Droga przez Flandrię

Okładka książki Droga przez Flandrię autorstwa Claude Simon
Okładka książki Droga przez Flandrię autorstwa Claude Simon
Claude Simon Wydawnictwo: Czytelnik Seria: Nike literatura piękna
316 str. 5 godz. 16 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Seria:
Nike
Tytuł oryginału:
La route des Flandres
Data wydania:
1982-05-01
Data 1. wyd. pol.:
1982-05-01
Liczba stron:
316
Czas czytania
5 godz. 16 min.
Język:
polski
ISBN:
8307005566
Tłumacz:
Wiera Bieńkowska
Powieść francuskiego noblisty Claude'a Simona, opublikowana w 1960.
Droga przez Flandrię uchodzi za powieść należącą do nurtu nouveau roman. Jej akcja rozgrywa się w 1940 w czasie kampanii francuskiej. Centralną postacią utworu jest arystokrata de Reixach, dowódca kawaleryjskiego szwadronu rozbitego przez Niemców. Ginie on w jednej z potyczek. Jego podwładny rekonstruuje historię trójkąta miłosnego łączącego Reixacha, jego żonę i ordynansa. Simon posługuje się techniką strumienia świadomości, chętnie zaburza chronologię utworu. Tekst w znacznej części składa się z powtórzeń i dygresji.
Średnia ocen
6,7 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Droga przez Flandrię w ulubionej księgarniiPorównywarka z najlepszymi ofertami księgarń W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl. Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki. Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Droga przez Flandrię

Średnia ocen
6,7 / 10
27 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinie i dyskusje o książce Droga przez Flandrię

Sortuj:
avatar
122
122

Na półkach: ,

Na samym starcie - zamiast skupić się na fabule - zastanawiałem się czy kiedyś (albo i w ogóle) pojawi się kropka.

Brak kropek, przecinków i dużych liter początkowo bardzo utrudnia czytanie, lecz gdy już wpadniemy w rytm, to z pozornego nieładu wyłoni się studium obłędu, którego nazywamy wojną.

Wolę sobie wyobrażać tę dość męczącą pozycję jako nieudany eksperyment literacki niż jako przykład słabej literatury.

Na samym starcie - zamiast skupić się na fabule - zastanawiałem się czy kiedyś (albo i w ogóle) pojawi się kropka.

Brak kropek, przecinków i dużych liter początkowo bardzo utrudnia czytanie, lecz gdy już wpadniemy w rytm, to z pozornego nieładu wyłoni się studium obłędu, którego nazywamy wojną.

Wolę sobie wyobrażać tę dość męczącą pozycję jako nieudany eksperyment...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
1085
1085

Na półkach:

W ramach drobnego jubileuszu setnej komentowanej książki, wybrałem Drogę przez Flandrię. Gdy jako student czytałem ją po raz pierwszy nie wiedziałem, że Autor używał techniki strumienia świadomości, za to zachwyciła mnie uroda i intymność tej powieści, pomimo okrutnego czasu w jakim się rozgrywa. Nagroda Nobla, którą otrzymał Autor kilka lat później potwierdziła, że to nie tylko moje odczucia. Powieść w Polsce mało znana i zdecydowanie niedoceniona. Ot meandry popularności.

W ramach drobnego jubileuszu setnej komentowanej książki, wybrałem Drogę przez Flandrię. Gdy jako student czytałem ją po raz pierwszy nie wiedziałem, że Autor używał techniki strumienia świadomości, za to zachwyciła mnie uroda i intymność tej powieści, pomimo okrutnego czasu w jakim się rozgrywa. Nagroda Nobla, którą otrzymał Autor kilka lat później potwierdziła, że to nie...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
564
224

Na półkach: , ,

Bardzo dobrze się czyta.

Bardzo dobrze się czyta.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

152 użytkowników ma tytuł Droga przez Flandrię na półkach głównych
  • 111
  • 37
  • 4
30 użytkowników ma tytuł Droga przez Flandrię na półkach dodatkowych
  • 15
  • 5
  • 3
  • 2
  • 2
  • 2
  • 1

Inne książki autora

Claude Simon
Claude Simon
Pisarz i eseista francuski. Został laureatem Nagrody Nobla w dziedzinie literatury za rok 1985.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy Droga przez Flandrię przeczytali również

Starość Italo Svevo
Starość
Italo Svevo
Chciałem znaleźć w „Starości” Svevo – i z takim nastawieniem książkę nabyłem, historii o zmęczonym życiem mężczyźnie albo o przemijalnej radości z trwania, z której bohater zdaje sobie sprawę zbyt późno czyli historii, która tak jak w „Zeno Cosini” była wspaniałą i zmysłową poniekąd wyprawą. Czekałem na głodnego życia estetę-kontestatora, stłamszonego w triesteńskim biurze żmudną i nierokującą pracą krytyka sfer wyższych, a jednocześnie łaknącego choćby promienia duchowego bogactwa. Tymczasem „Starość” ma się nijak do starości i o starości w ogóle nie mówi. To, uwaga, romans, w którym jednak na pierwszy plan wysuwa się nie męski bohater lecz Angiolina. Svevo pisze historię niepoprawnej miłości Emiliana do panny, która nie posiada (już) dobrej reputacji. Prawdę mówiąc, z czym zresztą Emilian się nie kryje, u podstaw zawarcia znajomości tkwiła wyłącznie chęć uwiedzenia – dziewczyna była irytująca, pospolita, a nawet głupia (choć nogi miała zgrabne). Im jednak dalej Emilian zagłębiał się w tę niebezpieczną sferę zmysłów, tym ciężaru nabierały u niego wszelkie cechy zazdrośnika. Angiolina nie była jednak w ciemię bita – znalazła sobie starszego narzeczonego (wszak z małżeństwem wiązały się finansowe zyski),co nie przeszkadzało jej spacerować po parku nie tylko z coraz bardziej zagubionym i nieszczęśliwym Emilianem. Po przeciwnej stronie charakterologicznej mieszkanki stoi siostra naszego nicponia (przypomina pensjonarkę od Mniszkówny) oraz pewien gagatek, który idąc śladem Angioliny, ma niejedna złamane serce na sumieniu. Svevo kreśli portrety średniej (choć zniżkującej) klasy społecznej – to drobni kupcy, chałupnicy, pracownicy niewielkich firm, ciułacze dni i grosików, ludzie bez wyższych ambicji, skupieni na doraźnym polepszeniu własnego losu. To także obraz młodzieńczej pasji, odkrywania życia i łamania konwenansów, choć autor zdaje się przestrzegać przez zbytnią frywolnością. Z drugiej strony krytykuje domową zaściankowość i nadmierną gorliwość w okazywaniu rozpaczy i łez wylewaniu. Bądźmy sobą, ale nauczmy się ze sobą żyć, mówi ustami Amalii. Z trzech książek Svevo tę stawiam na ostatnim miejscu. Podejrzewam, że gdyby nie „Zeno” i „Jedno życie” (które także polecam!),nie sięgnąłbym po „Starość”.
Marcin Masłowski - awatar Marcin Masłowski
ocenił na61 miesiąc temu
Bakunowy faktor. Tom 1 John Barth
Bakunowy faktor. Tom 1
John Barth
„Wiele czynów słodko pachnie nocą, lecz cuchnie w blasku słońca”. W wieku XVII osadził John Barth fabułę powieści o początkach Ameryki, popełniając swoje dzieło z rozmachem, nadając mu wiele barw. Mamy obraz ludności migrującej z Europy, a wśród niej nasz protagonista, poeta i dziewica (w jednym) z wyboru i własnego nadania, piraci, sodomici, agenci, kurwy, czyli cała europejska menażeria. Dzieje się sporo; jest polityka, jest i korupcja i przekręty; jest pijaństwo, handel opium, sutenerstwo, a grzmocenie dziwek urasta niemalże do samodzielnego wątku (dla mnie chyba nieco zbyt rozbudowanego); jest frywolnie i ironicznie. Powieść pełna niekończących się przygód, historie wyskakują jak króliki z kapelusza, a wszystko w świetnym stylu (jak to u Bartha),chociaż muszę przyznać, że czasem zdarzało mi się pogubić nieco wśród licznej plejady postaci i snutych przez nie opowieści. Wśród tych wszystkich historii Barth pokazuje proces narodzin Ameryki jako coś brudnego, lepkiego, nikczemnego, jednocześnie zwracając uwagę na czekającą u jej wybrzeży szeroko rozumianą wolność, która jak pisze, jest jednocześnie błogosławieństwem i przekleństwem, która potrafi czynić z każdego sierotę, wynosić i deprawować. Ponieważ moje oczekiwania były inne, raczej w stylu czytanego wcześniej Końca drogi tegoż autora, więc początek mnie trochę zniechęcił, ale dalej było już tylko lepiej. Nie mniej jednak dla mnie było trochę za długo, co nie znaczy, że nie sięgnę po drugą część przygód poety-dziewicy, co zresztą uczynię niezwłocznie. „Naszym losem jest szukać […]”.
Pan_Poker - awatar Pan_Poker
ocenił na88 miesięcy temu
Lochy Watykanu André Gide
Lochy Watykanu
André Gide
Niesłychanie dziwna książka, w której nic mi się nie zgadzało. Zwłaszcza tytuł, który sugerował coś w rodzaju "Urzędu" Brezy, gdzie rozprawiamy się z obłudą instytucji kościelnych i rozdętą czarną biurokracją. Ale wychodzi na to, że to raczej Kościół wychodzi na stronę nieco poszkodowaną. Zręczni oszuści postanowili sobie zarobić na naiwnych pobożnych owieczkach, mamiąc ich szlachetną akcją uwolnienia Papieża, który jakoby został pojmany przez masonów, a w jego miejsce podstawiono sobowtóra. Taka teoria musiała nieźle rezonować w społeczeństwie, gdzie żywo pamiętano "więźnia w żelaznej masce" i snuto legendy o trzymanym w tiurmie bliźniaku Ludwika XIV. Wielce nabożna arystokracja bardzo chętnie więc wyskakuje z gotówki na szczytny cel odbicia dostojnika i nikt nie zauważa, że cała akcja to misternie namotany humbug. Tak więc od tej strony zanurzamy się w groteskowy, podszyty czarnym humorem i makabreską kryminał. Nie brakuje też masy kpiny i wyśmiewania się z dewotów, pustych mieszczańskich konwenansów, bezmyślności społeczeństwa i hołdowaniu skostniałym rytuałom. I to by się pięknie spinało gdyby nie ta niesamowita postać niejakiego Lafcadia, który kręci się wokół grupy kościelnych oszustów. To śliczny młodzieniec, obiekt westchnień zarówno pięknych dam, jak i różnych bogatych "wujaszków" i który robi dosłownie co chce, co mu aktualnie strzeli do głowy, dla kaprysu i bez żadnego uzasadnienia. Nie robi mu różnicy czynienie dobra czy okrutnego zła, za nic ma pieniądze, uczucia, sumienie i tym podobne filisterskie kule u nogi. Dzięki niemu trafiamy więc na nitzscheańskiego "nadczłowieka", nihilizm, smutek egzystencjalizmu i euforię rzucania wyzwań Bogu - jeśli w ten ogóle istnieje. Nic dziwnego, że z Gide'a czerpali garściami Sartre czy Camus (Obcy to dla mnie nieco bardziej cierpiąca inkarnacja Lafcadia). Może więc Lafcadio wynika z pustych form życia społecznego, a może narodził się spontanicznie. Może porodówką dla Lafcadia była loża masońska, a może loża to też protest przeciwko zakłamaniu Kościoła. W każdym razie wolałabym przeczytać osobno o uwięzieniu Papieża a osobno o ciemnych sprawkach niesfornego socjopaty. Gide miał jednak pomysł na spięcie dwóch ogromnych opowieści w jednej krótkiej książce, która mi się nie domknęła z powodu rozpierających ją idei. Nie dopięła mi się również nierówna konstrukcja powieści - większość czasu wypadki toczą się tak, ze możemy spodziewać się, że przed nami jest jeszcze co najmniej kilkanaście rozdziałów. Na końcówce zaś akcja tak przyspiesza, jakby żona Autora wołała, że spóźni się na obiad, więc trzeba było szybciutko pozamykać wątki. Większość kluczowych zdarzeń zadziała się w ostatniej jednej czwartej powieści i pozostawiała mnie z poczuciem jakiegoś niechlujnego braku symetrii w konstrukcji utworu. Ale cóż - symetria podobno jest estetyką głupców. Mnie Nobla nie dali - Gideowi owszem...
Katarzyna Anna - awatar Katarzyna Anna
oceniła na62 miesiące temu
Fałszerze André Gide
Fałszerze
André Gide
O tym jak nie ulegać społecznym oczekiwaniom. Po raz pierwszy czytałam tę książkę kilkanaście lat temu i z tej pierwszej lektury zapamiętałam tylko scenę trucia się gazem i takie niewyraźne wrażenie, że to było coś innego niż wszystko co dotychczas czytałam, i że mi się bardzo podobało. Tym razem podobało mi się nieco mniej. Jest to książka bardzo wielowątkowa, a przy tym napisana tak jakoś osobliwie. Trudno wyodrębnić tu jakiś główny temat, tak jakby to była książka dosłownie o wszystkim. Jest tu i niewierność małżeńska, nieślubne dzieci, zakazana miłość, dzieci schodzące na złą drogę, uleganie złym wpływom, próby odnalezienia własnej drogi życiowej, dużo rozważań na temat twórczości i samobójstwa, i pewnie pominęłam jeszcze ze dwa tuziny tematów. Trudno też wskazać głównych bohaterów, bo po pierwsze - jest ich mnóstwo, a po drugie - niejednokrotnie ci, którzy wydają się ważni schodzą na dalszy plan, a ci dalszoplanowi zaczynają grać pierwsze skrzypce. W przypadku niemal każdej postaci widzimy tylko jakiś drobny wycinek ich drogi, wiele wątków pozostaje urwanych, bez zamknięcia. Trudno też stwierdzić, kto jest tytułowym "fałszerzem" - przez całą książkę przewija się wątek fałszowania pieniędzy, ale tak naprawdę niemal każda postać jest tu "fałszerzem", kogoś oszukuje, przed kimś udaje. W szczególny sposób rozczulił mnie wątek homoseksualnej miłości, ale nie dlatego że był jakoś szczególnie poruszający, ale przez to że przy pierwszej lekturze mi kompletnie umknął, nie budząc żadnych podejrzeń. Co prawda jest to napisane dość aluzyjnie i enigmatycznie, niemniej wystarczająco jasno, żeby zrozumieć, o co chodzi. A jednak dwudziestoletnim szczawiem będąc, nie załapałam niczego. Ewidentnie byłam kiedyś niewinna jak, z przeproszeniem, nieobsrana łąka, a potem się tak strasznie zepsułam.
niedź - awatar niedź
ocenił na78 miesięcy temu
Dżin. Czerwona wyrwa w bruku ulicznym Alain Robbe-Grillet
Dżin. Czerwona wyrwa w bruku ulicznym
Alain Robbe-Grillet
Powieść Grilleta przypomina tekstowy zapis kilku różnych podejść do tej samej gry wideo. Z określonej bazy danych – elementów rzeczywistości, symboli, przedmiotów, osób i imion – każdy gracz konstruuje własną, niepowtarzalną rozgrywkę. Zdaje się, że walka przeciwko maszynizmowi nie ma sensu, jesteśmy zanurzeni w quasi rzeczywistości, która ogarnia i ustala wszelkie struktury społeczne. Zapośredniczona medialnie percepcja nakłada się na pierwotną, wysłużoną już percepcje jednostkowej tożsamości operującej w kategoriach linearności, przyczyn, skutków i celu. Łudząca wciąż pokusa opowiadania za pomocą spójnej i uporządkowanej narracji poddaje się w konfrontacji z konstelacyjną, chaotyczną rzeczywistością, a raczej z wieloma współoddziałującymi na siebie rzeczywistościami. Przełom antypozytywistyczny nie stracił siły napędowej i od początku wieku XX burzy utrzymujące się na powierzchni świadomości zastane poczucie „sensu” egzystencji. Ale od paradoksów epistemologii Grillet tylko zaczyna. Służą mu one raczej jako podwaliny pod dalsze rozważania na temat problematycznego charakteru samej/samych rzeczywistości. Już na wstępie pisarz upłynnia kategorię twórcy tekstu – zapośredniczą autorskość na wielu stopniach ontologicznych, przez co jakiekolwiek odczytanie dzieła za pomocą narzędzi psychoanalizy nie przyniesie skutków. Pokazuje, że freudowski sposób myślenia o człowieku, choć przełomowy w swoim czasie, nie jest w stanie ogarnąć przemian dziejących się na polu technologicznym. To właśnie technologia rozpuszcza nasze tożsamości w sposób do tej pory nieznany, alienuje przyczynę od skutków (specjalizacja zawodowa),zapośrednicza i dystansuje kontakt czy w końcu multiplikuje tożsamości, które składać się mają na jedną spójną konstrukcję zwaną istotą ludzką. Jeśli analiza marzeń sennych pozwoliła Freudowi oddzielić dwie rzeczywistości dotąd związane ze sobą, tak technologia pozwala rozszczepić tę realność na nieskończenie wiele poziomów ontologicznych. Tak też postępuje Grillet stwarzając piętrową intrygę funkcjonującą na niezliczonej ilości poziomów ontologicznych, z których żaden nie rości sobie prawa do obiektywności czy pierwszeństwa w hierarchii. Pojmowanie istnienia w kategoriach czasowości również nie jest w stanie poradzić sobie z istotą funkcjonowania psychiki – często zacierającej granice przeszłości, przyszłości i teraźniejszości. Zresztą sama paradoksalność czasu potwierdza te autorskie przypuszczenia: teraźniejszość jest zbyt efemeryczna, zbyt nieuchwytna, żeby można było sprawnie operować na tej kategorii. Ostatecznie żyjemy przecież w ciągłym impasie pomiędzy przeszłością i przyszłością, a teraźniejszość to zwyczajna iluzja spójności, zwykły błąd poznawczy umysłu jako ułomnego procesora maszyny. W rzeczywistości symulakrów również perspektywa postrzegania niesie za sobą wiele sprzeczności, których autor nie unika w dziele. Poznajemy strzępy różnorodnych wydarzeń raz z perspektywy bohatera, raz z perspektywy podwójnie zapośredniczonej przez tajemniczą organizację zajmującą się badaniem sprawy Lecoeura i w końcu z perspektywy pierwszej osoby, po prostu czytając znaleziony w biurze profesora dokument – książkę Grilleta, który usuwa się z roli autora i przekazuje tę funkcję Lecoeurowi. Każda z tych perspektyw to oczywiście osobna, pełnoprawna rzeczywistość. Która z nich jest uprzywilejowana, której wierzyć? Może myślenie w kategoriach technokracji to po prostu kolejna rama ideologiczna? Tę istotną decyzję egzystencjalną Grillet pozostawia czytelnikowi.
Razzorhead - awatar Razzorhead
ocenił na85 lat temu
Kalkwerk Thomas Bernhard
Kalkwerk
Thomas Bernhard
„Słowa stworzono po to, aby poniżyć myślenie, słowa są po to, by skasować myślenie, z czym uporają się one kiedyś w stu procentach." To nieprawda. To jedynie niemożność. Mój mąż nie był szaleńcem. Ja nie byłam ofiarą. To jedynie zależność wędrująca od wzniosłości do krańcowej śmieszności. On skrzywdzony przez rodziców. Ja skrzywdzona przez los. Niecierpliwość serca i Duma Łagodnej. On podążający za Studium o słuchu. Ja obserwująca upiorny mózg. Obecni dla siebie po to jedynie, aby w jednej chwili nie stracić rozumu. To udręka. Tak, nawet największa staje się przyzwyczajeniem. Ludzie? Nie. Ta zależność nie mogła mieć świadków. Uwaga. Przedstawienie skończone. Ludzie wskutek zależności, tak czy inaczej się rozstają. Ps. Kalkwerk to kakofonia, w której słyszymy zmaganie człowieka z siłą niedającą sformułować prawie usłyszanych myśli, niekończących się pokładów jeszcze niewidocznych słów. To nerwowy półsen, w którym czekamy na jakąś absolutną prawdę. Prawdę, na szukanie której człowiek poświęca całe życie, ale nie ma odwagi jej przyjąć. A przeszkody nie istnieją. Przeszkody są wygodnym ubezpieczeniem tchórzostwa człowieka. Bardzo trudna książka. Szalona. Można czytać wyłącznie po kilka stron. Jeżeli ktoś chce usłyszeć, jak brzmi ta książka nalegam wręcz na jednokrotne odsłuchanie w całości tego oto utworu: https://youtu.be/OidFaXxTP6U?si=Cmzk-AksKhXq52S9 (Béla Bartók: The Miraculous Mandarin). Powtarzam, jej mąż nie był szaleńcem, eksperymentował jedynie na osobie wielogodzinne odtwarzanie tego utworu.
Agnieszka - awatar Agnieszka
oceniła na105 miesięcy temu
Mefisto Klaus Mann
Mefisto
Klaus Mann
„Niech sobie stoi, ten wielki człowiek, pośrodku swego w najwyższym stopniu podejrzanego Olimpu. Któż się tam dookoła tłoczy? A to dopiero piękne zgromadzenie bogów! Urocza grupa groteskowych i niebezpiecznych typów, przed którymi opuszczony przez Boga lud wije się w delirium uwielbienia. Ukochany fuhrer skrzyżował ramiona, schylił złośliwe czoło, a jego ślepy, okrutny otępiały wzrok biegnie ponad tłumami, które klęcząc z jego stóp, szepczą pacierze. (…) Któż to taki? Aktor? Wiadomo, że wielcy panowie mają słabość do komediantów. Stąpa skromnie, ale stanowczymi krokami ku przednim szeregom. Musicie przyznać: nieźle wygląda w tym towarzystwie, ma taką samą fałszywa godność, taką samą histeryczną energię, taki sam bije z niego próżny cynizm i tania demoniczność.” (s. 238.) Klaus Mann, Mefisto, przekł. J. Dmochowska, PIW, Warszawa 1983. Przed lekturą tekstu, warto wiedzieć: Klaus Mann: • najstarszy syn Tomasza Manna; • opuścił Niemcy w 1933 r. po dojściu Hitlera do władzy; • na emigracji walczył z faszyzmem (głównie atakował Trzecią Rzeszę). Klaus Mann: • autor powieści Mefisto - powieści z kluczem, napisanej w 2-3 roku emigracji, wyd. w 1936 r.; • chciał napisać powieść społeczną, jak przeczytamy w Posłowiu M. Wydmucha (Warszawa 1982),wyszła ostra krytyka reżimu (autor znał ludzi mających bliskie kontakty z dostojnikami Trzeciej Rzeszy); • powieść zyskała szybki rozgłos (pod zmienionymi nazwiskami kryli się ludzie znani autorowi); • główny bohater utożsamiany z Gustafem Grundgensem (pełnił m. in. funkcję intendenta Preussische Staatstheater w Berlinie, placówki podlegającej Goringowi. To na co zwracał uwagę sam autor, to fakt, że powieść nie jest tylko o jednym konkretnym człowieku (Hofgenie),ale odsłania problem natury moralnej. Z pozoru służąc sztuce, artysta służy władzy. Przykłady takich karier widziała Trzecia Rzesza, widziały kraje w czasach zniewolenia. W powieści K. Manna: ważny jest bohater, ważny jest kontekst, ważna jest narracja. Nawet bez klucza trafia do Czytelnika! 10/10 *w 1981 r. powstał film Istvana Szabo „Mefisto” , z wyjątkową rolą Klausa Marii Brandauera, film nagrodzony w Cannes, zdobył też Oskara za najlepszy film nieanglojęzyczny; ** w filmie (polski akcent) zagrała Krystyna Janda.
zoe - awatar zoe
ocenił na101 rok temu
Spowiedź szaleńca August Strindberg
Spowiedź szaleńca
August Strindberg
„...wczorajsza prawda zmienia się w jutrzejszą bzdurę”. Autobiograficzna powieść Strindberga o piętnastu latach jego burzliwego związku z pierwszą żoną, Siri von Essen (książkowa Maria). Wydaje się być przejmującym lamentem zgorzkniałego mężczyzny, wykorzystywanego i ciężko doświadczonego przez zepsutą i samolubną kobietę. Na ile jest prawdziwa? – trudno powiedzieć, gdyż z rozmysłem uwzględnia wyłącznie jeden punkt widzenia. W tym głośnym konflikcie małżeńskim, plotkarska opinia publiczna żywiąca się życiem innych, stanęła po stronie pani Strindbergowej, toteż dla Strindberga „Spowiedź szaleńca” była tym, czym dla dzisiejszych celebrytów uwikłanych w trudne związki, jest oświadczenie na Facebooku lub Instagramie. Zanim przystąpił do opisywania swoich relacji z późniejszą żoną, Strindberg poświęcił kilka stron powieści na wspomnienia z lat wcześniejszych. Okazuje się, że był on człowiekiem bezpruderyjnym. Dostrzegał wady moralne niektórych kobiet, lecz mu one nie przeszkadzały. Nie tylko akceptował te kobiety, ale nawet idealizował je i adorował. Można zatem rzec, że świadomie oszukiwał siebie bardziej, niż kiedykolwiek zrobiła to jego żona z pierwszego małżeństwa. Co nie oznacza, że opisane przez Strindberga cierpienie, jest z tego powodu mniej bolesne. Oczywiście nie jest. Tyle że wiedząc o tym, trudniej mu współczuć. Książka w absolutnie kapitalny sposób opisuje szaloną miłość Strindberga i przewrotność Siri von Essen. Biorąc pod uwagę tematykę związaną z homoseksualizmem i biseksualizmem (kobiet - w tym przypadku),aż trudno uwierzyć, że została napisana w XIX wieku. „Spowiedź szaleńca” to powieść świetna, ale ciężko się ją czyta. Tyle w niej niegodziwości, dziwactw i niepokoju, że czasem trudno to nagromadzenie perwersji wytrzymać. Jednak Strindberg jest pisarzem wybitnym, co widać zwłaszcza wtedy, gdy z finezją opisuje, jak wszystko bierze w łeb. Wielki samozwańczy pesymista, że tak powiem.
Apelajda Sękliwa - awatar Apelajda Sękliwa
oceniła na71 rok temu
Dawni mistrzowie: Komedia Thomas Bernhard
Dawni mistrzowie: Komedia
Thomas Bernhard
Czarna komedia Thomasa Bernharda, pełna dramatycznych dowcipów językowych, skupia się na dawnych mistrzach i wielkich umysłach. Reger, niezwykle negatywnie nastawiony filozof teoretyk muzyki, którego artykuły ukazują się w brytyjskim „Timesie” i w związku z tym pozostają nieznane w Austrii, zaprasza do Muzeum Historii Sztuki swojego przyjaciela i wielbiciela Atzbachera, pisarza, który od 17 lat pracuje nad dziełem, nie opublikowawszy z niego ani jednej linijki. Od trzydziestu lat spędza tam co drugie przedpołudnie, zgodnie ze swoim zwyczajem, odkrywając błędy w obrazach dawnych mistrzów. Niemal zawsze można go spotkać w sali Bordone przed „Portretem siwowłosego mężczyzny” Tintoretta, gdzie poznał swoją żonę, której śmierć próbuje przezwyciężyć, pielęgnując swoje regularne dziwactwa. Tutaj Reger rozmyśla w spokoju i przy stałej temperaturze o tym, co jest złe na świecie, a zwłaszcza w Austrii. Trzecim członkiem tej trójki jest strażnik muzeum Irrsigler, prostoduszny mieszkaniec Burgenlandu, który z biegiem lat przyswoił sobie poglądy Regera i chętnie je cytuje. Reger filozofuje na temat nie do zniesienia sztuki rządzenia państwem. Rozdziera literackie szumy lasu Adalberta Stiftersa nazywając go nieznośnym mistrzem kiczu. Anton Bruckner, z jego religijnym szaleństwem nutowym i głupim, monumentalnym orkiestrowym zadęciem, jest przez niego określany jako kompozytor, który zniszczył muzykę. Wziął na cel filozofa Martina Heideggera, tego śmiesznego, nazistowskiego, sztywnego mieszczucha i katastrofalnie megalomańskiego słabeusza, który bez skrupułów przekształcał wielkie myśli innych w swoje własne, małe myśli. Jedynie toalety w „Hotelu Ambassador”, gdzie można go spotkać każdego popołudnia, przypadły mu do gustu ze względu na ich czystość. W swoim tekście, opartym na jednej myśli, Bernhard tworzy postać anty-artysty, człowieka, który potrafi deprecjonować i kwestionować uznane „wielkie” dzieła sztuki. W ten sposób bezpośrednio atakuje przestarzały mit geniuszu XIX wieku i próbuje go zniszczyć. Bezlitośnie.
XcX - awatar XcX
ocenił na94 miesiące temu
Dola człowiecza André Malraux
Dola człowiecza
André Malraux
Nie wiem w jakim wymiarze można traktować tę powieść jako powieść agitującą komunizmowi. Wydaje się to skrajnie powierzchowne. Nie ma w tej powieści niczego, co faktycznie utwierdzałoby czytelnika w przekonaniu, że - mówiąc kolokwialnie - komunizm jest dobry. Komunizm, tak jak zresztą każdy ruch o charakterze - mniej lub bardziej - rewolucyjnym, musi mieć charakter ideowy; tzn. wiadomym jest, że ludziom, którzy chcą zmieniać ogólny porządek świata przyświecają idee sprawiedliwości, równości, braterstwa, itd. Nigdzie jednak autor nie przemyca myśli, jakoby komunizm mógł te wszystkie idee faktycznie zrealizować; nie ma miejsca, w którym partia komunistyczna wygrywa i wszystko płynie "mlekiem i miodem". Jeżeli już to Malraux schlebia wszelkim - ogólnie rzecz biorąc - aktywnym postawom względem rzeczywistości (w tym również rewolucyjnym, jako zamykającym spektrum). Można powiedzieć, że autor pochwala (jeśli już) próby zmiany, aktywność ludzi, którzy chcą wpływać na otaczający ich świat; chcących być podmiotem, a nie wyłącznie przedmiotem historii. Widziałem opinię jednego z użytkowników, który stwierdził, że "czyny bohaterów książki są usprawiedliwiane", jako przykład padł zamach dokonany przez Czena. W mojej opinii wybrzmiewa coś niemal przeciwnego. Czen bowiem, co sugeruje autor, posuwa się do tego czynu (samobójczego zamachu) niemal z przyczyn egoistycznych. Jego czyn będzie miał znaczenie dla "towarzyszy" - to oczywiste, jednakże przede wszystkim czyn ten nada znaczenia (i sensu) JEGO życiu. Czen robi to przede wszystkim dla siebie, dla sensu własnego życia. Katow ostatecznie nie dociera do Czena, ażeby ostrzec go, że jego kolejna próba najprawdopodobniej nie wypali, lecz czy ktokolwiek ma wątpliwości co do tego, że Czen powstrzymałby się, gdyby Katow rzeczywiście przedstawił mu swoje argumenty? To był czyn fanatyczny, niemalże w pełni egoistyczny. Katow kierował się osobistą zemstą (osobistymi traumami),Clappique był oportunistą, który tak naprawdę nie wiedział sam w co właściwie się wplątuje, Hemmelrich sam nie wiedział czego do końca chce, zdawał się być zupełnie zagubiony, rozdarty (w liście do May sam wspomina, że dopiero praca jako monter w elektrowni w końcu pozwoliła mu pracować nie myśląc wyłącznie o tym aby "zdechnąć"),stary Gisors, nałogowy palacz opium, który był zupełnie wycofany z jakichkolwiek wojen ideologicznych, wspierał syna wyłącznie "duchowo". Na koniec Kyo, jako jedyny był ideowcem, który jednakże był "spoza środowiska", nie miał faktycznego interesu w uczestnictwie w tym rewolucyjnym ruchu. Jedyne co, to przyświecała mu młodzieńcza idea zmian i wpływu (choć i tak może być przedstawiany jako największky agitator komunizmu). Czy naprawdę ktoś uważa, że takie właśnie "figury", czy też twarze ruchu rewolucji komunistycznej wykreowałby ktoś, kogo celem byłoby ślepe agitowanie komunizmowi? Moim zdaniem jest to powieść przede wszystkim egzystencjalna. W wycinkach z żyć bohaterów pokazuje ich przede wszystkim jako ludzi (nawet "partnerka" Ferrala - Waleria, mimo że pojawia się bardzo rzadko, to daje się poznać przede wszystkim jako człowiek "z krwi i kości") którzy mierzą się z własnym losem w tych - bez podziału na sympatie polityczne - z pewnością nieprzyjaznych czasach. Jest to powieść o ludziach, którzy chcą działać, chcą lepszego jutra dla siebie i innych. Roztrząsamy problemy bohaterów, rozterki, które wydarzają się w sytuacjach absolutnych - na skraju życia i śmierci; porażki i zwycięstwa. Powieść jest z całą pewnością niejednowymiarowa, pozwalająca na mnogość odniesień. Jeżeli ktoś sprowadza ją do miana powieści propagandowej, to widocznie nie przeczytał tej powieści w jakimkolwiek skupieniu. Uważam, że jest ona - powiedzmy - "uczciwa intelektualnie". Kiedyś przeczytałem o tym, że w momencie kiedy czytamy jakąś książkę, od razu można rozpoznać, czy dany pisarz jest - wyłącznie - pisarzem czy też literatem. Po przeczytaniu "Doli człowieczej" stwierdzam, że bez wątpienia Malraux jest literatem i to przez wielkie "L".
Igor Baran - awatar Igor Baran
ocenił na92 miesiące temu

Cytaty z książki Droga przez Flandrię

Więcej

(...) przy zdychającym koniu o straszliwie nieruchomym spojrzeniu pełnym przerażającej cierpliwości z szyją która wydaje się jeszcze dłuższa niż przedtem z napiętymi mięśniami ścięganami jakby ciężar ogromnje głowy ciągnął go z podściółki na czarne pole po którym niezmordowanie całują martwe konie, olbrzymie i czarne stado starych szkap rozpędzonych w ślepej szarży ścigających się wyrzucających do przodu czaszki o pustych oczodołach wśród łoskotu kości i kopyt; kawalkada widm pozbawionych krwi i ciała martwych koni na których cwałują jeźdźcy pozbawieni również krwi i ciała i również martwi o nagich piszczelach dyndających w zawielkich butach z zardzewiałymi i bezużytecznymi już ostrogami pozostawiając za sobą długą procesję bielejących szkieletów

(...) przy zdychającym koniu o straszliwie nieruchomym spojrzeniu pełnym przerażającej cierpliwości z szyją która wydaje się jeszcze dłuższa niż przedtem z napiętymi mięśniami ścięganami jakby ciężar ogromnje głowy ciągnął go z podściółki na czarne pole po którym niezmordowanie całują martwe konie, olbrzymie i czarne stado starych szkap rozpędzonych w ślepej szarży ścigających...

Rozwiń
Claude Simon Droga przez Flandrię Zobacz więcej
Więcej