rozwińzwiń

Tales of the Dying Earth

Okładka książki Tales of the Dying Earth autorstwa Jack Vance
Okładka książki Tales of the Dying Earth autorstwa Jack Vance
Jack Vance Wydawnictwo: Orb Books Cykl: Umierająca Ziemia (tom 1-4) fantasy, science fiction
741 str. 12 godz. 21 min.
Kategoria:
fantasy, science fiction
Format:
papier
Cykl:
Umierająca Ziemia (tom 1-4)
Tytuł oryginału:
Tales of the Dying Earth
Data wydania:
1998-12-01
Data 1. wydania:
1998-12-01
Liczba stron:
741
Czas czytania
12 godz. 21 min.
Język:
angielski
ISBN:
9780312874568
Jack Vance is one of the most remarkable talents to ever grace the world of science fiction. His unique, stylish voice has been beloved by generations of readers. One of his enduring classics is his 1964 novel, The Dying Earth, and its sequels--a fascinating, baroque tale set on a far-future Earth, under a giant red sun that is soon to go out forever.

This omnibus volume comprised all four books in the series
The Dying Earth
The Eyes of the Overworld
Cugel's Saga
Rialto the Marvellous
Średnia ocen
0,0 / 10
Ta książka nie została jeszcze oceniona NIE MA JESZCZE DYSKUSJI

Bądź pierwszy - oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Tales of the Dying Earth w ulubionej księgarniiPorównywarka z najlepszymi ofertami księgarń W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl. Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki. Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Opinia społeczności i

Tales of the Dying Earth



13995 700

Oceny książki Tales of the Dying Earth

Średnia ocen
0,0 / 10
0 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Tales of the Dying Earth

avatar
183
98

Na półkach:

Kroniki Umierającej Ziemi, Jack Vance (Wyd. Vesper, 2024)

Za mną niemal 1200 stron potężnej, fantastycznej cegły! Ponieważ Vance pisał tę książkę przez blisko 50 lat w formie luźnych opowiadań, brakuje jej spójnego planu i to podczas lektury zdecydowanie czuć.

Główna oś skupia się na Cugelu. To typowa powieść łotrzykowska: bohater trafia w nowe miejsce, próbuje kogoś oszukać, wpada w kłopoty i ratuje się ucieczką. Cel? Zemsta na magu Iucounu, który zesłał go w niebezpieczne krainy i wszczepił w brzuch potwora pilnującego dyscypliny.

Dlaczego to absolutny klasyk?
To fundament współczesnego fantasy. Vance inspirował m.in. G.R.R. Martina, G. Wolfe'a czy A. Sapkowskiego. Co więcej, jego unikalny system magii (zaklęcia "wtłaczane" do umysłu i zapominane po rzuceniu) stał się podstawą kultowej gry Dungeons & Dragons!

Co mnie zachwyciło?
Archaiczny, niezwykle plastyczny język. Uwielbiam takie całkowite oderwanie od rzeczywistości i zanurzenie się w unikalnym, pochłaniającym świecie.

Co zgrzytało?
Konstrukcja. Opowiadania, które osobno pewnie by intrygowały, zebrane w całość stają się nużące przez ciągle ten sam schemat. Z kolei ostatnia część o Rhialto to przegadana satyra, gdzie potężni magowie kłócą się o intrygi jak przekupki na targu. Przesyt dialogów i brak akcji potrafią potwornie zmęczyć.

Podsumowując: zważywszy na czasy, w jakich powstawała, to godna podziwu historia przecierająca szlaki. Warto ją poznać, ale to zdecydowanie lektura dla cierpliwych czytelników. Przez swą powtarzalność i objętość jest to książka trudna do skończenia.

Kroniki Umierającej Ziemi, Jack Vance (Wyd. Vesper, 2024)

Za mną niemal 1200 stron potężnej, fantastycznej cegły! Ponieważ Vance pisał tę książkę przez blisko 50 lat w formie luźnych opowiadań, brakuje jej spójnego planu i to podczas lektury zdecydowanie czuć.

Główna oś skupia się na Cugelu. To typowa powieść łotrzykowska: bohater trafia w nowe miejsce, próbuje kogoś...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
51
51

Na półkach:

"Kroniki umierającej ziemi". Jack Vance. Vesper 2024. Wymiary - Seria SF Wydawnictwa Vesper. Zbiorcze wydanie, prawdziwa cegła.

***

,,Mazirian mag" (pierwsza część składowa tomiszcza).
Strony 7-90.
Ziemia umiera z starości, słońce przygasa, czuć nadchodzący koniec wszystkiego. Czarodziej (z tych niemiłych),kobieta (z tych tajemniczych). Pościg. Miniaturowy człowiek na ważce. Zasadzka. Zadania. Postrzeganie piękna, postrzeganie brzydoty. Występki i zbrodnie. Sabat. Nauka lojalności. Wymierzanie sprawiedliwości.
Krótkie, lekko z sobą związane historyjki chwilowo nęcą, ale za moment mogą zacząć nużyć.
Czy Michael Moorcock czytał Vancea? Pytam, bo styl Kronik tak bardzo przypomina styl Moorcocka.
I jeszcze jedno, byłem przekonany, że powieść/powieści będą miały wyraźne akcenty SF, tymczasem...Fantasy stuprocentowe.
Strony 91 -145.
Morderca lubieżny i jego kres. Wyraźne pozostałości dawnej technologii. Nareszcie!
Strony 146 - 213
Ludzie jako zwierzęta pociągowe i rzeźne. Wysepka SF w morzy Fantasy Otwarty koniec.

Pierwsza z powieści - zbioru historyjek za mną.
Nie żałuję, że kupiłem. Bo przez pierwsze kilkadziesiąt stron... Uczucia były mieszane.
Czytam dalej.

***

,,Cugel Kuty na Cztery Rogi" (druga z czterech części składowych tomiszcza).

Strony 217 - 335.
Kary za włamanie. Złudzenia optyczne. Klątwy. Trochę za lekki klimat. Oszukany oszust. Klimat lekki nieustannie. Zdradzony zdrajca. Wkrótce zacznę się irytować stylem opowieści. Nie tego chciałem kupując produkt. Akceptuję Fantasy ale nie nieustannie kpiarskie Fantasy.
Czytam dalej.
Strony 336 - 466.
Podróż w czasie (tu był fabularny potencjał z latającymi egzekutorami koegzystującymi z religijnymi fanatykami). Pielgrzymi i pielgrzymka. Druga pielgrzymka.
Zaczynam tracić cierpliwość.
Szczury z trójzębami? Pomysł ciekawy wart większej uwagi.
Czytam dalej (z lekką irytacją ale i chęcią poznania końca przygody).
No i koniec. Oszukany oszust znów medytuje.

To było kpiarskie Fantasy. Nic więcej. Owszem, momentami miało swój urok.
No nic, będę czytał dalej.

***

,,Cugel: Niebotnący Rozbłyskiwacz" (trzecia z czterech części składowych tomiszcza).

Strony 469-523
Ponownie oszukany oszust smakuje powtórkę z rozrywki. Walcząc z rosnącym długiem poszukuje skarbów maskując przekręt.
Strona 523-551
Ponownie oszukany oszust, znów kombinuje. Kombinuje i kombinuje.
Znów prześmiewcza Fantasy.
Strony 552-605
Cugel marynarzem czyli Cugel i jego wodne robaki.
Strony 606-631
Cugel porywaczem.
Strony 632-661
Cugel kamieniarzem.
Czytam nieśpiesznie (ponieważ autor przesadza z swoją zabawą formą i treścią, czytelnik ma problem by równie dobrze bawić się w czasie lektury!) dalej.
Strony 661-765
Magiczne lina, karawana i latający statek.
Strony 766-801
Okradziony złodziej i kolejna karawana.
Ten prosty i niezmienny schemat (oszukany oszust, musi salwować się ucieczką) zaczyna mieć dla mnie swój urok. To niepokojące!
Strony 801-839
Turniej dziwów, broń palna, ucieczka.
Strony 840-877
Zbyteczni czterej ojcowie i odrodzenie przez metamorfozę w legendę.
Koniec.
I nie wiem sam... Podobało mi się czy nie? Czasem bawiło, czasem nudziło. Gulasz powtórzeń.

Czytam dalej.

***

,,Zdumiewający Rhialto" (czwarta część składowa tomiszcza).

Strony 881-918
Prześmiewczy, niewyszukany styl. Kobiecy spontaniczy szał przeciw męskiej zachowawczej desperacji. Magiczny cyborg idei, literatury i zamysłów.
Kobiece marudzenie, męskie dywagacje.
Płaskie. Zbyt płaskie. Maniera to za mało.
Strony 926-1071
Magów podchody. Magów chciwość. Magów pustosłowie.
O! Znów podróż w czasie!
Na marginesie marginesu - skoro słońce gaśnie i nikt nie jest pewny dnia, ani godziny, to czemu nikt nie ucieka w przeszłość?
Monotonna poza autora (i postaci, które ożywił) wciąż ma się dobrze. Irytujące.
Czytam dalej.
Strony 1072-1136
Chciwość i przekonanie o swej wyjątkowej zaradności przepustką do kolejnej przygody magów.
Jaka magia taki statek kosmiczny.

Koniec czytania (no, jeszcze małe posłowie i fajrant).

***

Niewyraźne (bo w duchu zbioru) posłowie.

***

Ponad 1100 stron fantasy i ponad 20 stron posłowia.

Długo się czytało ten gulasz, oj długo. Czemu? Albowiem niemrawa poza zbyt często zniechęcała do nieprzerwanej konsumpcji.
I jaka ocena? Jest bogactwo świata i bogactwo postaci. Jest groch z kapustą i nieco gorzkiego dowcipu. Jest gorset cynicznych pobudek i niewyszukanych zwrotów akcji, które mają tyleż bawić co prowokować.
Innymi słowy - nieprzekonujący świat lekkiej przygody chwalącej nieśpieszną żonglerkę powtarzalnymi schematami. Nic powalającego.
I wciąż nie wiem czy żałuję zakupu. Żałuję?

"Kroniki umierającej ziemi". Jack Vance. Vesper 2024. Wymiary - Seria SF Wydawnictwa Vesper. Zbiorcze wydanie, prawdziwa cegła.

***

,,Mazirian mag" (pierwsza część składowa tomiszcza).
Strony 7-90.
Ziemia umiera z starości, słońce przygasa, czuć nadchodzący koniec wszystkiego. Czarodziej (z tych niemiłych),kobieta (z tych tajemniczych). Pościg. Miniaturowy człowiek na...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
16
14

Na półkach:

Vance był twórcą niepoślednim jeśli chodzi o ten gatunek literatury popularnej, jakim jest fantasy. A fantasy może być prostą historyjką o smokach i księżniczkach, napisaną dla przygłupów lub rozciągniętą na tasiemcową serię telenowelą z multum bohaterów, a może być też dziełem pełnym intertekstualnych odniesień lub metafor. W tych zdawałoby się sztywnych ramach gatunkowych drzemie ogromny potencjał i tylko od talentu autora zależy jak go wykorzysta, wbrew temu, co twierdzą złośliwi, którzy mówią, że fantasy nawet w fantastyce stoi najniżej w hierarchii.

A Vance miał wyobraźnię bardzo dużą, poza tym w dzieciństwie czytał wiele książek z biblioteki dziadka, bogatego teksańskiego ranczera. Dlatego te jego z pozoru fantastyczne historie osadzone w neverlandzie można w zasadzie we wszystkich przypadkach odczytywać biorąc pod uwagę głębsze dno. Już pierwsza historia o sztucznie stworzonych kobietach imieniem T'sais i T'sain pozwala na takie odczytanie. Obie są efektem eksperymentu magicznego, ale w przypadku T'sain coś poszło nie tak, w efekcie czego dziewczyna nie potrafi dostrzec dobra na świecie. Rzeczywistość wokół wydaje jej się brzydka i skażona złem, nie wykluczając rzeczy tak zdawałoby się pięknych jak gwiazdy, czy kwiaty. W związku z tym kompletnym brakiem wartościowania niszczy wszystko na swojej drodze. Czy taka historia daje pole do przemyśleń? Daje. Inne opowiadanie ze zbioru : młody chłopak wyrusza w opuszukiwaniu wiedzy absolutnej, aby na końcu tej drogi napotkać demona. Metafora jest tu aż nadto czytelna. I jeszcze , i jeszcze, aż w końcu Cugel Kuty na Cztery Nogi, o którym historia zajmuje 2/3 tej liczącej 1167 stron książki. Można ją odczytywać po prostu jako powieść przygodową, a można sięgnąć do jungowskiego archetypu boga trickstera i nadać opowieściom o okrutnym czasem, a zawsze przebiegłym bohaterze sens głębszy. A pamiętajmy, że archetypy i mity rozdzierają rzeczywistość i są wglądem w wieczny, niezmienny świat idei. Pisał zresztą o tym inny znakomity pisarz fantasy, Robert Holdstock w świetnym "Lesie ożywionego mitu". A i to nie wszystko, ponieważ Vance nawiązuje w opowieściach o tym bohaterze formą do powieści łotrzykowskiej. Podobieństwa między Cugelem, a Łazarzem z anonimowego "Żywota łazika z Tormesu", hiszpańskiej noweli wydanej w 1555 roku są tak oczywiste, że nie trzeba wcale wchodzić na angielską Wikipedię, żeby przeczytać, że jest to "picaresque fantasy".

Zatem "Kroniki..." są czymś więcej, niż tylko świetnie skonstruowanymi opowieściami science - fantasy , pisanymi na szkielecie znanym z Howarda, choć tu znacznie rozbudowanym, a przez to ciekawszym. Poza tym światotwórstwo, ono samo w sobie robi robotę. Tu faktycznie Ziemia umiera. W sensie dosłownym, ale też metaforycznym. Dziwne stwory, mutanty , wrodzy sobie ludzie mieszkający w rozrzuconych po pustym świecie niewielkich osadach oraz wsiach, dekadencja , a wszystko skąpane w czerwonych promieniach umierającej gwiazdy. To wszystko czuć, gdy przemierzamy z bohaterami lasy pełne dziwnych roślin i odwiedzamy rachityczne osady budowane na ruinach ich większych poprzedników. A wszystko to ... opisane z humorem. Humorem, którego adeptem był choćby Pratchett. Brutalność, zło i aabsurd w umierającym świecie, lecz też śmiech. Bo co innego pozostaje w takiej rzeczywistości, jeśli nie śmiać się z niej ? I to jest koniec końców chyba największą metaforą Vance'a, spinającą klamrą całość. Gdy coraz więcej literatury tzw. "głównonurtowej" odkrywa język fantastyki, fantastyka już dawno pokazała, że potrafi być czymś więcej, aniżeli czczą rozrywką. I nie trzeba tu Sapkowskiego. Vance był pierwszy. Bo Sapkowski również z Vance'a czerpał garściami.

Vance był twórcą niepoślednim jeśli chodzi o ten gatunek literatury popularnej, jakim jest fantasy. A fantasy może być prostą historyjką o smokach i księżniczkach, napisaną dla przygłupów lub rozciągniętą na tasiemcową serię telenowelą z multum bohaterów, a może być też dziełem pełnym intertekstualnych odniesień lub metafor. W tych zdawałoby się sztywnych ramach gatunkowych...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

1030 użytkowników ma tytuł Tales of the Dying Earth na półkach głównych
  • 886
  • 128
  • 16
177 użytkowników ma tytuł Tales of the Dying Earth na półkach dodatkowych
  • 131
  • 16
  • 9
  • 7
  • 5
  • 5
  • 4

Inne książki autora

Okładka książki Złoty Wiek SF 1 Fredric Brown, Edmond Hamilton, Cyril M. Kornbluth, R.A. Lafferty, Murray Leinster, H. Beam Piper, Mack Reynolds, William Tenn, Jack Vance, F. L. Wallace, Stanley G. Weinbaum
Ocena 5,9
Złoty Wiek SF 1 Fredric Brown, Edmond Hamilton, Cyril M. Kornbluth, R.A. Lafferty, Murray Leinster, H. Beam Piper, Mack Reynolds, William Tenn, Jack Vance, F. L. Wallace, Stanley G. Weinbaum
Okładka książki The Science Fiction Hall of Fame, Vol. 2-B Isaac Asimov, James Blish, Ben Bova, Algis Budrys, Theodore Rose Cogswell, Edward Morgan Forster, Frederik Pohl, James H. Schmitz, T. L. Sherred, Wilmar House Shiras, Clifford D. Simak, Jack Vance
Ocena 8,0
The Science Fiction Hall of Fame, Vol. 2-B Isaac Asimov, James Blish, Ben Bova, Algis Budrys, Theodore Rose Cogswell, Edward Morgan Forster, Frederik Pohl, James H. Schmitz, T. L. Sherred, Wilmar House Shiras, Clifford D. Simak, Jack Vance
Okładka książki Rakietowe Szlaki tom 7: Antologia klasycznej SF Victor Contoski, Robert A. Heinlein, Cyril M. Kornbluth, George R.R. Martin, H. Beam Piper, Frederik Pohl, Mike Resnick, Bob Shaw, Robert Sheckley, Lucius Shepard, Jack Vance, Wiktor Żwikiewicz
Ocena 7,4
Rakietowe Szlaki tom 7: Antologia klasycznej SF Victor Contoski, Robert A. Heinlein, Cyril M. Kornbluth, George R.R. Martin, H. Beam Piper, Frederik Pohl, Mike Resnick, Bob Shaw, Robert Sheckley, Lucius Shepard, Jack Vance, Wiktor Żwikiewicz
Okładka książki Rakietowe Szlaki tom 5: Antologia klasycznej SF Barrington J. Bayley, Harlan Ellison, Fritz Leiber, George R.R. Martin, Larry Niven, Marek Oramus, Robert Sheckley, Robert Silverberg, Clifford D. Simak, Michael Swanwick, Jack Vance, Roger Zelazny
Ocena 7,8
Rakietowe Szlaki tom 5: Antologia klasycznej SF Barrington J. Bayley, Harlan Ellison, Fritz Leiber, George R.R. Martin, Larry Niven, Marek Oramus, Robert Sheckley, Robert Silverberg, Clifford D. Simak, Michael Swanwick, Jack Vance, Roger Zelazny
Jack Vance
Jack Vance
Jack Vance (ur. jako John Holbrook Vance) - amerykański pisarz. Absolwent Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley (dziennikarstwo i filologia angielska). Zanim został pisarzem imał się rozmaitych zajęć. Był m.in. rybakiem, pracownikiem portowym i sprzedawcą dywanów. Specjalizował się w dziełach fantasy i science fiction. Używał rozmaitych pseudonimów literackich, m.in. Alan Wade, Peter Held, John van See i Jay Kavanse. Otrzymał dwie Hugo Award (prestiżowa nagroda literacka dla książek z gatunku science-fiction i fantasy) oraz dwie World Fantasy Award. Jack Vance żył 96 lat. Wybrane książki pisarza: "The Five Gold Bands" (1953, polskie wydanie: "Pięć złotych obręczy", Wydawnictwo Art, 1984),"The Last Castle" (1966, polskie wydanie: "Ostatni zamek", Wydawnictwo Rebis, 1994),"Lyonesse" (1983, polskie wydanie: "Lyonesse", Wydawnictwo Rebis, 1994),"Medouc" (1989, polskie wydanie: "Medouc", Wydawnictwo Rebis, 1995). Żona: Norma Genevieve Ingold (1946-25.03.2008, jej śmierć).
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Pyłek w Oku Boga Larry Niven
Pyłek w Oku Boga
Larry Niven Jerry Eugene Pournelle
Powieść z 1974 roku, a bohaterowie korzystają z "komputerów kieszonkowych", którymi nagrywają przeróżne sytuacje, a następnie zapisują ją w sieciach komputerowych - sieci komputerowej statku kosmicznego, budynku na planecie, wreszcie w publicznej sieci całego państwa... Zresztą jedna z bohaterek (a właściwie: jedyna bohaterka) łapie się na tym, że za dużo czasu spędza z komputerem kieszonkowym w ręku. Ot, wizjonerstwo. Natomiast pod wieloma względami ta monumentalna powieść science fiction o pierwszym kontakcie stoi w sprzeczności z dzisiejszymi czasami. Jest celowo retrofuturystyczna - o ile opisywana technologia względnie poszła do przodu, o tyle warstwa socjologiczna się cofnęła. I tak miejsce kobiet w społeczeństwie przypomina konserwatywną Ameryką lat 50., a Imperium Ludzkości rządzi arystokracja, z oczywistą megalomanią tytułów. Czułem, jakbym czytał "Honor Harrington", ale nieco bardziej na poważnie. Taką konwencję trzeba kupić, co nie jest łatwe. Choć rzeczywiście podejście autorów do jedynej kobiety na statku jest mocno problematyczne, postać Sally trudno jest jakkolwiek obronić nie tylko z dzisiejszej, ale i jakiejkolwiek perspektywy. Jeśli chodzi o główną warstwę, czyli powieść o pierwszym kontakcie, to jest ona bardzo dobra. Oczywiście obcy okazują się być dość bliscy ludziom, ale jednak na tyle obcy, aby ciekawie się o nich czytało. Autorzy ciekawie grają relatywizmem moralnym. Dużą zaletą powieści jest spokojne tempo, dzięki któremu wszystkiemu udaje się wybrzmieć. Największa wada to natomiast wspomniane już postacie, na czele z Sally, ale też Roderickiem Blainem, który może i jest zajebisty, ale tylko w warstwie deklaracji autorów. Zdecydowanie nie żałuję, że przeczytałem. To bardzo dobre SF, które zostanie w mojej pamięci na dłużej. Są dużo lepsze powieści o pierwszym kontakcie, ale nie ma ich znowuż aż tak wiele. Serdecznie polecam, choć podczas lektury trzeba wziąć poprawkę na rok napisania - od 1974 r. minęło już wiele dekad, a w świecie literatury SF były to wręcz eony. Stąd dla wielu czytelników "Pyłkowi w oku Boga" może być bliżej do ramotki.
Tomek - awatar Tomek
ocenił na817 dni temu
Latarnia 23 Hugh Howey
Latarnia 23
Hugh Howey
Historia opowiedziana z perspektywy pierwszej osoby, samotnego operatora jednej z placówek odpowiedzialnych za bezpieczną nawigację w przestrzeni kosmicznej, byłego żołnierza z ciężkim bagażem doświadczeń na polu walki. Powieść jest początkowo teatrem jednego aktora, w którym bohater jest świadkiem kolejnych awarii, które bezskutecznie próbuje usunąć, jak również świadkiem wydarzeń w pobliżu swojego posterunku, które może co najwyżej obserwować ale nie ma najmniejszego wpływu na ich przebieg, wobec których czuje się bezsilny. Monotonia jego obowiązków zostaje skutecznie zakłócona dodatkową, niespodziewaną serią wydarzeń, które bardzo mocno odbiją się na jego uczuciach i wspomnieniach. W książce dowiadujemy się z jakimi własnymi lękami musi walczyć człowiek, jaki wpływ na niego mają codzienne, zawodowe obowiązki, jak dręczą go moralne rozterki, walka z własnymi demonami i wynikająca z nich ciągła niemoc wobec nieubłaganego kosmosu i postępowań innych ludzi. Powieść opowiada o walce z własną psychiką osoby z własnego wyboru niemal całkowicie odciętej od cywilizacji ludzkiej. Narracja odbywa się w czasie teraźniejszym co nadaje całości wyraźnie szybszego biegu i dramatyzmu ale także chwilami komizmu wydarzeń. Język powieści jest bardzo lekki, przejrzysty, obfitujący niekiedy w zabawne dialogi. Mimo tak małej przestrzeni, w której dzieje się akcja, fabuła poprowadzona jest bardzo zgrabnie.
station - awatar station
ocenił na62 miesiące temu
Kukułcze jaja z Midwich John Wyndham
Kukułcze jaja z Midwich
John Wyndham
Kiedy sięgnęłam po „Kukułcze jaja z Midwich”, nie spodziewałam się, że tak bardzo mnie ta książka zaniepokoi – i to w tak subtelny, niemal cichy sposób. John Wyndham zaczyna tę historię spokojnie, wręcz leniwie, ale z każdą stroną odczuwa się coraz większy niepokój. Kto oglądał film "Wioska przeklętych", nie będzie zdziwiony fabułą. Książka jest jednak znacznie ciekawsza w odbiorze. Historia zaczyna się od tajemniczego zdarzenia – cała wioska Midwich nagle zasypia. Gdy wszystko wraca do normy, okazuje się, że kobiety zaszły w ciążę w niewyjaśnionych okolicznościach. Dzieci, które się rodzą, od początku wydają się dziwne – nie tylko przez swój wygląd, ale przede wszystkim przez sposób, w jaki funkcjonują. Nie jest to jednak typowa historia o obcych. Podczas czytania miałam wrażenie, że to raczej opowieść o czymś znacznie bliższym – o lęku, kontroli i granicach człowieczeństwa. Najbardziej uderzył mnie klimat tej książki. Nie ma tu gwałtownych zwrotów akcji ani taniego straszenia. Zamiast tego dostajemy powoli narastające napięcie, potęgowane przez chłodną, wręcz czasami, beznamiętną narrację. Podczas lektury na pierwszy plan wychodzą dwa pytania. Czym właściwie jest „inność” i  gdzie kończy się człowieczeństwo. Dzieci z Midwich nie wydają się jednoznacznie złe – i to właśnie było dla mnie najbardziej niepokojące. Nie wiedziałam, czy powinnam się ich bać, czy raczej próbować je zrozumieć. Książka zmusza mnie do myślenia. Dla niektórych tempo może być zbyt wolne, a styl zbyt „suchy”. To nie jest dynamiczne sci-fi. Jeśli ktoś szuka wartkiej akcji to będzie rozczarowany. Dla mnie to był powrót do klasyki. Zamiast spektakularnych efektów ksiażka oferuje  inteligentną, niepokojącą refleksję. Jeśli lubisz historie, które zostają w głowie na długo i zmuszają do myślenia – to zdecydowanie książka dla ciebie.
KotkaPsotka - awatar KotkaPsotka
oceniła na71 miesiąc temu
Łaska bogów James S.A. Corey
Łaska bogów
James S.A. Corey
Twórcy “The Expanse” ruszyli z nowym cyklem. Nie zazdroszczę im presji jaką muszą odczuwać po swoim poprzednim kolosie. Oczekiwania fanów musiały być ogromne. Ja do “Łaski bogów” podszedłem na luzie. Książkowe “The Expanse” skończyłem po pierwszym tomie, serial oglądałem z przyjemnością, ale nie mam aż tak nabożnego stosunku jak niektórzy. Miło mi powiedzieć, że ten cykl planuję kontynuować. Start jest powolny, ale intrygujący. Ludzkość zamieszkuje planetę, która z pewnością nie jest jej pierwotnym domem. Nie wie jednak skąd pochodzi i jak się tu znalazła. Bohaterowie są grupą naukowców badających relację między drzewami życia - endemicznym i ziemskim, gdy błyskawiczna inwazja obcych rzuca ludzkość w niewolę. “Wojna pojmanego” też jest SF, ale tym razem Corey’owie poszli w kierunku space opery. Potężni, homaro-modliszkowaci Carryx to rasa, która wzięła w niewolę dziesiątki gatunków rozsianych po kosmosie, oraz likwidowała te, które okazały się bezużyteczne. Na szczęście wszystkie mogą funkcjonować w podobnej grawitacji i atmosferze. Pozwala to akcji rozgrywać się w kosmopolitycznym więzieniu. Bohaterowie byli mi z grubsza obojętni. Są tam interesujące pomysły, natomiast to sama sytuacja była ciekawa i prowokowała do myślenia, co sam bym zrobił w takim położeniu. Co więcej, jak wspominałem z czasem robiło się coraz bardziej intensywnie i interesująco. Obcość Carryx jest powiedziałbym, akuratna. W sam raz dla space opery, nic brawurowego. Momentami jest śmiesznie, kiedy czytamy o poddanych rasach, zalatuje klasycznym fantasy, ale to drobiazg. Chętnie dowiem się więcej o Roju, o wrogach Carryx. Tym bardziej, że ponoć ma się to zamknąć w trzech tomach, więc szanse na utrzymanie poziomu są spore. Czuć, że Corey’owie to solidni rzemieślnicy. Książka wchodzi gładko mimo pewnych niedostatków a nawet potknięć w redakcji czy tłumaczeniu. “Wojna pojmanego” ponoć już dostała deal na telewizyjną adaptację. To może być trudny materiał, ale chętnie zobaczę to na ekranie.
Mateusz Wielgosz - awatar Mateusz Wielgosz
ocenił na62 dni temu
Żelazny sen Norman Spinrad
Żelazny sen
Norman Spinrad
“Od czasu Ognia upłynęło już więcej niż tysiąc lat, a mimo to mutanci nadal pełzają po tej ziemi, zatruwając prawdziwą ludzkość swoimi nieczystymi, wypaczonymi genami. Kto może zaprzeczyć, że Heldon jest bastionem rasowej czystości na oceanie tej zarazy?” “Feric popierał to działanie z całego serca – jaki jest sens w marnowaniu cennego czasu genetyka na tak ewidentnych podludzi. Nawet zwykły strażnik wiedział, co robić w takich przypadkach, i odsyłał ich z kwitkiem bez badania.” „Jeśli zamierzasz rządzić żelazną ręką, robisz to od samego początku.” Przed lekturą prezentowanej powieści, moja żona ostrzegała mnie, że będę miał problem z przelaniem wrażeń na papier, ale cholera! W życiu bym nie spodziewał, że w taki sposób. Po książce Normana Spinrada słowa same układają się w zdania, sęk w tym, że to akapity pełne zakazanych słów, które media społecznościowe tak bardzo nie lubią. Za przytaczanie pewnego znanego akwarelisty z wąsem, tudzież wariacji hinduskiego znaku szczęścia można pożegnać się z mediami, dlatego dzisiejszy tekst może być niezrozumiałą próbą przekazania czegoś dotąd niespotykanego. Słowo niespotykane idealnie oddaje zawartość „Żelaznego snu” autorstwa wspomnianego wcześniej Normana Spinrada i naprawdę nie ma w tym grama przesady. Zrozumiałem już, że seria z Rebisu rządzi się swoimi prawami i sięgając po nią powinienem zachowywać bardzo otwartą głowę a jednocześnie nigdy bym się nie spodziewał, że ktoś podejmie się sportretowania historii alternatywnej, w której akwarelista nie stał się najbardziej znienawidzoną postacią na świecie, lecz uznanym autorem fantastyki, piszącym powieść nominowaną do nagrody Hugo. „Żelazny sen” to jedna wielka literacka incepcja, gdzie autor opowiada o autorze, który snuje swoją opowieść. W kreacji i wizji szanownego Spinrada najbardziej znany wąs nigdy nie zdobył władzy w Niemczech, a zamiast tego wyemigrował do Stanów, gdzie po czasie napisał coś, co stanowi fantastyczne i krzywe odbicie historii, która wydarzyła się jego oryginalnej wersji. „Żelazny sen” to zatem odpowiedź na to, co mogłoby się wydarzyć gdyby A. nie wyrażał ekspresywnie swoich przekonań, lecz uwięził je na kartach fikcyjnej historii, osadzonej w post-apokaliptycznej przyszłości ziemi, ponad tysiąc lat po wielkim ogniu. Snując swoje rozważania o „Żelaznym śnie” uważam, że autor był wyjątkowo odważny decydując się na napisanie takiej historii. W 1972 roku pamięć o minionych zbrodniach nadal była żywa, a ogrom skrzywdzonych zbierało swoje psychiki w całość, toteż premiera powieści mogła spotkać się z bardzo mieszanym odbiorem. Co raczej nie powinno nikogo dziwić biorąc pod uwagę ogrom zła. No, ale dobra, jak zwykle leję wodę. „Żelazny sen” to opowieść o charyzmatycznym Fericu Jaggarze, we własnej ocenie oddanym sługą ludzkości, chcącym uleczyć Wielką Republikę Heldonu, toczoną przez zmutowaną część ludzkości. Ogień z nieba, tak często zresztą wspomniany, przed tysiącem lat skutecznie podzielił ludzkość na zdrowych i zmutowanych, toteż oddany syn ludzkości, postanowił zrobić z tym porządek. Na zawsze i ostatecznie. Na początku opowieści byłem zbulwersowany i zgorszony faktem oddania głosu akwareliście (nawet jego karykaturalnej wersji),jednak po dokończeniu opowieści i posłowia dodanego do kolejnego wydania inaczej spojrzałem na intencje autora i to, co próbował przekazać. Opowieść chociaż kontrowersyjna i ciężka w polecaniu innym czytelnikom (spróbuj o niej bezinwazyjnie opowiedzieć) w dalszym ciągu jest pokazem talentu i wzorowym przykładem fantastycznej lektury. Chociaż zakończenie jest niesamowicie komiczne. Polecam.
W_witrynach_horroru _ - awatar W_witrynach_horroru _
ocenił na81 miesiąc temu
…i ujrzeli człowieka Michael Moorcock
…i ujrzeli człowieka
Michael Moorcock
„I oto jest to miejsce i boję się. Boję się śmierci i bluźnierstwa. Ale nie można inaczej. Nie ma innego sposobu.” „Srebrne krzyże to kobiety. Drewniane krzyże to mężczyźni. Często myślał o sobie jako o drewnianym krzyżu. W zawieszonych między snem a jawą porannych majakach widział się czasem jako ciężki drewniany krzyż ścigający przez pola ciemności delikatny srebrny krzyżyk.” Chciałem się tylko dobrze bawić przy kolejnej książce z Rebisu, a czuję się jakbym spadł z wysokiej wieży na ostre skały, które rozszarpały moje ciało i duszę na drobne kawałeczki. „... i ujrzeli człowieka” autorstwa Michaela Moorcocka. Tylko tyle i aż tyle. Książka tak samo wspaniała jak bluźniercza. Jednocześnie odważna, niezapomniana, wspaniała i paskudna. Czuję, że potrzebuję kilku dni, żeby ją przetrawić i ugasić wewnętrzny pożar, który wywołała w głowie. Myślę, że istotę „... i ujrzeli człowieka” doskonale ubrał w słowa Brian Aldiss, pisząc, że jest to „Wehikuł czasu, jaki Wellsowi nigdy by nie przyszedł na myśl.” Moorcock nie opisał jedynie jakiejś tam wyprawy w czasie wprost do nieokreślonej przeszłości czy przeszłości, lecz dał nam to, co siedziało w głowie myślicieli przez prawie 2000 lat. Mianowicie, czy życie Jezusa było mitem? Czy istniał naprawdę? Czy faktycznie był fundamentem naszej wiary, synem Bożym, prorokiem który uleczał? To szalona opowieść, którą jednocześnie kocham i nienawidzę. Jest chaosem. Wchodzi do głowy bez pozwolenia, zdzierając całą fasadę wiary, wychowania, wartości, które kształtują nie tylko mnie, lecz poprzednie pokolenia. Michael snuje fantastyczno naukową opowieść o początkach chrześcijaństwa, ubierając w słowa niezwykle pesymistyczną wizję, która intryguje, wywołuje mieszanie opinie ale i na pewien sposób fascynuje. Jest to jedna z powieści, która wymagała niewątpliwej odwagi przy tworzeniu i odporności na krytykę. W końcu według niektórych są rzeczy święte, których się nie rusza. Z pewnych względów pomijam postać „bohaterskiego” podróżnika w czasie Karla Glogauera, który zaryzykował podróż w nieznane, jednak wierzcie mi mam swoje powody. Raz, jest to postać niesamowicie skomplikowana, skonfliktowana z samym sobą, przejawiająca tragizm, dwa jego losy zostaną ściśle związane z Jezusem, którego tak szuka. Początkowo jego opowieść przypomina ekstrawagancką fatnastykę naukową, jednak szybko zmienia się w anatomię rozpaczy, która dosięga nawet i czytelnika. Po prostu było mi ciężko na duszy podczas lektury. Polecam. Chociaż Bóg mi świadkiem, że moja dusza teraz krwawi.
W_witrynach_horroru _ - awatar W_witrynach_horroru _
ocenił na91 miesiąc temu
Miecz Kaigenu M. L. Wang
Miecz Kaigenu
M. L. Wang
Pani Wang znowu to zrobiła – zaangażowała mnie emocjonalnie w swoją powieść tak jak mało kto, a nawet udało jej się wycisnąć ze mnie łzę. Wydawało mi się, że wiem o czym jest ta książka, ale rozwój wydarzeń pokazał mi jak wąskie było moje myślenie. Po nieco przydługiej ekspozycji i świat, kiedy nie raz pomstowałam na sytuację bohaterów i panujące reguły i łykanie propagandy, dochodzi do punktem zwrotnego, którym jest atak obcego kraju na Kaigen. Epicka bitwa dosadnie pokazuje brud, koszmar i tragedie związane z napaścią, przy jednoczesnym obniżeniu bierności państwa - i nie wiem co bardzo mnie oburzało: brutalność Ragijczyków, czy okrucieństwo władz Cesarstwa, które zawiodło swoich poddanych. Ale konieczność obrony była też impulsem dla głównej bohaterki, by przypomnieć sobie przeszłość. Misaki to wykształcona wojowniczka wysokiego rodu, która postanowiła zapomnieć jak potężna była, by sprostać roli pokornej żony i matki - to świetnie wykreowana postać, nieidealna, nieprzerysowana i dużo ciekawsza niż początkowo zakładałam. “(...)Pozwoliła sobie na wdzięczność za to kim jest. Dobrze urodzona kobieta nie była w stanie odciąć nóg stojącemu mężczyźnie, po czym wytrzeć ostrza w jego otwarte od krzyku usta (...) Dzięki bogom była potworem." Po bitwie, kiedy klapki z oczu opadły i uśpione siły się przebudziły, dochodzi do pojedynku, którego przebieg, jak i konsekwencje tak mnie zaskoczyły, że do finału szukałam haczyka. Kompletnie nie spodziewałam się takiego obrotu spraw, ani tego, że finalnie bardzo mi się spodobał. Tak samo jak tego, że w fabule został ukryty trop lubiany przez książkary, ale jego zdradzenie byłoby spojlerem. Magia to kolejna wersja posługiwania się mocą żywiołów, ale Wang, bazując na czymś znanym, buduje elementy nowe i interesujące: to nie jest oklepany miotanie ognistymi kulami - to Szepczące Ostrza z Lodu zdolne tnąć stal, Wyciąganie Dusz kradnące oddech, śmiercionośnie trąby powietrzne, Czy Krwawi Mistrzowie Marionetek - bo magia krwią też jest tu istotnym elementem. I zdawać by się mogło, że nawet najwspanialsze rody wojowników nie mogą mieć szans z machiną wojenną znaną z współczesnego pola walki, ale autorce udało się mnie przekonać, że wolałabym mieć w swojej armii kilku Koro z Takayubi niż batalion zwykłych żołnierzy. Było tu trochę dłużyzn na początku - fabuła sprawdziłaby się równie dobrze, gdyby odjąć jej ze 100 stron. Sama końcówka to jakby podbudowa pod dalszy ciąg. I choć całość była emocjonalną bombą, to po zakończeniu czuję spokój, jakby Matsudowie zarazili mnie swoją chłodną jiyą.
Rudzik Jacob - awatar Rudzik Jacob
ocenił na94 dni temu
Dwa ognie Christopher Buehlman
Dwa ognie
Christopher Buehlman
Fenomenalna jednotomówka dark fantasy. Nie spodziewałem się, że moje pierwsze spotkanie z twórczością Christophera Buehlmana okaże się aż tak udane. Autor w swojej powieści zabiera czytelnika do Francji połowy XV wieku, która jest wyniszczona wskutek szalejącej zarazy czarnej śmierci. Na domiar złego kraj staje się areną zmagań pomiędzy siłami nieba i piekła. W tych niewesołych okolicznościach poznajemy Thomasa, rycerza grasanta, który spotyka na swej drodze pewną dziewczynkę sierotę. Nie jest ona jednak zwyczajna i twierdzi, że przemawiają do niej anioły. Przede wszystkim pierwsze skrzypce gra w tej powieści klimat. Dwa ognie można moim zdaniem określić jako swoistego rodzaju post-apo i powieść drogi. Nasza drużyna przemierza Francję spustoszoną przez epidemię dżumy, co chwila napotyka się na wymarłe osiedla i masę ciał, których nie ma nawet kto pochować. Jednocześnie cały czas trwa angielska inwazja, a podróżnych napadają rabusie. Mroczny nastrój świetnie dopełniają pomysłowe sekwencje horrorowe. Dwa ognie klasyfikowałbym raczej jako dark fantasy, nie czystą grozę, ale makabrycznych, niepokojących lub zwyczajnie obrzydliwych scen tu nie brakuje. Jeśli chodzi o samą fabułę, to choć ma dość epizodyczny charakter, to mocno wciąga. Co uważniejsi zobaczą tu też dużo umiejętnie wplecionej religijnej symboliki. Wiele dobrego mam do napisania też na temat bohaterów. Są oni naprawdę dobrze wykreowani, widać jak przeszłe wydarzenia odcisnęły na nich piętno. Pod tym kątem muszę szczególnie pochwalić wątek Thomasa, który na kartach powieści przechodzi swoisty redemption arc. Świetnie wypadają również relacje między bohaterami, zwłaszcza ta dotycząca Thomasa i Delphine. Autor bardzo umiejętnie potraktował w powieści kwestię religijności. Choć niejednokrotnie na kartach książki księża są przedstawieni jako przeżarci korupcją i zepsuci, to zarazem u innych widzimy piękno czystej wiary, która podnosi na duchu człowieka w najtrudniejszych momentach. Mimo, że powieść przez większość czasu ma poważny charakter, to nie zabrakło tu też humoru. Świetnie pod tym kątem wypadają nieraz cięte dialogi między Thomasem a Delphine, ale nie zawodzi także humor sytuacyjny, przy scenie z potrawką i wróblem mocno parsknąłem śmiechem. Czy powieść ma jakieś wady? Na pewno nie jest dla każdego, duża ilość brutalnych scen wielu odrzuci. Niemniej mnie osobiście tytuł ten naprawdę zachwycił. Wszystko mi tu zagrało: historia, bohaterowie, klimat, styl i zakończenie, które mnie wzruszyło. To był ten szczególny przypadek powieści, kiedy tak cieszyłem się lekturą, że im bliżej było końca, tym bardziej nie chciałem, aby się skończyła. Ode mnie w pełni zasłużone 10/10.
Piotr - awatar Piotr
ocenił na1012 dni temu
Góra pod morzem Ray Nayler
Góra pod morzem
Ray Nayler
Czasem zastanawiam się, co kryją podmorskie tonie. Wiecie, że według różnych szacunków zbadane zostało mniej niż 5% całego światowego oceanu? Ray Nayler zadaje kilka zasadnych pytań w swojej książce. Po pierwsze – czy istoty rozumne i mające możliwość komunikacji mogłyby rozwinąć się w oceanie? Pomysł zasadza się na rozwoju ośmiornic, które powszechnie znane są ze swojej inteligencji i próbie kontaktu korporacji DIANIMA z zamieszkującymi u wybrzeży Wietnamu głowonogami. Świat przedstawiony przez autora to jednocześnie wizja postapokaliptyczna – kraje zostały strawione przez wojnę, jednocześnie do tego dochodzi szybki postęp technologiczny – przede wszystkim związany z cybernetyką i androidami. I to drugi problem, który jest w centrum zainteresowania. Pojawiają się powszechnie spotykane w literaturze sf pytania: czy androidy śnią o elektrycznych owcach? Kiedy tworzy się świadomość? Jak ją określić? Chociaż wiele pomysłów, które przedstawia autor są ciekawe, to potknął się w kilku miejscach i trochę odebrało mi to przyjemność z odbioru tej lektury. Po pierwsze – stateczność akcji. Nayler de facto bawi się kilkoma konwencjami – thrillerem, hard sf, elementami szpiegowskimi – ale nie potrafi tego amalgamatu złożyć w jedno. W książce występują trzy wspólne wątki, które tylko pobieżnie się ze sobą schodzą i chociaż wszystkie są rozwiązywane, to równie dobrze mogłyby funkcjonować oddzielnie. Mało tego, usuwając którykolwiek z nich nie stracimy w zasadzie płynności narracji. Po drugie – płytkość zadanych pytań. Nie zrozumcie mnie źle, wiele z aspektów poruszonych przez autora jest ciekawych i istotnych, tylko były one już realizowane przez wielu autorów w wielu książkach na przestrzeni kilkudziesięciu lat – ale przede wszystkim było to robione lepiej. I po trzecie – strasznie mi się ta książka dłużyła.Nie wiem, czy wynikało to z tłumaczenia czy z formy oryginału. W ostatecznym rozrachunku książka była po prostu ok. Kilka pytań było istotnych ale wykonanie było poprawne. Czy to źle? Nie. Ale trochę za mało na zachwyt.
StrongSilentType__ - awatar StrongSilentType__
ocenił na63 miesiące temu

Cytaty z książki Tales of the Dying Earth

Więcej

Piękno to połysk, który miłość nadaje, by przechytrzyć wzrok. Można zatem powiedzieć, że tylko gdy umysł nie jest zakochany, oko nie dostrzeże piękna.

Piękno to połysk, który miłość nadaje, by przechytrzyć wzrok. Można zatem powiedzieć, że tylko gdy umysł nie jest zakochany, oko nie dostrze...

Rozwiń
Jack Vance Kroniki Umierającej Ziemi Zobacz więcej

Posłowie:
Wiecznie żywy Kain, to także wyzwanie rzucone konstrukcji aksjologicznej całego świat. (sic!)

Czy ktoś w ogóle przeczytał tekst przed oddaniem go do druku? Chyba powinno byc światA?

Posłowie:
Wiecznie żywy Kain, to także wyzwanie rzucone konstrukcji aksjologicznej całego świat. (sic!)

Czy ktoś w ogól...

Rozwiń
Jack Vance Kroniki Umierającej Ziemi Zobacz więcej
Więcej