Łapa w łapę i inne reportaże

Okładka książki Łapa w łapę i inne reportaże autora Barbara Łopieńska, 8320717531
Okładka książki Łapa w łapę i inne reportaże
Barbara Łopieńska Wydawnictwo: Wydawnictwo Iskry reportaż
246 str. 4 godz. 6 min.
Kategoria:
reportaż
Format:
papier
Data wydania:
2004-01-01
Data 1. wyd. pol.:
2004-01-01
Liczba stron:
246
Czas czytania
4 godz. 6 min.
Język:
polski
ISBN:
8320717531
Średnia ocen

5,9 5,9 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Łapa w łapę i inne reportaże w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Łapa w łapę i inne reportaże

Średnia ocen
5,9 / 10
16 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Łapa w łapę i inne reportaże

Sortuj:
avatar
807
28

Na półkach: ,

Świetny zbiór reportaży, prawdziwy klasyk gatunku. Pięknie napisane teksty - niby proste, opisujące zwykłe sprawy, a w rzeczywistości przewrotne, metaforyczne. Łopieńska to jedna z moich ulubionych polskich reporterek, szkoda, że jest zapomniana.

Świetny zbiór reportaży, prawdziwy klasyk gatunku. Pięknie napisane teksty - niby proste, opisujące zwykłe sprawy, a w rzeczywistości przewrotne, metaforyczne. Łopieńska to jedna z moich ulubionych polskich reporterek, szkoda, że jest zapomniana.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

85 użytkowników ma tytuł Łapa w łapę i inne reportaże na półkach głównych
  • 55
  • 29
  • 1
18 użytkowników ma tytuł Łapa w łapę i inne reportaże na półkach dodatkowych
  • 10
  • 3
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Inne książki autora

Barbara Łopieńska
Barbara Łopieńska
Barbara N. Łopieńska - polska dziennikarka. Absolwentka UW (chemia). Ukończyła także studium dziennikarskie. Zaczynała w tygodniku "Kultura". Jej mocną stroną były reportaże oraz wywiady. Publikowała także na łamach "Polityki", "Gazety Wyborczej", "Vivy!" i "Twojego Stylu". Barbara Łopieńska zmarła w wyniku nieszczęśliwego upadku - poślizgnęła się przed swoim garażem. Miała 55 lat. Co roku przyznawana jest Nagroda im. Barbary Łopieńskiej. Otrzymali ją m.in. Teresa Torańska i Grzegorz Sroczyński. Wybrane publikacje książkowe: "Łapa w łapę" (z Ewą Szymańską, pierwsze wydanie: Iskry, 1980),"Stare numery" (z Ewą Szymańską, Wydawnictwo ALFA, 1990),"Książki i ludzie: Rozmowy Barbary N. Łopieńskiej" (Wydawnictwo "Twój Styl", 1998),"Męka twórcza. Z życia psychosomatycznego intelektualistów" (pośmiertnie, Wydawnictwo WAB, 2004). Mąż: Wiesław Zygmunt Władyka (do 12.01.2004, jej śmierć).
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Życie przecięte. Opowieści pokolenia marca Joanna Wiszniewicz
Życie przecięte. Opowieści pokolenia marca
Joanna Wiszniewicz
Różnorodność. To pierwsze słowo które się nasuwa w trakcie lektury książki Joanny Wiszniewicz Życie przecięte. Opowieści pokolenia Marca. Jeśli ktokolwiek ma jakiś archetyp Żyda, to koniecznie powinien tę książkę poczytać. Jeśli ma zamiar mówić, “a bo wszyscy Żydzi to…” to równie dobrze może od dziś mówić “a bo wszyscy Polacy to złodzieje” (jak to miało miejsce w Niemczech na początku lat 90. XX wieku),albo “a bo wszyscy Polacy to kombinatorzy”. Joanna Wiszniewicz spisała rozmowy z wielu lat spotkań z osobami, które pod koniec lat sześćdziesiątych miały kilka-kilkanaście lat. Niektórzy właśnie wchodzili w dorosłość, rozpoczynali studia, planowali małżeństwa. Nagle ich rodziny stanęły przed decyzją – wyjeżdżać lub nie z Polski, bo zasugerowano, że nie są mile widziani w kraju. Ojcowie chcieli, matki nie. Dzieci brały udział w tych rozterkach. Często decyzję podejmowane były wbrew ich woli; rozpadały się przyjaźnie i miłości. Część rozmówców wiedziała o swoich korzeniach, inni nie. Część była z rodzin religijnych, inni z jawnie niereligijnych, wielu sympatyzowało z komunizmem. Ale zdarzały się też takie, w którym dziadkowie mieli przeszłość rewolucyjną, ojcowie wrócili do religii buntując się przeciw temu, a synowie znów się buntowali przeciw ojcom. [...] całość: http://www.speculatio.pl/zycie-przeciete-opowiesci-pokolenia-marca/
GZal - awatar GZal
ocenił na88 lat temu
Reporterzy bez fikcji. Rozmowy z polskimi reporterami Agnieszka Wójcińska
Reporterzy bez fikcji. Rozmowy z polskimi reporterami
Agnieszka Wójcińska
„Po co ty to czytasz? Przecież oni to wszystko zmyślają” – powiedział mi kiedyś z ironią na twarzy kolega, gdy zobaczył, jak trzymam pod pachą Gazetę Wyborczą, a w niej dodatek z reportażami. Kolega jest prawicowy. Ja nigdy nie byłem ani prawicowy, ani lewicowy w tym polskim, gnuśnym sensie tego podziału. Czytałem te reportaże, bo było to zwyczajnie dobre dziennikarstwo. Wyborcza zawsze miała najlepszą ławkę w tej branży. Najpierw się na kolegę zdenerwowałem. A potem zacząłem się zastanawiać, czy mi przeszkadza to ich starozakonne zmyślanie. I doszedłem do wniosku, że w ogóle nie przeszkadza. Agnieszka Wójcińska rozmawia w tej książce z kilkunastoma polskim reportażystami z Gazety Wyborczej właśnie o tym zmyślaniu. Okazuje się, że zmyślać to wcale nie jest łatwo. Reportaż nie jest fikcją, ale nie jest też dokumentem. Jest gdzieś pomiędzy. To balansowanie stanowi wyzwanie każdego reportażysty. Ale chyba jeszcze ważniejsza jest umiejętność opowiadania o emocjach. Napisać „Dzisiaj w Gazie zginęło 90 palestyńskich cywilów” jest dość prosto. Spróbuj jednak wyrazić na papierze całe to emocjonalne gówno, cały ten ogrom indywidualnych cierpień, całą tę złość, które się za tym kryją. Spróbuj i pamiętaj, że pisząc o tym, bierzesz cząstkę tego gówna na siebie i że niełatwo będzie ją potem z siebie zmyć. Spróbuj. Ja nie potrafię. https://radekoryszczyszyn.wordpress.com/2024/05/06/nie-przeszkadza-mi-to-zmyslanie/
Radek Oryszczyszyn - awatar Radek Oryszczyszyn
ocenił na71 rok temu
Młynarski. Rozmowy Wojciech Młynarski
Młynarski. Rozmowy
Wojciech Młynarski
Dlaczego nie zachwyca, a zachwycać miała…? Wydaje mi się, że wielu czytelników pomyliło Mistrza Młynarskiego z książką ‘Młynarski. Rozmowy’. Większość super pozytywnych recenzji rozpoczyna się od peanów na cześć, od wyznań miłości, pokłonów w kierunku twórczości czy podziwu dla charyzmy, kultury osobistej, intelektu i finezji pana Wojciecha. I ja mogę się również podpisać pod tym wszystkim obiema rękami i nogami. Albowiem Młynarskiego lubię. Nie uwielbiam, ale nucę, cytuję, słucham ku pokrzepieniu serc. Mocno zdziwiło mnie, że ktoś może postrzegać go jako przaśnego, rubasznego i seksistowskiego twórcę przyśpiewek i pioseneczek w stylu pijanego wujka na weselu (https://lubimyczytac.pl/ksiazka/od-oddechu-do-oddechu-najpiekniejsze-wiersze-i-piosenki/opinia/64575960),ale obce jest mi też popadanie w kolejną skrajność. Rewelacyjna? Wybitna? Arcydzieło? – takie są w większości opinie o książce „Młynarski. Rozmowy”, której autorem jest … Wojciech Młynarski. Czy jednak na pewno? Jest autorem odpowiedzi na pytania, ale moderatorem rozmowy, autorem koncepcji przedstawienia portretu, niejako współtwórcą tego pamiętnika jest Agata Młynarska. A ona, jako rozmówca i autor całego przedsięwzięcia, arcydzieła – moim skromnym zdaniem - nie stworzyła. Nie chcę odbierać książce uroku. Ciekawe było poczytać, jak zostaje się tekściarzem. Miło było udać się w podróż sentymentalną po spektaklach, na których wystawałam gdzieś na schodach na wejściówkach, bo na bilety mnie nie było stać (nawet z pieniędzy oszczędzanych na szkolnych obiadach :))),albo po prostu było niemożliwością je dorwać. Wspaniele dowartościować się znajomością większości wymienianych twórców, poetów, aktorów (A może jednak zdołować, gdzyż tak dalekie sięganie pamięcią już mniej uroczo przypominało mi moim wieku?). Fajnie było zajrzeć do warsztatu mistrza, zobaczyć jego biurko – takie zwykłe, odziedziczone po dziadku, stojące gdzieś w mieszkaniu na warszawskim blokowisku. Ale to były takie drobne smaczki, nawet nie ploteczki. Wszystko poza tym, to nic innego jak – i tu zacytuję kolejnego czytelnika, gdyż nie sposób się z nim nie zgodzić – „Niewiele więcej niż laurka od dzieci. […] Trzeba czekać na poważną biografię”. (https://lubimyczytac.pl/ksiazka/mlynarski-rozmowy/opinia/66407359) Na koniec dodam pewną anegdotkę. Lubię pisać limeryki i inne moskaliki. Dobrze się przy tym bawię i śmiem twierdzić, że wychodzą mi nieźle, nawet po angielsku. Pewnego dnia moja mama powiedziała: „Piszesz o wszystkich, a kiedy stworzysz limeryk na mój temat?” Wyzwanie podjęłam, ale … wiłam się straszliwie. Limeryk, a raczej cały 18-zwrotkowy limerykowy ‘poemat’ powstawał w ogromnych bólach. Nie twórczych. Ale ‘cenzorskich’. Bo mój wewnętrzny cenzor co chwila zadawał mi pytania czy aby nie za ironicznie, nie za ostro, czy mama się nie obrazi moim postrzeganiem jej osoby. I wydaje mi się, że w tym przypadku zadziałał ten sam mechanizm. Poprawnie napisana laurka, bez trudnych pytań … Dodatkowo, w ebooku czasami podpisy nie zgadzały się ze zdjęciami, a załączone programy czy listy, przy nawet największym powiększeniu były nieczytelne, co było lekko irytujące. Ps. Errata. Otóż ... przy okazji wiosennych porządków znalazłam na półce egzemplarz tej książki. Namacalny nie tylko w sensie dosłownym, ale też jako dowód, że naprawdę chciałam tę książkę przeczytać (a ze względu na ograniczenia lokalowe nie kupuję zbyt dużo książek drukowanych). I muszę przyznać, że tu dopiero widać różnicę między ebookiem (o audiobooku nawet nie wspominając) a wydaniem klasycznym. Książka jest pięknie wydana, zdjęcia w tej oprawie są bardzo klimatyczne i poniekąd zrewidowałam swój pogląd na zachwyty innych czytelników. Podwyższam ocenę z 5 na 6 (jednocześnie podtrzymując to, co napisałam wcześniej :))
fidrygauka - awatar fidrygauka
oceniła na63 lata temu
Lawina i kamienie. Pisarze wobec komunizmu Joanna Szczęsna
Lawina i kamienie. Pisarze wobec komunizmu
Joanna Szczęsna Anna Bikont
Powróciłem do książki Bikont i Szczęsnej po lekturze 'Domu pisarzy w czasach zarazy' Tomasza Jastruna, pozycji traktującej o zaczadzeniu polskich pisarzy komunizmem po wojnie. No cóż, na tle dość zdawkowej pozycji Jastruna rzecz dwóch autorek wygląda imponująco. Mamy tu świetnie opisane i udokumentowane historie ludzi, którzy najpierw zwariowali (wedle słów Adama Ważyka) a potem, w 1956 r. albo wcześniej, przejrzeli na oczy. Niektóre życiorysy, to temat na powieść czy film. Weźmy Jerzego Andrzejewskiego, który przed wojną był zaangażowanym katolikiem, po wojnie zaprzysięgłym komunistą. Po 1956 r. został opozycjonistą i utwory odrzucone przez cenzurę zaczął drukować w prasie emigracyjnej. Drugi ciekawy życiorys to Wiktor Woroszylski, który mając pochodzenie żydowskie, przeżył piekło wojny w Grodnie, kursując pomiędzy gettem i aryjską stroną, po wojnie stał się wojującym komunistą, prawdziwym fanatykiem i inkwizytorem, koledzy pisarze się go bali, bo potrafił ich niszczyć na zebraniach partyjnych. Pisał też okropne wiersze, jak ten z 1950 r. sławiący ubeków: „Towarzysze moi, silni i twardzi, przyjaciele moi, niezawodni i pewni – wybrano was, najlepszych z klasy partii, byście Rewolucji jak córki strzegli.” Potem, po pobycie w ZSRR w połowie lat 50., Woroszylski trochę przejrzał na oczy. Ostatecznie odszedł od komunizmu po tym jak był naocznym świadkiem rozstrzelania przed sowieckie czołgi rewolucji w Budapeszcie w listopadzie 1956 r. Został bardzo zaangażowanym opozycjonistą, ale do końca życia nie mógł pozbyć się garbu swojego stalinowskiego zaczadzenia. Mamy jeszcze opisane losy bohaterów książki po 1956 r., ale te są już mniej interesujące. W sumie jest to fascynujący przyczynek do historii PRL-u. Napisane to z nerwem, czyta się lekko i z napięciem, prawie jak powieść sensacyjną. Książka jest pięknie wydana, zawiera masę ciekawych zdjęć, sporo cytatów z utworów ówczesnych. Końcowa część jest poświęcona polemikom z innymi autorami, którzy napisali książki o literatach zaczadzonych komunizmem w latach 50.: Jackiem Trznadlem (Hańba domowa) i Bohdanem Urbankowskim (Czerwona msza, czyli uśmiech Stalina). Moim zdaniem ta część osłabia wymowę książki, autorki winny skończyć swoją historię na roku 1989 i nie wdawać się w niepotrzebne pyskówki.
almos - awatar almos
ocenił na810 miesięcy temu
Hania i Jarosław Iwaszkiewiczowie: esej o małżeństwie Piotr Mitzner
Hania i Jarosław Iwaszkiewiczowie: esej o małżeństwie
Piotr Mitzner
Książka przede wszystkim dla tych, którzy Iwaszkiewicza uważają za jednego z największych polskich pisarzy ubiegłego wieku, czyli mówiąc językiem tego tysiąclecia - dla jego fanów. "Esej o małżeństwie" to historia jednego z najdziwniejszych związków miłosnych w XX wieku. W polskiej literaturze na pewno. Ona - egzaltowana i uduchowiona panna z dobrego domu. Córka polskiego przemysłowca. On - pochodzący z Ukrainy poeta, niezbyt bogaty, o nieskrywanych skłonnościach homoseksualnych. Związek niezwykły. Nie dość, że przepowiadano krótki żywot małżeństwu (Lechoń twierdził, że to ślub na sześć tygodni),to w podróż poślubną zabrał żonę i swojego ówczesnego swojego "chłopca". A mimo to, małżeństwo przetrwało, chociaż problemów nie brakowało. Anna miała depresje, posiadała problemy psychiczne, Iwaszkiewicz pisał, prezesował w ZLP, poza tym bardzo emocjonalne związki z Błeszyńskim i innymi mężczyznami, ale po kilkudziesięciu latach małżeństwa powiedział, że "...nie mogę sobie wyobrazić życia, gdybym nie był żonaty". Szczególny okres w ich życiu to okres II wojny, kiedy Stawisko stało się niemalże państwową instytucją, łącząca w jednym ministerstwo kultury i opieki społecznej z departamentem opieki nad mniejszością żydowską. Ich związek, konkludując książkę, autor określił tak: "Ich małżeństwo przetrwało ponad pół wieku. Pomimo tylu sprzeczności i przeciwności - poczynając od erotyki, poprzez dysproporcje finansowe, poglądy polityczne, na sprawach wiary kończąc. Bo po prostu kochali się i... zawsze mieli o czym rozmawiać". Książka zawiera bardzo dużo zdjęć. Oczywiście kolorowych, ale są tylko dwa kolory: biały i czarny. Poza tym książka bardzo dobra, ale w moim przypadku wszystko co się kojarzy z Iwaszkiewiczem jest bardzo dobre... no chyba, że jest wybitne.
werblista - awatar werblista
oceniła na71 rok temu
Na wschód od Arbatu Hanna Krall
Na wschód od Arbatu
Hanna Krall
Tom reportaży wydanych przez Hannę Krall w roku 1972, a napisanych przy okazji pobytu w ZSRR w latach 1966-1969. To ważne, bowiem pozwala zrozumieć taką a nie inną konstrukcję poszczególnych części książki (w obecnym wydaniu wzbogaconej reportażem z początku lat 90-tych minionego stulecia). Dla tych, którzy chociaż trochę pamiętają tamte czasy umiejętność czytanie pomiędzy wierszami jest oczywista. Pozostałym wszystko wyjaśni wstęp Mariusza Szczygła. Autorka znakomicie dobrała tematykę poszczególnych reportaży. Wierszyna – znana i dziś wieś na Syberii zamieszkałą przez potomków Polaków, którzy … pojechali tam dobrowolnie przed I wojną światową zachęceni ulgami dla osadników. Akademgorodok – miasteczko naukowców pod Nowosybirskiem, opisane (a raczej to, co z niego zostało) ponad 30 lat później przez Colina Thubrona w książce „Po Syberii”. Szachiści i rozmowa z Borysem Spasskim, który za klika lat wybierze wolność we Francji (niedawno zmarł). Poezja – tak charakterystyczna dla rosyjskiej kultury wysokiej. Odessa – śladami Babla i pierwowzoru jego najsłynniejszej literackiej postaci – Beni Krzyka czy wreszcie fizycy, z których jeden – Andriej Sacharow stanie się symbolem walki z dyktaturą kompartii. To najlepsze w zbiorze. Autorce udało się połączyć dwa trudne cele – po pierwsze zaciekawić czytelników a po drugie balansować na krawędzi cenzorskich ingerencji. Pokazując np. jak dojechać z Irkucka do Wierszyny czy też odwoływanie się do „sensu XX zjazdu”. Widać też, że Hanna Krall chciała pokazać ciągle żywe, tak wśród kulturalnych elit jak i wielu zwykłych zjadaczy chleba, pragnienie wolności. Jak nie politycznej, to przynajmniej w zakresie swojej aktywności zawodowej (fizycy),to przynajmniej hobbystycznej (szachy, poezja). Ukłon na rzecz systemu widoczny jest tylko w jednym reportażu, gdzie wsadzone są wspomnienia o Leninie. Ale w 1972 roku nikt normalny nie mógł mieć o to pretensji dla autorki. Dzięki temu ukazały się wszystkie pozostałe, znakomite i warte lektury. Przeczytane w ramach wyzwania marcowego – książka polskiego autora wydana (po raz pierwszy) w latach 1945-1989.
Aguirre - awatar Aguirre
ocenił na71 rok temu
Bogusław Mec. Bim, bam, bom, mogę wszystko Maciej Wasielewski
Bogusław Mec. Bim, bam, bom, mogę wszystko
Maciej Wasielewski
Tak naprawdę znam tylko cztery piosenki Bogusława Meca: „Jej portret”, „Z wielkiej nieśmiałości mej”, „Na pozór” i „Nie biegnij tak”. No cóż, nie ta data urodzin. Ale podobał mi się jego charakterystyczny głos. I pewnie dlatego podebrałam mamie biografię tego artysty. Biografię tym ciekawszą, że Maciej Wasielewski napisał ją z błogosławieństwem żony piosenkarza, Jolanty Mec. Dzięki temu powstała szczera do bólu opowieść o bezkompromisowym człowieku, który tak bardzo potrzebował ludzi, jak bardzo ich do siebie zrażał. Nie jest to pomnik Meca, ale raczej kalejdoskop, który w każdym rozdziale pokazuje nowe aspekty tej barwnej, choć pozornie preferującej czerń, osobowości. Jaki portret Meca wyłania się z kart biografii? Bogusław po prostu był Artystą, w każdym (nawet pejoratywnym) znaczeniu tego słowa. Chciał robić wszystko po swojemu i nie zawsze ten polski mały światek był na niego gotowy. Trzeba jednak przyznać, że Mec nigdy się nie zeszmacił, nie walczył o uwagę i nie rozpychał się łokciami. Największe wrażenie zrobił na mnie jednak nie opis artystycznych wojaży za czasów PRL, a trudne dzieciństwo piosenkarza – dorastanie w powojennej Polsce z niemiecko brzmiącym nazwiskiem to nie była prosta sprawa. I mam wrażenie, że te wszystkie przykrości, które mały Boguś przeżył, sprawiły, że Bogusław chciał tylko rzeczy pięknych i mógł wszystko. Ciekawym aspektem tej publikacji jest również opis realiów estradowych PRL-u. Niby dookoła szaro, buro, ponuro, a jednak bywało kolorowo i wódki nigdy nie brakowało. Wasielewski wszystkie te historie opisał z wielkim wyczuciem, choć nie stronił od trudnych tematów. I dzięki temu ta książka znakomicie się czyta. Dużo dowiedziałam się z niej o Bogusławie Mecu, ale tak naprawdę najwięcej dowiedziałam się na temat (tu sparafrazuję wiersz Jonasza Kofty),na co żona artyście…Bo Jolanta Mec to naprawdę dzielna kobieta.
onika - awatar onika
oceniła na75 lat temu
Wielcy i niewielcy Irena Krzywicka
Wielcy i niewielcy
Irena Krzywicka
Jak ona ładnie pisała, piękną polszczyzną, bogatą ale wolną od ozdobników, precyzyjną, trafiającą bez pudła w sedno! Zanim przeszła do opisu tego, co najważniejsze jej zdaniem w człowieku, zaczynała od charakterystyki jego wyglądu zewnętrznego. Czy Irenę Krzywicką można by więc zaliczyć do fizjonomistów? Chyba nie za bardzo, bo ci podobno posiadają umiejętność rozpoznawania właściwości umysłowych i emocji osoby z wyglądu jego twarzy i ciała (patrz: Wikisłownik). Tymczasem dla Krzywickiej prawdziwe wnętrze ludzi „wielkich i niewielkich”, z którymi miała do czynienia, wychodziło na jaw czasami dopiero po jej dłuższej interakcji z nimi, a bywało nawet, że jedynie historia mogła je uzewnętrznić. Z perspektywy zainteresowań czytelnika ważne, że jedno i drugie, czyli zarówno wygląd opisywanych osób jak i ich istotne wady i zalety potrafiła autorka przekazać w sposób - nie waham się użyć pozornie sprzecznych ze sobą określeń - z jednej strony fascynujący, ale z drugiej niekoniecznie bezstronny czy sprawiedliwy. Spośród paru czynników, jakie miały wpływ na taką metodę opisu trzy zaliczyłabym do najważniejszych: emocjonalny stosunek autorki do danej osoby, siłę artystycznego przekazu, uwarunkowania narzucone przez czas i miejsce publikacji „Wielkich i niewielkich”. Przypadków braku silniejszych autorskich emocji w podejściu do opisywanej osoby jest w zbiorze niewiele. Najbliższy bezstronności wydał mi się opis spotkania z François Mauriakiem. Zaprosiła go Krzywicka na przyjęcie do PRL-owskiej ambasady w Paryżu, gdzie była wówczas chargé d’affairs kultury, ze względu na jego miejsce w ówczesnym francuskim panteonie literackim, choć jego reputacja pisarza katolickiego wstępnych pozytywnych uczuć w niej nie wzbudzała. Poznawała go i w efekcie wysoko oceniła dzięki długiej i błyskotliwej rozmowie, podczas której wykazał żywe i autentyczne zainteresowanie tym, na czym najbardziej jej zależało, czyli polskimi sprawami. Ani słowem nie wspomniała autorka w tej książce o intymnych relacjach z Boyem - mimo poświęcenia mu aż trzech rozdziałów - ani o krótkim romansie z niemieckim poetą i dramaturgiem Walterem Hasencleverem. To że przez wiele lat byli kochankami z Boyem, prawdopodobnie nawet czytelnicy pierwszego wydania „Wielkich i niewielkich” z 1960 roku dobrze wiedzieli. Za to pikantna przygoda z Walterem, w którą wdała się niedługo po zawarciu małżeństwa z Jerzym Krzywickim i której w swoich autobiograficznych wspomnieniach poświeciła sporo miejsca, być może nie nadawała się na nagłośnienie w PRL-u. Mimo że gronu niemieckich intelektualistów spotkanych w Paryżu w pierwszej połowie lat 1920-ych, łącznie z tragicznym wojennym końcem kilku z nich, w tym Waltera, poświęciła w książce dużo uwagi. Z gorzką satysfakcją przypomniała natomiast dwóch francuskich kolaborantów z okupantem należących do tego towarzystwa. O aktorze Paulu Wegenerze napisała, że sprzedał się nazistom i grał w ich filmach, a jeszcze gorzej wspominała dziennikarza Friedricha Sieburga, swojego niedoszłego adoratora i podczas wojny szefa hitlerowskiej propagandy na Francję, jak o nim pisała. Trudno dokładnie wyliczyć, ile jest w książce emocjonalnych zachwytów, a ile rozczarowań. W każdym razie tych drugich jest więcej, niżbym się spodziewała, ale każdy czytelnik musi to sam ocenić. Rozdziałów liczy sobie zbiór dziewiętnaście, ale osób przewija się na jego stronach więcej. Czasami postać jest jednoznacznie gloryfikowana. Tak rzecz się ma z tekstami otwierającymi i zamykającymi książkę, literacko najsłabszymi moim zdaniem. Laurka dla intelektualnej wszechstronności i naukowych osiągnięć teścia, Ludwika Krzywickiego, inaugurująca tom, jest o tyle nieuczciwa, że jego ocena jako osoby w relacjach rodzinnych, choćby w stosunku do syna, któremu narzucił, wbrew jego zainteresowaniom, wybór studiów, czy przede wszystkim do niej samej, szczególnie w pierwszym okresie jej małżeństwach, w „Wyznaniach gorszycielki” taka bałwochwalczo pozytywna nie jest. Z kolei wynajdywanie wad u takich osób jak Janusz Korczak rzeczywiście wydawałoby się bezcelowe. Może dziwić jedynie samo jego włączenie do zbioru. W pełni zgadzam się z argumentami syna autorki, zawartymi w Posłowiu do wydania książki z 2009 roku, że obecność w niej kilkorga komunistycznych działaczy należy przypisać pośredniej lub bezpośredniej presji państwowego wydawcy, kiedy zbiór powstawał. Co przyniosło taki oto efekt, że ich całościowa ocena nie jest możliwa. Nie znaczy to jednak, że były to osoby mało interesujące. Także dlatego, na co zwraca uwagę Andrzej Krzywicki, że jego matka wybrała takich członków-założycieli KPP, którzy wszyscy zostali zamordowani przez sowieckich bolszewików. Ciekawe byłoby zestawienie parami wsród licznych omawianych francuskich twórców, znajomych autorki, którą to przyjemność pozostawię sobie na inną okazję. Pamiętając natomiast, że Irena Krzywicka była również mocno zaangażowana w sprawy polskiego teatru, trudno nie podziwiać jej błyskotliwego porównania między Juliuszem Osterwą, najpiękniejszym znanym jej mężczyzną oraz zdolnym aktorem i reżyserem, który okazał się pospolitym szowinistą i antysemitą, a brzydalem Stefanem Jaraczem, który był nie tylko genialnym aktorem lecz zarazem człowiekiem spolegliwym, przyjacielskim i dowcipnym. Najbardziej zachwycił mnie jednak literacki kunszt Ireny Krzywickiej w przekazaniu sylwetek osób z najbliższego jej środowiska bywalców Ziemiańskiej. Czasami, sadzę że celowo, przemycała w ich charakterystyce - bywa, że z pewną dozą złośliwości - więcej odczuć niż wykazują zbitki użytych słów. A porównania między nimi wymagają, nie ma co ukrywać, ile o każdym z nich wiemy. Przykłady: O Tadeuszu Boyu-Żeleńskim: „… był symbolem bezkompromisowej prawdy, przeciwieństwem obłudy, fałszywej poetyczności, tandety, wcieleniem jasnej, ostrej myśli, a jednocześnie uroczej zmysłowości.” O Janie Lechoniu: „Przeraźliwie wysoki, chudy, nosaty, cały łamiący się pod ostrymi kątami jak niezdarnie wyrobiony z drzewa pajac. Blady, bezpłciowy, neurasteniczny, wymarzony model dla karykaturzysty” „Boy był intelektualistą, Tuwim żywiołem” Kobiet wielkich i niewielkich w godnym opisu towarzystwie było znacznie mniej. Taki był ówczesny świat. Owszem, lubiła się wyzłośliwiać pod adresem rozmaitych paniuś, ale nie wahała się też z pochwałami, jeśli jej zdaniem na nie zasługiwały. Doceniała prozę Zofii Nałkowskiej i Marii Dąbrowskiej, ale tej ostatniej nie znosiła jako osoby za jej pogardliwy stosunek do siebie. Ciepło wyrażała się o Jance, żonie Słonimskiego, z pewnego rodzaju współczuciem o Annie, żonie Iwaszkiewicza. Jednoznacznie podziwiała Marię Morską, uznawaną za muzę panów z Ziemiańskiej. Tylko dwóm paniom poświęciła feministka, Irena Krzywicka, osobne rozdziały w książce. Komunistkę Werę Kostrzewę doceniła za odwagę i determinację. A Marię Pawlikowską-Jasnorzewską awansowała na szczyty olimpu polskiej poezji.
Nina - awatar Nina
oceniła na81 rok temu

Cytaty z książki Łapa w łapę i inne reportaże

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Łapa w łapę i inne reportaże