Star Wars: Darth Vader. Tom 3: Wojna łowców nagród
Życie dzisiaj stało się tak samo łatwe... jak i trudne. Szczególnie dla młodych: kolejnych pokoleń, X, Y, Z... całej tej generacji ,,nowych przedstawicieli Cywilizacji". Przedstawicieli, którzy stali się jednym z docelowych ,,targetów”, jeśli chodzi o to komu przeznacza się całe zastępy ,,wypluwanych” przez potentatów globalnej rozrywki tworów popkultury. Teoretycznie ,,młodzi gniewni” w kwestii możliwości rozwijania swoich zainteresowań w kulturze masowej, wszystko, absolutnie wszystko, mają dostępne pod ręką. Czy to Marvel, czy DC, czy jakiś zwykły film, czy kolejna poczytna książka niezwykle popularnego pisarza sci-fi czy fantasy i horroru. Jest w czym wybierać, jednak ,,niby-łatwość” mieszająca się z faktyczną lekko sprzeczną trudnością życia nastolatków i młodych dorosłych egzystujących w pędzącym na złamaniu karku Świecie po 2020 roku, sprawiają, że mimo iż w popkulturze mamy wszystko ,,niby” pod ręką, to lekko zmieszani swoją niepewnością ,,teraz” i niepewnością w ,,przyszłości” ci właśnie ludzie, mogą ,,nabyć" swego rodzaju kulturowo-rozrywkowe rozdarcie, co do wyboru kolejnego i kolejnego filmu, książki, czy komiksu do doświadczenia, czy – co w tym przypadku może się robić nieco gorzej – zapoznania na zasadzie ,,tak, to będzie dla mnie pasją, zaczyna to coś po prostu znaczyć”.
I tak, w ten sposób właśnie narodziło się rozbrajające nas fanów ostatnimi laty rozdarcie i ambiwalencja w środowisku gromadzonego wokół marki ,,Star Wars”; w ten sposób najbardziej poczytna Galaktyka w popkulturze stała się obiektem znienawidzenia jak i paradoksalnie jeszcze większego ku niej ,,hype’u”. Fandom na tym cierpi, a twórcy również jak i odbiorcy stawiani są coraz częściej w niezręcznej sytuacji, która skutkuje tylko, sądzę osobiście, tworzeniem ,,szybko, dużo i kolorowo”. To odbija się na jakości dzieł stanowiących o calutkich treściach i powodzeniu Nowego Kanonu Gwiezdnych Wojen. Cóż, my sami, nikt inny, my geecy!, my wszyscy jesteśmy po trochu sobie w tej starwarsowej kwestii winni: treści łatwo jest dostać, a do kina nikt ,,chodzi nie musi!”, skoro jest streaming i ,,Internety”. Rośnie zakup rzeczy używanych, gdzie nerd od Świata papy Lucasa może sobie z całości Uniwersum kupić cokolwiek za nieduże pieniądze… i to przez Internet. I co zaskakujące na swój ,,profetyczny, lekko anty-utopijny wydźwięk tej opinii: uważam, że sporo do sytuacji ,,rozdarcia” fandomu Star Wars i ambiwalencji i niezdecydowania się realizacyjno-twórczego w sercu funkcjonowania Disney’a i Lucasfilm Ltd., przyczynia się ,,mocno szeroko dostępna” wymiana danych, w której pierwsze skrzypce odgrywa Internet, Media Społecznościowe, telefonia komórkowa, gdzie wszystko dzięki tego rodzaju ,,łatwościom” wymienia się między sobą, i tak staje się dostępne, w niewyobrażalnie szybkim tempie: dzielimy się opiniami, tworzymy podcasty i filmiki na wszelakiej maści ,,youtubeopodobnych” stronach i serwerach. A to prowadzi do jednego: wystarczy moment i dane popkulturowe Uniwersum może ,,tak z miejsca, ze startu!” zostać znienawidzone lub pokochane, a jeden klik i lajknięcie więcej... spowodować zwolnienie danego artysty pracującego – w tym przypadku – przy Gwiezdnych Wojnach całym sobą, całą swoją pasją i zaangażowaniem.
Z powyższych fanowsko-futurologiczno-informatycznych rozkmin, wynika jedno: żadne ,,Starwarsy” czy ,,Marvele” nie są bezpiecznie, nie mają obecnie żadnej konkretnej gwarancji uzyskiwania ciągłej i ciągłej popularności i nabycia wzrastającej pod względem przychodu dość stabilnej sytuacji finansowej – jest to troszku dziwne, ale właśnie ten aspekt ,,egzystencji" tychże marek przekłada się na zainteresowania danym Światem w ,,masówce”, a co za tym idzie: jakością i ilością tworzonego ,,contentu”. I jak tu fan ma wybrać z galaktycznego wora multum treści coś naprawdę konkretnego, fajnego, inspirującego do rozszerzania swojej wiedzy w zakresie tego Świata, czyli ukochanych Star Wars? Skoro z miesiąca na miesiąc przetwarzamy i wymieniamy między sobą ogromne ilości informacji, a sam Internet zamknął nas wszystkich, szczególnie młodych odbiorców w szczelnie zapieczętowanej puszcze; to samo można powiedzieć o technologiach SI, czego, mówiąc dość krótko, pokłosie widać w wielu seriach i filmach SW, gdzie efekty specjalne praktycznie i VFX wyglądają miejscami jakby były niedopracowane, generyczne, non-stop wypluwane przez modelowe, genialne algorytmy w stylu ,,Chatu GPT”. I dlatego, po raz kolejny, w tego rodzaju filozofizmach miłośnika tak szanowanej (niegdyś) marki ,,ex-właściciela” Papy Lucasa, pojawia się trudność w wybraniu czegokolwiek dla siebie odpowiedniego – można się temu dziwić jak i nie; wszystko zależy od gustów i silnej woli w nastawieniu się na zmiany w prądach twórczych i technologicznych stosowanych w pracy nad danym filmem, książką, serialem, animacją. I chyba najlepiej w takiej ,,gmatwaninie” decyzyjnej będzie gdy sięgnie się po coś w miarę ogólnie stabilnego, w Świecie SW związanego bardziej z klasyką ,,Legend” niż ,,Kanonem”, jednak opartego w Osi Czasu aktualnie rozbudowywanego Nowego Kanonu.
Dobry komiks w gwiezdnowojennych rewelacjach twórczych… nigdy nie jest zły – to takie przedłużone w swym skutecznym działaniu remedium na ,,współczesny bul dópy” fana marki, i to młodego fana, niezdecydowanego z różnych powodów co do tego… ,,a no, co tu takiego teraz w tych starwarsach do lektury wybrać?”. Jest taki jeden komiks, tak właściwie to cała jego seria, którą reprezentuje: tom 3 cyklu ,,Star Wars – Darth Vader” kreowanego w działającym od 2014 roku Kanonie. Owe rozdanie z serii, którego to autorami są między innymi Raffaele Ienco, Greg Pak oraz Guiu Vilanova zatytułowane: ,,Wojna łowców nagród” wraz z siłą wydźwięku cyklu o owym Lordzie Sithów i pupilku Palpatine’a, sprawia i zarazem oferuje swego rodzaju okazję czy dwustronną umowę między fanem a całym środowiskiem Gwiezdnych Wojen, jedno: chyba to się nigdy, ale to nigdy nie wydarzy, nigdy nie nastąpi ten dzień, aby galaktyczne wojaże tam gdzie króluje Moc i walka na miecze świetlne, nagle przestały dla nas, choć to brzydko zabrzmi ‘się produkować’”. Takie właśnie zaskoczenie, ten pozytywny ,,szok neuronalny" potwierdza komiks ,,Wojna łowców nagród” – świetny, z pasją artystów pióra i myśli scenariuszowej, stworzony, gdzie zaskakuje wszystko: od pomysłów na fabułę owiniętą wokół Vadera i tytułowych ,,Łowców”, aż po (po raz kolejny zresztą) genialnie dostosowaną do intensywności i rodzaju narracji/fabuły ,,kreskę”. I szczerze: jest to kolejne (na tym samym poziomie, co dwa ostatnie historie z cyklu) owe komiksowe rozdanie serii ,,Star Wars – Darth Vader”, które nie spuszcza ani kropli pary z wysokiego poziomu twórczo-realizacyjnego, który wystartował z tomem 1-szym. Pozytywnie zaskakuje niniejszym fakt, że tom 3 dodał nam do oceanu starwarsowych możliwości kolejne cegiełki informacji, wiedzy, relacji, które okażą się po prostu mega ,,mięsiste” i niesłychanie intrygująco rozciągające jeszcze dalej i dalej Galaktykę GW o kolejne i kolejne dane. Mówiąc jeszcze inaczej: dostaliśmy w tej publikacji... coś od Gwiezdnych Wojen dla Gwiezdnych Wojen – coś, co sprawia że samo Uniwersum staje się po prostu lepsze, mniej zachwiane, zachęcające fanów do sięgania po jego ,,content”. A na deser, i czapki z głów za to dla rysowników i artystów myśli scenopisarskiej: Dartha Vadera i niektóre postacie poboczne w genialnej, ponad miarę wysokiej dyspozycji, co w obecnym rozstrojonym Świecie SW widujemy naprawdę rzadko.
Ogólnie rzecz ujmując, choć to i tak troszku za skromnie, aby określić jaką ,,dobroć” zesłał na nas omawiany i recenzowany tom 3 ,,darthvaderowskiej” serii NK Galaktyki: graficznie oraz konsekwentnie co do logiki narracji i jej tempa, jak na około 140 stron przystało dzieje się w tym komiksie naprawdę turbo-dobrze. To tak skonstruowany byt, gdzie jednocześnie można go albo czytać szybko i zachwycać się linią grafiki, kadrowaniem, planszami etc., albo chłonąć do woli i odtwarzać każdą sekwencję w myślach, jakby to był ,,zaklęty w pułapce czasu”, żywy (dzięki takiemu obrazowi i rysunkowi) film. ,,Mrocznego serce Sithów” i tom 2 w kwestii sytuacji Vadera i jego decyzji, w których nawarstwiają się emocje Lorda, zżera konkurencję na śniadanko. Od początku nasz upadły Anakin znajduje się w cholernie dziwnej sytuacji. Jednak to w końcu potężny Sith, no i w połowie jeszcze Anakin – kto czytał tomy 1 i 2 serii wie, że w tym rozdaniu radzi sobie tak konsekwentnie jak poprzednio. Nie umyka mu nic, a zawierane sojusze cały czas kontroluje, chłodno kalkulując to kogo i dlaczego akurat napotyka na swojej drodze i ,,krucjacie przeciwko Imperatorowi”, którą mimo specyficznych wydarzeń z finału tomu 2, ciągle stara się kontynuować, tonując ,,tymczasowo” gniew, który w nim wre, aby nie dać wykryć się Imperatorowi ze swoimi zamiarami. Bywało i trochę zamieszania, zwłaszcza, gdy ma się w pamięci tą mocno refleksyjną część 2, ,,Prosto w Ogień” – w idącą od A do Z, prosto jak po sznurku fabułę ,,no.3" wtłacza się seria atakujących zamglony rozdarciem w Ciemnej Stronie kontrolowany, ale i próbujący się z tej kontroli ostatecznie wyrwać umysł Vadera, wspomnień, które to można nazwać danymi tylko jemu samemu refleksjami: czy aby na pewno dobrze zrobił odtrącając od siebie Luke’a? Takowe refleksje destabilizują dynamiczną fabułę, to fakt, ale bez nich nie odkrylibyśmy tego, czego nie znaliśmy dotychczas o upadłym Anakinie, jego emocjonalności po Ciemnej Stronie, także o Imperatorze i relacji między tą dwójką, bo wciąż w tym tomie ,,rzeźbi” ona główną część fabuły. A ta jak zwykle w tej serii: zaskakuje! Vader ściga nawet samego Solo i Hana aż po Korelię, broni się przed spiskowcami od Strony Imperatora i atakiem dobrze zaopatrzonych Łowców, takich jak IG-88. W końcu jego ,,związek” z ,,Mistrzem Sidiousem” kończy się dość patowo, choć nieźle dynamicznie: bez spoilerów można to określić, jako idealne zakończenie pod kontynuację w postaci… Epizodu VI Star Wars: ,,Powrotu Jedi”.
Wszystko to co przedstawił gawiedzi spragnionej starwarsowej treści z serii ,,Darth Vader” jej tom 3, sprowadza (być może każdego z) czytających tytuł do jednego specyficznego wniosku: zaskakująca mimo strony refleksyjnej dynamika tomu, czasami wręcz porażająca tym, jak aż zieje ledwo co kontrolowanym gniewem (choć i tak częściowo się powstrzymuje) Vader, potrafi wprawić w stan pozytywnej błogości, optymizmu wobec tego, jak jeszcze mogła by potoczyć się przyszłość Vadera, gdyby ten zyskał całkowitą kontrolę nad swoją wolą i przeznaczeniem. Oby więcej takich historii, oby serię tą przeciągnięto w niedalekiej przyszłości do 7-8 tomów.
OPINIE i DYSKUSJE o książce Fantastyczna czwórka 1 (1961)
Niewątpliwie jak zawsze przy tego typu publikacjach, liczących sobie kilkadziesiąt lat, pojawia się pewna trudność w ocenie tak fabuły, jak i grafiki. Pierwsza jest infantylna, druga archaiczna, oczywiście z perspektywy dzisiejszego czytelnika. Niemniej całą serię Marvel Origins trzeba traktować jako swego rodzaju encyklopedię początków Marvela, zwłaszcza biorąc pod uwage wstawki historyczne od wydawców oryginalnej kolekcji. Przy takim podejściu Fantastyczna Czwórka, podobnie jak i poprzedni Spider-Man to lektura ciekawa choć nie ze względów fabularnych, ale jako wstęp do jednej z najważniejszych drużyn bohaterów w historii komiksów, a także ich antagonistów, w tym Doktora Dooma. Z całą pewnością warto się z tym albumem zapoznać.
Niewątpliwie jak zawsze przy tego typu publikacjach, liczących sobie kilkadziesiąt lat, pojawia się pewna trudność w ocenie tak fabuły, jak i grafiki. Pierwsza jest infantylna, druga archaiczna, oczywiście z perspektywy dzisiejszego czytelnika. Niemniej całą serię Marvel Origins trzeba traktować jako swego rodzaju encyklopedię początków Marvela, zwłaszcza biorąc pod uwage...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toDrużyny superbohaterów, aby w popkulturze dojść do pozycji tuz komiksu, gwiazd medium filmowego czy serialowego, a nawet i niekiedy powieści, których to ich wyjątkowości i niesłychanej historii możemy doświadczyć obecnie, musiały przejść drogę ewolucji i adaptacji do rozwijającej się kultury cywilizacji, którą można określić mianem ,,syzyfowej pracy, której trud w końcu został przełamany” – pracy zakrapianej krwawicą scenopisarską, rysunkową, produkcyjną i ekonomiczną jeśli chodzi o to, jak wydawać komiksy w czasach, gdy zapotrzebowanie na nie nie jest akurat takie jakby chciał wydawca. Rzecz jasna nie jest to fragment pierwszej lepszej historii powstania jakiegoś tam wydawnictwa, które oferowało w czasie swojej działalności komiksy, nowelki czy zwykłe powieści fantastyczne, horrory etc. To spora cegła, ba! wielgachna z nich zbudowana ściana ,,dawki wiedzy!”, ot jakaś struktura informacji, stanowiąca odpowiednio solidną ich dawkę, porcję wiedzy z historii, a tak naprawdę jej budowy nie tylko z perspektywy całej działalności stricte wydawniczej, ale i jej statusu jako franczyzy: marki, jako pamiętanego przez cały świat znaku reklamowego czy nawet jako tej niepodrabialnej i legendarnej ikony kultury popularnej – a pisząc m.in. ,,marki" chodzi tylko i wyłącznie o znane cywilizacji wszędzie tam gdzie ona sięga komiksowo-wydawnicze guru, Marvel Comics.
Poza ,,domem pomysłu świętej pamięci Stana Lee”, pośród firm, a obecnie ogromnych korporacji tworzących globalną rozrywkę najrozmaitszego rodzaju – bo przecież od komiksu się zaczyna i zapewne na komiksie skończy, ale nie samym komiksem człowiek, a tym bardziej ogromna firma żyje – liczy się przede wszystkim DC Comics, Lucasfilm Ltd. oraz dodajmy tak na zachętę, bo przecież czymś mało znanym pośród segmentu narracji obrazkowych ta firma nie jest: Dark Horse. Moja prywatna opinia, choć w dużej mierze bardziej subiektywna niż obiektywna, kieruje mnie ku jednemu specyficznemu wnioskowi – to Marvel Comics jest największym wydawcą komiksowych i bazujących na tym medium treściach (film, serial, gadżety, powieści, mangi i kwestia praw autorskich a raczej ich sprzedaży z tym związanym) na świecie w całej historii cywilizacyjnego ,,entertainmentu" od lat 30-tych XX wieku do czasów obecnych. To ów konglomerat rozrywki jest tym ,,liderem ostatecznym”, krzewicielem komiksowej i komiksowo-podobnej myśli ludzkiej, z którego doświadczenia, historii, sposobu produkcji, planowania swej pracy i dzieł, nie tyle co kopiuje i naśladuje, ale wzoruje się cały świat. I pomyśleć, że ponad 80 lat temu cały Wszechświat tej marki stanowił jej ,,pradziad” – firma Timely Comics kierowana przez Martina Goodmana, która dopiero po latach działalności przekształciła się w wydawcę, który rozrósł się mówiąc krótko do pozycji twórcy, który kreuje nie żaden Świat herosów, łotrów i rozmaitych innych gatunkowo komiksów i treści na nich bazujących a ogromny ,,Ocean Wszechświatów”, który można określić popularnie Multiversum Marvela.
Najbardziej wyjątkowe pośród kreatorów, którzy stali za najważniejszymi momentami w dziejach rozwoju Marvela jest to, że wszystko to, co związane jest z tą marką obecnie – nieważne, czy to komiks, film, gadżet stojący na biurku, figurka, encyklopedia etc. – zawdzięczamy między innymi trzem abstraktom, tytanom, ba!, jakimś istotom istniejącym poza przestrzenią, poza czasem, poza kwantowym polem, a są to: Stan Lee, Steve Ditko i Jack Kirby. Gdyby nie ta ,,komiksowa trójca święta” i ich wspólna praca ku prężnemu rozwojowi komiksu, zmianie wizerunku superbohatera w popkulturze, ku nadaniu tej formie rozrywki statusu ,,tego czegoś po co będzie sięgać nie tylko dzieciak, ale dorosły, płeć piękna, i nie tylko w USA, ale i na całym świecie”, komiks być może nie miałby sensu. Brzmi to bardzo prozaicznie, ale prawda jest taka, że w takim przypadku nie istniałoby nic, co z Marvelem kojarzone jest tak najszerzej jak się da, uwzględniając w tym zestawieniu nawet i przypinki, brożki, kubki, wydania kolekcjonerskie filmów na DvD czy Blu-Ray i gry video. Świat superbohaterów, nawet ten w DC Comics, czy w pewnym momencie działalności jej istnienie – istnienie Lucasfilm Ltd. George’a Lucasa – wszystko to nie gościło by wśród nas, tak jak to różnorodnie jest dzisiaj. To byłaby ,,post-apokalipsa” niespełnionej i niedokończonej komiksowej kultury, głównie kultury superheroe i sci-fi. Na nasze szczęście jednak, Lee, Kirby i Ditko znaleźli się w odpowiedniej firmie, pośród siebie, o odpowiednim czasie w odpowiednich latach, spotykając na swej drodze odpowiednich ludzi, co w konsekwencji dało nam jedną z najbardziej pamiętnych i najważniejszych epok w historii marki i znaku twórczości całego Marvela: lata 60-te XX wieku z częściowo okresem lat 70-tych. Żeby powiedzieć o tych latach ,,magiczne”, nie to zdecydowanie za mało. Stworzenie postaci Spider-Mana, co nastąpiło niebawem, przez Lee i nadania jej głębi oraz dynamiki w całej narracji obrazem przez pozostałą dwójkę, owszem było piekielnie istotne dla franczyzy kierowanej pasją i energią Lee. Ale prawdziwy początek tego, co dały nam słynne ,,60’s”, co wtenczas nakierowało globalny komiks superbohaterski na konkretne tory adaptacji i ewolucji, nie stanowił historii pojedynczej postaci, a był on barwną opowieścią o drużynie herosów.
Prawdziwa ,,Era Marvela” zaczęła się prawdopodobnie, ruszając ,,z kopyta!” w 110% możliwości, w momencie wydania przez Lee i spółkę komiksu ,,domu pomysłów” o pierwszej drużynie w dziejach całego oceanu komiksowych wydawców, wliczając w to również DC! W 1961 roku, w czasie globalnie lekko burzliwym politycznie i ekonomicznie – patrz ,,Zimna Wojna” i ,,wyścig kosmiczny: USA vs ZSRR” - Marvel wydaje na świat swoje wówczas Opus Magnum: w listopadzie tego roku ukazuje się pierwszy zeszyt „Fantastycznej Czwórki”, w konsekwencji do lipca 1962 ukazuje się łącznie 5 zeszytów z serii, co stanowi swego rodzaju ,,wydanie zbiorcze” najważniejszej narracji obrazkowej o drużynie superbohaterów w całej historii tego medium, wliczając w to bodaj anno domini 2024. I to temu właśnie łączonemu wydaniu 5 małych tomów miałem okazje się dokładnie przyjrzeć – lekturę polskiego przekładu umożliwiło mi tu wydawnictwo Hachette Polska, a sam komiks drukowany w specyficznej ciemno-granatowej barwie w sposób klasyczny oprawiony czcionką, rysunkiem i samą budową grzbietu, przodu i tyłu, był wydawany w cyklu ,,Marvel Origins”. Wydanie o ,,Fantastycznej Czwórce” ukazało się jako drugie z cyklu; sami pomyślmy… przed nami cała masa tak kultowych komiksów, tak istotnych dla popkultury, wydanych w naszym języku, dostępnych jeszcze do kupienia i to za niezbyt wysoką kwotę. Czy może być lepiej? W kwestii sięgnięcia po archetypy Marvela zdecydowanie nie – Hachette Polska to jedyny wydawca na naszym rynku, który oferuje te konkretne kultowe historii po polsku w bardzo klasycznym wydaniu, z świetnym oldschoolowym tłumaczeniem.
Wagi, znaczenia samej istoty opowieści ,,Fantastyczna Czwórka (1961)” dla naszej kultury rozrywki czy kultury w ogóle, cóż, nie da się ocenić, wycenić ani określić. ,,Lee i spółka” dali nam przykład komiksu, który może i nie jest całościowo idealny, ale co najważniejsze określa on punkty, wyznacza jakąś bazę informacji i historii, wokół których powinno budować się drużynę superbohaterów, zbudowanej ze zwykłych ludzi o niezwykłym heroizmie, skrywający swoją sekretną pełną niezwykłego, niespotykanego dotąd na łamach medium pisano-rysowanego!, tożsamość, ale zawsze będący pełni energii i gotowi aby ją w słusznych celach użyć. Rodzina F4 z omawianej serii 5 zeszytów została zaprezentowana w niniejszym zbiorze dość oryginalnie; piszę ,,rodzina”, gdyż przedstawiono czytelnikowi teoretycznie w większości tej grupy obcych sobie ludzi, ale ludzi traktujących siebie mimo licznych okoliczności jako jedna zżyta i splecona piękną więzią rodzina, która raz się pokłóci, innym razem źle zrozumie, ale i tak koniec końców zawsze do siebie wróci. To rozwiązanie niby wiadome i nie koniecznie warte wspominania, ale bądźmy szczerzy, o czym naprawdę warto nadmienić, co jest istotne: odbiorca z racji wewnętrznej relacji herosów pomiędzy sobą wie jak odbierać te postaci, jak się utożsamiać z ich wartościami, jak rozumieć idee niesione przez team czy zespół superbohaterów, dla których najistotniejsze powinny być tytułowa walka ze złem oraz przenoszenie cudzych potrzeb i wartości nad własne. I tutaj taki komiks jak ten, w takiej wymowie, się w większości sprawdza, a dla nie wybrzydzających fanów jest w tej problematyce aktualny do dziś. Nieco inaczej wygląda tworzenie superbohaterskiej otoczki, tego ,,słynnego marvelowskiego sposobu prowadzenia patetycznej, pełnej przesłodzonego i wyolbrzymionego do często śmiesznych rozmiarów heroizmu, mocno propagandowego i nachalnie pouczającego” – narracja Stana Lee bywała bardzo specyficzna. W żółto-kredowych dymkach robi ona w wydaniu kapitalną robotę, szczególnie dla tego jak komiks został narysowany - ,,robotę” przeważnie akceptowalną w tamtejsze erze, niekoniecznie dziś; to swego rodzaju proste rozwiązanie dla klasycznego, ograniczonego dynamiką rysunku. Narracja profesora Lee, którą Marvel ogólnie lubił kopiować w jeszcze późniejszych czasach, zachęca, intryguje, jest przy czytelniku, opowiadając za niego w myślach, za niego ją analizując, prezentowaną opowieść. Jak na lata 60-te XX wieku i segment komiksu rozrywkowego, którego wydania takie jak zeszyty ,,Fantastycznej Czwórki, od no.1 do no.5” prezentują, jest to idealne rozwiązanie: nowatorskie, zapowiadające ewolucję na całą branżę, tym bardziej, że mówimy o nie pojedynczym herosie, ale o drużynie, przy której prezentowanie losów na łamach komiksu wygląda lekko inaczej. Ma to wszystko też swoje minusy, jak wspomniałem: bywa zbyt dosadne i hiperbolizujące tą superbohaterską niesamowitość, a niech przykładem będzie to zdanie z dymka narratora, czego tego typo ,,kwestii” mamy multum: ,,Co to? Gigantyczna para łap, jakich nie widziano na Ziemi ani gdziekolwiek w kosmosie! To niewiarygodne… niepojęte… ale rzeczywiste”.
Fabuła pierwszych pięciu zeszytów Fantastycznej Czwórki w historii jej obecności w komiksie superheroe okazała się dość prosta i klarowna, szybka i bezproblemowo się kończąca: pojawia się złol, robi zamieszanie z chęcią opanowania Świata czy jakiegoś obszaru, drużyna F4 ,,po chwili” znajduje rozwiązanie, a łotr zostaje powstrzymany. Tak musiało to wyglądać, tak musiało być dostosowane do klasycznej i eleganckiej szaty graficznej, twardo mieszczącej się w prostych kadrach, aby dzisiejszy sposób na różnorodną, często dość głęboką i wielowątkową narrację opowieści z komiksów z herosami w roli głównej na całym globie, dojrzał właśnie do tego moment, w którym jest obecnie. Trudno mówić o zakończeniu wydania zbiorczego Fantastycznej Czwórki od serii Marvel Origins: to luźno finiszujące, możne z lekkim znakiem ,,zaintrygowania”, historie, otwarte opowiastki, które stanowią podwaliny ku przyszłej wieloletniej ewolucji w kwestii prowadzenia historii o drużynie herosów.
Drużyny superbohaterów, aby w popkulturze dojść do pozycji tuz komiksu, gwiazd medium filmowego czy serialowego, a nawet i niekiedy powieści, których to ich wyjątkowości i niesłychanej historii możemy doświadczyć obecnie, musiały przejść drogę ewolucji i adaptacji do rozwijającej się kultury cywilizacji, którą można określić mianem ,,syzyfowej pracy, której trud w końcu...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo todruga część fajnej serii ukazujacej pierwsze komiksy Marvela
druga część fajnej serii ukazujacej pierwsze komiksy Marvela
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toProsty w odbiorze dobry komiks, klasyka. Z całej serii Marvel Origins zdecydowanie najlepiej się czyta o nich. Choć w tym komiksie jeszcze nie rozkręcili się humorystycznie.
Prosty w odbiorze dobry komiks, klasyka. Z całej serii Marvel Origins zdecydowanie najlepiej się czyta o nich. Choć w tym komiksie jeszcze nie rozkręcili się humorystycznie.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPoszedłem za ciosem i przeczytałem drugi tom opowieści Marvela z jego początków. Fantastyczna Czwórka była pierwszą grupą super bohaterów która pojawiła się na łamach komiksów. Ja ich opowieści nie znałem bo w Polsce pojawiły się po raz pierwszy. Mimo że są one lekko trywialne czytało się dobrze. Rysunki też jak na ten okres ciekawe. Komiks stworzył niezapomniany Stan Lee a rysunki jeden z największych rysowników w tym czasie Jack Kirby. Mi się ta seria podoba i na pewno będą jeszcze po nią sięgał. Dla pasjonatów Marvela i komiksów są to pozycje obowiązkowe.
Poszedłem za ciosem i przeczytałem drugi tom opowieści Marvela z jego początków. Fantastyczna Czwórka była pierwszą grupą super bohaterów która pojawiła się na łamach komiksów. Ja ich opowieści nie znałem bo w Polsce pojawiły się po raz pierwszy. Mimo że są one lekko trywialne czytało się dobrze. Rysunki też jak na ten okres ciekawe. Komiks stworzył niezapomniany Stan Lee a...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPierwsze koty za płoty tworzącego się Uniwersum, mimo że ciut się zestarzały to frajda z czytania jest spora. Mogę dobie tylko wyobrazić, co dopiero musiały czuć amerykańskie dzieciaki na początku lat 60.
Pierwsze koty za płoty tworzącego się Uniwersum, mimo że ciut się zestarzały to frajda z czytania jest spora. Mogę dobie tylko wyobrazić, co dopiero musiały czuć amerykańskie dzieciaki na początku lat 60.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKiedy pojawiła się informacja, że kolekcja Marvel Origins pojawi się w Polsce, zastanawiałem się jaki komiks będziemy mieli okazję poznać jako pierwszy. Kiedy okazało się, że będą to debiutanckie przygody Spider-Mana, nie byłem specjalnie zdziwiony. Wszak Pajęczak jest zdecydowanie najpopularniejszym bohaterem Marvela i każda jak dotąd kolekcja, w pierwszym tomie skupiała się właśnie na jego postaci. Myślę jednak, że to tylko jeden z powodów. Drugim z całą pewnością jest zwyczajnie fakt, że pierwsze zeszyty „Fantastycznej Czwórki”, choć to Reed Richards i jego kompani przecierali wydawnictwu szlaki na superbohaterskim rynku lat 60, są znacznie mniej porywające, niż te w których poznaliśmy Petera Parkera.
I to pomimo faktu, że spotykamy tutaj prawdziwą plejadę ikonicznych dla „Domu Pomysłów” postaci. Sam skład tytułowej drużyny kojarzy niemal każdy. W dodatku już na kartach pierwszych pięciu zeszytów ich przygód, mamy okazję spotkać choćby Doktora Dooma, Mr Miracle, Mole Mana a nawet obserwować pierwszą Marvelową inwazję kosmitów, w postaci zmiennokształtnych Skrulli. Na łamy komiksów powraca tutaj także Namor, który niemal półtorej dekady wcześniej był jednym z trzech – obok Kapitana Ameryki oraz oryginalnej Ludzkiej Pochodni, najważniejszych bohaterów komiksów Timely, czyli pierwotnego wydawnictwa, istniejącego później jako Marvel Comics. Powrót Namora zwiastował zresztą także rychły powrót innego superbohatera z lat czterdziestych.
Niemniej to co może zaskakiwać najbardziej w tym tomie, to nie wspaniały zestaw złoczyńców, ale to jak wygląda sama Fantastyczna Czwórka u zarania swojego istnienia. Jasne, Johny Storm – Ludzka Pochodnia, jego siostra Susan – Niewidzialna Dziewczyna, Stwór Ben Grimm i Pan Fantastyczny – Reed Richards są w tym komiksie obecni. Natomiast relacje między nimi, to jak w gruncie rzeczy kruche łączą ich wciąż więzi i jak niewiele brakuje, aby zwłaszcza między Benem a Johnym rozgorzał destrukcyjny konflikt, to zdecydowanie coś, co odbiega od dość sielankowego klimatu rodzinnego, z jakim kojarzona jest ta – było, nie było rodzina bohaterów. Stwór jest z resztą na tym etapie często traktowany jak prawdziwe monstrum. I to nie tylko przez Pochodnię, ale choćby przez siebie samego.
Obserwujemy więc w tym tomie proces faktycznego formowania się Fantastycznej Czwórki, od momentu nieudanego lotu w kosmos, aż po pierwszą konfrontację z Doomem. I cóż, o ile w przypadku Spider-Mana nie przeszkadzała mi to aż tak bardzo, w drugiej odsłonie Marvel Origins ogromne ilości didaskaliów, nieco archaiczne prowadzenie fabuły i często naiwne motywacje złoczyńców, tutaj nieco bardziej dały mi się we znaki. Jasne, Namor potrafił zainteresować swoją odmiennością a motyw Czarnobrodego i jego prawdziwej tożsamości niezmiennie wywołuje uśmiech na twarzy, tak powracające w kółko motywy niedopasowania Stwora oraz wzajemna pogarda, między nim a Stormem szybko robi się mało zjadliwa. Liczę, że kolejny tom będzie miał tego nieco mniej. To co działało w nieco bardziej odizolowanych i osadzonych w sąsiedzkich realiach przygodach Petera Parkera, nieco gorzej przyjąłem w ramach opowieści o Reedzie i jego ekipie. Ale to akurat może być kwestia sympatii i jestem niezmiernie ciekaw, jak będzie na mnie oddziaływać w przypadku Thora, Iron-Mana, czy Hulka.
Kwestię wizualną pozostawiam bez oceny. Jack Kirby to komiksowa legenda, niemniej widać jak na dłoni, że swój pomnik budował już na etapie Złotej Ery Komisku w latach czterdziestych. Nie zamierzam krytycznie wypowiadać się na temat jego rysunków nie tylko dlatego, że doskonale wiedziałem na co się pisze, kiedy sięgałem po tę kolekcję. Przede wszystkim jednak dlatego, że nie ma w Marvelu niczego bardziej klasycznego, niż jego prace. Nawet, jeśli osobiście preferuję Sitve'a Ditko.
Tym samym drugi tom „Marvel Origins” o podtytule „Fantastyczna Czwórka 1” otrzymuje ode mnie przyzwoitą szóstkę.
Kiedy pojawiła się informacja, że kolekcja Marvel Origins pojawi się w Polsce, zastanawiałem się jaki komiks będziemy mieli okazję poznać jako pierwszy. Kiedy okazało się, że będą to debiutanckie przygody Spider-Mana, nie byłem specjalnie zdziwiony. Wszak Pajęczak jest zdecydowanie najpopularniejszym bohaterem Marvela i każda jak dotąd kolekcja, w pierwszym tomie skupiała...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toMimo, że jest to niezwykle prosty komiks z całą swoją "klasycznością" tamtego okresu to zaskakuje. Jest całkiem wciągający i naprawdę sprawnie napisany. Poza tym rozwiązanie akcji jest dość nieoczekiwane, gdyż „pokonanie wroga” nie jest tym razem równoznaczne z finalną bijatyką. Ponadto mamy tu nasze pierwsze spotkanie ze Scrullami 😎 Naprawdę pozytywne zaskoczenie.
Mimo, że jest to niezwykle prosty komiks z całą swoją "klasycznością" tamtego okresu to zaskakuje. Jest całkiem wciągający i naprawdę sprawnie napisany. Poza tym rozwiązanie akcji jest dość nieoczekiwane, gdyż „pokonanie wroga” nie jest tym razem równoznaczne z finalną bijatyką. Ponadto mamy tu nasze pierwsze spotkanie ze Scrullami 😎 Naprawdę pozytywne zaskoczenie.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toFantastyczna Czwórka to tytuł, który odmienił losy Marvela - i choćby z tego powodu warto sięgnąć po ten tom, by zobaczyć, od czego się to wszystko zaczęło. Zwłaszcza, że na tle innych komiksów z tamtych czasów nie zestarzał się AŻ TAK BARDZO (podkreślenie zamierzone, bo jednak próba wykradzenia rakiety atomowej wjeżdżając kabrioletem to bazy wojskowej, podczas gdy jedna z postaci argumentuje ten pomysł słowami "nie puszczę siostry beze mnie" nieco podcięła kolana).
Fantastyczna Czwórka to tytuł, który odmienił losy Marvela - i choćby z tego powodu warto sięgnąć po ten tom, by zobaczyć, od czego się to wszystko zaczęło. Zwłaszcza, że na tle innych komiksów z tamtych czasów nie zestarzał się AŻ TAK BARDZO (podkreślenie zamierzone, bo jednak próba wykradzenia rakiety atomowej wjeżdżając kabrioletem to bazy wojskowej, podczas gdy jedna z...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to