Dziennik

Okładka książki Dziennik
Sándor Márai Wydawnictwo: Czytelnik Seria: Dzienniki intelektualne biografia, autobiografia, pamiętnik
640 str. 10 godz. 40 min.
Kategoria:
biografia, autobiografia, pamiętnik
Format:
papier
Seria:
Dzienniki intelektualne
Tytuł oryginału:
Naplo
Data wydania:
2013-11-29
Data 1. wyd. pol.:
2013-11-29
Liczba stron:
640
Czas czytania
10 godz. 40 min.
Język:
polski
ISBN:
9788307033198
Tłumacz:
Teresa Worowska
Średnia ocen

                8,9 8,9 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Dziennik w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Opinia społeczności i

Dziennik



książek na półce przeczytane 5534 napisanych opinii 431

Oceny książki Dziennik

Średnia ocen
8,9 / 10
245 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
242
37

Na półkach: ,

Lektura Dziennika Sándora Márai przyspiesza intelektualne dojrzewanie. To jest książka „skok milowy” — w swej kategorii na przestrzeni lat nie daje się wielu podobnym wyprzedzić!

Jest w niej tak dużo i na każdy temat, że aż nie warto szybko czytać. Chce się przebywać w towarzystwie S. Márai - w tak dobrym towarzystwie ! — który pisze frapująco i mądrze. Pomimo, że sporo lat upłynęło od napisania, treść nadal jest żywa, aktualna.
Przyjemnie jest przekonać się, że w wielu poglądach nie jesteśmy odosobnieni — Sandor Márai też się bulwersował, przejmował i nie raz żachnął! Czytając ma się poczucie niezwykłej bliskości z pisarzem.

Przyznam się, że jest to książka, w której mam najwięcej zaznaczonych stron. Pastelowy pióropusz plastikowych plasterków powiewa z prawego brzegu książki :)

Ponad wszystko przebija się Sándora Márai postawa — człowieka świetnie wykształconego, z dobrej rodziny. Był uprzywilejowany od samego startu, mógł korzystać, fetować, a jednak całe życie poświecił na doskonalenie myśli — niosło go jakieś godne naśladowania posłannictwo.

Czytajmy ten mistrzowski Dziennik, może doczekamy się wydania kolejnych fragmentów. Brawo Tłumaczka, za wybór doskonały także :)

Lektura Dziennika Sándora Márai przyspiesza intelektualne dojrzewanie. To jest książka „skok milowy” — w swej kategorii na przestrzeni lat nie daje się wielu podobnym wyprzedzić!

Jest w niej tak dużo i na każdy temat, że aż nie warto szybko czytać. Chce się przebywać w towarzystwie S. Márai - w tak dobrym towarzystwie ! — który pisze frapująco i mądrze. Pomimo, że...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

1500 użytkowników ma tytuł Dziennik na półkach głównych
  • 1 170
  • 305
  • 25
156 użytkowników ma tytuł Dziennik na półkach dodatkowych
  • 88
  • 38
  • 16
  • 5
  • 3
  • 3
  • 3

Tagi i tematy do książki Dziennik

Inne książki autora

Okładka książki Mistrzowie opowieści o kobiecie. Od Virginii Woolf do Agnieszki Szpili Chimamanda Ngozi Adichie, Margaret Atwood, Ingeborg Bachmann, Lucia Berlin, Dino Buzzati, Radka Denemarková, Tove Jansson, Han Kang, Selma Lagerlöf, Clarice Lispector, Sándor Márai, Herta Müller, Charlotte Perkins Gilman, Edgar Allan Poe, Cora Sandel, Agnieszka Szpila, Ludmiła Ulicka, Virginia Woolf, Xi Xi, Marguerite Yourcenar, Oksana Zabużko
Ocena 6,8
Mistrzowie opowieści o kobiecie. Od Virginii Woolf do Agnieszki Szpili Chimamanda Ngozi Adichie, Margaret Atwood, Ingeborg Bachmann, Lucia Berlin, Dino Buzzati, Radka Denemarková, Tove Jansson, Han Kang, Selma Lagerlöf, Clarice Lispector, Sándor Márai, Herta Müller, Charlotte Perkins Gilman, Edgar Allan Poe, Cora Sandel, Agnieszka Szpila, Ludmiła Ulicka, Virginia Woolf, Xi Xi, Marguerite Yourcenar, Oksana Zabużko
Sándor Márai
Sándor Márai
Sándor Márai (właśiwie. Sándor Grosschmid de Mára) – pisarz węgierski. Pochodził ze starej rodziny saskich osadników. Studiował prawo, pierwsze wiersze i artykuły publikował w piśmie Czerwony Sztandar w Węgierskiej Republice Rad. W obawie przed represjami wyemigrował do Niemiec. Tam ukończył studia dziennikarskie. Napisał sztukę teatralną po niemiecku, współpracował też z niemiecką prasą. Swoją poezję jednak tworzył już tylko po węgiersku. W pierwszych latach swej twórczości podróżował sporo po Europie, odwiedził np. Frankfurt, Berlin, Paryż. Ożenił się z Iloną Metzner (Lolą), rok od niego straszą, również pochodzącą z Koszyc. Przeżyli razem 62 lata. W 1928 razem z żoną powrócił na Węgry i osiadł w Budapeszcie. W 1930 rozpoczął pisać w stylu realistycznym. Pierwszy autor piszący tłumaczenia oraz opracowania dotyczące Kafki. W krótkim czasie osiągnął literacki sukces, a jego dzieła zostały przetłumaczone na angielski, francuski, włoski, hiszpański, portugalski, fiński, chorwacki, czeski, turecki, szwedzki i duński. Był krytycznie nastawiony zarówno do faszystowskiej, jak i sowiecko-komunistycznej dyktatury. Jego teść zginął jako Żyd w 1944. Pisarz pomagał w ukrywaniu żydowskich dzieci. W swojej twórczości często poruszał temat zmierzchu świata mieszczańskiego i kryzysu kultury europejskiej. Powieści Sándora Máraiego zachwycają stylem, psychologiczną przenikliwością, skupieniem na moralnych wyborach bohaterów i ich konsekwencjach. Po wojnie, w latach 1945-48 pisarz wydaje osiem książek. Jego wydawca zostaje upaństwowiony i już zapowiedziana nowa powieść Sándora Máraiego trafia na przemiał, jedynie kilka egzemplarzy ocalają drukarze. Brat pisarza, reżyser filmowy Géza Radványi, po światowym sukcesie swojego filmu "Gdzieś w świecie", nie otrzymuje zgody na realizację na Węgrzech nowego obrazu "Cyrk Maximus", traci również stanowisko wykładowcy w szkole filmowej, którą sam zakładał. Obaj bracia emigrują. Sándor Márai wyjeżdża z Węgier z żoną i ośmioletnim adoptowanym synkiem Janosem, jak się później okaże, na zawsze. Do 1952 r. mieszka we Włoszech, potem przenosi się do USA - gdzie w Nowym Jorku, pracuje w Radiu Wolna Europa. Dla władz węgierskich jest wrogiem publicznym numer jeden. W roku 1956, na wieść o wybuchu powstania leci do Europy, ale w Monachium zdąży jedynie nagrać monologi uciekinierów na taśmę magnetofonową. W 1968 r. przechodzi na emeryturę i przeprowadza się do Włoch, do Sorento. W 1980 wraca do USA, zamieszkuje w San Diego w Kalifornii. Bardzo ciężko przeżył śmierć żony, która zmarła na raka gardła. Kilka miesięcy później niespodziewanie zmarł jego przybrany syn Janos, który mieszkał z żoną i trzema córeczkami w okolicach San Diego. 22 lutego w 1989 pisarz popełnił samobójstwo, odbierając sobie życie strzałem z pistoletu.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Nagi sad Wiesław Myśliwski
Nagi sad
Wiesław Myśliwski
--- Nostalgiczne wspomnienia z dzieciństwa spędzonego na sielskiej wsi, gdzie każdy każdego zna, jeszcze zanim się urodzi, życie płynie ustalonym torem a dalekim, nieznanym światem straszy się niegrzeczne dzieciaki. Pierwszoosobowy narrator poetyckim, bogatym w porównania, dygresje i opisy językiem snuje wspominki meandrując między różnymi wydarzeniami. Zaczyna się od powrotu z miasta, z nauk do domu, do ukochanej wioski. Spokojna podróż na wozie zaprzęgniętym w pożyczonego że dworu konia i milczący ojciec sprzyjają rozmyślaniom przesiąkniętym marzeniami, obawami, wątpliwościami. Wspomina posiłki w milczeniu, wizytę z ojcem u dziedziców, częste krępujące odwiedziny ojca pod szkołą, jak matka co wieczór się modliła samotnie w sypialni, pogrzeb taty i okrutną suszę w tamtym czasie, swój koklusz za dziecięcia i wyprawę ratunkową przez 9 mostów... Zaczyna jedną myśl, w trakcie wpłata inną, dodaje jakieś dywagacje, wraca do pierwszej myśli i tak do końca książki. --- Proza kontemplacyjna, skupiona na detalu, wymagająca uwagi. Potrzeba tu odpowiedniego momentu, nastroju, żeby ją poczuć, docenić, nie zrazić się brakiem akcji czy wręcz konkretnej fabuły. Trochę jest to też taka gawęda dziadka przy kominku, który opowiada jak to było za młodu, a że dziadek poeta to i gawęda specyficzna... U mnie wypieków na twarzy nie wzbudziła, ale miło czasem obcować z piękną polską mową. Ps. Jest to debiut więc może kolejne będą lepsze? Więcej wspominek mniej rozważań, roztrząsania wątpliwości?
WissQuek - awatar WissQuek
ocenił na 6 8 dni temu
Oswajanie świata Nicolas Bouvier
Oswajanie świata
Nicolas Bouvier
Sporo krócej, ale wciąż niemało, zajęła mi podróż po kartach książki śladami Nicolasa Bouviera. W przeciwieństwie do jego, moja była bardzo wygodna, ale (tu z kolei podobieństwo) również nie bardzo łatwa. A choć analogie i różnice wynikają z zupełnie innych przyczyn, to paleta emocji mogła być tożsama: ciekawość, ekscytacja, czasem zachwyt, ale i znużenie oraz zniecierpliwienie. Nie jest to książka reporterska. Jak na tę zdecydowanie za dużo tu samego autora i jego refleksji, z czego zarzutu wielkiego jednak jej nie robię, bo te bywają wielce ciekawe. Najbliżej jej chyba do literatury drogi. Podróżuje razem z przyjacielem bardzo niespiesznie, ale nie poświęca wiele tekstu opisowi jednego miejsca, jednej osoby, jednego wydarzenia. Nie stara się również zgłębiać bardzo dokładnie tego, co widzi, choć jest wyposażony w więcej niż podstawową wiedzę o rejonie, który przemierza. I być może, zaprzeczając sobie samemu, pomimo że autora tu sporo, to niewiele dowiadujemy się o nim, jego motywacjach. Nie wiem również, dlaczego właściwie ta trasa, te kraje, te miejsca są jego celem. Jest raczej obserwatorem samego siebie w podróży, który czasami przekierowuje swój wzrok na to, co mija. Moim największym zarzutem jest to, że książka jest nierówna. Więcej – bywało, że męczyła. I wydaje mi się, że jest to ściśle związane z utratą notatek, które autor robił w trakcie podróży, a których został pozbawiony w drugiej jej części. Ten fakt pozwolił mi wysnuć tezę, że opisywanie pierwszej części podróży li tylko z pamięci negatywnie odbiło się na treści, jakby wspomnień zbrakło. Czasem wręcz nużyło. Im bliżej na osi czasu do punktu utraty notatek, tym pamięć bardziej świeża, myśl bardziej wnikliwa, pióro zdecydowanie lepsze. A umiejętność dobrej puenty, szerokiego, wręcz filozoficznego spojrzenia była tym, co sprawiło, że drugą część książki czytało się zdecydowanie lepiej, nie tylko ze względu na bardziej interesujący mnie geograficznie fragment podróży (ach, Persja…). Nie gustuję w okraszaniu opinii o książkach cytatami z nich, ale tym razem pozwolę sobie na jeden, już z samego końca książki, zwłaszcza że, w przeciwieństwie do całej maści współczesnych podróżników, ten wskazuje na pokorę autora i brak przypisywania sobie kategoryczności poznania: „Tego dnia miałem nieodparte wrażenie, że udało mi coś uchwycić i że odmieni to moje życie. Ale nic z tych rzeczy nie przyswaja się sobie raz na zawsze. Jak woda, świat przez ciebie przepływa i na jakiś czas użycza ci swych kolorów. Potem się cofa i znów cię zostawia samego z tą pustką, którą nosisz w sobie, z czymś w rodzaju organicznej niewydolności duszy, z którą trzeba nauczyć się żyć, którą trzeba zwalczać, a która paradoksalnie stanowi być może naszą najsilniejszą sprężynę działania.” P.S. Żałuję, że osoba, której Bouvier poświęca jedną z ostatnich stron, nigdy nie napisała swoich wspomnień ze swoich wypraw. Myślę, że opowieść podróżnika o pseudonimie Dodo, z którym przecięły się drogi autora, byłaby tą, którą czytałbym z wypiekami na twarzy. Inaczej – będę się mamił myślą, że ona istnieje i że kiedyś trafię na nią, znalazłszy ją na pustym miejscu w pociągu lub pod siedzeniem autobusu dalekobieżnego w czasie jednej z moich skromnych podróży.
Piotrek - awatar Piotrek
ocenił na 6 2 miesiące temu
Moje nagrody Thomas Bernhard
Moje nagrody
Thomas Bernhard
Miałem szczęście. Naprawdę je miałem. Nie tylko dlatego, że jedynie raz dostałem kiedyś od pewnego szacownego gremium jakąś tam nagrodę jako dziennikarz. I na szczęście nie wiązały się z nią żadne takie okoliczności, jakie były udziałem Autora. Miałem ponadto szczęście, że to właśnie mój ulubiony Bernhard precyzyjnie, a literacko z nieubłaganą precyzją, obnażył istotę tego, co się kryje za tak bardzo i od dawna nie lubianą przeze mnie wszelką pompatyczną celebrą, zaraźliwymi wybuchami obłudy, ohydnego środowiskowego konformizmu, mlaskającego lukrem podlizywania - towarzyszącym od zawsze i na zawsze wszelkim uroczystym uroczystościom wręczania, czczenia, wyróżniania, honorowania itepe itede. Nigdy nie mogłem znieść zatem np. relacji z „:tej najważniejszej w roku” oscarowej nocy. A kiedy słucham w radiu relacji z wręczania nagród - choćby w Konkursie Chopinowskim, czy Wieniawskiego - to natychmiast muszę je wyłączyć, gdy tylko odzywa się ktoś inny niż muzyk lub nie instrumentem. (a chyba zbyteczne byłoby dodać, że nie śledzę żadnych partyjnych konwentykli). Niestety także Nagrodę Nike mocno dotknęła opisana przypadłość - jak każda, to każda…. Lektura dziełka Bernharda była zatem miodem na moją tak bardzo doświadczoną – zwłaszcza w Polsce, zwłaszcza przez ostatnie 7 lat – nadwrażliwość na wszelakie nadęte balony próżności, które oby pękały jeszcze częściej niż inne wyroby gumowe, z którymi skojarzenie jest tu jak najbardziej wskazane…. I jeszcze jedyny chyba w tej książeczce pozytywny przekaz: „Warszawski okres należał do najszczęśliwszych w moim życiu, chodziłem wszędzie z korektą w kieszeni płaszcza, regularnie rozmawiając z satyrykiem Lecem, który zapisywał słynne aforyzmy w książce kucharskiej należącej do jego zony, zapraszał mnie często do domu, a czasem na Nowym Świecie stawał mi kawę”. Na koniec łyżeczka dziegciu w tym anty-miodzie, oby nie przez Autora, jeno przez tłumacza zawiniona (do spółki w wydawnictwem „Czytelnik”) - gdy czytam, że nad szpitalem we Wiedniu latają „dziesiątki tysięcy kruków z Rosji, ogłuszając wszystkich pacjentów”. Naprawdę chodzi zaś o wrony lub gawrony, bo spokrewnione z nimi kruki nie występują w grupach większych niż para (chyba że na padlinie gdzieś w ostępach); nie zalatują do miast, bo nie mają po co, przesadnie nie kraczą, no i na zimę nie migrują. Kilka cytatów, cykutą pisanych przez Bernharda rodakom: …Dokładali mi nie tam, gdzie, jak sądziłem, mi się należy, tylko na prawo i lewo, poniżej pasa, nikczemnie odwołując się do najniższych instynktów… …Teraz jesteś tak samo niegodziwy, jak wszyscy ci, którzy siedzą w tej sali i nastawiają swoje zakłamane uszy na święte słowa pana ministra. Teraz należysz do nich, jesteś częścią bandy tych, którzy doprowadzali cię do szału i z którymi nigdy w życiu nie chciałeś mieć nic wspólnego…. …Szanowny Panie Ministrze, Szanowni Państwo, nie ma czego wychwalać, nie ma czego potępiać, nie ma czego oskarżać, ale z wielu rzeczy trzeba się śmiać – wszystko jest śmiechu warte, kiedy człowiek pomyśli o śmierci... …Czasy są tępe, a nasz demonizm to ustawiczny ojczyźniany karcer, w którym głupota i bezwzględność stają się codzienną potrzebą... ....Państwo jest tworem, któremu z góry sądzona jest klęska, lud zaś skazany jest na bezecność i debilizm… …Nie skończyłem jeszcze swego tekstu, a minister z purpurowym obliczem zerwał się na równe nogi, podbiegł do mnie i rzucił mi w twarz jakieś przekleństwo... …Byłem za tym by nagrodzić Canettiego za „Auto da fe”, jego genialne dzieło młodości, wznowione rok przed posiedzeniem rzeczonego jury (…)Wielu przy tym stole nie wiedziało, kim był Canetti, ale pośród tych, którzy o Canettim słyszeli, był ktoś, kto nagle, kiedy kolejny raz powiedziałem Canetti, powiedział: :”ale to przecież też Żyd”. Wówczas przy stole rozszedł się pomruk, no i Canetti przepadł pod tym stołem… …Przy stoliku w kawiarni, od kiedy miałem prawo czuć się zdobywcą nagrody Juliusa Campego, siedziałem inaczej niż wcześniej, inaczej niż wcześniej zamawiałem kawę, inaczej niż wcześniej trzymałem w ręku gazetę… ….Po nagrodzie Juliusa Campego, jedynej, którą przyjąłem z ogromna radością, ilekroć miałem przyjąć jakąś nagrodę, mdliło mnie w żołądku i za każdym razem wzbraniała mi tego głowa…. ….Kto proponuje pieniądze, musi je mieć, wiec trzeba je od niego wziąć. (…) Nikt nie zarzuca ulicznemu żebrakowi, że bierze od ludzi pieniądze, nie zapytawszy, skąd oni biorą pieniądze na to, aby mu je dawać. Było szczytem absurdu pytać o to akurat Towarzystwo Przemysłowe…. …Towarzystwo Przemysłowe, posiadające ciężkie miliony, a nawet miliardy, przyznając nędzną kwotę pięćdziesięciu tysięcy szylingów (w wysokości miesięcznej pensji źle opłacanego urzędnika gminnego średniego szczebla) na nagrody, samo winduje się do godności wielkiego mecenasa sztuki i kultury i jeszcze chwalą je za to wszystkie gazety, zamiast postawić je pod pręgierz... …Heisenberg, było nie było profesor atomistyki, spytał mnie kilkakrotnie, czemu właściwie pisarze na wszystko patrzą takimi nieszczęśliwymi oczami, przecież świat nie jest tylko taki. Naturalnie rzecz jasna, w tej kwestii nie miałem mu nic do powiedzenia… … Nie powinniśmy na każdym kroku podpierać się wielkimi nazwiskami ani też desperacko i z wrzaskiem czepiać się tych wielkich nazwisk w naszej żałosnej i bezsilnej egzystencji. Przyjęło się, że ludzie, którzy otrzymując jakąś plakietkę z Kantem albo nagrodę Dürera, wygłaszają długie mowy o Kancie czy Dürerze, snują mdłe analogie między tymi wielkimi a sobą i publicznie wyciskają sobie z mózgu jak z cytryny całą tę sfermentowaną mądrość… …Do stowarzyszeń i towarzystw wszelkiej maści zawsze czułem głęboką nienawiść, a zwłaszcza naturalnie rzecz jasna do wszelkich towarzystw literackich… …Od lat zadawałem sobie pytanie, jaki sens ma tak zwana Darmsztadzka Akademia i nieodmiennie musiałem sobie odpowiadać, że sens ten nie polega przecież na tym, żeby jakieś stowarzyszenie, założone z wyrachowaniem koniec końców jedynie w celu napawania się własnym wizerunkiem, dwa razy w roku, dla wzajemnej adoracji jego członków, po luksusowej, odbytej na koszt państwa podróży, zbierało się z wielkomieszczańskim rozmachem w najlepszych hotelach, zżerało jadło i żłopało napitki tylko po to, by przez następny tydzień pławic się w rozmowach o zatęchłej i nudnej jak flaki z olejem literaturze… . . …Odwiedziwszy jedną z setek filii największego koncernu obuwniczego w Austrii, spostrzegłem powieszone na ścianie wskazówki co do zachowania praktykanta kupieckiego, identyczne jak te, które sam przytroczyłem do ściany w mojej „Suterenie”. Dyrekcja koncernu wskazówki te ściągnęła z mojej książki i w kilkuset egzemplarzach kazała je wydrukować dla wszystkich praktykantów. Stałem w sklepie, do którego poszedłem żeby kupić sobie parę sportowych butów, czytałem moje własne wskazówki i po raz pierwszy w mojej literackiej karierze przyszło mi na myśl, że jestem pisarzem, który się na coś przydaje.
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na 8 3 lata temu
Autobiografie Thomas Bernhard
Autobiografie
Thomas Bernhard
Życie w tym mieście, Salzburgu (ale i w całej Austrii), przyprawia o myśli samobójcze. I faktyczne samobójstwa. Ale to raczej nie kwestia pogody i nieustannego podrażnienia mieszkańców, tylko ludzi: geszefciarzy, typów odrażających, podłych, nikczemnych, bezmyślnych i tępych. Katalog obelg Bernharda to najprzyjemniejsza część książki. Na tym przyjemności się kończą. Autobiografie Bernharda można sprowadzić do kilku gładko określających je słów: faszyzm, mundur, narodowy socjalizm, zniszczenie, brzydota, rozkład, zgnilizna, obłuda, fałsz, sadyzm, samobójstwo… Słowa te są użyteczne, Autobiografie o tym, w dużym uproszczeniu, opowiadają, ale przestają mieć kluczowe znaczenie, kiedy czytelnik w pełni zanurza się w prozę Austriaka. Zrównują się z formą, treść stapia się z frazą i trzeba zadać sobie nie jedno, ale dwa pytania: o czym czytam? I dlaczego właściwie to czytam? Autobiografie są mokrym snem edytora. Długie, ciągnące się w nieskończoność, przez całą książkę, kolumny tekstu, pozbawione wstawek dialogowych i akapitów, które uczyniłyby prozę Bernharda dziwną. Rozwijające się na pół strony, stronę, zdania; powracające co chwilę słowa, frazy, które jednocześnie są powtórzeniem tego, co wcześniej, ale zawsze z dorzuceniem nowego elementu, kolejnej cegiełki. Pamiętacie Stożek, budowany przez Roithamera w Korekcie? Bernhard formalnie nawiązuje do budowania także w sensie szerokim: jego książki, jak dzika architektura, powtarzają poprzednie twory, minione zdania i rozrastają się przez dokładanie kolejnych elementów, w zadziwiający sposób do siebie pasujących. Co więcej, całe Autobiografie wizualnie wyglądają niemal identycznie. Równiutkie kolumny, jak nazistowskie marsze, defilują z pochodniami, noga za nogą idąc przez całą książkę. Nazizm jest u Bernharda symbolem uniformizacji i umysłowej tępoty. Czyste, nieskazitelne mundury, pod którymi kipią obłuda, fałsz, sadyzm, zniszczenie, brzydota, rozkład, zgnilizna… Te gładkie określenia tkwią pod spodem, dzieląc świat Bernharda na ładne zewnętrze i potworne wnętrze. Jak Salzburg, początkowo przyjemny, stopniowo odsłaniający trupią twarz. Trupią twarzą, odpowiednio przypudrowaną i spętaną maską konwencji, charakteryzują się zresztą wszystkie, według Bernharda, systemy i struktury społeczne. Tępe i fałszywe jest zatem państwo, są ideologie, religie, urzędy, szkoły, internaty; wszelkiej maści twory, mające porządkować, strukturyzować, naprawiać i dostosowywać nowych ludzi do własnych wymagań. Państwo też podlega tej smutnej retoryce, co w żaden sposób nie dziwi. Skundlone, upadające, okłamujące i wypychające niedostosowanych poza margines. Anarchistyczne przesłanie Austriaka nie miałoby w sobie żadnej mocy, gdyby było suchą relacją historyczną. Ale wchodząc w umysłowość dojrzewającego człowieka mamy poczucie nie biernego przypatrywania się i komentowania na bieżąco, tylko żywego uczestnictwa; ostatecznie na własnej skórze zaczynamy odczuwać, że wolność nam wmówiono, a tak naprawdę posiadamy taki zakres swobody, na jaką pozwalają wymyślone i narzucone przez innych struktury. Wojsko, szkoła, kościół: w żadnej z tych instytucji normalnie żyć się nie da, bo każda próbuje nas przykrawać, wtłoczyć w wymyślone przez siebie ramy. Więcej: obóz koncentracyjny i obóz śmierci są naturalnymi i nieuniknionymi konsekwencjami kategoryzowania, standaryzowania, uniformizacji i stawiania ludzi pod pręgierzem narzuconych wymagań. Po co komu, na przykład, imię i nazwisko, skoro można uczynić go numerem, pozbawiając jednocześnie cząstki tożsamości? Zatem Bernhard w żaden sposób nie próbuje ułatwiać czytelnikowi wnikania w swój świat, rzuca go na pastwę swoich okrutnych zdań i pozostawia, mówiąc: radź sobie. Podobnie jak bohater, jesteśmy zdani na łaskę i niełaskę wyglancowanych oficerek i w jakiś sposób (jeśli oczywiście mamy w sobie na tyle chęci i samozaparcia) musimy odnaleźć się w tym świecie. Świecie-więzieniu, bo do tego sprowadza się proza Bernharda. W więzieniu tym żyjemy od narodzin aż do śmierci, bez wolności, bo jej nie ma, stale pozwalając innym rozkładać nasze ciało, umysł i będąc narażonym na powolne konanie. Porażająca książka, osadzona w bezdusznym, okrutnym i umierającym świecie. Nie ma Joyce’owskiego lotu w przestworza; jest tylko bruk Salzburga, a pod tym brukiem piekło instytucji.
ZaMałoRegałów - awatar ZaMałoRegałów
ocenił na 8 1 rok temu
Wykład profesora Mmaa Stefan Themerson
Wykład profesora Mmaa
Stefan Themerson Franciszka Themerson
Wykład profesora Mmaa Autor: Stefan Themerson Moja ocena: 10/10 To jedna z tych książek, które trudno w pełni zrozumieć, ale jeszcze trudniej się od nich oderwać. Być może nie uchwyciłem wszystkich sensów, może część przesłań wymknęła mi się gdzieś między zdaniami – a jednak „Wykład profesora Mmaa” całkowicie mnie zachwycił. Zachwycił przede wszystkim językiem – precyzyjnym, błyskotliwym, a przy tym pełnym humoru i filozoficznej głębi. Themerson bawi się formą i konwencją, tworząc dzieło, które jest jednocześnie alegorią, satyrą i przypowieścią o naturze ludzkiego (i nie tylko ludzkiego) świata. Termity – bohaterowie tej niezwykłej opowieści – stają się tu zwierciadłem ludzkich przywar, absurdów i dążeń, a ich naukowe dysputy zaskakują aktualnością oraz trafnością spostrzeżeń. To książka, która zmusza do myślenia, a jednocześnie zachwyca elegancją i ironią stylu. Choć napisana została w trudnych czasach, we Francji, Szkocji i Londynie, jej przekaz pozostaje uniwersalny – dotyczy władzy, społeczeństwa, moralności i samej kondycji człowieka. Czy może być coś wspanialszego niż filozoficzna opowieść o termitach, która mówi więcej o nas samych niż niejedna powieść realistyczna? Polecam serdecznie każdemu, kto ceni literaturę nieoczywistą, wymagającą, a jednocześnie fascynującą w swojej oryginalności. ** 22:43 * 02.11.2025 * 98/2025 *
Paweł - awatar Paweł
ocenił na 10 5 miesięcy temu
Księga niepokoju spisana przez Bernarda Soaresa, pomocnika księgowego w Lizbonie Fernando Pessoa
Księga niepokoju spisana przez Bernarda Soaresa, pomocnika księgowego w Lizbonie
Fernando Pessoa
Pierwsze i prawdopodobnie ostatnie moje podejście do Pessoa. Książka jest stosunkowo długa i ciężka do przeczytania, mi bardzo się dłużyła i język autora zupełnie mi nie podszedł ani nie pomógł w przebrnięciu. Niesamowicie zaciekawiło mnie podejście autora do tworzenia nowych heteronimów w swoim życiu, a nawet tłumaczenia jak różnią się między sobą i czasem jak nawet różnią się od niego samego/jego własnych poglądów. Do tego znalazłem parę ciekawych ideii i cytatów, niestety zbyt mało aby usprawiedliwić długość książki. Co ciekawe czytałem ją przypadkiem w podobnym czasie gdy zacząłem czytać dzieła Seneki i ta, powiedzmy antyczna samoanaliza gra z moją duszą dużo dużo bardziej, nawet jeśli autorzy dochodzą do podobnych wniosków. Myślę, że takie podejście do samego siebie i świata jest bardzo potrzebne dzisiaj, gdzie każdy co raz bardziej jest 100% przekonany tylko do swoich poglądów bez otwierania się na innych, a tak na prawdę po długiej i bolesnej "samoanalizie" może się okazać, że nic z naszych poglądów nie jest nasze, a jedynie zaszczepione w nas przez różne doświadczenia czy relacje. Czytając ją myślałem własnie, że opinie będą bardzo podzielone, albo 10 albo 1, ja starałem się być jak najbardziej obiektywnym nawet jeśli lektura mnnie trochę wymęczyła w złym sensie tego słowa znaczeniu, to jednak ze względu na powyższe argumenty myślę, że warta przeczytania, nawet fragmentami. Końcowo powiem, że wg. mnie książka nie jest aż tak pesymistyczna jakby się zdawało na pierwszy rzut oka, w wielu momentach, sczególnie opisach natury widać ukochanie życia takiego jakim jest, na swój może lekko "czarny" sposób, ale jednak odczytywałem te fragmenty jako coś pozytywnego! :)
KubeK - awatar KubeK
ocenił na 7 3 miesiące temu
Pierścienie Saturna. Angielska pielgrzymka W.G. Sebald
Pierścienie Saturna. Angielska pielgrzymka
W.G. Sebald
To czwarta książka W.G. Sebalda, którą przeczytałam. O tym pisarzu, zmarłym tragicznie i przedwcześnie, dowiedziałam się z eseju Dariusza Czai z "Lekcji ciemności". "Austerlitz" poznałam w sierpniu 2025 roku, wprawił mnie w zachwyt i ten stan utrzymał się przy kolejnych: "Czuję. Zawrót głowy", "Wyjechali", i teraz "Pierścieni Saturna". "Tropiąc" Sebalda, przeczytałam "Trzy pierścienie" Daniela Mendelsohna i biografię niemieckiego pisarza autorstwa Carole Angier pt. "Ciszo przemów. Szukając W.G. Sebalda". Wygląda na to, że znam teraz jego najważniejsze dzieła. Może uda mi się dotrzeć do esejów, które ukazały się u nas w 2019 roku. W "angielskiej pielgrzymce" (podtytuł "Pierścieni Saturna") Sebald wędruje po terenach wschodniej Anglii. Kiedy się zatrzymuje i przygląda krajobrazowi, od razu następuje dygresja, która kieruje czytelnika do lat dawno minionych, do historii związanych z tym zakątkiem. Są to bardzo obszerne dygresje i trzeba się pilnować, by po nich wrócić do bieżącej narracji. Pisarz bowiem, opowiadając np. o Alecu Garrardzie budującym model Świątyni Jerozolimskiej, o Chateaubriandzie i jego pamiętnikach czy odwiedzinach u swego przyjaciela Michaela Hamburgera, to im oddaje głos, by potem znów płynnie przejść do swoich refleksji i przemyśleń. Dygresje dotyczą bardzo wielu spraw, oprócz już przykładowo wspomnianych. Dowiemy się o hodowli jedwabnika, o losach Józefa Korzeniowskiego, zanim stał się Josephem Conradem, i jego rodzinie. Pojawią się i mniej znani czy bezimienni mieszkańcy "pielgrzymkowych" miejsc. Wędrówka skłania Sebalda do własnych wspomnień, opisuje też czasem ze szczegółami swoje sny. Całość jest, jak to u niego, naznaczona melancholią i smutkiem. A jednak, o czym pisze w świetnym posłowiu Maciej Płaza, "czytamy jak zahipnotyzowani, bez sprzeciwu znosząc depresyjną aurę tej książki". Tak ma ten, "kto dał się zauroczyć prozie Sebalda" zaznacza dalej autor "Golema". W książce są, co też jest charakterystyczne dla twórcy "Austerlitza", czarno-białe zdjęcia. Oglądamy na nich m.in. widoki miejsc w hrabstwie Suffolk, gąsienice jedwabnika, zdjęcia opisywanych postaci. Jest i sam autor stojący pod wiekowym libańskim cedrem w Ditchingham. W nocie od wydawcy znalazło się takie zdanie: "Pisarstwo W.G. Sebalda to bodaj najbardziej niezwykła rzecz, jaka przytrafiła się literaturze europejskiej drugiej połowy XX wieku". Bardzo się cieszę, że mogę doświadczyć zachwytu nim w tłumaczeniu "mistrzyni literackiego przekładu", Małgorzaty Łukasiewicz. Maciej Płaza proponuje powtórną, uważną lekturę "Pierścieni Saturna", by wynotować sobie aluzje i wzmianki, sam podaje kilka, świadczące wg jego interpretacji, że "Sebald jest duchem". Myślę, że to zrobię, bo mam książkę, i chętnie będę do niej wracać.
wiesia - awatar wiesia
oceniła na 10 21 dni temu
Jabłko Olgi, stopy Dawida Marek Bieńczyk
Jabłko Olgi, stopy Dawida
Marek Bieńczyk
Długo czytałam książkę Marka Bieńczyka. Wymaga bowiem uważności, namysłu, bieżącej refleksji. Mobilizowała mnie do sprawdzania pojawiających się, niestety często nieznanych mi, nazwisk autorów i tytułów. To nie tylko pisarze, poeci, także malarze, aktorzy, muzycy. Pisze Bieńczyk pięknym językiem i z wielką erudycją, nie tylko wprost o literaturze, ale i o np. gestach, przywołując nawet przypominany ostatnio często gest Kozakiewicza. Zdania przenikają się, przechodząc od spraw zwykłych, właśnie wspomnianych gestach, do literatury, muzyki, filozofii. Autor zatrzymuje się i niemalże pochyla nad kreacją francuskiej aktorki Dominique Sandy w filmie "Łagodna". Analizuje detale jej twarzy, przypominając przy okazji okrągłe lusterka z fotografiami idoli swej młodości. Są tu Pola Raksa, Dalida czy Halina Kunicka. Za moment przytacza wiersz Herberta pt. "Dalida". Najlepiej poczułam się w rozdziale poświęconym "książkom pierwszym". Znalazłam tam autorów, których powieści i ja czytałam z dużym przejęciem: Adam Bahdaj, Aleksander Minkowski, Edmund Niziurski. Zwłaszcza ten ostatni i jego "Sposób na Alcybiadesa" - to była jedna z moich ulubionych książek; pozbawiona okładki, z rozpadającymi się stronami, wciąż stoi na półce. Ciamciara, Słaby, Zasępa, Wątłusz, poszukiwania sposobu na "gogów"- to była naprawdę wspaniała lektura. Pisze Bieńczyk, że bohaterowie "przemawiają tu prześmieszną, ale świetną polszczyzną, w której tony wysokie mieszają się z niskimi" - pełna zgoda. Dalej stwierdza: "Po szkolnych, dziecięcych latach tylko Zgrywa przesyła z przeszłości tęskne wezwanie". Do tęsknoty pasują ucieczki i to do nich płynnie przechodzi w kolejnych tekstach; od "wyjścia Czejenów", włóczącego się Humberta Humberta z "Lolity", znikającej na jedenaście dni Agaty Christie czy uciekającego z Syberii Rufina Piotrowskiego. Nad tekstami unosi się duch Marcela Prousta. To do jego dzieła "o poszukiwaniu straconego czasu" często nawiązuje. Trochę mi wstyd, ale nie czytałam. Znam tylko małe fragmenty, w tym ten, chyba najsłynniejszy, o magdalence. W eseju "Żółta ściana" nawiązującym wprost do Prousta i jego dzieła skupia się Bieńczyk na obrazie Vermeera "Widok Delft", "najpiękniejszym obrazie świata". Obejrzałam reprodukcję, rzeczywiście robi wrażenie, ale skoncentrowałam się też na analizowanej w tekście "żółtej ścianie", która stanowi w nim istotę rozważań. Oglądałam obrazy Edwarda Hoppera, którym też poświęca sporo uwagi, powtarzałam za Bieńczykiem pytania, na które być może szuka odpowiedzi kobieta przedstawiona na plakacie "Morning Sun": "Co się zdarzy?, Czy coś się jeszcze zdarzy?, Czy może lepiej, żeby się nie zdarzyło?" Obok Prousta powracają w książce Olga i Dawid. Są na początku, wieńczą koniec, czasem zjawiają się w środku. Kim są? Autor w jednym z wywiadów nazywa ich swoimi przewodnikami. To bliskie mu osoby, Dawid to świadek Zagłady. Bieńczyk z ich pomocą, jak mówi prowadzący rozmowę Maciej Robert, "przekracza gatunkowe ramy eseju i przesuwa się ku prozie". To bardzo wymagająca proza, warto się zatrzymać na niej na dłuższy czas dla pięknego języka, wielu estetycznych doznań, melancholijnej tęsknoty za tym, co minione, utracone i co wciąż trwa - zaklęte w słowach, w literaturze, w muzyce, w obrazach, gestach.
wiesia - awatar wiesia
oceniła na 8 2 lata temu
Marsz Radetzky'ego Joseph Roth
Marsz Radetzky'ego
Joseph Roth
A jeśli znowu stoimy u progu wielkiej masakry, która zaleje rzekami krwi gnijący Stary Kontynent, a jeśli teraz do gardeł rzucimy się sobie, kierując się nie tylko kryteriami narodowymi i klasowymi, lecz także płciowymi i metrykalnymi? Oczyma wyobraźni widzę już siebie jako zniedołężniałego starca, czyli lada moment, kąsającego w desperacji młodzianków, którzy siłowo chcą przeprowadzić na mnie dobrowolną eutanazję. Jeśli istotnie dojdzie do takich drastycznych scen, których efektem będą stosy ciał, to z pewnością Unia Europejska dorobi się swojej rzewnej apologii na miarę monarchii austro-węgierskiej w „Marszu Radetzky'ego”. Rzewnej, bo odwołującej się do symbolicznych czy też niematerialnych wartości, np. utraconego ładu (nie zielonego, tylko takiego ogólnego). Oczywiście banalna apologia, podyktowana wdzięcznością za finansowanie ze środków unijnych, jest na porządku dziennym od lat, a Polacy są w niej szczególnie biegli, nie ma w tym jednak jeszcze sentymentu, tej melancholijnej aury, która spowija powieść Józefa Rotha. To się dopiero pojawi po tej wielkiej masakrze, która nas czeka i która brutalnie oddzieli jedną epokę od drugiej – epokę bezmyślnej niewinności od epoki bezmyślnej drapieżności. Straszny czas, przez który nieliczni przejdą, skłoni ich do idealizacji nieodległej przeszłości, ociepli w ich pamięci unijnych biurokratów i ich beztroskie, ideologiczne zacietrzewienie, może jakiś nowy Robert Makłowicz powiesi sobie nawet na ścianie portret Ursuli von der Jelen. Może nawet ja to zrobię, jeśli, rzecz jasna, nie będę jedną z ofiar masakry. Przegiolem co? To się jeszcze okaże. --- Książka może przypaść do gustu ludziom, których wyobraźnię nader mocno zajmują umieranie, rozpad, upadek, rozkład, odchodzenie, znikanie, zanikanie, dezintegracja, staczanie się itd., tyle że bez turpizmu i naturalizmu. Jako że należę do grupy osób, którym zjawiska tej natury są istotnie bliskie, przyjąłem powieść Rotha z otwartym sercem, i to mimo tego, że autor raczył był obdarzyć naiwnym sentymentem twór cokolwiek sztuczny i o krótkim terminie ważności – monarchię austro-węgierską.
Bezecny_pełzacz - awatar Bezecny_pełzacz
ocenił na 9 3 miesiące temu

Cytaty z książki Dziennik

Więcej
Sándor Márai Dziennik Zobacz więcej
Sándor Márai Dziennik Zobacz więcej
Sándor Márai Dziennik Zobacz więcej
Więcej