Duchy dżungli. Opowieść o Yanomami, ostatnich wolnych Indianach Amazonii
Cały świat chowa się w domach przed jednym wirusem, a autor wychodzi naprzeciw wszystkim chorobom tropikalnym – dyzenterii, żółtej febrze, moczeniu krwawym, dendze, cholerze, tyfusowi, wściekliźnie, żółtaczce, gruźlicy, chorobie Chagasa, malarii, onkocerkozie, leiszmaniozie i wielu innym, również śmiertelnym. Żeby tylko chorobom! Co sprawia, że autor, i jemu podobni, dobrowolnie i świadomie rzuca wyzwanie niebezpiecznym lub jadowitym zwierzętom jak: żmijom, wężom, jaguarowi, skorpionom, elektrycznym węgorzom „plus oczywiście komary, pluskwy, kleszcze, pijawki” i wszelkiego innego rodzaju kłujące, ssące i gryzące owady. Nie wspominając o „zaburzeniach termoregulacji, udarze słonecznym, niedoborze soli mineralnych, chorobach skórnych” i wielu innych, wynikających ze zmiany klimatu i środowiska. Wiem, o czym piszę, bo przeszłam przez to piekło czyhających zewsząd niebezpieczeństw, wcale nie będąc szczęśliwą czekających mnie wrażeń. Jest jednak coś, co mnie różni od autora.
To pasja i możliwość dotknięcia białej plamy na mapie świata!
Wystarczył jeden telefon do autora z propozycją wyprawy do Wenezueli, której celem było dotarcie do ostatnich wolnych Indian Yanomami. Tajemniczych duchów dżungli żyjących z dala od cywilizacji, „unikających kontaktu nie tylko z białymi, ale również z innymi indiańskimi plemionami”. Ironasi, dzieci jaguara w szabono Ironasiteri – wiosce pod górą jaguara, o których do dzisiaj niewiele wiadomo, a którymi interesują się naukowcy z całego świata. To dlatego kobiety swoje twarze ozdabiają patyczkami na wzór wąsów tego drapieżnika. Szlak wyprawy mogłam śledzić na mapie dołączonej do książki.
Samo dotarcie w rejon zamieszkania przez Indian Yanomami było fascynującą przygodą i nauką życia. Trudy zdobycia wszystkich pozwoleń, obozowania wzdłuż Orinoko, pokonywanie rzeki z ekwipunkiem,zdobywanie pożywienia, rozwiązywanie problemów technicznych autor uzupełniał fragmentami wspomnień podróżników podążających tą samą trasą wiele dekad temu. To dowód na to, jak niewiele zmieniło się w krajobrazach przez te lata. Nadal urzekające i czarujące swoim pięknem. Samo spotkanie z Indianami okazało się przypadkowe i trwające za ich zgodą zaledwie kilka dni. Ekipa autora zamieszkała w szabono przypominającym ogrodzony stadion z ogromnym placem pośrodku. Byli więc świadkami codziennego życia, rytmu dnia, zwyczajów codziennych i tradycyjnych obyczajów. Naturalnych, wynikających z potrzeby chwili, a nie inscenizowanych na potrzeby turystów, czego tej formie podglądania innych kultur autor był bardzo przeciwny i wiele razy dawał temu wyraz. Zresztą cała jego relacja miała wydźwięk proekologiczny, zwracający uwagę na rabunkową eksploatację dżungli i jej zasobów naturalnych ukrytych w ziemi, która ostatecznie doprowadzi do wyginięcia ostatniego wolnego plemienia. Według autora to tylko kwestia czasu. Przy okazji dostało się misjonarzom, podróżnikom, poszukiwaczom złota, a przede wszystkim naukowcom i badaczom przeprowadzającym we wcześniejszych latach nieetyczne eksperymenty medyczne. Ten żal, bezsilność, a nawet wściekłą rozpacz czułam podwójnie w kontekście niezwykłości i unikatowości świata Yanomami. Ludzi żyjących szczęśliwie z dala od asfaltu, stali, szkła i „nieznających obłudy, kłamstwa, biurek, krawatów, politycznych podjazdów, wyścigu szczurów, wazeliny, wolnego rynku, plastikowych pieniędzy, wirtualnych prawd, morza idiotycznych przepisów, biurokracji, VAT-ów, PIT-ów, NIP-ów i całej tej pieprzonej cywilizacji zabijającej duszę w człowieku...” Czyniącej z nas ludzi cywilizowanych - wydmuszki z pustką w środku. Do takiego wniosku doszłam, przyglądając się ich życiu, wierzeniom, kodeksowi postępowania, otoczeniu, w którym żyli i stosunku do niego.
To piękno życia w zgodzie z naturą i blisko niej psuła mi jedna rzecz.
W wyprawie autora brała również udział znana podróżniczka Beata Pawlikowska. Bardzo ucieszyłam się, licząc na spojrzenie z boku na tę niepospolitą kobietę, którą bardzo podziwiam. Na podejrzenie jej „przy pracy” z perspektywy innego podróżnika. Niestety autor bardzo rzadko wspominał o swoich współtowarzyszach. Miało to sens, ponieważ usuwał w cień ekipę, czyniąc głównymi bohaterami relacji Indian. Nie był jednak w tym podejściu konsekwentny, ponieważ, jeśli wspominał o Beacie Pawlikowskiej, to zawsze z ironią w kontekście jej błędów, porażek i ponoszonych konsekwencji, nazywając ją „wielką podróżniczką”. Nie rozumiałam, dlaczego burzył jej autorytet, ukazując ją tylko w negatywnym świetle.
Bardzo mi się to nie podobało!
Za to bardzo spodobał mi się fragment tekstu opisujący dżunglę, który muszę jego część tutaj przytoczyć.
„Dżungla jest jak kapryśna kobieta. Wstaje o świcie ubrana jedynie w opadające mgły, z kroplami rosy we włosach. Przeciągając się leniwie, zastanawia się, w jakim dziś będzie humorze. Wędrowca wabi bogactwem swojego wnętrza. Jeżeli nieszczęśnik ulegnie jej szmaragdowym oczom i choć raz wejdzie w nią choćby na cal, ona wciągnie go głębiej, aż do zatracenia tajemniczym pięknem, kształtami i zapachem najcudowniejszych kwiatów. Będzie rzucać pod nogi nigdy niewidziane rajskie owoce, uwodzić wszystkimi barwami tęczy, wchłonie go w swoje wilgotne i gorące wnętrze. Śmiałkom obiecuje najcudowniejsze ze swoich skarbów – złoto, diamenty i szafiry. Zuchwałym plunie w twarz trądem i malarią, roztrzaska ich łodzie o skały, zatopi w wirach rzek i rzuci w otchłań wodospadów”.
Jest tego więcej, ale pozostawiam do odkrycia te cudowne zaskoczenia kolejnym czytelnikom.
I do pomyślenia nad światem, który sami niszczymy wraz z sobą.
naostrzuksiazki.pl
Opinia
„Blondynka na Bali” jest sto razy ciekawszą książką niż wcześniej przeczytana przeze mnie „Blondynka na Czarnym Lądzie”. Tam bowiem Pawlikowska opowiadała jedynie, jak udała się na zorganizowane safari, polegające na podróży autem terenowym przez sawannę, i zwiedziła wioskę Masajów. Po Bali zaś wędrowała na własną rękę, ograniczając korzystanie z udogodnień turystycznych, co w moim odczuciu jest znacznie bardziej interesujące.
Autorka opisuje tu wiele ciekawostek na temat Indonezji, tworząc obraz wyspy Bali daleki od tego, co kreują foldery turystyczne i biura podróży – wedle jej opowiadań to miejsce pełne zgiełku i ruchu ulicznego, a mieszkańcy są chciwymi hienami, żerującymi na naiwności przyjezdnych, choć pozostającymi w solidarności względem siebie. Pawlikowska jako dowód podaje tu niezwykle niskie statystyki dotyczące przestępczości, co jednak moim zdaniem nie jest dobrym punktem odniesienia, gdyż ze względu na słabo rozwiniętą strukturę administracyjno-prawną wiele przestępstw w Indonezji pozostaje najpewniej niezarejestrowanych, a dodatkowo, jak sama opisuje, Indonezyjczycy cechują się nadzwyczajną wręcz chciwością, a więc przypuszczam, że są także przekupni i ich aparat władzy to jedna wielka korupcja i łapówkarstwo.
O wiele lepiej wobec Bali wypada Jawa, którą autorka zwiedza w następnej kolejności, choć i tutaj mieszkańcy charakteryzują się niesłychaną chciwością.
Lektura „Blondynki na Bali” naprawdę mnie wciągnęła i dostarczyła mnóstwa frajdy. Okazało się, że mam nieco wspólnego z Pawlikowską, bo obie uwielbiamy maksymalne upały, nie przepadamy za mlekiem i nie stosujemy cukru, a dodatkowo dzielimy trochę podobne poglądy. Też nieraz obserwuję, jak ludzie sami się unieszczęśliwiają, narzekając na los i pomstując na okoliczności, czekając bezradnie, żeby wszystko w ich życiu samo się naprawiło, bo ich strach przed dokonaniem zmian jest większy niż ich pragnienie. A Pawlikowska mówi, aby po prostu rzucić się na głęboką wodę, i pokazuje swoim własnym przykładem, że czasem naprawdę to, co wydaje nam się niemożliwe, jest na wyciągnięcie ręki, bo wystarczy spakować bagaż, kupić bilet i ruszyć przed siebie. A w końcu któż z nas nie marzy czasem o tym, aby chwycić plecak, rzucić wszystko w cholerę i uciec od ponurej i/lub monotonnej rzeczywistości, zobaczyć i doświadczyć coś nowego? Oczywiście nie trzeba od razu jak autorka lecieć na drugi koniec świata – zamiast tego zacząć może chociaż od jednodniowej, spontanicznej wycieczki w wolną sobotę.
Wprawdzie były także takie wątki, w których wywód autorki mi się nie podobał, bo wydawało mi się, iż w swych teoriach zaprzecza czasem sama sobie albo brakuje jej szerszej perspektywy i więcej aspektów na patrzenie na pewne sprawy, ale poza tym lekturę uznaję za satysfakcjonującą (nawet biorąc pod uwagę posłowie, w którym dowodziła, że gramatyka i ortografia nie są jej do niczego potrzebne, z czym się absolutnie nie zgadzam).
„Blondynka na Bali” jest sto razy ciekawszą książką niż wcześniej przeczytana przeze mnie „Blondynka na Czarnym Lądzie”. Tam bowiem Pawlikowska opowiadała jedynie, jak udała się na zorganizowane safari, polegające na podróży autem terenowym przez sawannę, i zwiedziła wioskę Masajów. Po Bali zaś wędrowała na własną rękę, ograniczając korzystanie z udogodnień turystycznych,...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to