wbić inteligentną szpilę adwersarzom i kolegom po piórze. Pierwszorzędna doprawdy krytyka krytyki filozoficznym orężem. Osobiste spory może już niezbyt aktualne, ale sama lektura z upływem czasu radzi sobie znakomicie.
„Jeśli ja w Dzienniku samego siebie sam wychwalam, to przynajmniej wiadomo, że ja sam samego siebie, ale rozdzielić samochwalstwo na głosy i stworzyć w tym celu organ zbiorowy o polifonicznej strukturze, to jest już zbyt wielkie wyrafinowanie i nawet nabieranie gości”.
Co tu dużo pisać, autor „Ferdydurke” dobiera się do samej kości, walcząc z głupotą, obłudą i kłamstwem. Z...
Jak napisał Stanisław Jerzy Lec żeby być sobą, trzeba być kimś.
Miesiąc spędziłam w towarzystwie Witolda (ogromnie spodobało mi się to imię), który przede wszystkim chciał być sobą. I wcale nie mam dość. Po pierwsze pragnę przerwy, aby nie przeczytać ciągiem wszystkiego, co Gombrowicz stworzył. Bo cóż mi wtedy zostanie? Po drugie Witoldo wpędził mnie w dziwny nastrój, który nie pozwala mi pracować jak dawniej. Trzeba mi zatem oddechu, czasu na zebranie myśli, aby oswoić się z przemyśleniami i refleksjami tworów mistrza. Mistrza? Owszem, a jednocześnie kogoś dziwnie bliskiego. Szczerego, autentycznego, intymnego, ironicznego... znaczy dowcipnego.
Chyba nie potrafię, a może nie chcę, opisać tego, co zobaczyłam w "Dzienniku". Cieszę się jednak, że sięgnęłam po niego przed "Kosmosem", a właściwie podczas. Witoldo był "nieco" rozczarowany faktem, że niewielu poznało się na jego sztuce. Czy coś w tym dziwnego? Czy można się temu dziwić? Czy będąc na emigracji nie zasługiwał na odrobinę uwagi w literackim światku ojczyźnianym? Czy czuł się samotnie? Czy był trochę wariatem? Któż z nas nim nie jest? Czy lubił stawiać pytania? Czy ja też to uwielbiam? Czy tylko to mnie z nim połączyło? Czy zrozumiałam każdą myśl, na której skupił się autor? Czy to ważne? Czy zacznę się bardziej buntować?
Oswoiłam się z faktem, że czasem brakowało mi kontekstu. Inni, jemu współcześni, też nie rozumieli, choć nie potrafili się do tego przyznać. Zamiast tego krytykowali to, co pisał i jak pisał. Nie o innych tu jednak idzie, a o mnie. Skupiałam się zatem przez miesiąc, jak Witoldo, na sobie. Nie tylko, nie wciąż, ale jednak. Czułam, i czuję nadal, dziwny związek z WITOLDOGOM, mimo że on w Argentynie, Paryżu, Berlinie, Santiago... A ja? To nieistotne. Ja też w żukach i patykach...
Jak napisał Stanisław Jerzy Lec żeby być sobą, trzeba być kimś.
Miesiąc spędziłam w towarzystwie Witolda (ogromnie spodobało mi się to imię), który przede wszystkim chciał być sobą. I wcale nie mam dość. Po pierwsze pragnę przerwy, aby nie przeczytać ciągiem wszystkiego, co Gombrowicz stworzył. Bo cóż mi wtedy zostanie? Po drugie Witoldo wpędził mnie w dziwny nastrój,...
Kapłanka, a u jej stóp sierp księżyca. Poprzez. Poza. Brejkorowo jazzowe szaleństwo myślowe. Barwa granatu, Sfinks, i lśnienie wyniebieszczonego aż do wrażenia kosmiczności.
Kapłanka, a u jej stóp sierp księżyca. Poprzez. Poza. Brejkorowo jazzowe szaleństwo myślowe. Barwa granatu, Sfinks, i lśnienie wyniebieszczonego aż do wrażenia kosmiczności.
Co by nie napisać o dzienniku, spróbować go określić i zamknąć w sztywne ramy, to i tak wyślizgnie się, zupełnie jak jego autor przy każdorazowym kontakcie z "formą".
Fenomenem od którego Gombrowicz, nie był w stanie uciec i co, jak sądzę, stanowi rdzeń zmagań autora z samym sobą jest perspektywa pierwszoosobowa. Widać to już przy pierwszych słowach dziennika. Kilkakrotnie czytamy, że to nie był opis Argentyny, tylko "moje bycie w Argentynie". I jeszcze -
"Ja: żądza przebicia się poprzez formę do "ja" mojego i do rzeczywistości, wariat zbuntowany."
Nikt tak jeszcze nie podkreślał swojej suwerenności, nie epatował niezależnością. Gombrowicz nie był jednak pustelnikiem, tylko widział istotną perspektywę "międzyludzką".
"Myślę i odczuwam dla ludzi aby zrymować się z nimi" ; " dostroić swój głos do brzmienia orkiestry"
To była udana konfrontacja i bez żadnej przesady można nazwać Gombrowicza polskim Montaigne!
Co by nie napisać o dzienniku, spróbować go określić i zamknąć w sztywne ramy, to i tak wyślizgnie się, zupełnie jak jego autor przy każdorazowym kontakcie z "formą".
Fenomenem od którego Gombrowicz, nie był w stanie uciec i co, jak sądzę, stanowi rdzeń zmagań autora z samym sobą jest perspektywa pierwszoosobowa. Widać to już przy pierwszych słowach dziennika. Kilkakrotnie...
Dyszka to mało. Tzn jeśli się uważa, za filozofo-teologami średniowiecznymi i ich spadkobiercami, że nieskończoność doskonalsza jest od skończoności. Ale może po grecku? Wtedy 10/10 wystarczy. To, że ja "Dzienniki" czytałem trzy lata non stop może być co najwyżej ciekawe (haha, ciekawe dla kogo ciekawe? Dla mnie chyba), ale to tylko jakieś takie "ciekawostki" z młodzieńczego okresu życia kolejnego nudziarza. Coś innego jest dużo bardziej interesujące: dlaczego język Gombrowicza brzmi (no dobra, brzmiał, bo nie wiem jak to "brzmi" A.D. 2021 dla młodych pokoleń) świeżo, żywo? Lem twierdzi w rozmowach z Beresiem, że to Gombrowicz i Miłosz "ustawili głos" polszczyźnie. Długo tego sformułowania nawet nie rozumiałem nie mówiąc już o możliwości zweryfikowania i zgodzenia się lub nie. Przyznaję mu dziś pełną rację. Witold Gombrowicz to geniusz. Nie każdemu podchodzi, bo też i dziwaczny momentami. To jest jazz, a normalny nie-muzyk woli jednak rzeczy bardziej konwencjonalne i jest to zupełnie naturalne i zdrowe.
Dyszka to mało. Tzn jeśli się uważa, za filozofo-teologami średniowiecznymi i ich spadkobiercami, że nieskończoność doskonalsza jest od skończoności. Ale może po grecku? Wtedy 10/10 wystarczy. To, że ja "Dzienniki" czytałem trzy lata non stop może być co najwyżej ciekawe (haha, ciekawe dla kogo ciekawe? Dla mnie chyba), ale to tylko jakieś takie "ciekawostki" z...
Właśnie daję dychę dla gościa, który mnie zbeształ, wytknął moje wady, a jednocześnie sprawił, że czułem się zabawnie, mądrze, sentymentalnie, bo poczułem swoje "ja".
' Życie nie boli tak, jak ostatnia kartka w ulubionej książce' - to moje Witoldzie, ale tY już wiesz
Właśnie daję dychę dla gościa, który mnie zbeształ, wytknął moje wady, a jednocześnie sprawił, że czułem się zabawnie, mądrze, sentymentalnie, bo poczułem swoje "ja".
' Życie nie boli tak, jak ostatnia kartka w ulubionej książce' - to moje Witoldzie, ale tY już wiesz
"Dziennik" zaczął Gombrowicz pisać, by dzielić się ze światem swoimi poglądami w sposób bardziej bezpośredni; komunikowane w sposób artystystyczny, poprzez powieści i dramaty, spotkały się one bowiem z dość powszechnym niezrozumieniem. To jednocześnie zapis nieustających zmagań tego jedynego w swym rodzaju pisarza ze sobą i ze światem.
Powraca tu tematyka nieustająco nurtująca Gombrowicza i znajdująca bogaty wyraz w jego twórczości. Przede wszystkim wieczna walka z Formą, czyli gotowymi, bezrefleksyjnie przyjmowanymi wzorcami obyczajowymi czy intelektualnymi. Głosi Gombro klęskę ideologii, będąc zażartym kapłanem indywidualizmu i subiektywizmu. Pasjonuje go także starcie młodości ze starością, bez uznania stanu pośredniego, i motywowana głównie zazdrością (ale i niezrozumieniem) opresja tej pierwszej przez drugą.
"Pragnę was wykoleić [...] Wydobyć was z układu, w którym się znajdujecie, abyście znów doznali młodości i piękności, ale doznali inaczej..."
Ma więc Gombrowicz receptę na uzdrowienie ludzkości i wie niezachwianie, że jest to recepta najlepsza. Nie wątpiąc w swe recepty, nieustannie wątpi w siebie. Zjada go ambicja, dręczy go poczucie niedocenienia, martwi brak odzewu na jego prowokacje, złości go prostackie odczytywanie jego dzieł. Dusi się w swojej sytuacji emigranta i dusi się w swoim ciele, w swojej seksualności, którą również pragnąłby uwolnić spod dyktatu zmurszałych, arbitralnych kategorii.
Dość wysoki stopień samoświadomości, jaki udało mu się osiągnąć, wcale nie ułatwił mu życia - i jestem pewien, że nie ułatwił życia tym, którzy mieli z nim do czynienia. Bo też jego celem nie było życie łatwe, tylko życie twórcze. A na drodze życia twórczego długo stała zgrzebna, urzędnicza codzienność oraz brak odpowiedniej publiczności, zdolnej go pojąć i w następstwie hołubić.
Oto przed czytelnikiem staje w pełnej krasie niesamowicie inteligentny człowiek, którego irytacja i frustracja prowadzą niekiedy do generalizacji, niesprawiedliwych, powierzchownych sądów - a irytuje się on łatwo i często. A jednocześnie ile w "Dzienniku" życia! Jakże potrafią zaimponować choćby bezwzględne, genialne w swej celności metafory, stosowane tak do zjawisk, jak i do ludzi. Każdego oponenta zdolny jest usadzić, pomniejszyć tymi "dudkami", "hipopotamami", "kaktusami".
Jego zjadliwe, skrajnie autorytatywne minipamflety kwitujące pisarzy, mających zasadnicze znaczenie dla formowania się polskiej świadomości okresu I RP, pełne są błyskotliwych skojarzeń, ale zarazem dalekie od sprawiedliwego ujęcia ich dorobku. Programowy radykalizm to jednak również pewna Forma i chwilami Gombrowicz staje się jej zakładnikiem w takim samym stopniu jak ci, których krytykuje. I cóż za paradoks, że on sam - próbujący tchnąć życie w literaturę - ostatecznie dołączył do grona szanowanych i nieczytanych!
"Dziennik" to pasjonująca lektura, z którą musiałem się jednak mierzyć na raty. Nie dlatego, że jest to dziennik nietypowy, który powszedniość traktuje po macoszemu, a skupia się na istotniejszych, oderwanych od niej problemach - choć tak jest w istocie - tylko dlatego, że neurotyczna, egotyczna osobowość Gombrowicza działa mi na nerwy i musiałem od niej co jakiś czas odpoczywać.
Zastrzegam przy tym, że autor nie jest mi obcy jako filozof kultury - jego intelektualna przekora bardzo mi odpowiada - ale jest mi obcy jako człowiek. Bo choć w wielu obszarach moje poglądy żeglują w podobnym kierunku co poglądy Gombro, nie mam jego radykalizmu, zawsze skłonny jestem zatrzymać się wcześniej. Być może to, co zwykłem z dumą określać jako rozsądek, bywa niekiedy tchórzostwem.
"Dziennik" zaczął Gombrowicz pisać, by dzielić się ze światem swoimi poglądami w sposób bardziej bezpośredni; komunikowane w sposób artystystyczny, poprzez powieści i dramaty, spotkały się one bowiem z dość powszechnym niezrozumieniem. To jednocześnie zapis nieustających zmagań tego jedynego w swym rodzaju pisarza ze sobą i ze światem.
Kocham Gombrowicza, choć bardzo stara się mnie, jako Polkę obrazić ;-) Jemu wybaczę, bo najczęściej wali prawdę między oczy, choć bolesną. W porównaniu z wieloma pisarzami, którzy próbują pisać podobnie dzisiaj, wydaje mi się, że jemu jednak zależało, żeby rzeczywiście coś tym pisaniem zmienić na dobre. Miał z Polską związek typu love hate, nie przeszedł przez komunistyczne pranie mózgu, nie pisał tego z nienawiści.
Kocham Gombrowicza, choć bardzo stara się mnie, jako Polkę obrazić ;-) Jemu wybaczę, bo najczęściej wali prawdę między oczy, choć bolesną. W porównaniu z wieloma pisarzami, którzy próbują pisać podobnie dzisiaj, wydaje mi się, że jemu jednak zależało, żeby rzeczywiście coś tym pisaniem zmienić na dobre. Miał z Polską związek typu love hate, nie przeszedł przez komunistyczne...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toGombrowicz nadętym bufonem był.
Gombrowicz nadętym bufonem był.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toJeśli ktoś nie przepada za twórczością prozatorską i dramatyczną tego autora, to po po lekturze Dziennika zakocha się w Gombrowiczu. Tak było ze mną.
Jeśli ktoś nie przepada za twórczością prozatorską i dramatyczną tego autora, to po po lekturze Dziennika zakocha się w Gombrowiczu. Tak było ze mną.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toSłuchałem audiobook, czytany przez Chyrę, kosmos.
Słuchałem audiobook, czytany przez Chyrę, kosmos.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPoniedziałek - Ja
Wtorek - Ja
I tak przez ponad dekadę.
Egotrip wzruszający aż do torsji i gdyby nie poparcie w kilku dobrych utworach, byłaby to pycha zupełnie nie do obrony.
- "Boże, dozwól mi zwymiotować kształt ludzki" - kokietuje, zaleca się i żebrze o drobne, ale nie wymiotuje, szkoda mu cennego ja wymiocin. Trip musi trwać.
Oraz te pseudoegzystencjalne filozofie do bólu wątroby.
Najśmieszniejsze jest to, że nasz ałystokłatyczny kabotyn sarka na wszystko to, co go ukształtowało w sanacyjnej synczyźnie czyli na pofikołkowanie Witkacego, z którego rżnie ile wlezie.
Zawsze się śmiałem, że Witkacy był geniuszem roztrwonionym, genialne obrazy, portrety i profetyczne sztuki, to tylko kilka procent jego talentu. Gombrowicz nie mógł przeżyć, że uszczknął tylko promil z tego, ale i tak dobrze to ograł i na tym paliwie zaszedł bardzo daleko. Nie umie jednak zwymiotować tego kształtu. Szkoda, że w kabotyństwie swoim nigdy tych wpływów nie dostrzegł.
"Bruno mnie wielbił, a ja jego nie wielbiłem" 1963, bezczelnie przyznaje w samouwielbieniu.
Połyka geniusz Schulza i swój ot tak, niedbale. Jest przecież szklaną górą. Szklanym guru od siebie samego, świętego i pokalanego. Podziwiać, podziwiać omnipotencję samoświadomości, żuki, robale.
I zresztą ta bezkrytyczna błazenada go zgubiła, gdy trafił na TW Swinarską, która miała z założenia go ośmieszyć i pokazać w PRL jako zwykłego naziola, tu się idiotycznie wkopał pieprząc jak zwykle trzy po trzy, ale nie po dwa, ani jeden, ani pięć jak w kultowej scenie odliczania świętego granatu ręcznego w Monty Pythonach, co jest śmieszne, ale dla wtajemniczonych, a nie na młyn SB. Ta dezynwoltura pokazała jakim durniem potrafi być wobec hekatomby narodu, z którym jej nie przeżył. Neurolingwistyka nie kłamie. Słowa to przedłużenie emocji. A on dalej nie umie przestać i fika kozły. Ten egotyczny brak empatii przysporzył mu druzgocącą prasę i bardzo dobrze, bo trochę go ostudził w galopadzie poniedziałek - Ja, hekatomba - ja, niewrażliwość - ja.
Z tego nużącego bełkotu doceniam nieliczne wyimki, a czytałem go po raz trzeci. Za drugim razem byłem dwudziestolatkiem i nawet podobał mi się ten bunt. Teraz mnie to żenuje. I wiem, że teraz te wynurzenia by nie przeszły, to się broni tylko historycznie, ale starzeje się brzydko.
Doceniam tylko fakt, że jako ałystokłatyczny pasożyt zdaje sobie sprawę, że w tamtej Polsce był naroślą żyjącą z profitów wynajmowanej czynszówki, którą kupili mu starzy, a w Argentynie nie poddał się i wreszcie osiągnął bardzo, bardzo dużo pracą własnych rąk i intelektu, którego mu nigdy nie odmówię. Ale srakanie na postać Witkacego, który ewidentnie go ukształtował jest nie do przyjęcia.
Poniedziałek - błeeee.
Wtorek - błeeee.
Środa - błeeee.
W sumie to raczej nie polecam.
Lepiej skupić się na beletrystyce po Ferdydurke, niż na rojeniach o sławie samotnego kabotyna, który jak zgłodniały pająk wybiega do każdego telefonu, bo może to być wstrętna i nikomu niepotrzebna nagroda Nobla, którą pogardza, ale aż się trzęsie na jej zapowiedź.
Poniedziałek - Ja czeka na Nobla, wtorek - ja Noblem gardzi.
Środa - ja chce wytoczyć proces kapitule za brak nominacji do podrzędnej nagrody.
Czwartek - Ja gardzi sobą, znowu kokietując czytelników i siebie potęgą wglądu.
Satori!
I tak się bawi góra, która urodziła mysz.
"Me, Myself & I".
Poniedziałek - Ja
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toWtorek - Ja
I tak przez ponad dekadę.
Egotrip wzruszający aż do torsji i gdyby nie poparcie w kilku dobrych utworach, byłaby to pycha zupełnie nie do obrony.
- "Boże, dozwól mi zwymiotować kształt ludzki" - kokietuje, zaleca się i żebrze o drobne, ale nie wymiotuje, szkoda mu cennego ja wymiocin. Trip musi trwać.
Oraz te pseudoegzystencjalne filozofie do...
📦 Zdejmuję z półki (i z siebie kurz) 💡
„Niech będzie JA – czyli jak przegrałem z Dziennikiem Gombrowicza i jeszcze mi się to spodobało”
🌀 Ikona chaosu 🌀
Zaczyna się od JA i na JA się kończy. Nie dlatego, że to narcyzm – to raczej filozofia tożsamości bez fundamentów. Forma, Gęba, Pupa – wszystko to nie tylko kategorie literackie, ale stany skupienia człowieka w rozpadzie, któremu już nie wystarcza wiara, naród, sztuka ani nawet dobre wychowanie.
🧨 Ikona prowokacji 🧨
Czytelnik dostaje kopniaka w zęby. Wchodzi jak do świątyni – a tu autor pluje mu pod nogi i mówi: Nie zmykaj, tylko przeglądaj się w tej ślinie, to twoje lustro, Polaku! Dziennik to liturgia bluźnierstwa, w której Gombrowicz odprawia msze za trupa narodu, trupa literatury, trupa filozofii. I za siebie.
🎭 Ikona maski 🎭
Wszystko jest rolą. Wszystko jest grane. Ale grane szczerze. Jak się wali teatr, to Gombrowicz buduje go od nowa – z kartonu, prowizorki, języka kolanem tłuczonego, ironii rzeźbionej siekierą. Czy to pamiętnik? Czy to powieść? A może podręcznik filozofii z przypisem: „Używać tylko w razie kryzysu egzystencji”? Nie wiadomo. Ale działa.
🧷 Ikona rozbrajania mitu 🧷
Mickiewicz? Sienkiewicz? Skłodowska? Świętości narodowe leżą tu jak stare pryszcze. Gombrowicz naciska i bada: boli? Boli? No to jeszcze raz. Bo nie ma narodowej dumy bez wstydu, nie ma wstydu bez konfrontacji, nie ma konfrontacji bez śmiechu.
📚 Ikona literatury, która gryzie rękę krytyki 📚
On ich wszystkich prześwietla – profesorów, znawców, patriotów z lodem na patyku. Gombrowicz nie potrzebuje aplauzu. On chce drapania. Drapania mózgu. Jak nie swędzi – znaczy, nie działa.
💔 Ikona samotności 💔
Po wszystkim zostaje tylko JA. Ale nie wielkie, monumentalne JA. Raczej JA złożone z wątpliwości, JA rozklekotane, JA, które musi samo siebie udźwignąć. I to jest piękne. Bo literatura, która nie zostawia cię samego, nie jest prawdziwa.
🪤 Gombrowicz nie pisze dziennika. On konstruuje pułapkę. A my – z rozkoszą w nią wchodzimy. I co z tego, że czytałeś już dwa razy? Jeszcze trzy razy dasz się nabrać. Bo tu każde zdanie jest formą w trakcie upadku. A my kochamy patrzeć, jak się wali – jeśli wali się z takim rozmachem.
📍 Czyli tak: czytać? Tak. Kochać? Tak. Rozumieć? Nie trzeba. Wystarczy się zgubić.
📍 I jak powiedziałby Gombrowicz – nie bądźcie aż tak bardzo sobą, żeby nie stać się kimś innym.
📦 Zdejmuję z półki (i z siebie kurz) 💡
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to„Niech będzie JA – czyli jak przegrałem z Dziennikiem Gombrowicza i jeszcze mi się to spodobało”
🌀 Ikona chaosu 🌀
Zaczyna się od JA i na JA się kończy. Nie dlatego, że to narcyzm – to raczej filozofia tożsamości bez fundamentów. Forma, Gęba, Pupa – wszystko to nie tylko kategorie literackie, ale stany skupienia człowieka w...
Lektura tego wybitnego tekstu okazała się dla mnie jedną z największych przygód estetyczno-intelektualnych w życiu. Co można napisać o takim arcydziele? Że zmienia sposób postrzegania świata, zniewala siłą przekazu, olśniewa błyskotliwością refleksji i języka? Wszystko to zawstydzająco trywialne. Gombro, Mistrzu, kłaniam się Twemu cieniowi. A to, co najważniejsze, niech pozostanie niewypowiedziane.
Lektura tego wybitnego tekstu okazała się dla mnie jedną z największych przygód estetyczno-intelektualnych w życiu. Co można napisać o takim arcydziele? Że zmienia sposób postrzegania świata, zniewala siłą przekazu, olśniewa błyskotliwością refleksji i języka? Wszystko to zawstydzająco trywialne. Gombro, Mistrzu, kłaniam się Twemu cieniowi. A to, co najważniejsze, niech...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPonieważ wydania DZIENNIKÓW rozjia się od siebie, pozwoliłem sobie porównać moje własne wydanie z tym na zdjęciu. No cóż. Dziwię się. Zdziwiłem się. Jak to jest, że tyle różnić jest. Redakcyjne potrafiłbym zrozumieć. Wiadomo: redaktorzy muszą z czegoś żyć. Ale są miejsca w których czułem się jakbym czytał jakieś nowe tłumaczenie DZIENNIKÓW. A, dalibóg, do dzisiaj myślałem, że tego autora tłumaczyć nie trzeba.
Ponieważ wydania DZIENNIKÓW rozjia się od siebie, pozwoliłem sobie porównać moje własne wydanie z tym na zdjęciu. No cóż. Dziwię się. Zdziwiłem się. Jak to jest, że tyle różnić jest. Redakcyjne potrafiłbym zrozumieć. Wiadomo: redaktorzy muszą z czegoś żyć. Ale są miejsca w których czułem się jakbym czytał jakieś nowe tłumaczenie DZIENNIKÓW. A, dalibóg, do dzisiaj...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toWedług przeczytanych przeze mnie zapewnień Dziennik Gombrowicza miał być pełen humoru. Ja powiedziałbym, że humor Gombrowicza był przesunięty daleko bardziej w stronę cynizmu i sarkazmu. Pan Witold zasiadł w jednoosobowej loży szyderców komentując sztukę i literaturę polską. Nie pozostawił suchej nitki na wielu wybitnych literatach, krytykach i wieszczach. Z intelektualnym zacięciem podjął polemikę z każdym antagonistą.
Dziennik miałem przyjemność wysłuchać w świetnej interpretacji Mariusza Bonaszewskiego.
Według przeczytanych przeze mnie zapewnień Dziennik Gombrowicza miał być pełen humoru. Ja powiedziałbym, że humor Gombrowicza był przesunięty daleko bardziej w stronę cynizmu i sarkazmu. Pan Witold zasiadł w jednoosobowej loży szyderców komentując sztukę i literaturę polską. Nie pozostawił suchej nitki na wielu wybitnych literatach, krytykach i wieszczach. Z...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNie pamiętam, czy kiedykolwiek przerwałem czytanie książki z uczuciem irytacji na autora.
I to autora, którego zaliczałem do swojego top five.
Ale po przeczytaniu - w tym wypadku na temat krytyków literackich - że „sam fakt ich istnienia wydaje się esencjonalnie niemoralny”, oraz „w jaki sposób człowiek niższy może oceniać człowieka wyższego?” - spasowałem z odrazą.
Nie pamiętam, czy kiedykolwiek przerwałem czytanie książki z uczuciem irytacji na autora.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toI to autora, którego zaliczałem do swojego top five.
Ale po przeczytaniu - w tym wypadku na temat krytyków literackich - że „sam fakt ich istnienia wydaje się esencjonalnie niemoralny”, oraz „w jaki sposób człowiek niższy może oceniać człowieka wyższego?” - spasowałem z odrazą.
lubie jak pisze o tym co u niego ale jak pisze o pisarzach to zasypiam
lubie jak pisze o tym co u niego ale jak pisze o pisarzach to zasypiam
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toSą tu fragmenty genialne, to nie przesada, niektóre spostrzeżenia natury filozoficznej są tak świeże, również czytane dzisiaj, że trudno uwierzyć w to, ile lat już upłynęło od ich zapisania. Ale są też fragmenty ciężkostrawne, zwłaszcza te ze schizofrenicznym słowotokiem, gdzie części tekstu łączy czasem jedynie podobieństwo brzmienia wyrazów.. Straszliwie krytyczny też Gombrowicz jest wobec literatury tworzonej przez nie-Gombrowiczów. Jego prawo, ale to męczy.
Są tu fragmenty genialne, to nie przesada, niektóre spostrzeżenia natury filozoficznej są tak świeże, również czytane dzisiaj, że trudno uwierzyć w to, ile lat już upłynęło od ich zapisania. Ale są też fragmenty ciężkostrawne, zwłaszcza te ze schizofrenicznym słowotokiem, gdzie części tekstu łączy czasem jedynie podobieństwo brzmienia wyrazów.. Straszliwie krytyczny też...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPrzeczytane!
O rany!
Nie dyskutuję, bo kimże jestem. Ale czy dla mnie Gombrowicz jest guru - no jakoś nie....
Przeczytane!
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toO rany!
Nie dyskutuję, bo kimże jestem. Ale czy dla mnie Gombrowicz jest guru - no jakoś nie....
Napisane pięknym językiem dzienniki Gombrowicza jako niezwykły pokaz bufonady autora. Rzadko odczuwam niechęć do autora czytając jego książce. Gombrowiczowi się to udało. Mało kto potrafi czytelnika zirytować swoim przekonaniem o posiadaniu wiedzy absolutnej.
Napisane pięknym językiem dzienniki Gombrowicza jako niezwykły pokaz bufonady autora. Rzadko odczuwam niechęć do autora czytając jego książce. Gombrowiczowi się to udało. Mało kto potrafi czytelnika zirytować swoim przekonaniem o posiadaniu wiedzy absolutnej.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPasja Gombrowicza, jego język, o ironio - oraz forma niech głośniej wołają o posmakowanie ich przez czytelników. Niezwykle szeroka perspektywa literacka, społeczna, a także moralna narratora. Oświecająca lektura. Pozycja obowiązkowa dla każdej i każdego, którzy chcą zyskać zupełnie inne pole widzenia na literaturę i dowiedzieć się, jak niesamowitym narzędziem poznawczym może być ,,zwykła” obserwacja.
Pasja Gombrowicza, jego język, o ironio - oraz forma niech głośniej wołają o posmakowanie ich przez czytelników. Niezwykle szeroka perspektywa literacka, społeczna, a także moralna narratora. Oświecająca lektura. Pozycja obowiązkowa dla każdej i każdego, którzy chcą zyskać zupełnie inne pole widzenia na literaturę i dowiedzieć się, jak niesamowitym narzędziem poznawczym...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPolecam każdemu spróbować z formą audiobooka!
Polecam każdemu spróbować z formą audiobooka!
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toGombrowicz o sobie, o nas, o Polsce bez znieczulenia, ale nie bez miłości. Odważnie nazywa sprawy, a potrafi nazwać jak nikt. Śmieszy, wzrusza, męczy, otwiera oczy, wyzwala. Jak ktoś mądrze gada to i miło posłuchać. Żal gdy książka się kończy
Gombrowicz o sobie, o nas, o Polsce bez znieczulenia, ale nie bez miłości. Odważnie nazywa sprawy, a potrafi nazwać jak nikt. Śmieszy, wzrusza, męczy, otwiera oczy, wyzwala. Jak ktoś mądrze gada to i miło posłuchać. Żal gdy książka się kończy
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toWitold Gombrowicz – Dziennik (1957-1992) (9.1)
Witold Gombrowicz – Dziennik (1957-1992) (9.1)
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to„Jeśli ja w Dzienniku samego siebie sam wychwalam, to przynajmniej wiadomo, że ja sam samego siebie, ale rozdzielić samochwalstwo na głosy i stworzyć w tym celu organ zbiorowy o polifonicznej strukturze, to jest już zbyt wielkie wyrafinowanie i nawet nabieranie gości”.
Co tu dużo pisać, autor „Ferdydurke” dobiera się do samej kości, walcząc z głupotą, obłudą i kłamstwem. Z diariuszowych wyżyn nieznacznie tylko, ale jednak wolę Sándora Márai. Może dlatego, że z nim czuję się bezpieczniej. Gombrowicz natomiast co jakiś czas rzuca rękawicę i każe wychodzić prosto z kanapy na literacki ring, gdzie czeka wytrawny bokser, za którego ciosami nie sposób nadążyć. Ale taki łomot też się przydaje, choć momentami niezdrowo umęczy.
Te nieustanne zmagania z formą, dialektyka i cudne miniaturki.
Te potyczki z Miłoszem, Wittlinem, Borgesem, Kisielem...
I jeszcze Argentyna, Paryż, Berlin...
Jakiż to zarozumiały prowokator. Jakiż zawzięty szermierz słowa. Konwenanse wyrzuca na śmietnik, zawsze gotów wbić inteligentną szpilę adwersarzom i kolegom po piórze. Pierwszorzędna doprawdy krytyka krytyki filozoficznym orężem. Osobiste spory może już niezbyt aktualne, ale sama lektura z upływem czasu radzi sobie znakomicie.
„Jeśli ja w Dzienniku samego siebie sam wychwalam, to przynajmniej wiadomo, że ja sam samego siebie, ale rozdzielić samochwalstwo na głosy i stworzyć w tym celu organ zbiorowy o polifonicznej strukturze, to jest już zbyt wielkie wyrafinowanie i nawet nabieranie gości”.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toCo tu dużo pisać, autor „Ferdydurke” dobiera się do samej kości, walcząc z głupotą, obłudą i kłamstwem. Z...
"Poniedziałek Ja
Wtorek Ja
Środa Ja
Czwartek Ja
Piątek "
Nikt tak nie potrafi zaintrygować czytelnika jak tylko Gombrowicz i to, co ukazał w swoich dziennikach tylko o tym dowodzi.
"Poniedziałek Ja
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toWtorek Ja
Środa Ja
Czwartek Ja
Piątek "
Nikt tak nie potrafi zaintrygować czytelnika jak tylko Gombrowicz i to, co ukazał w swoich dziennikach tylko o tym dowodzi.
Jak napisał Stanisław Jerzy Lec żeby być sobą, trzeba być kimś.
Miesiąc spędziłam w towarzystwie Witolda (ogromnie spodobało mi się to imię), który przede wszystkim chciał być sobą. I wcale nie mam dość. Po pierwsze pragnę przerwy, aby nie przeczytać ciągiem wszystkiego, co Gombrowicz stworzył. Bo cóż mi wtedy zostanie? Po drugie Witoldo wpędził mnie w dziwny nastrój, który nie pozwala mi pracować jak dawniej. Trzeba mi zatem oddechu, czasu na zebranie myśli, aby oswoić się z przemyśleniami i refleksjami tworów mistrza. Mistrza? Owszem, a jednocześnie kogoś dziwnie bliskiego. Szczerego, autentycznego, intymnego, ironicznego... znaczy dowcipnego.
Chyba nie potrafię, a może nie chcę, opisać tego, co zobaczyłam w "Dzienniku". Cieszę się jednak, że sięgnęłam po niego przed "Kosmosem", a właściwie podczas. Witoldo był "nieco" rozczarowany faktem, że niewielu poznało się na jego sztuce. Czy coś w tym dziwnego? Czy można się temu dziwić? Czy będąc na emigracji nie zasługiwał na odrobinę uwagi w literackim światku ojczyźnianym? Czy czuł się samotnie? Czy był trochę wariatem? Któż z nas nim nie jest? Czy lubił stawiać pytania? Czy ja też to uwielbiam? Czy tylko to mnie z nim połączyło? Czy zrozumiałam każdą myśl, na której skupił się autor? Czy to ważne? Czy zacznę się bardziej buntować?
Oswoiłam się z faktem, że czasem brakowało mi kontekstu. Inni, jemu współcześni, też nie rozumieli, choć nie potrafili się do tego przyznać. Zamiast tego krytykowali to, co pisał i jak pisał. Nie o innych tu jednak idzie, a o mnie. Skupiałam się zatem przez miesiąc, jak Witoldo, na sobie. Nie tylko, nie wciąż, ale jednak. Czułam, i czuję nadal, dziwny związek z WITOLDOGOM, mimo że on w Argentynie, Paryżu, Berlinie, Santiago... A ja? To nieistotne. Ja też w żukach i patykach...
Jak napisał Stanisław Jerzy Lec żeby być sobą, trzeba być kimś.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toMiesiąc spędziłam w towarzystwie Witolda (ogromnie spodobało mi się to imię), który przede wszystkim chciał być sobą. I wcale nie mam dość. Po pierwsze pragnę przerwy, aby nie przeczytać ciągiem wszystkiego, co Gombrowicz stworzył. Bo cóż mi wtedy zostanie? Po drugie Witoldo wpędził mnie w dziwny nastrój,...
Kapłanka, a u jej stóp sierp księżyca. Poprzez. Poza. Brejkorowo jazzowe szaleństwo myślowe. Barwa granatu, Sfinks, i lśnienie wyniebieszczonego aż do wrażenia kosmiczności.
Kapłanka, a u jej stóp sierp księżyca. Poprzez. Poza. Brejkorowo jazzowe szaleństwo myślowe. Barwa granatu, Sfinks, i lśnienie wyniebieszczonego aż do wrażenia kosmiczności.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toUwielbiam czytać dzienniki. Ale to co serwuje nam Mistrz to coś więcej niż dziennik
Mistrzostwo diarystyki i niezapomniane wyżyny literackiego piękna
Uwielbiam czytać dzienniki. Ale to co serwuje nam Mistrz to coś więcej niż dziennik
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toMistrzostwo diarystyki i niezapomniane wyżyny literackiego piękna
Forma, narracja, tematyka, wszystko było niesamowite i świadczy o wyjątkowości autora.
Forma, narracja, tematyka, wszystko było niesamowite i świadczy o wyjątkowości autora.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toCo by nie napisać o dzienniku, spróbować go określić i zamknąć w sztywne ramy, to i tak wyślizgnie się, zupełnie jak jego autor przy każdorazowym kontakcie z "formą".
Fenomenem od którego Gombrowicz, nie był w stanie uciec i co, jak sądzę, stanowi rdzeń zmagań autora z samym sobą jest perspektywa pierwszoosobowa. Widać to już przy pierwszych słowach dziennika. Kilkakrotnie czytamy, że to nie był opis Argentyny, tylko "moje bycie w Argentynie". I jeszcze -
"Ja: żądza przebicia się poprzez formę do "ja" mojego i do rzeczywistości, wariat zbuntowany."
Nikt tak jeszcze nie podkreślał swojej suwerenności, nie epatował niezależnością. Gombrowicz nie był jednak pustelnikiem, tylko widział istotną perspektywę "międzyludzką".
"Myślę i odczuwam dla ludzi aby zrymować się z nimi" ; " dostroić swój głos do brzmienia orkiestry"
To była udana konfrontacja i bez żadnej przesady można nazwać Gombrowicza polskim Montaigne!
Co by nie napisać o dzienniku, spróbować go określić i zamknąć w sztywne ramy, to i tak wyślizgnie się, zupełnie jak jego autor przy każdorazowym kontakcie z "formą".
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toFenomenem od którego Gombrowicz, nie był w stanie uciec i co, jak sądzę, stanowi rdzeń zmagań autora z samym sobą jest perspektywa pierwszoosobowa. Widać to już przy pierwszych słowach dziennika. Kilkakrotnie...
Dyszka to mało. Tzn jeśli się uważa, za filozofo-teologami średniowiecznymi i ich spadkobiercami, że nieskończoność doskonalsza jest od skończoności. Ale może po grecku? Wtedy 10/10 wystarczy. To, że ja "Dzienniki" czytałem trzy lata non stop może być co najwyżej ciekawe (haha, ciekawe dla kogo ciekawe? Dla mnie chyba), ale to tylko jakieś takie "ciekawostki" z młodzieńczego okresu życia kolejnego nudziarza. Coś innego jest dużo bardziej interesujące: dlaczego język Gombrowicza brzmi (no dobra, brzmiał, bo nie wiem jak to "brzmi" A.D. 2021 dla młodych pokoleń) świeżo, żywo? Lem twierdzi w rozmowach z Beresiem, że to Gombrowicz i Miłosz "ustawili głos" polszczyźnie. Długo tego sformułowania nawet nie rozumiałem nie mówiąc już o możliwości zweryfikowania i zgodzenia się lub nie. Przyznaję mu dziś pełną rację. Witold Gombrowicz to geniusz. Nie każdemu podchodzi, bo też i dziwaczny momentami. To jest jazz, a normalny nie-muzyk woli jednak rzeczy bardziej konwencjonalne i jest to zupełnie naturalne i zdrowe.
Dyszka to mało. Tzn jeśli się uważa, za filozofo-teologami średniowiecznymi i ich spadkobiercami, że nieskończoność doskonalsza jest od skończoności. Ale może po grecku? Wtedy 10/10 wystarczy. To, że ja "Dzienniki" czytałem trzy lata non stop może być co najwyżej ciekawe (haha, ciekawe dla kogo ciekawe? Dla mnie chyba), ale to tylko jakieś takie "ciekawostki" z...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toWłaśnie daję dychę dla gościa, który mnie zbeształ, wytknął moje wady, a jednocześnie sprawił, że czułem się zabawnie, mądrze, sentymentalnie, bo poczułem swoje "ja".
' Życie nie boli tak, jak ostatnia kartka w ulubionej książce' - to moje Witoldzie, ale tY już wiesz
Właśnie daję dychę dla gościa, który mnie zbeształ, wytknął moje wady, a jednocześnie sprawił, że czułem się zabawnie, mądrze, sentymentalnie, bo poczułem swoje "ja".
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to' Życie nie boli tak, jak ostatnia kartka w ulubionej książce' - to moje Witoldzie, ale tY już wiesz
"Dzienniki" intelektualnie mnie stworzyły.
Biblia racjonalizmu i samoświadomości.
Dzieło wybitne.
"Dzienniki" intelektualnie mnie stworzyły.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toBiblia racjonalizmu i samoświadomości.
Dzieło wybitne.
Czytałam jako nastolatka i byłam zachwycona przemyśleniami, zabawą słowem autora. Polecam.
Czytałam jako nastolatka i byłam zachwycona przemyśleniami, zabawą słowem autora. Polecam.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to"Dziennik" zaczął Gombrowicz pisać, by dzielić się ze światem swoimi poglądami w sposób bardziej bezpośredni; komunikowane w sposób artystystyczny, poprzez powieści i dramaty, spotkały się one bowiem z dość powszechnym niezrozumieniem. To jednocześnie zapis nieustających zmagań tego jedynego w swym rodzaju pisarza ze sobą i ze światem.
Powraca tu tematyka nieustająco nurtująca Gombrowicza i znajdująca bogaty wyraz w jego twórczości. Przede wszystkim wieczna walka z Formą, czyli gotowymi, bezrefleksyjnie przyjmowanymi wzorcami obyczajowymi czy intelektualnymi. Głosi Gombro klęskę ideologii, będąc zażartym kapłanem indywidualizmu i subiektywizmu. Pasjonuje go także starcie młodości ze starością, bez uznania stanu pośredniego, i motywowana głównie zazdrością (ale i niezrozumieniem) opresja tej pierwszej przez drugą.
"Pragnę was wykoleić [...] Wydobyć was z układu, w którym się znajdujecie, abyście znów doznali młodości i piękności, ale doznali inaczej..."
Ma więc Gombrowicz receptę na uzdrowienie ludzkości i wie niezachwianie, że jest to recepta najlepsza. Nie wątpiąc w swe recepty, nieustannie wątpi w siebie. Zjada go ambicja, dręczy go poczucie niedocenienia, martwi brak odzewu na jego prowokacje, złości go prostackie odczytywanie jego dzieł. Dusi się w swojej sytuacji emigranta i dusi się w swoim ciele, w swojej seksualności, którą również pragnąłby uwolnić spod dyktatu zmurszałych, arbitralnych kategorii.
Dość wysoki stopień samoświadomości, jaki udało mu się osiągnąć, wcale nie ułatwił mu życia - i jestem pewien, że nie ułatwił życia tym, którzy mieli z nim do czynienia. Bo też jego celem nie było życie łatwe, tylko życie twórcze. A na drodze życia twórczego długo stała zgrzebna, urzędnicza codzienność oraz brak odpowiedniej publiczności, zdolnej go pojąć i w następstwie hołubić.
Oto przed czytelnikiem staje w pełnej krasie niesamowicie inteligentny człowiek, którego irytacja i frustracja prowadzą niekiedy do generalizacji, niesprawiedliwych, powierzchownych sądów - a irytuje się on łatwo i często. A jednocześnie ile w "Dzienniku" życia! Jakże potrafią zaimponować choćby bezwzględne, genialne w swej celności metafory, stosowane tak do zjawisk, jak i do ludzi. Każdego oponenta zdolny jest usadzić, pomniejszyć tymi "dudkami", "hipopotamami", "kaktusami".
Jego zjadliwe, skrajnie autorytatywne minipamflety kwitujące pisarzy, mających zasadnicze znaczenie dla formowania się polskiej świadomości okresu I RP, pełne są błyskotliwych skojarzeń, ale zarazem dalekie od sprawiedliwego ujęcia ich dorobku. Programowy radykalizm to jednak również pewna Forma i chwilami Gombrowicz staje się jej zakładnikiem w takim samym stopniu jak ci, których krytykuje. I cóż za paradoks, że on sam - próbujący tchnąć życie w literaturę - ostatecznie dołączył do grona szanowanych i nieczytanych!
"Dziennik" to pasjonująca lektura, z którą musiałem się jednak mierzyć na raty. Nie dlatego, że jest to dziennik nietypowy, który powszedniość traktuje po macoszemu, a skupia się na istotniejszych, oderwanych od niej problemach - choć tak jest w istocie - tylko dlatego, że neurotyczna, egotyczna osobowość Gombrowicza działa mi na nerwy i musiałem od niej co jakiś czas odpoczywać.
Zastrzegam przy tym, że autor nie jest mi obcy jako filozof kultury - jego intelektualna przekora bardzo mi odpowiada - ale jest mi obcy jako człowiek. Bo choć w wielu obszarach moje poglądy żeglują w podobnym kierunku co poglądy Gombro, nie mam jego radykalizmu, zawsze skłonny jestem zatrzymać się wcześniej. Być może to, co zwykłem z dumą określać jako rozsądek, bywa niekiedy tchórzostwem.
"Dziennik" zaczął Gombrowicz pisać, by dzielić się ze światem swoimi poglądami w sposób bardziej bezpośredni; komunikowane w sposób artystystyczny, poprzez powieści i dramaty, spotkały się one bowiem z dość powszechnym niezrozumieniem. To jednocześnie zapis nieustających zmagań tego jedynego w swym rodzaju pisarza ze sobą i ze światem.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPowraca tu tematyka nieustająco...