Jak ona ładnie pisała, piękną polszczyzną, bogatą ale wolną od ozdobników, precyzyjną, trafiającą bez pudła w sedno! Zanim przeszła do opisu tego, co najważniejsze jej zdaniem w człowieku, zaczynała od charakterystyki jego wyglądu zewnętrznego. Czy Irenę Krzywicką można by więc zaliczyć do fizjonomistów? Chyba nie za bardzo, bo ci podobno posiadają umiejętność rozpoznawania właściwości umysłowych i emocji osoby z wyglądu jego twarzy i ciała (patrz: Wikisłownik). Tymczasem dla Krzywickiej prawdziwe wnętrze ludzi „wielkich i niewielkich”, z którymi miała do czynienia, wychodziło na jaw czasami dopiero po jej dłuższej interakcji z nimi, a bywało nawet, że jedynie historia mogła je uzewnętrznić.
Z perspektywy zainteresowań czytelnika ważne, że jedno i drugie, czyli zarówno wygląd opisywanych osób jak i ich istotne wady i zalety potrafiła autorka przekazać w sposób - nie waham się użyć pozornie sprzecznych ze sobą określeń - z jednej strony fascynujący, ale z drugiej niekoniecznie bezstronny czy sprawiedliwy. Spośród paru czynników, jakie miały wpływ na taką metodę opisu trzy zaliczyłabym do najważniejszych: emocjonalny stosunek autorki do danej osoby, siłę artystycznego przekazu, uwarunkowania narzucone przez czas i miejsce publikacji „Wielkich i niewielkich”.
Przypadków braku silniejszych autorskich emocji w podejściu do opisywanej osoby jest w zbiorze niewiele. Najbliższy bezstronności wydał mi się opis spotkania z François Mauriakiem. Zaprosiła go Krzywicka na przyjęcie do PRL-owskiej ambasady w Paryżu, gdzie była wówczas chargé d’affairs kultury, ze względu na jego miejsce w ówczesnym francuskim panteonie literackim, choć jego reputacja pisarza katolickiego wstępnych pozytywnych uczuć w niej nie wzbudzała. Poznawała go i w efekcie wysoko oceniła dzięki długiej i błyskotliwej rozmowie, podczas której wykazał żywe i autentyczne zainteresowanie tym, na czym najbardziej jej zależało, czyli polskimi sprawami.
Ani słowem nie wspomniała autorka w tej książce o intymnych relacjach z Boyem - mimo poświęcenia mu aż trzech rozdziałów - ani o krótkim romansie z niemieckim poetą i dramaturgiem Walterem Hasencleverem. To że przez wiele lat byli kochankami z Boyem, prawdopodobnie nawet czytelnicy pierwszego wydania „Wielkich i niewielkich” z 1960 roku dobrze wiedzieli. Za to pikantna przygoda z Walterem, w którą wdała się niedługo po zawarciu małżeństwa z Jerzym Krzywickim i której w swoich autobiograficznych wspomnieniach poświeciła sporo miejsca, być może nie nadawała się na nagłośnienie w PRL-u. Mimo że gronu niemieckich intelektualistów spotkanych w Paryżu w pierwszej połowie lat 1920-ych, łącznie z tragicznym wojennym końcem kilku z nich, w tym Waltera, poświęciła w książce dużo uwagi. Z gorzką satysfakcją przypomniała natomiast dwóch francuskich kolaborantów z okupantem należących do tego towarzystwa. O aktorze Paulu Wegenerze napisała, że sprzedał się nazistom i grał w ich filmach, a jeszcze gorzej wspominała dziennikarza Friedricha Sieburga, swojego niedoszłego adoratora i podczas wojny szefa hitlerowskiej propagandy na Francję, jak o nim pisała.
Trudno dokładnie wyliczyć, ile jest w książce emocjonalnych zachwytów, a ile rozczarowań. W każdym razie tych drugich jest więcej, niżbym się spodziewała, ale każdy czytelnik musi to sam ocenić. Rozdziałów liczy sobie zbiór dziewiętnaście, ale osób przewija się na jego stronach więcej. Czasami postać jest jednoznacznie gloryfikowana. Tak rzecz się ma z tekstami otwierającymi i zamykającymi książkę, literacko najsłabszymi moim zdaniem. Laurka dla intelektualnej wszechstronności i naukowych osiągnięć teścia, Ludwika Krzywickiego, inaugurująca tom, jest o tyle nieuczciwa, że jego ocena jako osoby w relacjach rodzinnych, choćby w stosunku do syna, któremu narzucił, wbrew jego zainteresowaniom, wybór studiów, czy przede wszystkim do niej samej, szczególnie w pierwszym okresie jej małżeństwach, w „Wyznaniach gorszycielki” taka bałwochwalczo pozytywna nie jest. Z kolei wynajdywanie wad u takich osób jak Janusz Korczak rzeczywiście wydawałoby się bezcelowe. Może dziwić jedynie samo jego włączenie do zbioru.
W pełni zgadzam się z argumentami syna autorki, zawartymi w Posłowiu do wydania książki z 2009 roku, że obecność w niej kilkorga komunistycznych działaczy należy przypisać pośredniej lub bezpośredniej presji państwowego wydawcy, kiedy zbiór powstawał. Co przyniosło taki oto efekt, że ich całościowa ocena nie jest możliwa. Nie znaczy to jednak, że były to osoby mało interesujące. Także dlatego, na co zwraca uwagę Andrzej Krzywicki, że jego matka wybrała takich członków-założycieli KPP, którzy wszyscy zostali zamordowani przez sowieckich bolszewików.
Ciekawe byłoby zestawienie parami wsród licznych omawianych francuskich twórców, znajomych autorki, którą to przyjemność pozostawię sobie na inną okazję. Pamiętając natomiast, że Irena Krzywicka była również mocno zaangażowana w sprawy polskiego teatru, trudno nie podziwiać jej błyskotliwego porównania między Juliuszem Osterwą, najpiękniejszym znanym jej mężczyzną oraz zdolnym aktorem i reżyserem, który okazał się pospolitym szowinistą i antysemitą, a brzydalem Stefanem Jaraczem, który był nie tylko genialnym aktorem lecz zarazem człowiekiem spolegliwym, przyjacielskim i dowcipnym.
Najbardziej zachwycił mnie jednak literacki kunszt Ireny Krzywickiej w przekazaniu sylwetek osób z najbliższego jej środowiska bywalców Ziemiańskiej. Czasami, sadzę że celowo, przemycała w ich charakterystyce - bywa, że z pewną dozą złośliwości - więcej odczuć niż wykazują zbitki użytych słów. A porównania między nimi wymagają, nie ma co ukrywać, ile o każdym z nich wiemy. Przykłady:
O Tadeuszu Boyu-Żeleńskim: „… był symbolem bezkompromisowej prawdy, przeciwieństwem obłudy, fałszywej poetyczności, tandety, wcieleniem jasnej, ostrej myśli, a jednocześnie uroczej zmysłowości.”
O Janie Lechoniu: „Przeraźliwie wysoki, chudy, nosaty, cały łamiący się pod ostrymi kątami jak niezdarnie wyrobiony z drzewa pajac. Blady, bezpłciowy, neurasteniczny, wymarzony model dla karykaturzysty”
„Boy był intelektualistą, Tuwim żywiołem”
Kobiet wielkich i niewielkich w godnym opisu towarzystwie było znacznie mniej. Taki był ówczesny świat. Owszem, lubiła się wyzłośliwiać pod adresem rozmaitych paniuś, ale nie wahała się też z pochwałami, jeśli jej zdaniem na nie zasługiwały. Doceniała prozę Zofii Nałkowskiej i Marii Dąbrowskiej, ale tej ostatniej nie znosiła jako osoby za jej pogardliwy stosunek do siebie. Ciepło wyrażała się o Jance, żonie Słonimskiego, z pewnego rodzaju współczuciem o Annie, żonie Iwaszkiewicza. Jednoznacznie podziwiała Marię Morską, uznawaną za muzę panów z Ziemiańskiej. Tylko dwóm paniom poświęciła feministka, Irena Krzywicka, osobne rozdziały w książce. Komunistkę Werę Kostrzewę doceniła za odwagę i determinację. A Marię Pawlikowską-Jasnorzewską awansowała na szczyty olimpu polskiej poezji.
OPINIE i DYSKUSJE o książce Łapa w łapę i inne reportaże
Świetny zbiór reportaży, prawdziwy klasyk gatunku. Pięknie napisane teksty - niby proste, opisujące zwykłe sprawy, a w rzeczywistości przewrotne, metaforyczne. Łopieńska to jedna z moich ulubionych polskich reporterek, szkoda, że jest zapomniana.
Świetny zbiór reportaży, prawdziwy klasyk gatunku. Pięknie napisane teksty - niby proste, opisujące zwykłe sprawy, a w rzeczywistości przewrotne, metaforyczne. Łopieńska to jedna z moich ulubionych polskich reporterek, szkoda, że jest zapomniana.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to