Leonardo da Vinci. Zmartwychwstanie bogów

Okładka książki Leonardo da Vinci. Zmartwychwstanie bogów
Dmitrij Mereżkowski Wydawnictwo: Wydawnictwo MG biografia, autobiografia, pamiętnik
450 str. 7 godz. 30 min.
Kategoria:
biografia, autobiografia, pamiętnik
Format:
papier
Tytuł oryginału:
Воскресшие боги: Леонардо да Винчи
Data wydania:
2019-02-27
Data 1. wyd. pol.:
1923-01-01
Liczba stron:
450
Czas czytania
7 godz. 30 min.
Język:
polski
ISBN:
9788377795224
Tłumacz:
Eugenia Żmijewska
Średnia ocen

                6,3 6,3 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Leonardo da Vinci. Zmartwychwstanie bogów w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Leonardo da Vinci. Zmartwychwstanie bogów

Średnia ocen
6,3 / 10
105 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
407
405

Na półkach:

Książka napisana ładnym językiem i w przystępny sposób pokazująca realia czasów Leonarda a także jego wybrane dzieje. Nie powinno się jej traktować jak biografię bo autor wybrał tylko nieliczne fragmenty z życia mistrza. Czyta się to jak zwykłą książkę fabularną a jednak można z niej się wiele dowiedzieć. Warto przeczytać kim byli Machiavelli czy Cesare Borgia. zanim sięgnie się po książkę Mereżkowskiego. Nie jest to może arcydzieło ale na pewno warto przeczytać.

Książka napisana ładnym językiem i w przystępny sposób pokazująca realia czasów Leonarda a także jego wybrane dzieje. Nie powinno się jej traktować jak biografię bo autor wybrał tylko nieliczne fragmenty z życia mistrza. Czyta się to jak zwykłą książkę fabularną a jednak można z niej się wiele dowiedzieć. Warto przeczytać kim byli Machiavelli czy Cesare Borgia. zanim...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

296 użytkowników ma tytuł Leonardo da Vinci. Zmartwychwstanie bogów na półkach głównych
  • 161
  • 131
  • 4
62 użytkowników ma tytuł Leonardo da Vinci. Zmartwychwstanie bogów na półkach dodatkowych
  • 45
  • 4
  • 3
  • 3
  • 3
  • 2
  • 2

Inne książki autora

Dmitrij Mereżkowski
Dmitrij Mereżkowski
Dmitrij Siergiejewicz Mierieżkowski (ros. Дмитрий Сергеевич Мережковский), (ur. 14 sierpnia 1865 r. w Petersburgu, zm. 9 grudnia 1941 r. w Paryżu) - pisarz, poeta, krytyk literacki, historyk, filozof i tłumacz rosyjski, jeden z pierwszych twórców rosyjskiego symbolizmu. Jego żoną była poetka Zinaida Gippius, twórczyni słynnego ekskluzywnego salonu w St. Petersburgu. Jego ojciec był wysokim urzędnikiem carskim. Dymitr ukończył wydział historyczno-filologiczny Uniwersytetu w St. Petersburgu. Zadebiutował w wieku 15 lat kilkoma krótkimi wierszami. Pierwszy zbiór wierszy opublikował w 1888 r., zaś drugi "Symbole" w 1892 r. W 1896 r. jego nazwisko pojawiło się w "Encyklopedycznym słowniku" Brockhausa & Efrona, gdzie został nazwany "известным поэтом" (ros. "wybitnym poetą"). W 1900 r., wraz z M. Mińskim, Z. Gippius, W. Pozanowem założył Stowarzyszenie Religijno-Filozoficzne. Był również jednym z ideologów rosyjskiej partii "Kadetów". W trakcie rewolucji 1905 roku zaangażował się po stronie rewolucjonistów, przez co spotkały go carskie szykany i w rezultacie musiał wyemigrować do Paryża. Po rewolucji bolszewickiej znów musiał ratować się ucieczką - wpierw do Polski, a w konsekwencji do Paryża, gdzie zaczął ostrą działalność antybolszewicką, za co jego dzieła zostały zakazane i wycofane z obiegu. Był nominowany do literackiej nagrody Nobla, jednak jej otrzymanie uniemożliwiło poparcie, którego udzielał Hitlerowi. W Rosji został zrehabilitowany dopiero po 1990 r.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Ordesa Manuel Vilas
Ordesa
Manuel Vilas
Ordesa to ponad 400 stron prozy i poezji o bólu, samotności, wyrzutach sumienia, o tym, że nigdy nie uwalniamy się od swoich rodziców i bliskich; ich duchy, cienie, towarzyszą nam nawet po ich śmierci, a my powtarzamy ich błędy, nieświadomie się na nie zgadzając. W Ordesie Manuela Vilasa śmiercią jest wszystko: począwszy od pór roku, a kończąc na tym, czym śmierć faktycznie jest, w swoim wymiarze cielesnym i duchowym. Cieleśnie to przede wszystkim starość, powolne obumieranie ciała, zapachy, resztki, odpadki, narażenie wyzutej z duszy powłoki na robactwo, przemianę materii. A duchowo: to paradoks, bo śmierci tak naprawdę nie ma w tym wymiarze. Co ma swoje dobre strony, ale ma też fatalne. Zmarli nigdy do końca nie odchodzą. Czy może być coś straszniejszego i piękniejszego w jednym? Bo pociesza nas świadomość, że oprócz wspomnień w jakiś sposób żyje ich duch; ale równocześnie oni, niestety, zawsze są, zawsze dręczą i rzadko dają nam spokój. Chodzą za nami i przypominają o tym, co zrobiliśmy źle. Główny bohater, pisarz, poeta (sam się tak przedstawia) po śmierci ojca zaczyna pisać książkę o swoim ojcu. A pisząc o swoim ojcu, nie sposób nie wspomnieć o matce, rodzicach swoich rodziców i dalszych odgałęzieniach: wujkach, ciotkach, ale również swoich własnych dzieciach. Kontempluje śmierć matki, ojca, oddaje się melancholii, wspomnieniom, szuka przyczyn swojego poczucia winy, zastanawia się, skąd tak naprawdę się wzięło, czy ma jakiekolwiek podstawy. Ordesa to wielki rozrachunek przede wszystkim z samym sobą. Z frustracją, żalem, niemożnością zrozumienia, przeniknięcia rzeczywistości, głębokim, nieuzasadnionym i głęboko palącym, kompletnie nieuzasadnionym, niszczącym poczuciem winy, właściwie wobec całego świata; który doprowadza bohatera do alkoholizmu, rozkładu więzi małżeńskiej, ostatecznie piekła upadającego małżeńskiego życia, stopniowego oddalania się od codzienności. Te 400 stron męczy i wypruwa, bo właściwie na co drugiej można odnaleźć samego siebie, swoje zmagania i swoje niezrozumienie. Autorowi udała się trudna sztuka: skupienia losu i doświadczenia morza, ogromnej części ludzkości w jednej kropli swojego życia. W osobistych wyznaniach Vilas nie ściga się z Moją walką Knausgårda, ale jednak do niej nawiązuje i się od niej odbija. Hiszpan robi to, co Norwegowi nie do końca wyszło: oszczędza słowa. Nie szafuje nimi na kilku tysiącach stron, ale w doskonały, pozbawiony patosu i czczego gadania sposób. I udało mu się dokonać jeszcze jednej wielkiej rzeczy, czyli nie banalizować. Te wszystkie sprawy pojawiające się chociażby w niniejszej recenzji – zna je każdy, kto chociaż raz przeżył stratę (albo przeżywa ją nadal). A Vilas ani na moment nie wpada w banał, chociaż pisze o wszystkim, co przecież doskonale znamy. Trudna to sztuka w czasach, kiedy powiedziano i napisano już wszystko. Duszno tam, parno i melancholijnie: żółć sepii, czyli przeszłości, przebija się na zewnątrz i domaga wypowiedzenia. Żółknie też wszystko dookoła; radość natychmiast zamienia się w smutek, szczęście w melancholię, a łagodne wspomnienia schodzą coraz bardziej w dół, od delikatnego dotyku po rozdrapywanie, szarpanie ran. Żółty kojarzy się przecież pozytywnie, to kolor światła, słonecznego dnia, a jak słońce, to i nadzieja. U Vilasa żółty to nic więcej jak sepia – niby ładnie wygląda, ale jest podszyty czymś niepokojącym. Nikt nigdy nie żyje do końca swoim życiem, ale zawsze życiem poprzedników, mówi Vilas. Nie ma (z pomocą przychodzi Mariusz Szczygieł i jego Nie ma) nigdy nie mija, z roku na rok, z dnia na dzień, rośnie. Boli coraz bardziej, aż wreszcie przychodzi nasza śmierć, która niby daje ukojenie, ale co z tego, skoro, parafrazując polskiego poetę, Dariusza Suskę, śmierć jest jak powietrze. Oddychamy nią, chcąc nie chcąc. Jest delikatna, prawie niewidoczna, ale, co oczywiste, nie ma bez niej życia w żadnej postaci. No i jeszcze ta żółta okładka. Idealnie się składa, bo książka o przemijaniu ludzi i przedmiotów musi łapać brud wszelaki, musi się niszczyć, przemijać w sensie fizycznym. Brudzenie się jest jej obowiązkiem, tak jak stron w książce to, że muszą łapać schnący pot. To świadczy o jej – książki – życiu. Zniszczona okładka, jako ciało, ostatecznie znika, a zostaje tylko nagi duch, czyli treść, wnętrze, środek. Może ta okładka ma w sobie więcej nadziei niż cała Ordesa?
ZaMałoRegałów - awatar ZaMałoRegałów
ocenił na 7 1 rok temu
Strażnik kruków. Moje życie wśród kruków w Tower Christopher Skaife
Strażnik kruków. Moje życie wśród kruków w Tower
Christopher Skaife
🖤🏰 Kruki, Tower i gawęda z bardzo ludzkim dziobem 🏰🖤 🪶 Gatunek: gawędziarska opowieść z krukami, Tower i autobiografią w tle
 🌫️ Nastrój: ciepło, dziwnie, z lekkim cieniem zamkowych murów
 🎧 Tryb czytania: czytać jak spacer po osobliwym świecie — bardziej dla klimatu, głosu i ptasich charakterów niż dla twardej wiedzy
 ⭐ Moja ocena: 6,5/10 — rzecz przyjemna, z wdziękiem i własnym tonem, choć bez wielkiego ciężaru 📖 Książka w moim odczuciu bardzo dobrze miesza kilka porządków naraz: ptasi świat, życie w Tower of London, legendy tego miejsca i własną autobiografię autora. Christopher Skaife nie pisze jak chłodny znawca, tylko jak ktoś, kto naprawdę żyje obok tych ptaków — i potrafi o tym opowiadać z czułością, humorem i dystansem. 🐦 Najmocniejsze są tu same kruki — nie jako symbol, tylko jako charaktery 🐦
 Najlepiej wypadają momenty, gdy ptaki przestają być „tematem”, a stają się osobowościami. Munin — stara, inteligentna, uparta „Black Widow”, która autora wyraźnie nie znosi. Merlina — kapryśna gwiazda tego kruczego świata, z którą z kolei łączy go wyraźnie bliższa więź. Te relacje, ich hierarchie, rytuały wypuszczania i zamykania, całe to codzienne krucze życie — właśnie ono niesie książkę najmocniej. 🏰 Tower nie jest dekoracją — tylko drugim bohaterem 🏰
 Bardzo dobrze działa też sam zamek: Tower Green, White Tower, nocne zamykanie ptaków, codzienność Yeoman Warderów, ciężar historii wpisany w mury. Do tego dochodzi jeszcze świetny wątek legendy o krukach i Karolu II, który Skaife z jednej strony opowiada z przyjemnością, a z drugiej uczciwie pokazuje, że to raczej piękny mit niż twardy fakt. 🪖 Autobiografia dobrze się tu wplata, ale nie dominuje 🪖
 Jest wojsko, jest droga autora do tej osobliwej funkcji, jest jego codzienność, dom, rytm pracy, nawet to całe „Ravenish”, czyli własny sposób porozumiewania się z ptakami. To wszystko nie brzmi jak dodatek na siłę, tylko jak naturalna część tej opowieści. Dzięki temu książka ma własny ton: trochę zwariowany, trochę ciepły, trochę brytyjsko gawędziarski. 🙂 To właśnie ten ton zadziałał na mnie najmocniej 🙂 
Jeśli ktoś szuka czegoś bardziej zwartego, głębszego albo bardziej ornitologicznego, może poczuć niedosyt. Ja czytałem to raczej jako lekką, przyjemną, dobrze opowiedzianą gawędę, w której kruczy świat spotyka się z codziennością autora i atmosferą Tower. I właśnie w takim wydaniu ta książka u mnie zadziałała. 📚 Kruczy świat opowiedziany lekko, z humorem i czułością 📚 
Trochę wiedzy, trochę zamkowych historii, trochę autobiografii i sporo sympatycznego dystansu. To nie jest książka, która chce olśnić rozmachem ani definitywnie wyjaśnić świat kruków. Ale bardzo dobrze wie, czym chce być: przyjemną, osobną, lekko osobliwą opowieścią. I właśnie dlatego zostawia po sobie całkiem dobry ślad.
Endryou Poczopko - awatar Endryou Poczopko
ocenił na 7 7 dni temu
Podróżny Ulrich Alexander Boschwitz
Podróżny
Ulrich Alexander Boschwitz
Wciąga w stan ciągłego napięcia i niepokoju. Nie jest to tylko opowieść o ucieczce z nazistowskich Niemiec po Nocy Kryształowej, a jest to przede wszystkim studium narastającego lęku i takiej psychologicznej "dekonstrukcji" człowieka. Od początku czułam pewien klaustrofobiczny ucisk. Pociągi, które stają się dla bohatera jedynym schronieniem, paradoksalnie są miejscem totalnej ekspozycji na społeczną nienawiść, obojętność i strach. W każdej minucie podróży w powietrzu wisi pytanie "kto mnie wyda?"... Czytało się to jak mroczny thriller. Te nieustanne poczucie zagrożenia, które towarzyszy głównemu bohaterowi, jest niemal fizycznie wyczerpujące. Serio. Książka doskonale oddaje absurdalność nowej rzeczywistości. Otto, który uważał się za pełnoprawnego Niemca, zostaje z dnia na dzień sprowadzony do symbolu stempla "Żyd" w paszporcie. Utrata jego tożsamości, odzieranie go z poczucia bezpieczeństwa i godności, prowadzi do irracjonalnych decyzji i momentów czystej paranoi. Widzimy, jak strach dosłownie go przeżera, zmuszając do coraz bardziej chaotycznych, a jednocześnie desperacko nielogicznych kroków. Uderzające jest poczucie izolacji oraz zdrady. Powieść pokazuje, jak szybko odwracają się ci, którzy dotąd byli "przyjaciółmi" czy wspólnikami (ogółem zawsze chodzi o pieniądze). Ta samotność w tłumie jest jednym z najsmutniejszych i najbardziej przenikliwych doświadczeń. Rozumiem dlaczego jedyną stałą w życiu bohatera staje się ruch - bo to nie tylko ucieczka przed zatrzymaniem, ale być może i ucieczka przed własną, rozpadającą się psychiką w tych nadchodzących absurdalnych czasach. Książka zostawia gorzkie poczucie beznadziei. Dodatkowo największe wrażenie robi to, że mamy pełną świadomość na temat dalszego biegu historii, co czyni tę jego desperacką włóczęgę po niemieckich torach jeszcze bardziej przejmującą i tragiczną. Opisy i dialogi wywołują niesamowicie mocne ciarki, bo właśnie historia została spisana w 1938 roku. I to chyba robi największe wrażenie.
Babi - awatar Babi
ocenił na 7 4 miesiące temu
Pierwsza osoba Richard Flanagan
Pierwsza osoba
Richard Flanagan
„Prawda jest rzeczą płynną, zwłaszcza gdy w grę wchodzą wielkie pieniądze i jeszcze większe ego”. To zdanie mogłoby stanowić motto hipnotyzującej powieści Richarda Flanagana „Pierwsza osoba”. Australijski mistrz pióra, laureat Nagrody Bookera, powraca z historią, która jest tyleż literackim thrillerem, co bezlitosną satyrą na współczesny rynek wydawniczy i naturę tworzenia fikcji. To opowieść o tym, jak łatwo sprzedać duszę, gdy cena wydaje się odpowiednia, a stawką jest przetrwanie. Pakt z diabłem w świecie literatury Główny bohater, Kif Kehlmann, to aspirujący pisarz przymierający głodem w mroźnym Melbourne, z żoną w ciąży i brakiem perspektyw. Kiedy otrzymuje propozycję napisania jako ghostwriter biografii Siegfrieda „Ziggy’ego” Heidla – oszusta wszech czasów, który ukradł bankom siedemset milionów dolarów – nie waha się długo. Jednak to, co miało być szybką robotą za dziesięć tysięcy dolarów, zmienia się w psychologiczną grę w kotka i myszkę. Heidl to postać odrażająca, a jednocześnie fascynująca; manipulant, który nie tylko nie chce wyjawić prawdy o swoich zbrodniach, ale zdaje się powoli przejmować kontrolę nad życiem i umysłem swojego biografa. Granice tożsamości Flanagan po mistrzowsku kreśli proces rozpadu osobowości Kifa. Tytułowa „Pierwsza osoba” odnosi się nie tylko do narracji, ale do pytania o to, kto w tej relacji naprawdę trzyma pióro. Czy pisząc cudze życie, nie tracimy własnego? Autor z bolesną precyzją punktuje pustkę, jaka kryje się za wielkimi oszustwami, i pokazuje, że w świecie zdominowanym przez wizerunek, prawda staje się towarem zbędnym. To książka gęsta, duszna, wypełniona czarnym humorem i błyskotliwymi obserwacjami na temat tego, jak historie, które sobie opowiadamy, ostatecznie nas definiują – lub niszczą. Choć warsztat Flanagana jest bez zarzutu, książka momentami wpada w pewną narracyjną pętlę. Relacja między Kifem a Ziggy’m bywa tak repetytywna w swojej toksyczności, że czytelnik może odczuć znużenie ciągłymi unikami oszusta. Niemniej jednak, „Pierwsza osoba” to lektura obowiązkowa dla każdego, kto interesuje się mechanizmami manipulacji i kulisami literackiego świata. To surowa, bolesna, ale i niezwykle inteligentna proza, która zostawia nas z niepokojącym pytaniem: ile z nas samych pozostaje w historiach, które sprzedajemy światu każdego dnia? Flanagan udowadnia, że najgroźniejszymi potworami są ci, którzy potrafią ubrać kłamstwo w najpiękniejsze słowa.
Muminka - awatar Muminka
oceniła na 7 6 dni temu
Trafikant Robert Seethaler
Trafikant
Robert Seethaler
Dorastanie w „ciekawych czasach” Podeszłam do książki, jak do jeża. Czytając opis na okładce książki, pomyślałam, że to kolejna pozycja, która ma przyciągnąć czytelników pojawieniem się postaci historycznej. Na szczęście to była pomyłka. Autor zachwycił mnie subtelną opowieścią o dojrzewaniu w trudnych czasach, błyskotliwą, wzruszająca, ale bez sentymentalizmu i bez zbędnych opisów. Interesujące jest zestawienie chłopca, który dopiero wkracza w dorosłość z osobą, która jest na końcu swojego życia, a także atmosferę Wiednia w czasie dojścia nazistów do władzy. 17-letni Franz Huchel urodził się w małej wiosce- kurorcie nad brzegiem jeziora, w otoczeniu gór. Dorastał otoczony miłością matki i oprócz nauki nie miał innych obowiązków. Czasy się zmieniają i chłopiec musi podjąć pracę. Jednak matka nie wyobraża sobie, aby podjął pracę fizyczną we wiosce. Wysyła Franza do swego znajomego Ottona Trsnjeka w Wiedniu. Otton Trsnjek jest samotnym mężczyzną, kaleką, weteranem I wojny światowej i prowadzi w Wiedniu trafikę. Franz zostaje jego pomocnikiem. Musi dokładnie poznać cały asortyment sprzedawany w trafice, ale też codziennie czytać wszystkie gazety sprzedawane w Trafice. Dzięki temu jest na bieżąco z tym, co dzieje się w Wiedniu i Austrii. Otton uczy, że dobry trafikant nie tylko sprzedaje papierosy, cygara, gazety i artykuły papiernicze, ale sprzedaje też przyjemność, pożądanie, a czasami grzeszne namiętności. Zwraca też uwagę, że dobry trafikant zna swoich klientów i ich upodobania. Jednym z klientów tej trafiki jest Zygmunt Freud. Nazwisko to znane jest nawet Franzowi i wie on o jego pracy. Zaczepia więc Freuda, pytając się o sens życia. W ten sposób zaczyna się ich dziwna znajomość, gdzie młody chłopak spotyka się z osiemdziesięcioletnim, schorowanym Freudem prosząc go o życiowe rady. Franz poznaje też uroki Wiednia, a także przeżywa pierwszą miłość, pierwsze pożądanie, ale też związane z tym rozterki i rozczarowania. Niestety jest rok 1937 i hitleryzm ze swoją ideologią jest coraz bardziej obecny w Wiedniu, aż dochodzi do włączenia Austrii do Rzeszy Niemieckiej. Nie tylko Żydzi są szykanowani, ale też sklepikarze, którzy sprzedają Żydom. Franza czekają trudne wybory. Pan Robert Seethaler wykreował barwną historię zwykłego chłopaka zanurzonego w historii. Autor potrafi przy minimum słów przekazać maksimum treści. Możemy się o tym przekonać w czasie rozmów Franza z Freudem i korespondencji Franza ze swoją Matką. Ciekawe jest przeciwstawienie postawy wobec życia Franza i jego ukochanej Anezką. Wszystko to się dzieje we wspaniałym Wiedniu, po którym spacerujemy z bohaterami tej powieści. Z chęcią sięgnę po inne powieści tego autora. Punkt 20 Wyzwania.
jatymyoni - awatar jatymyoni
ocenił na 8 1 rok temu
Na ramionach olbrzymów Umberto Eco
Na ramionach olbrzymów
Umberto Eco
Zazdrość to uczucie niegodne podobno. Ale co mam zrobić, skoro zazdrość mnie zżera za każdym razem, gdy sięgam po książkę Umberto Eco? A czegóż zazdroszczę (celowo nie piszę nowomodnie „zazdraszczam”, mrugając okiem, że tak naprawdę to nie ma czego) temu zażywnemu włoskiemu brodaczowi? On co prawda opuścił już ten ponury padół pełen paradoksów, ale pozostawił po sobie na tyle bogaty i znaczący dorobek, że wystarczy go jeszcze na wiele, wiele czytelniczych lat, być może aż do nadejścia kolejnych od kilkunastu setek lat wieków średnich, bo jak ewidentnie widać – historia wcale się nie skończyła, ale skutecznie zawraca, co dobrego świadectwa ludzkości jednakowoż nie wystawia. Gdyby można było bez obciachu posłużyć się językiem patetycznym, rzekłbym, że czytanie Eco ubogaca. A na pewno inspiruje. Człowiek staje się w trakcie lektury mądrzejszy, lepszy, wartościowszy. Oczywiście, jest to jedynie efekt wspinania się po ramionach olbrzyma, ale lepsze to, niż pełzanie w błocie. Odpowiadam zatem – zazdroszczę mu mądrości. Tyle i tylko tyle. Zebrane w jednym tomie wykłady, które powstawały w ciągu pierwszych piętnastu lat XXI wieku, poświęcone przeróżnym, ale zawsze ważkim tematom, bardzo często stanowią odzwierciedlenie aktualnych zainteresowań autora. Bo jest i taki poświęcony pięknu, i taki poświęcony brzydocie, żeby wspomnieć o dwóch tylko najbardziej ewidentnych przykładach. W każdym jednak momencie ma się poczucie obcowania z Humanistyką - użyłem wielkiej litery wcale nie dlatego, że mi się caps lock zaciął. Umberto Eco wielkim humanistą był i jest to prawda niepodważalna, aksjomat w zasadzie. W dodatku nienadętym, niesztywnym. Typ rzadki – akademik z poczuciem humoru. Ale to chyba przejaw pychy, recenzować Olbrzyma. Dla mnie w każdym razie to wielka radość, móc czytać książki Eco znów i znów (bo nowe wszak już nie powstaną, niestety). I jest to radość otwarta, niezachłanna i nieegoistyczna, bo niezwykle chętnie dzielę się nią z innymi. Czyli lekturze towarzyszą uczucia ambiwalentne, ale szczere. Czytajmy zatem Eco na wiosnę, czytajmy na okrągło, bo razem z nim wzniesiemy się wyżej i znacznie więcej ujrzymy. I może jednak jakimś cudem uda się odwrócić bieg historii nie powrócić do wieków ciemnych.
PiotrEŚ - awatar PiotrEŚ
ocenił na 8 1 rok temu
Diabeł Urubu Marlon James
Diabeł Urubu
Marlon James
Nie polubiłam tej książki, ja ją po prostu przetrwałam. Realizm magiczny i religijna groteska. Poetyczność i brutalność. Senna mara czy fatalna rzeczywistość? Fabularnie to książka o walce dwóch kaznodziejów o wpływ nad kościołem lokalnej wioski, Gibbeah. Już sama nazwa tej fikcyjnej jamajskiej wioski jest symboliczna. Internet powiedział mi, że „Gibea(h)” to starożytne miasto wspomniane w Starym Testamencie, gdzie miała miejsce jedna z najbardziej brutalnych i wstrząsających historii Biblii: wędrowiec zatrzymuje się w Gibei, gdzie mieszkańcy dokonują gwałtu zbiorowego na jego żonie, doprowadzając ją do śmierci. W odpowiedzi Izraelici wypowiadają wojnę całemu plemieniu Beniaminitów - giną tysiące ludzi. Wymowne, prawda? Sama nazwa dokładnie pokazuje, co nas czeka. "Diabeł Urubu" to to studium fanatyzmu, winy i przemocy, gdzie wiara staje się narzędziem kontroli i odwetu. Postacie są tutaj bardzo uproszczone, moim zdaniem są one bardziej symboliczne, niż realistyczne. Nie mają cech, mają w powieści odegrać konkretne role. Najtrudniejsze w odbiorze dla mnie były fragmenty przemocy i brutalności, szczególnie tej dotyczącej dzieci. Dzieciństwo tutaj nie istnieje, nie ma tutaj niewinności i beztroski. Wszystko jest przykryte ciężką mgłą występku, grzechu, nieprawości. Nie ma tu przyjaźni, miłości - jest tylko przemoc, brutalna siła, zależność. Gdzieś przeczytałam, że autor dokładnie ten poziom obrzydzenia w czytelniku chciał osiągnąć i przez to chciał dobitnie pokazać, co dzieje się, kiedy zło staje się świętością. Przeczytałam też, że dla autora ta historia mocno zakorzeniona jest w rzeczywistości jego własnego dzieciństwa, że chciał zmierzyć się z hipokryzją religii, która w jego jamajskim dzieciństwie była jednocześnie „ratunkiem i piekłem”. Cóż, efekt ten zdecydowanie udało się mu osiągnąć. Trudno mi dać ocenę gwiazdkową, to nie było coś, co czytałam z przyjemnością. Czułam też dużo chaosu, gubiłam się w narracjach szczególnie na początku, ale muszę przyznać, że autor mnie zaintrygował. Chętnie przeczytałabym coś jeszcze.
ByMagdalena - awatar ByMagdalena
oceniła na 6 5 miesięcy temu
Rozterki śmierci José Saramago
Rozterki śmierci
José Saramago
“Nazajutrz nikt nie umarł”. O różnych strajkach już napisano książki, ale na pewno nie o strajku Pani Śmierci (o pardon: pani śmierci, bo ona sama życzy sobie pisania jej małą literą, i lepiej się stosować!). Jedyny to "strajk" z którego ogół może się cieszyć, ale czy na pewno, bo tak to już jest, że koniec, nawet czasowy, jednego problemu generuje liczne inne. Stary mistrz nie byłby sobą, gdyby przewrotnie nie wycisnął tematu jak najlepszej cytryny, mocno kwaśnej dla tzw. ludzkości… Niezależnie od tego, odebrałem tę książkę jako słusznie humanizującą śmierć, ukazującą może nawet coś w rodzaju jej sumienia, może nawet poczucia sprawiedliwości, a już na pewno - odpowiedzialności. Na pewno wypada ona lepiej od polityków wszelkiej maści, królów, biskupów i innych ludzi trzymających władzę, a przecież trzyma ona władzę o wiele potężniejszą od nich... Pod koniec zresztą przybiera ona ludzką postać czyli przemienia się w piękną, wybitnie inteligentną kobietę z krwi i kości (BTW: czy w większości języków śmierć jest kobietą…?) To czwarta moja książka Noblisty, w której normalne u niego, a moje ulubione, zdania na wiele wierszy rozpisane, oddzielane tylko przecinkami, nie kropkami. Przy takim temacie były one szczególnie uzasadnione i tylko wzmacniały przekaz. I inna rzecz, którą lubię: partie dialogowe niczym niewyodrębnione. I tylko trochę może za dużo Autora w narracji.... Można sobie wyobrazić radość ale i panikę, która wybuch na wieść że śmierci nie ma. “Znana skłonność zalecania ludziom spokoju z byle powodu, żeby za wszelką cenę utrzymać stado w ryzach, ta skłonność, która w wypadku polityków, zwłaszcza jeśli są w rządzie, stała się drugą naturą, żeby nie powiedzieć: automatyzmem, mechanicznym pędem, kazała mu zakończyć rozmowę w najgorszy możliwy sposób, jako odpowiedzialny za resort zdrowia zapewniam wszystkich, że nie ma powodów do niepokoju”. Dziennikarze pytają, jak bardzo może niepokoić fakt, że nikt nie umiera. Wtedy minister wycofuje się na jeszcze gorsze pozycje, mówiąc: “Nie żywmy fałszywych nadziei”. W końcu rząd zapewnia że jest gotów “stawić czoła złożonym problemom społecznym, gospodarczym, politycznym i moralnym, które ostateczne zniesienie śmierci niechybnie wywoła”. Ale prymas ma co innego premierowi do powiedzenia: “Każdy katolik, a pan nie jest wyjątkiem, ma obowiązek wiedzieć, że bez zmartwychwstania nie ma kościoła. Będę musiał porozmawiać z królem, przypomnieć mu, że w sytuacji takiej jak ta, tak niejasnej, tak delikatnej, jedynie ścisłe przestrzeganie doktryny naszej świętej matki kościoła może uchronić kraj od okrutnego chaosu, który na nas spadnie. Proszę nie zapominać panie premierze, że poza granicami naszego kraju dalej się umiera normalnie i to jest dobry znak. Eminencjo, może tam na zewnątrz patrzą na nas jak na oazę, ogród, nowy raj, albo piekło, gdyby byli mądrzy. Dobranoc, panie premierze, jeśli śmierć postanowi wrócić dziś w nocy, mam nadzieję, że nie wpadnie jej do głowy udać się po pana”. Tytuły gazet następnego dnia bo to 1 styczna: “Nowy rok, nowe życie” albo “I co teraz z nami będzie”. “Pierwsze oficjalne reklamacje pojawiły się ze strony przedsiębiorców pogrzebowych. Brutalnie pozbawieni surowca przedsiębiorcy zaczęli od klasycznego gestu załamywania rąk, zawodząc płaczliwym chórem”. Szpitale skarżą się zaś na nagłe korki bo, “bieżący proces rotacyjny pacjentów przyjmowanych, pacjentów poddawanych leczeniu i pacjentów martwych, uległ, by tak rzec, obstrukcji. “Domy opieki dla osób starszych (..) zaczną walić głową w ścianę płaczu.(..) Nie tylko będzie coraz więcej ludzi starszych w domach spokojnej starości, ale też potrzeba będzie coraz więcej osób do opieki nad nimi, co skończy się tym, że piramida wieku nagle stanie na głowie”. Inny problem to natychmiastowe zawieszenie polis ubezpieczeniowych na życie: “Biorąc pod uwagę powszechnie znany fakt, i śmierć dożyła swych dni, byłoby absurdalne, żeby nie powiedzieć po prostu głupie, dalej płacić tak wysokie składki, które od tej chwili będą służyły wyłącznie, nie dając nic w zamian, jeszcze większemu wzbogaceniu się firm”. I tylko Kościół wierny sobie, tylko sobie. “Śmierć jest absolutnie fundamentalna dla zbudowania królestwa bożego, dlatego więc każda dyskusja na temat przyszłości bez śmierci jest nie tylko bluźniercza, ale też całkowicie absurdalna, ponieważ musiałaby zakładać nieobecność Boga, by nie powiedzieć po prostu jego zniknięcie. Religie, literalnie wszystkie, choćbyśmy nie wiem jak łamali sobie nad nimi głowy, nie mają innego usprawiedliwienia swojego istnienia niż śmierć, potrzebują jej jak chleba”. “Gdyby ludzie nie umierali, wszystko byłoby dozwolone, i to byłoby złe, zapytał stary filozof, to tak samo, jak nie pozwalać na nic. Zorganizujemy narodową kampanię modlitwy, aby prosić boga o powrót śmierci najszybciej jak się da, w celu oszczędzenia biednej ludzkości najgorszych horrorów, czy bóg rządzi śmiercią, zapytał jeden z optymistów”. Ludzie radzą sobie jak mogą, jeżdżą ze starymi krewnymi do sąsiednich krajów by tam umierały - śmierć strajkuje tylko w tym jednym kraju (co przyznam, nie jest dobrym konceptem). Ale rząd blokuje granice przy użyciu wojska. Sytuacja się komplikuje, kiedy mafia przejmuje intratny interes polegający na przewożeniu starych ludzi za opłatą do krajów ościennych. gdzie mogę spokojnie umrzeć i tam być pochowani. Państwo jest bez szans bo granice wszystkich państw sąsiednich obstawia ich wojsko. W końcu w sukurs przychodzi sama mafia która rozwiązuje problem bez ujmy dla żadnej ze stron: “Przewieźć cierpiącego na drugą stronę granicy, a kiedy w końcu umrze, wrócić z powrotem i pochować go na matczynym łonie rodzimej ziemi (..) nie ma morderstwa i dlatego, że zasługujący na potępienie akt (..) odbywa się za granicą. (...) Dla przemysłu pogrzebowego zakiełkowało nareszcie nowe życie”. Narasta zatem niemiła świadomość: “Zniknięcie śmierci, zdając się szczytem radości, najwyższym szczęściem, nie jest gruncie rzeczy niczym dobrym”. Bo np. co ze świadczeniami społecznymi? “Jakimi pieniędzmi kraj, za 20 lat mniej więcej, zamierza opłacić miliony ludzi, którzy przeszli na rentę w wyniku trwałego ​inwalidztwa, i tak będą trwali przez wieki wieków, do nich za niechybnie dołączą kolejną miliony i bez znaczenia jest to, czy postęp będzie arytmetyczny czy geometryczny, w każdej sytuacji mamy zagwarantowaną katastrofę”. “Jeśli nie zaczniemy znowu umierać, nie będzie dla nas przyszłości” - brzmi nieubłagana konkluzja realistów. I nie tylko dlatego najlepszy w książce jest motyw listu napisanego przez śmierć z odwołaniem jej decyzji i odczytanie go w telewizji. “Uznałam że najlepsze będzie publicznie przyznać się do błędu, za który jestem odpowiedzialna i obwieścić natychmiastowy powrót do normalności, co oznacza, że wszystkim tym osobom, które już powinny być martwe lecz w zdrowiu lub też nie ciągle pozostają na świecie, zgasi się świeczkę żywota, gdy tylko wybrzmi w powietrzu ostatnie uderzenie zegara o północy. Od tej chwili wszyscy ludzie zostaną na równi powiadomieni i będą mieli tydzień, żeby uporządkować to, co jeszcze im zostało z życia, spisać testament i pożegnać się z rodziną, poprosić o wybaczenie za wyrządzone zło albo pogodzić się z kuzynem z którym od 20 lat nie utrzymywało się kontaktu”. “A było niemało rodzin, które zapłaciły mafii, żeby uwolniła ich od smutnego ciężaru (...), gdyby mieli więcej litości i cierpliwości, pozbycie się ciężaru mieliby gratis”. “Będziemy musieli zorganizować ekipy psychologów, które pomogą ludziom przezwyciężyć traumę z powodu tego, że znowu będą musieli umrzeć, a już byli przekonani, że będą żyć na zawsze (...) “Grabarze żądają znacznej podwyżki i potrójnej stawki za godziny ponadliczbowe”. Ale dochodzi do czegoś niewyobrażalnego: “Prawdę mówiąc, nikt nigdy nie widział, żeby nie umarł ktoś, to miał umrzeć. A teraz, w sposób nieprawdopodobny, zawiadomienie podpisane przez śmierć, napisane przez nią własnoręcznie, zawiadomienie, w którym się obwieszcza nieodwołalny i nieprzedłużalny koniec jakiś osoby, zostało zwrócone do nadawcy”. Bo śmierć ma tu różne oblicza, ale najgorsze z nich to potworny biurokratyzm: ”Śmierć jest szkieletem zawiniętym w prześcieradło, mieszka w lodowatym pokoju w towarzystwie starej i zardzewiałej kosy, nie odpowiadającej na pytania, otoczona pobielonymi ścianami, pod którymi ciągną się kartoteki z szufladami wypełnionymi fiszkami. Fiszki pojawiają się na swoich miejscach, to znaczy alfabetycznie zarchiwizowane, w chwili narodzin ludzi i znikają w momencie ich śmierci”. Przy takim formalnym nastawieniu śmierć ma olbrzymie problemy, gdy pewien wiolonczelista nie chce umrzeć w dniu, w którym jest mu to wyznaczone i żyje ponad normatywny tydzień. A może to również i swoisty bunt samej śmierci? Kolejny po zawieszeniu jej powinności? “Kiedy śmierć, na swoje konto i ryzyko, postanowiła zawiesić aktywność od dnia pierwszego stycznia tego roku, nie przyszła jej do pustej głowy myśl, że jakaś wyższa instancja w hierarchii mogłaby zażądać od niej wyjaśnień. Nie posiada się z radości, bo odkryła, że możność dysponowania życiem ludzkim jest w sumie jedynie w jej gestii i że nie musi się z niczego przed nikim tłumaczyć, ani dziś, ani nigdy”. “Na całym świecie jest tylko jedno miejsce, w które śmierć nie może się wpakować (..), to, które nazywa się trumną, urną, grobem, katafalkiem, grobowcem, sarkofagiem”. “Śmierć (..) z powodów zawodowych wysłuchała tylu utworów muzycznych, ze szczególnym uwzględnieniem marszu pogrzebowego samego Chopina albo adagio asai z trzeciej symfonii beethovena”. Szczególnie przemówił do mnie końcowy fragment z koncertem, na który pani śmierć wybrała się, upatrzywszy już wcześniej tegoż wiolonczelistę . “Nie wie tego, nie może tego wiedzieć, a mimo to gra, jakby żegnał się ze światem, mówi wreszcie to wszystko, co wcześniej przemilczał, zawiedzione nadzieję, sfrustrowane pragnienia, ogólnie życie”.
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na 7 1 miesiąc temu
Dunbar Edward St Aubyn
Dunbar
Edward St Aubyn
„Władza to korona z cierni, którą król sam nakłada sobie na głowę, by na końcu przekonać się, że jedyne, co posiada, to własne szaleństwo”. To zdanie mogłoby stanowić klamrę spinającą powieść Edwarda St Aubyna „Dunbar”. Książka powstała w ramach projektu Hogarth Shakespeare, w którym współcześni pisarze mierzą się z dziełami barda ze Stratfordu. St Aubyn wziął na warsztat „Króla Leara”, przenosząc go w realia bezwzględnego świata wielkich korporacji i mediów. To ambitna próba, która jednak – mimo błyskotliwego stylu autora – zasługuje na ocenę 6/10 ze względu na pewną mechaniczną wtórność względem oryginału. Medialny imperator w potrzasku Henry Dunbar to kanadyjski magnat medialny, który u schyłku życia zostaje podstępem uwięziony przez swoje dwie starsze córki, Abigail i Megan, w luksusowym domu opieki w Anglii. St Aubyn świetnie oddaje dynamikę rodzinnej nienawiści; córki Dunbara to współczesne wersje Goneryli i Regany – zimne, wyrachowane i pozbawione skrupułów w dążeniu do przejęcia imperium ojca. Autor, znany z cyklu o Patricku Melrose, z właściwą sobie zjadliwością portretuje wyższe sfery, ich narcyzm i emocjonalną pustkę. Ucieczka Dunbara z ośrodka i jego błąkanie się po wzgórzach Kumbrii to bezpośrednie nawiązanie do sceny na wrzosowisku, gdzie upadek potęgi idzie w parze z rozpadem umysłu. Blaski i cienie adaptacji Największą zaletą powieści jest język St Aubyna – precyzyjny, pełen ciętego humoru i trafnych diagnoz psychologicznych. Postać Petera, alkoholika i towarzysza ucieczki Dunbara, pełniącego funkcję Błazna, wprowadza do narracji tragikomiczny pierwiastek. Głównym problemem jest zbyt niewolnicze trzymanie się struktury Szekspira. Tam, gdzie oryginalny dramat poraża kosmicznym wymiarem tragedii, współczesna wersja momentami osiada na mieliźnie thrillera korporacyjnego. Zło córek wydaje się tu zbyt jednowymiarowe, a odkupienie Dunbara i jego relacja z „tą dobrą” córką, Florence (Kordelią), bywa nazbyt sentymentalna w porównaniu do surowości pierwowzoru. „Dunbar” to sprawnie napisana, inteligentna proza, która dostarcza satysfakcji głównie tym, którzy lubią odnajdywać literackie kody i nawiązania. Edward St Aubyn udowadnia, że mechanizmy władzy i zdrady są niezmienne od wieków, jednak w tej konkretnej odsłonie zabrakło mu nieco odwagi, by całkowicie zerwać ze smyczą Szekspira i zaproponować coś autentycznie świeżego. To dobra lektura na dwa wieczory, która błyszczy formą, ale w treści pozostaje jedynie poprawnym echem wielkiego dramatu. Dla fanów autora to pozycja obowiązkowa, dla reszty – jedynie solidna rzemieślnicza robota, która nie dorównuje sile jego autorskich cykli.
Muminka - awatar Muminka
oceniła na 6 6 dni temu

Cytaty z książki Leonardo da Vinci. Zmartwychwstanie bogów

Więcej
Dmitrij Mereżkowski Leonardo da Vinci. Zmartwychwstanie bogów Zobacz więcej
Więcej