„Gdzieś między paranoją a rzeczywistością rozciąga się mgła, w której prawda nie jest celem, lecz skutkiem ubocznym narkotycznego snu o wolności”. To zdanie mogłoby stanowić motto „Wady ukrytej” Thomasa Pynchona, powieści, która jest równie fascynująca, co frustrująca. Moja ocena to 6/10 – to literacki trip przez halucynogenne krajobrazy Kalifornii końca lat 60., który zachwyca stylem, ale momentami gubi czytelnika w labiryncie dygresji i fabularnego chaosu.
Głównym bohaterem jest Larry „Doc” Sportello, prywatny detektyw i niepoprawny hipis, który porusza się w chmurze marihuanowego dymu. Fabuła zawiązuje się, gdy jego była dziewczyna prosi go o pomoc w sprawie spisku wymierzonego w jej obecnego kochanka, magnata nieruchomości. Od tego momentu Pynchon rzuca nas w wir intrygi, w której pojawiają się neonaziści, agenci federalni, mordercze kartele i tajemniczy syndykat „Złoty Kieł”. Jednak w świecie Pynchona klasyczna zagadka kryminalna jest jedynie pretekstem do odmalowania schyłku ery „Flower Power”. Autor z niezwykłą plastycznością oddaje moment, w którym hipisowska utopia zderza się z twardym murem korporacyjnego kapitalizmu i państwowej inwigilacji.
Największą zaletą książki jest jej język – gęsty, nasycony popkulturowymi odniesieniami, humorem i melancholią. Pynchon po mistrzowsku kreśli postać Doca, który mimo permanentnego odurzenia posiada swoistą intuicję i etykę. Relacja między nim a jego nemezis, detektywem Bigfootem Bjornsenem, to popis literackiego kunsztu, pełen groteski i ukrytego tragizmu. Czytelnik niemal czuje na skórze kalifornijskie słońce i słyszy ścieżkę dźwiękową tamtej epoki.
Dlaczego jednak tylko 6/10? „Wada ukryta” to książka, która celowo sabotuje własną narrację. Nadmiar postaci i wątków, które prowadzą donikąd, sprawia, że śledzenie intrygi staje się męczące. Pynchon wymaga od odbiorcy akceptacji chaosu, co dla miłośników spójnych kryminałów może być barierą nie do przejścia. To proza, w której „vibe” jest ważniejszy od logiki, a rozwiązanie zagadki przynosi raczej wzruszenie ramion niż satysfakcję.
Podsumowując, „Wada ukryta” to pozycja dla cierpliwych poszukiwaczy literackich wrażeń. To piękny, choć momentami bełkotliwy hołd dla epoki, która musiała przeminąć. Pynchon udowadnia, że jest mistrzem portretowania paranoi, ale w tej konkretnej powieści wada ukryta tkwi w samej konstrukcji, która pod ciężarem dygresji zaczyna trzeszczeć. Solidna szóstka za klimat, język i Doca Sportello – najbardziej wyluzowanego detektywa w historii literatury, który szuka prawdy tam, gdzie nikt inny nie odważyłby się spojrzeć. To jazda bez trzymanki, która nie każdemu przypadnie do gustu.
Opinie i dyskusje o książce Lewiatan
Nawet 7,5
Nawet 7,5
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toLewiatan czyli schemat powieści kryminalnej zmiksowanej z dziennikiem, wspominkami, klimacikiem refleksji. Na pierwszy rzut oka wygląda obiecująco, wręcz ciekawie ale dla mnie dominuje tam coś, co nazwałabym amerykanizmem. To za chwilkę, teraz wyłuszczę o czym to to jest.
Jest o panu pisarzu, w większości aspektów życiowych, nawet datowanie wydarzeń rodzinnych się mniej więcej zgadza, podobnym do samego autora. Narrator pisze kronikę wydarzeń, tak, coś na kształt kroniki wydarzeń związanych z jego przyjacielem, który, jak dowiadujemy się w pierwszych zdaniach zginął tragicznie majstrując przy własnoręcznie skonstruowanej bombie. Dlaczego pisze to wszystko dowiadujemy się później, trzeba tylko przebić się i przyzwyczaić do tego tak obezwładniającego amerykanizmu: luźnego sposobu wypowiedzi, potocznego języka, stylu "cool", nowoczesnego literata-inteligenta, który w dodatku spędził kilka lat we Francji (no, to mu daje pełne prawo do bycia światowym Amerykaninem, bo jak wiadomo Ameryka jest najważniejsza, tzn. Stany Zjednoczone Ameryki Północnej, ale tylko ten kraj liczy się na tym kontynencie i kto by tam sobie głowę zawracał i zaśmiecał pamiętaniem, że są tam też inne państwa, Ameryka jest super on też jest super),więc pisze sobie tak po amerykańsku. Dowiadujemy się jak panowie, tzn, Peter-narrator, poznał Benjamina, który też był pisarzem oraz jak to się stało, że pisarz zmienia tor kariery i ginie w wybuchu bombowym. Opowieść ma wątki bardzo telenowelowe, chwilami to kryminał, chwilami thriller, nawet polityczny, też chwilami. I w sumie tyle atrakcji, bo reszta jest beznadziejnie amerykańska. Tak, tak postmodernizm, ten ichniejszy, ale to życie skupione wyłącznie na pieniądzach (jak są jest super i jest im dobrze, jak nie ma to jest beznadziejnie i wszystko się rozpada),codziennej rutynie, miłość i romanse niby są ale nic nie wnoszą do życia bohaterów, nie rozwijają ich, wręcz przeszkadzają, nawet czytanie jest tam jakieś zepchnięte na skrajny margines i takie jakieś nieprzydatne i bez sensu, a to przecież o pisarzach opowieść. Wszystko jest opowiedziane ze szczegółami, tzn. wszelkie zdarzenia jakoś tam znaczne dla całości, i tak cholernie dokładnie i beznadziejnie, że nie ma nad czym się zastanowić. Nie ma po co się zastanawiać, ponieważ wszystko jest wyjaśnione i zabójczo jasne. Postaci są płaskie, obrzydliwie nudne, poza głównym bohaterem, ale on też zostaje nam opowiedziany ze wszystkimi detalami. Owszem, przyznaję, elementy kryminału wciągają, nawet dobrze, refleksyjny ton chwyta, ale te refleksje są za daleko posunięte. Tak, dlaczego wiemy, to jest kronika, która ma czemuś służyć, nie wyjawię czemu żeby nie psuć czytania. Jednak radości z niego niewiele. Faktycznie, cała konstrukcja wynikająca z tego postmodernistycznego zamysłu jest świetna, jednak amerykański styl myślenia i kultura masowa tak oczywista dla autora psuje ten rachityczny noir, który jest jakąś karykaturą prawdziwego noir. Książka przegadana po amerykańsku.
Jestem rozczarowana Lewiatanem i Austerem, jego filmy też jakoś mnie nie porwały, były wręcz smętnie nieciekawe. I taka to jest klasyka nowoczesnej literatury amerykańskiej. No tak, dla nich to może odkrycie, że tryb szary, jedzenie, spanie, praca, jakieś wakacje, jedno duże niepowodzenie rodzi inne problemy, kontestacja konsumpcjonizmu, ten mdlący ascetyzm każdego tygodnia, które zlewają się w miesiące i lata, które mijają jakby ich nie było. Dobra, ale my to już wiemy i nas to nie zaskakuje, co tu można dodać? Może tylko to, że Lewiatana popełnił w 1992 roku, wtedy to mogło wiele wnosić, i to, co nienazwane wprost mogło dla niektórych być istotne i przełomowe, dziś już to sami przerobiliśmy, nawet w Europie, nawet w kraju Polska, choć do dobrobytu wciąż tęsknimy.
Lewiatan czyli schemat powieści kryminalnej zmiksowanej z dziennikiem, wspominkami, klimacikiem refleksji. Na pierwszy rzut oka wygląda obiecująco, wręcz ciekawie ale dla mnie dominuje tam coś, co nazwałabym amerykanizmem. To za chwilkę, teraz wyłuszczę o czym to to jest.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toJest o panu pisarzu, w większości aspektów życiowych, nawet datowanie wydarzeń rodzinnych się mniej...