Matei Brunul

Okładka książki Matei Brunul
Lucian Dan Teodorovici Wydawnictwo: Amaltea, Oficyna Wydawnicza ATUT literatura piękna
403 str. 6 godz. 43 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Tytuł oryginału:
Matei Brunul
Data wydania:
2014-01-01
Data 1. wyd. pol.:
2014-01-01
Liczba stron:
403
Czas czytania
6 godz. 43 min.
Język:
polski
ISBN:
9788393467228
Tłumacz:
Radosława Janowska-Lascar
Średnia ocen

                7,7 7,7 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Matei Brunul w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Opinia społeczności i

Matei Brunul



książek na półce przeczytane 962 napisanych opinii 470

Oceny książki Matei Brunul

Średnia ocen
7,7 / 10
82 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
309
306

Na półkach:

Po prostu wciągnęła mnie ta opowieść. Zafascynował styl autora, sposób, w jaki opowiada tę historię. Książka traktuje o czymś więcej niż tylko o komunistycznych więzieniach, o wiele więcej. Mówi o zapominaniu i o sztuce, a lalkarz staje się swego rodzaju alegorią człowieka, który paradoksalnie zdaje się nie mieć praktycznie żadnej kontroli nad własnym życiem, tracąc wspomnienia, a tym samym przeszłość.
Mówiąc najogólniej, jesteśmy świadkami gęstej, mrocznej prozy, która rekonstruuje stalinowski reżim ustanowiony w Rumunii w latach pięćdziesiątych XX wieku, a jednocześnie prozy miejscami przesiąkniętej czułymi i emocjonalnymi momentami dotyczącymi głównego bohatera. Niezwykła to mieszanka brutalności i czułości, która przenosi czytelnika na mroczne wyżyny historii, a także w głąb ludzkiej świadomości.
Nie ma tu prawdziwych bohaterów ani złoczyńców, są tylko ludzie próbujący żyć w stanie permanentnego dysonansu poznawczego.

Po prostu wciągnęła mnie ta opowieść. Zafascynował styl autora, sposób, w jaki opowiada tę historię. Książka traktuje o czymś więcej niż tylko o komunistycznych więzieniach, o wiele więcej. Mówi o zapominaniu i o sztuce, a lalkarz staje się swego rodzaju alegorią człowieka, który paradoksalnie zdaje się nie mieć praktycznie żadnej kontroli nad własnym życiem, tracąc...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

340 użytkowników ma tytuł Matei Brunul na półkach głównych
  • 247
  • 90
  • 3
76 użytkowników ma tytuł Matei Brunul na półkach dodatkowych
  • 41
  • 10
  • 9
  • 5
  • 4
  • 4
  • 3

Inne książki autora

Lucian Dan Teodorovici
Lucian Dan Teodorovici
Rumuński pisarz i scenarzysta.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Bębny nocy. Studium Miljenko Jergović
Bębny nocy. Studium
Miljenko Jergović
Zaczyna się od daty. Jest 12 czerwca 1914 roku, jest i Sarajewo i on, Josip Gubernik, który przyjeżdża do domu dwóch kobiet. Kto to on? – pytasz dziwną formą. Kto to one? I w ogóle o co chodzi, bo nic nie jest jasne w tym początku. Po paru stronach dopiero zaczynasz orientować się w tym słownym chaosie i miejscu lecz w osobie Josipa jeszcze nie. Co do jego persony musisz obuć się w cierpliwość, bo nikt, kto zjawia się ot tak, nagle, niby znikąd, nie daje się szybko poznać. Nawet Josip, któremu tak szybko zaufały one dwie. Josip to ktoś z mgły prawie, a fakty z jego życiorysu wysupływać będziesz, jak guziki rozrzucone w stogu siana. Josip tak dobry i pokorny, a tak tajemniczy jednocześnie. Josip, magnetyczny ktoś, kto jest i kto obrasta domysłami już po paru dniach obecności w tym miejscu. Ktoś, kto budzi uśpioną dotąd ciekawość. Domyślasz się, że mama Josipa była utalentowaną skrzypaczką, która swój talent odłożyła wraz z pojawieniem się na świecie synka. Wszystko wokół niej organizował mąż, który wierzył i w nią i w syna też. Chciał by żona kwitła, a ona? Ona nikła w domu i gasła w czterech ścianach nie mając chęci na nic, na muzykę szczególnie. Dlatego ten jej odłożony talent i skrzypce musiały się gdzieś ujawnić i ponownie wyjść na światło dzienne. Żadna rzecz przecież tak szybko nie tonie, zwłaszcza zrobiona z dobrego drzewa. I mijają lata i oto on, syn, Josip, podczas niedzielnego obiadu oświadcza, że będzie studiował leśnictwo. „Lasy są starsze od prawa i filozofii. Starsze są od człowieka i od wszystkiego, co człowiek zna”. Latami śmiali się później z tych wydarzeń przy niedzielnym obiedzie. Każdy z ich śmiechów przy tych talerzach sprzed lat był śmiechem dla siebie, różnym w uczuciach i przyczynach, ale jednak śmiali się razem. Byli szczęśliwą rodziną. I tak powstało dziecięce marzenie, które razem z Josipem dorastało, przekształcało się i zmieniało – jak, dojrzewając, zmienia się każdy człowiek – i nie opuściło go nigdy. W Bośni badał jawor falisty – dlaczego? Chciał zrobić dla matki skrzypce o piękniejszym brzmieniu niż te, które skłoniły ją do płaczu. Szukał go – jaworu idealnego, jaworu wręcz matczynego, którego przywróci do życia. Jaworu, którego dotknie, pogładzi i przytuli. Ale, ale… Kim w ogóle był Josip? W powieści ciągle pojawiają się znaki zapytania, bo nikt nie wie, czy istniał naprawdę, czy był jedynie wymysłem i urojeniem ludzkiego zwodniczego umysłu. Jawi się jako dobroduszny idealista, lunatyk zakochany w co porannym nakręcaniu zegarka, czy obserwacji Siniority. Jawi się jako dobry ojciec, czuły poeta i wrażliwy nauczyciel. Jawi się jako marzyciel zakochany w uczennicy, która stoi u drzwi pokoju i boi się do niego wejść. A, pokazuje on, nauczyciel. B, na drugi dzień… M, parę tygodni później. Ona, uczennica u drzwi, wystraszona, nieświadoma swego piękna analfabetka. I on, zakochany, niespełniony nauczyciel z alfabetem na podorędziu. Pokazuje jej jawor i deseczki jednakowej długości i szerokości – zawsze z odległości. Siniorita patrzy i boi się, a on rozum traci. Dziś miałaby zdiagnozowaną neurastenię, lecz wtedy była inna – miała inny świat, który zachwycał tych, co chcieli go poznać. Jak Josip, który kochał ją na swój sposób – śnił o niej, że ucieka, jak duch z jego pokoju. Że była koło niego z dłonią nad jego twarzą i tylko powietrze zachowało pamięć o niej. Ale jest jeszcze jawor, powyginany z obwisłymi gałęziami i rzadkimi liśćmi. „Doskonałość tkwi w zniekształceniu i odstępstwie od normy, a nie w harmonii i symetrii, w boskim triumfie gatunku”. Jawor i ona – niepoznane tajemnice, które zachwycają Gubernika. „Człowiek jest głupi, mówił, gromadzi pieniądze, złoty dukat do złotego dukata, i to złoto w końcu przerośnie go i przeżyje. A po co mu to w grobie? Biedak za życia nie widzi ani grajcara, bogacz się męczy, zbiera złoto, trzyma je pod podłogą, a potem umiera i nawet nie zdąży go wydać. Komu jest gorzej – biednemu, czy bogatemu? Źle jest jednemu i drugiemu. Najlepiej by było, gdyby się jakoś udało, umrzeć minutę po wydaniu ostatniego grosika”. Nie ciekawi go majątek, sława, bycie pomnikiem za życia. Nieznany jest jego wygląd, majaczy jego twarz i sylwetka cała. To człowiek nowych czasów, żywego umysłu, dzikiej, anarchicznej wyobraźni i wewnętrznej siły psychicznej. Jest kamienną bryłą do samodzielnego wyrzeźbienia. Olbrzym z przyszłości, który umyka ku przyszłości. Oczy stare jak żółw, czasem młode, jak u chłopca. Oczy bezbarwne, jak toń wody. Oczy bez dna i życia. I pytasz, czy on, czy Josip G. żył? Czy Seniority żyły? Gubernik pakuje rzeczy, nie pisze o rozstaniu z Senioritą. Słowa rozsypały się, jak drobinki piasku na wietrze. Czy ta historia miłosna miała miejsce? – dociekasz. Czy to tylko utkana przez nas, marzycieli i czytających historia kogoś kto mógł być? Czy to bohater, czy nikt? „Bębny nocy” to taniec słów i myśli i słów i palców... i twarzy... i znowu kogoś u boku. Zachwycasz się osobą i odrywasz od kart historii i ulatujesz gdzieś w 1919 rok. Uczysz się liter stojąc z zatrwożeniem czytelniczym u progu pokoju i patrzysz na nauczyciela - na Josipa, który jawi ci się wielki, jak Mikołaj Car z ogromną brodą i łapskami, jak łopaty. Marzysz i roisz też i sam już czytelniczo nie wiesz, co jest prawdą wyczytaną, co jest teorią utkaną nieświadomie przez twoją wyobraźnię. Ale czy to ma jakiekolwiek znaczenie? Znaczenie ma ta przygoda i to uniesienie ciała ponad ziemię. Znaczenie ma to, co się z tobą podczas lektury dzieje i to, co czujesz. A czujesz tak wiele…
Agnesto - awatar Agnesto
ocenił na 7 1 rok temu
Medgidia, miasto u kresu Cristian Teodorescu
Medgidia, miasto u kresu
Cristian Teodorescu
Gdybym napisał, że książka Cristiana Teodorescu to sympatyczna wyprawa w przeszłość, wyrządziłbym jej krzywdę (bo ktoś mógłby uznać, że skoro tak, to szkoda na nią czasu). Poza pierwszym wrażeniem, że mamy do czynienia z rozpisaną na wiele głosów opowieścią o rodzinie, przyjaciołach, miłości i nienawiści (a przy okazji i o prowadzeniu kolejowej knajpy), dostajemy porywającą historię zmieniającego się kraju. Kraju reprezentowanego w powieści przez Medgidię, miasteczko, w którym jak w soczewce skupia się wszystko to, co dla każdego jest najcenniejsze. I to bez względu na pochodzenie i narodowość. Z humorem absolutnym, łatwością tworzenia dziesiątków fabularnych nici, które wdzięcznie przeplatają się ze sobą, Teodorescu wrzuca mieszkańców pod nadciągający walec historii. A wojenna przeszłość Rumunii nie jest „prosta” i trudno ją porównywać z naszą, rodzimą. Więcej tu zawirowań i zwrotów przymierzy i co się z tym wiąże – następujących po sobie klęsk i sukcesów, niż czasów, w których przeważała jedna tylko opcja. I choć koniec zawieruchy jest znany (Rumunia ostatecznie trafia do komunistycznego bloku) zamieszkujący Medgidię muszą zmierzyć się z kolejną zmianą – tym razem na gorsze. Śledzimy karierę restauratora Stefanka oraz jego licznych podbojów miłosnych, pracującego kiedyś w Orient Expressie kelnera Januszka i towarzyszymy wojskowym manewrom majora Scipiona. Nie zabraknie miejsca dla lokalnego sędziego, przepięknej Żydówki, zatrudnionych w domu schadzek (do którego wali oknami połowa męskiej części miasteczka) dziewczyn, a jeśli Wam mało, usłużnie donoszę, że to nie wszystko. Sporo w powieści Teodorescu „czeskiego humoru”, przez co „Medgidię” odbiera się jako prozę znajomą, pochodzącą z „naszego” literackiego podwórka. A jednocześnie to cudowny zapis czasów minionych, konglomeratu wyznań, zwyczajów i wielonarodowej kultury, która wypełniała rumuńską prowincję. To zaprzeczenie stereotypom, które gdzieś ciążą pod kopułą. Autorowi udało się ożywić całą społeczność, nadać jej setki odcieni i barw, wypełnić swą opowieść zapachami i hałasem miasteczkowych uliczek i wołaniem muezina. To naprawdę wspaniała lektura, którą polecam z całych sił. Czytajcie!!
Marcin Masłowski - awatar Marcin Masłowski
ocenił na 8 4 miesiące temu
Widziałem ją tej nocy Drago Jančar
Widziałem ją tej nocy
Drago Jančar
Krótka, lecz znakomita powieść słoweńskiego autora. Historia siedmiu lat życia pewnej kobiety, pokazana z punktu widzenia pięciu osób, z których na pewno dwie ją kochały (w tym jeden tak, jak mężczyzna kocha kobietę), a dwóch następnych narratorów jej pożądało. Zaś piąta (przedostatnia w książce) na pewno bardzo lubiła i ceniła. Każdy z rozdziałów ma jednego narratora, pierwszoosobowego i zaangażowanego emocjonalnie, z drugiej strony czerpiącego wyłącznie z własnej wiedzy, doświadczenia i spostrzeżeń. A zatem każda z nich wiedziała w sumie mniej, niż czytelnik po przeczytaniu już drugiego rozdziału. Dramatis personae to bohaterka, jej mąż, a także wprowadzający w fabułę kochanek, matka, niemiecki lekarz, gospodyni rezydencji oraz służący – partyzant. Miejsce akcji to przede wszystkim Słowenia, Lublana i Maribor oraz zamek w Górnej Krainie (Gorenjska), w czasie wojny przyłączonej do Niemiec z krótkim epizodem w południowoserbskim mieście Vranje (znanym z dzieł Borisava Stankovicia). Zatem od roku 1938 do 1941 roku jest to Królestwo Jugosławii a później, do końca wojny, tereny okupowane przez Niemcy. Każdy z narratorów pochodzi z innego środowiska i żywił nieco inne uczucia do pięknej i niezależnej Veroniki, kobiety przyciągającej uwagę wszystkich, nie tylko urodą, ale przede wszystkim osobowością. I każda z tych historii jest w pełni wiarygodna, powoli odsłaniając przed czytelnikiem losy bohaterki. Ona nie mówi o sobie nic, ale dominuje nad treścią książki i życiem wielu przedstawionych w niej postaci. W męskim czytelniku wzbudza fascynację oraz - chociaż to nie jest łatwe – sympatię i nie tylko. To na pewno powieść o miłości, ale nie tylko. To książka o kobiecie i jej roli w ówczesnym społeczeństwie, o ludzkich namiętnościach, o wojnie i o tym jakie postawy wyzwala w ludziach, o łatwości osądzania i karania ale i o ludzkim strachu i niewdzięczności. Realistyczna, z doskonale wyważonymi proporcjami pomiędzy tematyką, sposobem jej opisania i językiem, portretami postaci oraz w pewnym stopniu przesłaniem, a właściwie tym, co pozostawia w czytelniku po zakończeniu lektury. Ani jednego zbędnego i ani jednego brakującego słowa czy zdania. Przeczytane w ramach majowego wyzwania – książka z wątkiem miłosnym.
Aguirre - awatar Aguirre
ocenił na 10 10 miesięcy temu
Rivers of Babylon Peter Pišťanek
Rivers of Babylon
Peter Pišťanek
Bardzo ciekawa i bardzo dobra książka. Taka, która robi wrażenie – i to nie dlatego, że jest przyjemna, tylko dlatego, że jest bezczelna, brudna, momentami obrzydliwa, a jednocześnie zaskakująco trafna. Tu nie ma ładnego świata. Jest przemoc, alkohol, seks, smród, szarość, moralny rozkład. Jest język paskudny, soczysty, dosadny – momentami wręcz agresywny. I on dokładnie taki ma być, bo ten świat innego języka by nie udźwignął. Pišťanek niczego nie wygładza, nie próbuje robić z bohaterów łobuzów z zasadami. To są ludzie prymitywni, chciwi, brutalni, często odpychający. I przez to strasznie prawdziwi w tym, co autor chce pokazać. Najmocniejsze w tej książce jest to, że pod całą warstwą brudu i groteski kryje się doskonała karykatura rodzącego się kapitalizmu. Świata, w którym nagle wolno wszystko, więc wygrywa ten, kto jest najbardziej bezwzględny, najbardziej pozbawiony hamulców. Kariera Rácza nie jest tu historią od zera do bohatera, tylko raczej „od zera do potwora” – i to potwora, którego ten system wręcz potrzebuje. Czyta się to z mieszanką rozbawienia, obrzydzenia i niepokoju. Bo to bywa śmieszne. Bywa absurdalne. Bywa przerysowane. Ale jednocześnie bardzo często uderza myśl: kurczę, to wcale nie jest takie dalekie od rzeczywistości. Ta książka pokazuje, jak cienka potrafi być granica między sprytem a bandytyzmem, między przedsiębiorczością a zwykłą przemocą, między sukcesem a moralnym dnem. Dla mnie to jedna z tych historii, które bardziej się przeżywa niż lubi. Nie ma tu postaci, którym się kibicuje. Raczej takich, którym się przygląda z rosnącym zdumieniem i lekkim niesmakiem. Ale właśnie dlatego zostaje w głowie. Zaskakuje, robi wrażenie, momentami męczy, ale jednocześnie wciąga. Zasłużone 8/10 – za odwagę, za styl, za bezlitosne pokazanie świata, który wcale nie jest tak daleko od naszego. Za książkę, która nie głaszcze, tylko brudzi ręce czytelnikowi. I zmusza, żeby chwilę po niej pomyśleć.
Antares - awatar Antares
ocenił na 8 2 miesiące temu
Jezioro Bianca Bellová
Jezioro
Bianca Bellová
Tak to się jakoś w literaturze składa, że bohater powieści zazwyczaj musi przejść drogę, dokonać w sobie przemiany. Bywa to droga wyłącznie metaforyczna, czasem fizyczne pokonanie przestrzeni z miejsca A do miejsca B. Zdarzają się też wycieńczające podróże „tam i z powrotem” i przykładem tego ostatniego rodzaju lektury jest JEZIORO, współczesna czeska powieść, laureatka Nagrody Literackiej Unii Europejskiej oraz Magnesia Litera. Autorka dba o to, aby czytelnik wraz z główną postacią kolekcjonował na bieżąco gorzkie doświadczenia, hartował duszę i ciało (a także wrażliwość, bo niektóre sceny sugestywne są w swojej brutalności), obserwował barbarzyńskie działania rosyjskiego reżimu i degradację środowiska naturalnego przez człowieka. Nad całą historią unosi się Duch Jeziora, wprowadzający pojedyncze elementy realizmu magicznego (tego zabiegu akurat nie jestem fanką, ale książka jako kompletny koncept się broni). Czyta się szybko, polecam zajrzeć do niej w wolnej chwili. Po śmierci dziadków Nami zostaje sierotą, a rodzinny dom przejmuje kierownik kołchozu. Podobno gdzieś żyje matka chłopca, nie pozostaje mu więc nic innego, jak wyruszyć na jej poszukiwania. Nami dojrzewa, zawiera znajomości, które warunkują dalszą wędrówkę. Centralny punkt krajobrazu stanowi wysychające jezioro, wzorowane na Jeziorze Aralskim jako przykładzie bezwzględnego i nieprzemyślanego traktowania świata przez człowieka. --- Ania https://www.instagram.com/double.bookspresso/
double_bookspresso - awatar double_bookspresso
ocenił na 7 8 dni temu
Sprzedawca początków powieści Matei Vișniec
Sprzedawca początków powieści
Matei Vișniec
Książka, która w sumie budzi mieszane uczucia. Autor, mieszkający na co dzień w Paryżu, uczynił jej niejako bohaterem swoje alter ego – rumuńskiego pisarza we Francji. Rzecz stara jak … Rumunia, bo wszak i nad Sekwaną głównie tworzył nieśmiertelny tercet Eliade, Cioran, Ionesco, przywoływany w tekście kilkukrotnie jako rumuńska eksportowa trójca twórców kultury (piszących jednak głównie po francusku) To widać i u Mateia Vișnieca. Otóż autor, jakby wbrew własnym spostrzeżeniom zawartym w drugiej części książki, czuje się w obowiązku zakotwiczyć w głównym nurcie literatury europejskiej i światowej, jakby nie wierząc w wartość własnej wyobraźni. Posiłkuje się zatem schematami zapożyczonymi m.in. z grupy OuLiPo i odnosi wciąż do wielu dzieł klasyki. Czyli taka meta-twórczość – odnoszenie się do innych, zarówno wprost (tu np. Camus, Kafka), jak i poprzez nawiązania konstrukcyjne (chociażby powieści w powieści czy cały czas ten sam krąg postaci w wielu wątkach). Na pewno wpływ na to ma fakt, że Matei Vișniec jest znany przede wszystkim jako dramaturg, co w sumie widać w konstrukcji powieści. Na szczęście powieść rozwija się i autorskie koncepty z drugiej części wynagradzają czytelnikowi poczucie tkwienia wciąż w znanych schematach. Absolutnie znakomite są zarówno sceny rozgrywające się w Rumunii i dotyczące tego kraju (zarówno z udziałem bohatera – jaki bez), jak i wątek z mieszkającym w USA bratem i jego postawą, charakterystyczną dla nowej, wybranej ojczyzny. W usta postaci nr 2 w książce, czyli Guy Courtois, autor włożył ponadto celne przemyślenia, dotyczące różnic pomiędzy literaturą europejską i amerykańska oraz przyczyny tychże. Widać wspaniałe poczucie humoru rumuńskiego pisarza. z elementami ironii i sarkazmu. Wyobraźnia i kreatywność autora w pełni dorównują cytowanym klasykom, a jego pomysły też im nie ustępują. Nie potrzebuje on więc żadnych odniesień do uznanych twórców, by stworzyć działa wybitne. Ale cóż – to już zapewne taki kompleks twórców z tej części Europy. Szkoda. Książka bardzo dobra, aczkolwiek poniekąd smutna ze wzmiankowanych przyczyn. Tym niemniej autor wart kolejnych lektur a także inscenizacji. Oby ktoś przetłumaczył i wydał u nas jego twórczość dramatyczną.
Aguirre - awatar Aguirre
ocenił na 8 10 miesięcy temu
Złoty latawiec Dezső Kosztolányi
Złoty latawiec
Dezső Kosztolányi
Sándor Márai tak pisał o Dezső Kosztolányi w swojej eseistycznej powieści „Ziemia! Ziemia!”, w której żegnał się na zawsze ze swoimi ukochanymi Węgrami: cyt.: „ wiedział, że pisać można tylko w stanie ekstazy, w transie, lecz jednocześnie z pełną determinacji świadomością, jak matematyk budujący równanie wyższego stopnia. Napisał kiedyś , że arcydzieło musi być zaplanowane jak zbrodnia. I każdego dnia popełniał kilka takich większych i mniejszych zbrodni.” Niezwykłe wręcz uznanie, jakim jeden pisarz jest w stanie obdzielić drugiego. „Pistolet wystrzelił”– tak rozpoczyna swoją powieść Dezső Kosztolányi „Złoty latawiec” wydaną po raz pierwszy drukiem w 1925 roku, której akcję umieścił w niewielkim, prowincjonalnym miasteczku Sárszeg, zagubionym gdzieś na obrzeżach Cesarstwa Austro-Węgierskiego na przełomie wieków. Co ciekawe, Sárszeg jest również miejscem akcji jego wcześniejszej powieści „Ptaszyna”. I to pierwsze zdanie staje się zapowiedzią wydarzeń, które wstrząsną opinią publiczną tego niewielkiego miasta i zachwieją jego dotychczasowym porządkiem społecznym, w którym wszystko dotychczas działo się według utrwalonych od lat schematów. Za pozornym spokojem i rutyną codzienności kryją się problemy, których nikt nie zauważa, przemoc i agresję powstrzymują jedynie sztywne konwenanse. Powieść o wielu znaczeniach, symbolice i różnorakich możliwościach interpretacyjnych. Melancholijna i nostalgiczna opowieść o świecie, który odchodzi, jest jednocześnie zapowiedzią nadchodzących zmian. Nie mylił się Sándor Márai w ocenie autora „Złotego latawca”, to znakomity pisarz i znakomita powieść.
Sławek - awatar Sławek
ocenił na 7 1 miesiąc temu
Hana Alena Mornštajnová
Hana
Alena Mornštajnová
Czy jest wśród nas ktoś, kto nigdy nie zastanawiał się nad tym, jak wyglądałoby jego życie, gdyby pewnego dnia zrobił coś innego, niż zrobił? Gdyby nie wyszedł tego dnia z domu, nie wszedł do kawiarni „Kameralna”, nie wsiadł do autobusu nr 64, nie zapomniał zadzwonić itp. Co by było gdyby? W historii opowiedzianej przez Alenę Mornštajnovą jest wiele takich wątpliwości. Gdyby Hana nie zakochała się w Jaroslavie, gdyby nie odłożyła listu do kieszeni płaszcza, gdyby Mira nie poszła pewnego mroźnego dnia nad rzekę. Co stałoby się z rodziną Elsy Helerovej, z Haną, z Rosą? No tak, ale w tym momencie mógłby wtrącić się natychmiast głos polemiczny z argumentem, że należałoby zacząć od tego, co by było gdyby nie wybuchła wojna, gdyby Niemcy nie napadły na Czechosłowację, wówczas rozważania nad niewysłanym listem nie miałyby najmniejszego sensu. Mira mówi: „Mojego imienia nie ma wśród wykonanych w złocie napisów na nagrobku tylko dlatego, że czasami opłaca się być niegrzeczną i bezczelną. Jeśli się z tym nie zgadzasz, nie czytaj dalej” [1]. Nie jestem pewna czy się z tym zgadzam, albo inaczej - zgadzam się z tym, że faktycznie „czasami”, więc czytam dalej. „Hanę” Aleny Mornštajnovej odłożyłam z przekonaniem, że po raz kolejny przeczytałam świetną powieść o tym, że życie jest niesprawiedliwe, że ludzie są dla siebie okrutni, a szczęśliwych zbiegów okoliczności jest znacznie mniej niż tych fatalnych. I po raz kolejny gratuluję sobie zasady nie zagłębiania się w opisy książek, recenzje i noty wydawcy przed lekturą. W tytule pierwszej części przeczytałam: „Ja, Mira 1954-1963” i czułam się bezpiecznie, nie podejrzewałam, że będę zmuszona cofnąć się w czasie razem z bohaterkami do okresu Holocaustu, do Terezinstadt, a nawet do Auschwitz. To dobrze, że nie wiedziałam, bo pewnie świadomie nie zdecydowałabym się na tę lekturę i miałabym czego żałować. Uprzedzam, „Hana” to emocjonalne wyzwanie. Akcja powieści podzielona jest na trzy części rozgrywające się w latach 1954-1963, 1933-1945 i 1942-1963, ale tylko jedna z jej kobiecych bohaterek jest obecna we wszystkich trzech okresach i właściwie wszystkie wydarzenia prowadzą do rozwikłania jej osobistej historii. Mirę, najmłodszą z nich poznajemy najwcześniej - w pierwszej części (w lutym 1954 roku) - ma wówczas 9 lat. Jej rodzina to mama - Rosa, tata, siostra Dagmarka, brat Otik i ciotka Hana. Rosa obchodzi swoje 30 urodziny i nikt się nie może spodziewać, że ten dzień wszystko zmieni w ich życiu. Gdyby Mira nie zasłużyła tego dnia na karę za kłamstwo i niebezpieczną zabawę na pokrytej krą rzece, zakończoną kąpielą w lodowatej wodzie, to być może cała historia skończyłaby się inaczej. Jeszcze gorzej? Jak potoczyły się losy Miry? Kim były siostry Rosa i Hana? Czuję, że nie powinnam zdradzać nic więcej. Czechosłowacja z lat przedwojennych i podczas II wojny światowej, a na podstawie losów członków jednej rodziny uniwersalna prawda o ludziach, niestety wciąż aktualna. Może trzeba więcej takich rozdzierających książek, żeby nie zapominać. A przecież sama tak bardzo nie chciałam już czytać o wojnie, Holocauście, o Auschwitz, bo przecież tyle już książek, tyle obrazów, które trudno zapomnieć, tyle przykrych i bolesnych opowieści. „Radzono mi, że powinnam zapomnieć, bo nie chciano słyszeć tego co mogłabym opowiedzieć” [2] [1] „Hana”, Alena Mornštajnová, tłum. Tomasz Grabiński, wyd. Amaltea, Wrocław, 2019, s.8. [2] Tamże, s.287. Recenzja zamieszczona również na innym portalu czytelniczym.
Iksja - awatar Iksja
oceniła na 8 7 miesięcy temu
Palinka. Prozy z Banatu Matěj Hořava
Palinka. Prozy z Banatu
Matěj Hořava
Matej Horava, Czech z Moraw, przebywając w rumuńskim Banacie tęskni, choć na to wygnanie skazał się sam. Pejzaże wzgórz Banatu, tak różne od łagodności jego ojczystej ziemi, prowokują do wspominania, nasuwają raz za razem obrazy z przeszłości. Autor nawet umyślnie ich nie szuka, jest od tego bardzo daleki, to one go znajdują i nagle zjawiają się jak nieproszone, a wraz z nimi nostalgia, wyraźnie przez nas wyczuwana. Opowiadania w tym zbiorze są niedługie, niektóre króciuteńkie jak mgnienie oka, ot, impresyjki, łaskoczące przez chwilę powiekę zanim umkną znów, spłoszone przypadkowym dźwiękiem. Wczoraj i dzisiaj spotykają się wpół drogi i okazuje się, że wiele je łączy i do siebie przywołuje. Nic tu nie jest statyczne, niemrawe, wprost przeciwnie, zarówno obserwowane na bieżąco zjawiska, obiekty, osoby, jak i te przywoływane wspomnienia żyją, oddziałują, będąc w ciągłym ruchu. O części z nich można rzec: gwałtowne, nieposkromione, jak ogień i jego wzlatujące w górę iskry, czy te z rozpalanych w dzieciństwie ognisk, czy dającego obecnie ciepło i poczucie przytulności pieca, albo z płonących gwałtownie zboczy, które są jak „ocean płomieni przetaczający się po grzbietach wzgórz, celowo rozniecony przez ludzi, a jednak nie do opanowania…” A ile wokół barw, wręcz feeria kolorów, nie dająca odpocząć oczom, tworząca impresjonistyczne złudzenie przenikania plam, nakładania się na siebie fal świetlnych, które rzutują nie tylko na jeden zmysł wzroku, ale na wszystkie zmysły, wprawiając je w pomieszanie. Jak to jest z tymi migawkami z dzieciństwa, że pojawiają się z wszystkimi ulotnościami, znów pachną, brzmią, barwią się zupełnie jak niegdyś, w każdym szczególe. „Jesień, wiatr, pamięć, altanka, której pewnie od dawna nie ma; liście, które uległy rozkładowi, a przecież nigdy nie zginą; moje ręce maleją: dłonie są coraz mniejsze na tle czerwonego jaworowego liścia; a wiatr słucha, wiatr mnie słucha, wichrzy liście na moim zboczu: dawne liście z północy Czech, pochłonięte przez dzisiejszy banacki wiatr…” Autor nie tylko przywołuje obrazy, on na chwilę znów staje się tamtym małym chłopcem z płonącymi jesienną czerwienią liśćmi jawora w drobnych dłoniach. Rumuńska wieś, czeska wieś, tak inne przecież, ale obie odmalowane sensualnie, zmysłowo. To zasługa pióra autora, ale przecież oddaje on to, co go zachwyciło, co zostawiło odciśnięty ślad, który nie tylko nie wyblakł po latach, ale odżył z dawną mocą, jakby tylko wybudził się z chwilowego snu. Gdy autor opisuje dojrzewanie śliwek w sadzie, to widzimy i czujemy ich wzrastanie, formowanie się wokół pestki, pęcznienie i słodycz wypływającego śliwkowego soku, słyszymy jak lekko uderzają o ziemię, zrzucone z gałęzi mocniejszym podmuchem. Nic, tylko schylić się i skosztować. W tej prozie jest poezja. Śliwki dobre na palinkę, palinka znakomita na tęskne wspominanie, a także na rozmowy z ludźmi i z samym sobą. I autor pisze: „Pokażą się gwiazdy; nadejdzie górski, wrześniowy chłód: będę siedział, może zapadnę w lekki sen; będę śnił; i będę pił palinkę…” Zapewne z tej pięknej prozy każdy wyciągnie parę smaczków tylko dla siebie, a więc ockną się z leniwego letargu kolejne powidoki, lekko zamglone przez czas, nasze własne. Wszyscy wszak byliśmy kiedyś dzieciakami ganiającymi po wiejskich łąkach, wdeptującymi z krzykiem w krowie placki i podkradającymi kurom jajka. Przynajmniej ci z nas, którzy mieli jeszcze okazję widzieć prawdziwą wieś. Żarliwa, poetycka, empatyczna proza z Banatu wgryzła się we mnie, a ja poddałam się jej bez reszty. Jest w niej coś przyciągającego, jakaś prawda najgłębsza z najbardziej wewnętrznego miejsca w sercu wyciągnięta i tam też trafiająca. Opisując naturę, chwyta jej esencję, mówiąc o człowieku, przegląda go na wskroś, znajdując to, co ważne, nawet jeśli trzeba sięgnąć głębiej. Czy to staruszki, matka i córka, nie do odróżnienia, czy też rodzina Wojnerów – „złote zęby w ustach, wychudłe, zniszczone twarze, niemal identyczne twarze; zawsze mnie zadziwiało, z jaką siłą rysy poprzednich generacji przenoszą się tu na kolejne pokolenie, modelując je precyzyjnie i nieodwołalnie na własne podobieństwo (…)” Autor lubi nawiasy, średniki i dwukropki. Początkowo to dziwi, później widzimy, że ma swoje uzasadnienie nie tylko w „widzimisię” autora. To złudzenie, jakby jedno zjawisko pociągało następne, połączone z nim, a zarazem rozszerzające o jeszcze więcej sensów, znaków. Z przecinkami, czy wręcz kropkami, rozdzielającymi tekst na pojedyncze zdania, zgubiłby on swój naturalny, jedyny odpowiedni rytm. Okazuje się, że w różnych rejonach świata można poczuć się całkiem swojsko: te same bzy i akacje, stada owiec na zboczach, jesienna, lekko stęchła wilgoć, dźwięk harmonijki o kolorowych klawiszach… Ujęło mnie bardzo wyczulenie autora na szczegół, nawet drobniutki. Któż potrafi jeszcze tyle niuansów wydobyć z głosów niosących się po podwórku sąsiada, albo z twarzy okolicznych ludzi? Najpierw przeanalizować ich wyjątkowość, aby pod koniec uogólnić, wprowadzić pod wspólny mianownik. Dzięki tym podobieństwom nie tak łatwo uciec przed tym, o czym chce się zapomnieć. W najmniej spodziewanym momencie, wystarczy niewielki bodziec wywołujący i na człowieka spada cała jego przeszłość, choć przecież wcale tego nie pragnie. Zamknąwszy „Palinkę” ma się wrażenie, że autor w pełni świadomie odsłonił przed czytelnikami to, co dla niego najważniejsze, najintymniejsze. Pozwolił nam się poznać, zawierzył szczerze swoje myśli, obnażył cały smutek samotności i beznadziejność ucieczki, spotęgowane jeszcze przez surowe banackie warunki i dystans, jaki zwykli utrzymywać mieszkańcy. Możliwe, że uczynił tak z pragnienia podzielenia się z kimś ciężarem, by ten choć trochę zelżał, być może chciał dodać nam otuchy, poczucia, że jeśli mamy podobnie, to nie jesteśmy jedyni. Mam nadzieję, że stojąc tam, „pod rozłożystą morwą (…) na rozdeptanych morwach…”, wiedząc że jego słowa poszły w świat, między ludzi, podniesie jednak głowę, a może nawet prześle lekki uśmiech – nie jest tak źle, zderzyliśmy się z własnym życiem, a teraz idziemy dalej. Książkę przeczytałam dzięki portalowi: https://sztukater.pl/
jazzwoman - awatar jazzwoman
ocenił na 9 2 lata temu
Od dwóch tysięcy lat Mihail Sebastian
Od dwóch tysięcy lat
Mihail Sebastian
Cyt.: „Książka albo cię druzgocze, albo cię unosi. W przeciwnym razie po co wydawać na nią pieniądze?” Mihail Sebastian, „Od dwóch tysięcy lat” „Od dwóch tysięcy lat” Mihaila Sebastiana a właściwie Iosifa Hechtera, rumuńskiego dramaturga i powieściopisarza pochodzenia żydowskiego, to wydana po raz pierwszy w 1934 roku powieść utrzymana w formie literackiego dziennika żydowskiego intelektualisty w okresie narastającego antysemityzmu. Europa po zakończeniu I Wojny Światowej zmieniła się, upadły imperia, tworzyły się nowe, narastały niepokoje społeczne na skutek wielkiego kryzysu który dotarł do Europy z Ameryki, wydawało się, że świat stoi na progu kolejnych wielkich zmian. Nastroje antysemickie tliły się w całej międzywojennej Europie by w końcu, pod koniec lat trzydziestych ogarnąć cały kontynent. Czy antysemityzm rumuński był inny niż niemiecki, francuski, polski czy węgierski? Oczywiście, różnił się skalą, zaangażowaniem aparatu państwowego i konsekwencjami. Każdy z nich miał inne przyczyny i niósł inne skutki, lecz tak naprawdę dla Żydów było to bez znaczenia. „Od dwóch tysięcy lat” to bolesne wyznanie młodego rumuńskiego intelektualisty pochodzenia żydowskiego, który stara się odnaleźć swoje miejsce w międzywojennej rzeczywistości ale też i znakomite zwierciadło burzliwej epoki, która zapowiada zmiany nowego porządku społecznego. Powieść na styku fikcji i pamiętnika rozpoczyna się wydarzeniami z grudnia 1922 roku, które w historii Rumunii znane są jako „początek ruchów studenckich przeciwko żydowskiemu elementowi” a pretekstem do nich był „numerus clausus”, czyli ograniczenia ilości młodzieży żydowskiej na uniwersytetach. Rozpoczęły się prześladowania, bicie, wyrzucanie z zajęć. To początek od którego autor próbuje zrozumieć, akceptować coś czego nie można zaakceptować i odnaleźć swoje miejsce w tym oszalałym świecie. To częściowa akceptacja żydowskiego losu, który porusza się w zaklętym kręgu od Kiedy? do Dlaczego?. Wiecznie uwikłany pomiędzy antysemityzmem a syjonizmem, zawsze obcy. Znakomite fragmenty relacjonujące burzliwe debaty ideologiczne, rozmowy z fanatykami i rewolucjonistami i próby zachowania własnej indywidualności. Ciągłe poszukiwanie równowagi pomiędzy dwiema tożsamościami – żydowską i rumuńską. Czy może istnieć harmonia pomiędzy tymi dwoma różnymi światami? Intymna, miejscami melancholijna spowiedź, na tle burzliwych wydarzeń definiujących rumuńską historię. Kronika rozpaczy, oporu i akceptacji.
Sławek - awatar Sławek
ocenił na 9 11 miesięcy temu
Świadek Ilja Mitrofanow
Świadek
Ilja Mitrofanow
Kolejne wybitne - po "Szatańskim pomiocie" - literackie świadectwo sowieckich rządów w zajętych krajach, tym razem w Besarabii, która pod wieloma względami jest nam równie daleka niczym Nowa Zelandia. A jednak mechanizmy znane nam aż za dobrze… U ich podstawy leży podstawowa zasada stalinowskiego imperium : „Zapamiętajcie raz na zawsze. Władza radziecka rządzi się prostymi prawami: kto nie z nami, ten przeciwko nam”. Choć trzeba uczciwie powiedzieć, że w tym przypadku nie dotrzymano słowa. W świecie przedstawionym szybko nadszedł taki czas, że nie liczyło się już, kto „za” a kto „przeciw”. Zresztą od początku zamiarem okupantów była - żeby rzecz określić eufemistycznie - zmiana struktury społecznej nowo zdobytego terytorium. Można to było wywnioskować zwłaszcza wtedy, gdy najważniejsza osoba wśród najeźdźców stwierdziła: ”Jednak niełatwo człowiekowi radzieckiemu w waszych stronach – westchnął – oj, niełatwo. (…) Człowiek radziecki ma w oczach entuzjazm i pragnienie wyczynów. A ty? (…) Musimy skręcić kark tej chorej psychologii!” Szybko okazuje się, co było najważniejszą winą wieloetnicznej społeczności Besarabii – oddanej Sowietom na mocy traktatu Ribbentrop Mołotow: „Wy tu - dodał – nie wiecie, co to bieda. Żadnej niedoli nie zaznaliście. Za dobrze się wam powodzi… Ale nic to. Przyjdzie dyrektywa, to w minutę wasze gniazdo kułackie skasuję”. No i dyrektywa przyszła… Zbrodniczy zamiar najlepiej dało się zrealizować, celowo doprowadzając ludzi głodem i niedostatkiem do zerwania więzi społecznych i do wybuchu, na który odpowiedź była stukrotna. Sam pogrom szczęśliwie nie jest opisany szczegółowo, a Autor wiele tu pozostawił domyślności. Najistotniejszy wydaje mi się zaś fakt, że główny bohater, cierpiący wszak jak i inni, umiał zachować człowieczeństwo nawet w tak strasznej chwili wobec kogoś z najeźdźców….. Poruszająca lektura. Szczególnie dla mnie ważna – skoro liczy się jak”, a nie tylko czy może nawet nie przede wszystkim: „co” - z powodu użytego przez tłumacza Aleksander Horodeckiego genialnie lekko archaicznego języka, przełamanego sowiecką nowomową. No bo jak oddać po polsku nieistniejący już besarabski dialekt rosyjskiego…. I takie cytaty: „Ludzie to nie piasek, różnią się. W jednym tylko są podobni. Każdy lubi siebie samego. A dokładniej mówiąc - swoje odbicie w lustrze”. „Jedno mnie zawsze dziwiło. Zacznie mówić, i po chwili wydaje ci się, że nie tuż obok stoi, tylko zza czerwonego pudła słowa z gazety odczytuje”. „Drzwiami trzasnął - niczym z karabinu strzelił”. „Rozmowami swoje dusze rozgrzewali. Maj był na dworze. Ale przez żołądki nierozgrzane i tak wszystkim zimno było”. „Mgła, ciężka surowa mgła, gęsty, w jedno ciało splątany tłum ludzi przykrywała. Nie widać było drzew ani chat. Ziemia dudniła pod nogami: jedne w butach, inne w postołach, jeszcze inne na bosaka. W oczach aż się ćmiło od tego pędu gorącego”. „W nocy nie zmrużyliśmy oka. Światła samochodu sunęły miastem bez chwili wytchnienia z jednego końca na drugi. Strzały słyszeliśmy. Całą noc strzelali, do rana”. „Puchli ludzie z głodu, nie trzeba było nawet amunicji na nich tracić. Ale tracili. Wedle paragrafu”. PS I znów znakomite wydanie Claroscuro - oficyny, która obdarzyła nas m.in. Siergiejem Lebiediewem, najważniejszym chyba autorem Posowiecji.
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na 8 1 rok temu
Rozświetlona jama. Dziennik sanatoryjny Max Blecher
Rozświetlona jama. Dziennik sanatoryjny
Max Blecher
Rumuńska kultura intelektualna to w świadomości przeciętnego odbiorcy: Cioran, Ionesco i Eliade. Okazuje się jednak, że tę krótką listę należy uzupełnić o postać Maxa Blechera. Na autora natknąłem się przy okazji mojej fascynacji Schulzem. Rzeczywiście: dużo tych twórców łączy. Żydowskie korzenie, względna bliskość geograficzna i pokoleniowa (pierwsze dekady XX wieku), ale przede wszystkim doświadczenie alienacji, znajdujące wyraz w poruszających tekstach, w których samotność szuka azylu w surrealistycznym świecie wyobraźni. Proza Blechera jest przy tym bardziej cielesna, co wynika z faktu gruźlicy kręgosłupa – choroby, która na dziesięć lat uwięziła go w łóżku. "Dziennik sanatoryjny" stanowi przejmujące świadectwo człowieka skazanego na powolną śmierć. Cierpienie przydaje jego refleksjom i wizjom tajemniczej głębi. Konwencja oniryczna prowadzi do Kafki czy Schulza, zaś specyfika pobytu w sanatorium uruchamia skojarzenia z "Czarodziejską górą" Manna. Blechera warto czytać z uwagą i współczuciem. Bardziej jeszcze niż w "Rozświetlonej jamie" (zapiskach wydanych po śmierci autora) jego tragedia wybrzmiewa w "Zabliźnionych sercach", powieści, którą zdołał opublikować pod koniec swego krótkiego życia. Na kartach tego utworu spotykamy bohatera, który wyczerpany chorobą staje się egocentrykiem manipulującym najbliższym otoczeniem. Skarby rumuńskiej literatury wciąż są dla polskiego czytelnika odkrywane. Ostatnio ukazały się tłumaczenia tekstów Mircei Cărtărescu. Być może i z tym autorem warto się zapoznać.
Wojtek Kusiński - awatar Wojtek Kusiński
ocenił na 7 1 miesiąc temu
Tango śmierci Jurij Wynnyczuk
Tango śmierci
Jurij Wynnyczuk
Oszesztybożenkodroga! Co to było? Nazywana jedną z najważniejszych ukraińskich powieści ostatnich lat „Tango śmierci” Wynnyczuka potrafi powalić na kolana i powala. Może nie nazwał bym tego knockdownem, ale knockout zaliczony. Sięgając po kilka okresów czasowych Wynnyczuk przybliża Czytelnikowi specyfikę Lwowa… Tylko że, IMO, Lwowa XX-wiecznego, od którego ten aktualny XXI-wieczny, starszy (ale niekoniecznie mądrzejszy), znacznie się oddala, gdzie na tabliczce upamiętniającej Stanisława Lema pisze się Lviv a nie Lwów. Z tej perspektywy spojrzeć też można na prozę Wynnyczuka, gdzie cała wielokulturowość czwórki bohaterów Polaka, Ukraińca, Żyda i Niemiec łączy się poprzez wątek narodowościowy i ich ojców, którzy zginęli walcząc o niepodległą ukraińską Ukrainę. Opowieść tego czasu jest pełna konkretu, chociaż ma dawkę magii… Tytułowe tajemnicze tango, mające magiczną moc. Niezwykła biblioteka rodem jak z bajki, pełna tajemnic i niezwykłych niezwykłości jako ciekawy zabieg, ciekawa historia, wpleciona w ogólną narrację i będąca jednak trochę poza nią. Na pierwszy plan wychodzi jednak okrucieństwo torturowania Lwowa przez kolejnych najeźdźców w okresie II wojny światowej. Druga linia czasowa, koniec XX wieku, pokazana z perspektywy profesora filologii jest bardziej artystyczna, luźniejsza i niedookreślona narodowościowo. Pojawia się jednak wątek wyraźnie sugerujący dziedzictwo Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, wywodzącej się ze swojej matki – niesławnego KGB. Główny bohater tej linii czasu mówi, że „zostały tylko kamienie, a wszystko inne – ludzie, język, kultura – zniknęło i stało się snem”. Bohaterowie tego okresu wydają się bardziej efemeryczni, niedookreśleni, mgliści; jakby mieli trudność z samookreśleniem. Wydają się być duchami własnej wyobraźni i snu. Dwie równoległe narracje, zaczynające się jak zwykła powieść, powoli przeistaczają się w pełna magicznego realizmu baśń. A potem ponownie wraca do prozy okrutnej i bolesnej. Pełen jestem podziwu, że w tym wszystkim Wynnyczuk utrzymuje także zdolność do żonglowania czarnym humorem, który synergicznie wpisuje się w narrację, nie zaburzając rytmu. Odkrycie, doznanie i zamieszanie.
ZaaQazany - awatar ZaaQazany
ocenił na 9 2 lata temu
Kolacja dla wroga Ismail Kadare
Kolacja dla wroga
Ismail Kadare
Historia pewnej owianej tajemnicą kolacji, na której wszystko miało się skończyć, a dopiero się zaczęło. Miejscowy lekarz zaprosił na nią hitlerowskich najeźdźców, którzy chwilę wcześniej uwięzili i skazali na śmierć połowę miasta. I stał się cud… Najpierw bajka, potem niezły kawałek faktycznej historii Albanii, trochę folkloru i wreszcie rozliczenie z systemem komunistycznym, który w kraju zapanował na wiele lat po włoskim, a potem niemieckim faszyzmie. To taka wariacja Ismaila Kadare na temat własnego kraju. Pełno w niej magicznych elementów i postaci nie z tej ziemi, specyficznego humoru, surrealizmu i groteski. A przy okazji potępienie szaleństwa totalitaryzmu i terroru. Lubię takie pokręcone historie. Trochę pachnie tu Marquezem, trochę Kafką, ale rozumiem, że taki jest styl tego wyjątkowego pisarza. Początkowo byłam zdezorientowana i oszołomiona, ale szybko dałam się uwieść autorowi. Dla mnie wspaniałe otwarcie do literatury albańskiej, na którą się jeszcze nie natknęłam. A swoją drogą z ciekawością myślę teraz o odwiedzeniu Albanii - kraju, który do tej pory mnie nie interesował. Jej historia w latach 1943-1953 podana jest w sposób tak nieoczywisty i frapujący... Wpadłabym oczywiście do rodzinnej miejscowości Kadarego, która jest głównym bohaterem powieści. Do miasta tysiąca schodów, otoczonej kamiennym murem Gjirokastry, poszukałabym tropów z powieści. Zabytkowego szpitala, twierdzy z więzieniem, domów tajemniczych dam, które padały trupem na słowo „towarzyszko!”, śladów 300 królewskich sędziów, bezrobotnych po upadku imperium osmańskiego. Cóż to za dziwne i fascynujące miasto! Gjirokastro, czekaj na mnie! Przybędę niebawem. Podkład emocjonalny już mam.
Ewa Kowalska - awatar Ewa Kowalska
oceniła na 8 1 rok temu
Ostatnie lato rozumu Tahar Djaout
Ostatnie lato rozumu
Tahar Djaout
W „Ostatnim lecie rozumu” każdy zakamarek księgarni Boualema Yekkera staje się niemal świątynią rozumu. To miejsce, w którym słowo żyje w samotności, a myśl wciąż walczy o przestrzeń, mimo że świat na zewnątrz wali się pod naporem fanatyzmu. To powieść o ciszy, która nie jest pustką, lecz napięciem. Cichym, ale przenikliwym wołaniem o człowieczeństwo w świecie, który zapomina o jego wartości. Boualem Yekker nie jest bohaterem w tryumfalnym sensie; jego heroizm jest subtelny jak oddech, codzienny jak otwieranie drzwi księgarni, jak odruch obrony książki przed zapomnieniem. Każde jego działanie to akt oporu wobec brutalnej rzeczywistości, w której rozum staje się zagrożeniem, a myśl – przestępstwem. W tym cichym oporze mężczyzna staje się symbolem nie tyle walki zbrojnej, co moralnej.Powieść Tahara Djaouta jest także poematem o pamięci i przemijaniu. Algieria lat 90. jawi się jako miejsce rozdarcia: kraj targany wojną, społeczeństwo złamane przemocą, a kultura – wciąż walcząca o przetrwanie. Djaout, sam będący ofiarą tego konfliktu, zapisuje tu echo realnych dramatów.Każdy fragment staje się świadectwem nie tylko autora, ale i wszystkich ludzi, którzy odważają się trwać przy wolności myśli, mimo że cena tej odwagi jest najwyższa. Narracja w „Ostatnim lecie rozumu” nie jest liniowa; to raczej strumień refleksji, dygresji i obserwacji, który prowadzi czytelnika przez przestrzeń między światłem rozumu a cieniem fanatyzmu. Każda książka w księgarni Yekkera staje się więc symbolem. Powieść jest medytacją nad tym, co człowiek może uczynić dla rozumu, gdy wokół panuje chaos. Język Djaouta jest subtelny, niemal liryczny. Opisy świata – zarówno księgarni, jak i Algierii w kryzysie – mają wymiar niemal metafizyczny. Czytelnik odczuwa ciężar ciszy, smak strachu, delikatność codziennego oporu.To powieść, która wymaga od nas nie tyle analizy fabuły, ile wniknięcia w przestrzeń uczuć i przemyśleń, które rodzą się między słowami.„Ostatnie lato rozumu” to opowieść o egzystencjalnej samotności, która nie jest porażką, lecz aktem odwagi. O literaturze, która nie jest luksusem, lecz przystanią. O rozumie, który jest ostatnią latarnią w ciemności. Djaout przedstawia, że nawet najcichszy głos może być krzykiem, jeśli zachowuje prawdę i człowieczeństwo.Czytając tę kameralną, poruszającą historię, czujemy, że każde lato rozumu jest ostatnie, dopóki nie znajdzie się ktoś, kto otworzy drzwi księgarni, podniesie książkę i pozwoli myśli trwać. I w tej ciszy, w tym niewidocznym oporze, powieść staje się hymnem nadziei – że rozum, choć zagrożony, nie zginie, jeśli ktoś będzie miał odwagę go strzec.
Efemerycznoscchwil - awatar Efemerycznoscchwil
ocenił na 8 5 miesięcy temu

Cytaty z książki Matei Brunul

Więcej
Lucian Dan Teodorovici Matei Brunul Zobacz więcej
Lucian Dan Teodorovici Matei Brunul Zobacz więcej
Lucian Dan Teodorovici Matei Brunul Zobacz więcej
Więcej