Ludowa historia Stanów Zjednoczonych. Od roku 1492 do dziś
Przez wieki w historii dominowała tendencja do przedstawiania przeszłości jako chronologicznego zestawienia wielkich postaci królów, wodzów lub rodów, i związanych z nimi przełomowych wydarzeń, z którego następnie poszczególne narody budowały własne zbiory mitów tożsamościowych. Jednak, wraz z nowożytnym rozwojem warsztatu naukowego historyka oraz postępującej refleksji historiozoficznej, stopniowo zaczęto odchodzić od tak postrzeganej historii „elit”, aby ująć przeszłość w ramy bardziej egalitarne. Nie bez znaczenia była tutaj filozofia Marksa, którego teoria walki klasowej, mimo swoich doktrynalnych ograniczeń, wyprowadziła na scenę dziejów bohatera zbiorowego - klasę lub lud, jako element opozycyjny do dotychczasowej historii „heroicznej”. Proces ten doprowadził zatem do postawienia zasadniczej kwestii - czyja jest historia? Pytanie to jest oczywiście błędnie postawione, ale sama próba odpowiedzi na nie ukazała nierównomierność rozłożenia akcentów w dotychczasowej wiedzy historycznej. Rzesze badaczy, także tych poruszających się w idiologicznych ramach marksizmu naukowego, rozpoczęły badania, aby zmienić ten stan rzeczy, czego efektem jest trwający do dzisiaj trend do opisywania historii zbiorowej całych narodów, klas i konkretnych warstw lub grup społecznych. I właśnie taką próbą jest głośna swego czasu książka amerykańskiego historyka o wyraźnie lewicowych poglądach, Howarda Zinna. To bez wątpienia monumentalna w swoim zamiarach praca, w której autor postanowił odbrązowić historię własnego kraju, aby ukazać przeszłość z punktu widzenia tych, o których podręczniki szkolne z reguły nie mówią.
„Ludowa historia Stanów Zjednoczonych. Od roku 1492 do dziś” po raz pierwszy została opublikowana w roku 1980. Natomiast w 2003 roku ukazało się jej zaktualizowane wydanie, w którym autor poszerzył narrację o szereg wątków wcześniej nie występujących oraz opisał wydarzenia polityczne, jakie miały miejsce w Stanach Zjednoczonych pod koniec XX wieku. Całość rozrosła się do dwudziestu pięciu rozdziałów, co przekłada się na słusznych rozmiarów książkę, którą raczej nie sposób pochłonąć w dzień lub dwa. Warto również na samym początku zwrócić uwagę, że Zinn napisał swoją pracę pod konkretne założenie, które można w wielkim uogólnieniu sprowadzić do następującego twierdzenia - oto najbogatszy 1% narodu amerykańskiego ekonomicznie kontroluje i indoktrynuje pozostałe 99%. O prawdziwości lub fałszywości tej tezy będzie jeszcze okazja powiedzieć. Tak czy inaczej, „Ludowa historia...” miała być znaczącym krokiem do tego, aby ukazać amerykańską historię właśnie z punktu widzenia tych wykluczonych, a więc potomków czarnoskórych niewolników, wyzutych z ziemi indiańskich indygenów, robotników walczących o prawa socjalne, kobiet zamkniętych w rygorach purytańskiego społeczeństwa, mniejszości wszelkiego rodzaju itp. Autor rozpoczyna swoją podróż przez dzieje Ameryki, podczas której posługuje się klasycznym kompasem walki klasowej, choć bez uciekania się do taniej propagandy. Z dzisiejszego punktu widzenia jest to istotna słabość tak rozumianej narracji, ale będzie o tym jeszcze czas wspomnieć.
Jedno jest pewne - książka ta dostarcza naprawdę ogromną dawkę szczegółowej wiedzy o dziejach Stanów Zjednoczonych, których przeciętny odbiorca raczej nie miałby okazji poznać z innych źródeł. A jeśli czytelnik nie wie za wiele o funkcjonowaniu społeczeństwa jako takiego oraz stosunkach międzynarodowych, może dojść do przekonania, że ma oto w ręce pracę o szokującej wręcz treści. Zresztą udowadnia to opinia zamieszczona na okładce książki, jakoby „Ludowa historia...” była ulubioną książką Davida Bowiego i Matta Damona. Podkreślam zatem raz jeszcze, że dla osób patrzących na rzeczywistość społeczną przez „różowe okulary” informacji głównego nurtu, zawartość książki może być wręcz rodzajem wiedzy tajemnej. Ale jeśli ktoś jest uważnym obserwatorem życia społecznego, z całą jego złożonością i skomplikowaniem, ten rychło odkryje, że wraz z kolejnymi stronicami narracja Zinna ogranicza się coraz bardziej do głównie negatywnej oceny poczynań administracji kolejnych prezydentów USA. Widać to szczególnie, gdy wkroczymy razem z autorem w omawianie wieku XX. O ile bowiem wcześniej amerykański historyk zamieszcza wiele konkretnych informacji historycznych dotyczących położenia grup wywodzących się z ludu, o tyle później prym przejęła jego krytyka amerykańskiej polityki na szczeblu krajowym i międzynarodowym.
Zastanawia mnie również, w jakim celu Zinn cofnął historię Stanów Zjednoczonych aż do roku 1492. Zakładam, że autor chciał w ten sposób ukazać kluczowy moment, w którym zachodnia cywilizacja „postawiła swoją stopę” w Nowym Świecie, ale zasadniczo od odkrycia Ameryki przez Kolumba do powstania Stanów Zjednoczonych daleka była jeszcze droga. Zresztą warto też zwrócić uwagę, że nawet pielgrzymów z „Mayflower” Zinn obarczył już „amerykańskimi grzechami” wobec autochtonów, choć sama umowa, spisana przez tychże osadników w momencie ich przybycia do Nowego Świata, wyraźnie zaznaczała, że chcą oni pozostać lojalnymi poddanymi angielskiego króla. O swojej późniejszej dziejowej roli założycieli narodu amerykańskiego zapewne nawet nie marzyli. I tu dochodzimy do podstawowego problemu, jaki dostrzegam w „Ludowej historii...”. Otóż tak naprawdę ciężko wytypować moment, w którym historia angielskich kolonii, z całym bagażem norm i naleciałości kulturowych Starego Świata, przeistacza się w historię państwa nazwanego później Stanami Zjednoczonymi. Ktoś może zwrócić uwagę, że takim momentem są przecież ramy czasowe wygranej wojny o niepodległość, ale historia, rozumiana jako proces, udowadnia, że tak naprawdę był to finał wcześniejszych przemian, których korzenie sięgały lata wstecz. Uchwycenie tego momentu, w którym historia angielska zmienia się w historię amerykańską, nie ma jednak w mojej ocenie aż tak istotnego znaczenia, gdyż Stany Zjednoczone powstały jako „przeszczep” europejskiej kultury do Nowego Świata. I jak każdy przeszczep, uległ on późniejszym modyfikacjom w oparciu o lokalne uwarunkowania, ale zasadniczo, pod względem najważniejszych paradygmatów, był on odbiciem warunków panujących w Europie. Jeśli zatem Zinn kreśli swoją historię Stanów Zjednoczonych z punktu widzenia klas wykluczonych, to dla odbiorców, znających europejską historię powszechną, nie tworzy jakiegoś wielkiego przełomu. Powiem więcej, jeśli przyjrzymy się historii innych regionów świata, bardzo szybko dojdziemy do wniosku, że każdy naród ma własną wersję „historii ludowej”. Trzeba tylko wrażliwości społecznej i chęci, aby ją dostrzec.
Dobrze, idźmy dalej. Zinn tworząc swoją narrację próbuje nas przekonać do głównej tezy, jakby 1% amerykańskiego społeczeństwa kontroluje lub wyzyskuje pozostałą jego część. W umysłach czytelników może to rodzić podejrzenie jakiegoś dziejowego spisku, w którym coś, co nazwalibyśmy establishmentem amerykańskim, za pomocą tajemnych metod, sprawuje przez dziesięciolecia niepodzielną władzę nad państwem. Odrzućmy jednak to myślenie oparte trochę na spiskowej teorii dziejów, albowiem nie jest prawdą, że z dobrodziejstw państwa amerykańskiego korzysta tylko 1% jego obywateli. Zinn nie dostrzega tego, że ramy klasowe, którymi próbuje tłumaczyć nam złożoną rzeczywistość, są niewystarczające. Historia uczy nas, że podziały klasowe, jako jedyny wyznacznik interesów grupowych, nie są w stanie wytłumaczyć procesów zachodzących w społeczeństwach, gdyż pomijają wiele innych powiązań między rozmaitymi grupami funkcjonującymi w ramach tegoż społeczeństwa w oparciu o szereg czynników nie tylko ekonomicznych, ale także ideologicznych, religijnych, kulturowych itp. Nie oznacza to oczywiście, że różnice ekonomiczne są nieistotne. Przeciwnie, to jeden z najważniejszych wyznaczników przynależności społecznej, ale jednocześnie też element podlegający szybkim i nieraz diametralnym zmianom, o ile oczywiście nie podlega on konserwacji w wyniku barier i rozporządzeń rządu. Amerykański historyk myli się, gdy prezentuje wspomnianą dysproporcję, gdyż nie dostrzega powiązań, jakie rozchodzą się od owego mitycznego 1%, rzekomo kontrolującego bogactwo i władzę w Stanach Zjednoczonych. Gdyby bowiem rzeczywiście tak było, państwo amerykańskie byłoby nieustannie wstrząsane przez rewolucje i konflikty społeczne, co, mimo licznych udokumentowanych przypadków o raczej lokalnym zasięgu, jak na razie nie zagroziło jego funkcjonowaniu. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest to, że liczba beneficjentów amerykańskiego ustroju jest jednak wielokrotnie wyższa niż przedstawia nam to Zinn. Zresztą częściowo sam się do tego przyznaje, wskazując na rolę klasy urzędniczej (wojskowi, lekarze, urzędnicy średniego szczebla, służby mundurowe itp.), jako filarów podtrzymujących amerykański ustrój. Tym samym przyczyną, dla którego postulowana przez Zinna rewolucja w Stanach Zjednoczonych nadal nie miała miejsca, jest to, iż system bazuje na dostatecznie szerokiej bazie społecznej, do której dociera transfer bogactwa i władzy od owego mitycznego 1% najbogatszych. Inna natomiast sprawa, że w wolnościowym ustroju amerykańskim liczba tych, do których dociera niewiele lub zgoła nic, może rzeczywiście być wyższa i znacznie lepiej widoczna, niż w opiekuńczych systemach państw europejskich. Co do tego, nie ma chyba żadnych wątpliwości.
Generalnie można długo polemizować z obrazem wykreowanym w książce przez jej autora, co zresztą miało miejsce w Ameryce po jej ukazaniu się. Można zarzucać, że jest napisana pod tezę, że pomija wiele pozytywnych aspektów amerykańskiego systemu politycznego, że sprzyja spiskowemu myśleniu o rzeczywistości, że wreszcie za bardzo wykrzywia w drugą, negatywną stronę obraz „amerykańskiego snu”. Wszystko to byłoby prawdą, tak samo jak prawdą jest, że wiele z opisanych przez Zinna faktów bywa przemilczanych w ramach programu edukacji w Stanach Zjednoczonych. Wszystko to sprowadza mnie do wniosku, że „Ludowa historia Stanów Zjednoczonych. Od roku 1492 do dziś” to książka, którą należy odbierać z pewnym dystansem, gdyż - poza przedstawieniem innej wizji dziejów Ameryki - Zinn nie prezentuje tak naprawdę żadnych cudownych rozwiązań na „pozytywną” zmianę. Przeciwnie, ogranicza się tutaj do typowych dla dwudziestowiecznego socjalizmu odwołań do działania poprzez kolektywne stawianie oporu w postaci strajków, manifestacji, a nawet, w sprzyjających okolicznościach, rewolucji społecznej. Tymczasem współczesna rzeczywistość społeczna w Ameryce zdaje się za nic mieć lewicowe marzenia autora. Trumpizm i ruch MAGA zdaje się bowiem być raczej kontynuatorem negatywnych procesów opisanych przez Zinna, co znowu sprowadza nas do dwóch możliwości - albo mamy do czynienia z dziejowym spiskiem, albo rzeczywistość społeczna jest jednak bardziej skomplikowana, niż byśmy tego chcieli.
Zinn chciał wierzyć, że wystarczy ukazać ludowi społeczną „wierchuszkę”, aby wzbudzić w nich gniew i pragnienie diametralnej zmiany. Historia natomiast ukazała, iż nie jest problemem wymiany elit. Problemem jest to, jak zmusić nowe elity do tego, aby nie wchodziły w odziedziczone po poprzednikach „koleiny”. Wszak wielki, komunistyczny eksperyment udowodnił, że nie jest to wcale takie proste, skoro demokracje ludowe upadły wobec oporu niezadowolonych robotników (lub przerodziły się w zwykłą tyranię, jak ma to miejsce w Korei Północnej). To wskazywałoby, że prawdziwe źródło problemu leży jednak gdzieś indziej, ale to już temat na zupełnie inną, o wiele dłuższą analizę. Wracając do meritum, Howard Zinn był dopiero na etapie równoważenia przekazów, a więc na zmianie perspektyw. To niewdzięczna, ale ważna rola, dzięki której wielu odbiorców tej książki może doznać pewnego olśnienia. Inna sprawa, że to dopiero początek drogi ku zrozumieniu, dlaczego ludzkie społeczeństwa wyglądają tak, jak wyglądają.
Opinia
Książka jest bardzo dobrze napisana, nie męczy, nie nudzi, choć zgodzę się, że Pani od korekty nie wyłapała prostych błędów, a redaktor przepuścił liczne powtórzenia, których szczególnie dużo jest pod koniec tekstu... Szkoda, bo trochę całość na tym traci. Niemniej jednak książka wg mnie jest idealna dla osób zainteresowanych historią Gdańska w okresie przed II wojną światową, poprzez czasy wojenne i powojenne. Naprawdę warto sięgnąć po tę książkę.
Książka jest bardzo dobrze napisana, nie męczy, nie nudzi, choć zgodzę się, że Pani od korekty nie wyłapała prostych błędów, a redaktor przepuścił liczne powtórzenia, których szczególnie dużo jest pod koniec tekstu... Szkoda, bo trochę całość na tym traci. Niemniej jednak książka wg mnie jest idealna dla osób zainteresowanych historią Gdańska w okresie przed II wojną...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to