rozwińzwiń

Fantastyczna czwórka 1 (1961)

Okładka książki Fantastyczna czwórka 1 (1961) autora Jack Kirby, Stan Lee, 9788328242005
Okładka książki Fantastyczna czwórka 1 (1961)
Stan LeeJack Kirby Wydawnictwo: Hachette Polska Cykl: Fantastyczna Czwórka (1961) (tom 1) Seria: Marvel Origins komiksy
144 str. 2 godz. 24 min.
Kategoria:
komiksy
Format:
papier
Cykl:
Fantastyczna Czwórka (1961) (tom 1)
Seria:
Marvel Origins
Tytuł oryginału:
The fantastic four
Data wydania:
2023-01-31
Data 1. wyd. pol.:
2023-01-31
Liczba stron:
144
Czas czytania
2 godz. 24 min.
Język:
polski
ISBN:
9788328242005
Tłumacz:
Sebastian Smolarek, Jakub Jankowski
Średnia ocen

7,0 7,0 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Fantastyczna czwórka 1 (1961) w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Fantastyczna czwórka 1 (1961)

Średnia ocen
7,0 / 10
68 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Fantastyczna czwórka 1 (1961)

avatar
363
363

Na półkach: ,

Niewątpliwie jak zawsze przy tego typu publikacjach, liczących sobie kilkadziesiąt lat, pojawia się pewna trudność w ocenie tak fabuły, jak i grafiki. Pierwsza jest infantylna, druga archaiczna, oczywiście z perspektywy dzisiejszego czytelnika. Niemniej całą serię Marvel Origins trzeba traktować jako swego rodzaju encyklopedię początków Marvela, zwłaszcza biorąc pod uwage wstawki historyczne od wydawców oryginalnej kolekcji. Przy takim podejściu Fantastyczna Czwórka, podobnie jak i poprzedni Spider-Man to lektura ciekawa choć nie ze względów fabularnych, ale jako wstęp do jednej z najważniejszych drużyn bohaterów w historii komiksów, a także ich antagonistów, w tym Doktora Dooma. Z całą pewnością warto się z tym albumem zapoznać.

Niewątpliwie jak zawsze przy tego typu publikacjach, liczących sobie kilkadziesiąt lat, pojawia się pewna trudność w ocenie tak fabuły, jak i grafiki. Pierwsza jest infantylna, druga archaiczna, oczywiście z perspektywy dzisiejszego czytelnika. Niemniej całą serię Marvel Origins trzeba traktować jako swego rodzaju encyklopedię początków Marvela, zwłaszcza biorąc pod uwage...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
669
665

Na półkach: ,

Drużyny superbohaterów, aby w popkulturze dojść do pozycji tuz komiksu, gwiazd medium filmowego czy serialowego, a nawet i niekiedy powieści, których to ich wyjątkowości i niesłychanej historii możemy doświadczyć obecnie, musiały przejść drogę ewolucji i adaptacji do rozwijającej się kultury cywilizacji, którą można określić mianem ,,syzyfowej pracy, której trud w końcu został przełamany” – pracy zakrapianej krwawicą scenopisarską, rysunkową, produkcyjną i ekonomiczną jeśli chodzi o to, jak wydawać komiksy w czasach, gdy zapotrzebowanie na nie nie jest akurat takie jakby chciał wydawca. Rzecz jasna nie jest to fragment pierwszej lepszej historii powstania jakiegoś tam wydawnictwa, które oferowało w czasie swojej działalności komiksy, nowelki czy zwykłe powieści fantastyczne, horrory etc. To spora cegła, ba! wielgachna z nich zbudowana ściana ,,dawki wiedzy!”, ot jakaś struktura informacji, stanowiąca odpowiednio solidną ich dawkę, porcję wiedzy z historii, a tak naprawdę jej budowy nie tylko z perspektywy całej działalności stricte wydawniczej, ale i jej statusu jako franczyzy: marki, jako pamiętanego przez cały świat znaku reklamowego czy nawet jako tej niepodrabialnej i legendarnej ikony kultury popularnej – a pisząc m.in. ,,marki" chodzi tylko i wyłącznie o znane cywilizacji wszędzie tam gdzie ona sięga komiksowo-wydawnicze guru, Marvel Comics.

Poza ,,domem pomysłu świętej pamięci Stana Lee”, pośród firm, a obecnie ogromnych korporacji tworzących globalną rozrywkę najrozmaitszego rodzaju – bo przecież od komiksu się zaczyna i zapewne na komiksie skończy, ale nie samym komiksem człowiek, a tym bardziej ogromna firma żyje – liczy się przede wszystkim DC Comics, Lucasfilm Ltd. oraz dodajmy tak na zachętę, bo przecież czymś mało znanym pośród segmentu narracji obrazkowych ta firma nie jest: Dark Horse. Moja prywatna opinia, choć w dużej mierze bardziej subiektywna niż obiektywna, kieruje mnie ku jednemu specyficznemu wnioskowi – to Marvel Comics jest największym wydawcą komiksowych i bazujących na tym medium treściach (film, serial, gadżety, powieści, mangi i kwestia praw autorskich a raczej ich sprzedaży z tym związanym) na świecie w całej historii cywilizacyjnego ,,entertainmentu" od lat 30-tych XX wieku do czasów obecnych. To ów konglomerat rozrywki jest tym ,,liderem ostatecznym”, krzewicielem komiksowej i komiksowo-podobnej myśli ludzkiej, z którego doświadczenia, historii, sposobu produkcji, planowania swej pracy i dzieł, nie tyle co kopiuje i naśladuje, ale wzoruje się cały świat. I pomyśleć, że ponad 80 lat temu cały Wszechświat tej marki stanowił jej ,,pradziad” – firma Timely Comics kierowana przez Martina Goodmana, która dopiero po latach działalności przekształciła się w wydawcę, który rozrósł się mówiąc krótko do pozycji twórcy, który kreuje nie żaden Świat herosów, łotrów i rozmaitych innych gatunkowo komiksów i treści na nich bazujących a ogromny ,,Ocean Wszechświatów”, który można określić popularnie Multiversum Marvela.

Najbardziej wyjątkowe pośród kreatorów, którzy stali za najważniejszymi momentami w dziejach rozwoju Marvela jest to, że wszystko to, co związane jest z tą marką obecnie – nieważne, czy to komiks, film, gadżet stojący na biurku, figurka, encyklopedia etc. – zawdzięczamy między innymi trzem abstraktom, tytanom, ba!, jakimś istotom istniejącym poza przestrzenią, poza czasem, poza kwantowym polem, a są to: Stan Lee, Steve Ditko i Jack Kirby. Gdyby nie ta ,,komiksowa trójca święta” i ich wspólna praca ku prężnemu rozwojowi komiksu, zmianie wizerunku superbohatera w popkulturze, ku nadaniu tej formie rozrywki statusu ,,tego czegoś po co będzie sięgać nie tylko dzieciak, ale dorosły, płeć piękna, i nie tylko w USA, ale i na całym świecie”, komiks być może nie miałby sensu. Brzmi to bardzo prozaicznie, ale prawda jest taka, że w takim przypadku nie istniałoby nic, co z Marvelem kojarzone jest tak najszerzej jak się da, uwzględniając w tym zestawieniu nawet i przypinki, brożki, kubki, wydania kolekcjonerskie filmów na DvD czy Blu-Ray i gry video. Świat superbohaterów, nawet ten w DC Comics, czy w pewnym momencie działalności jej istnienie – istnienie Lucasfilm Ltd. George’a Lucasa – wszystko to nie gościło by wśród nas, tak jak to różnorodnie jest dzisiaj. To byłaby ,,post-apokalipsa” niespełnionej i niedokończonej komiksowej kultury, głównie kultury superheroe i sci-fi. Na nasze szczęście jednak, Lee, Kirby i Ditko znaleźli się w odpowiedniej firmie, pośród siebie, o odpowiednim czasie w odpowiednich latach, spotykając na swej drodze odpowiednich ludzi, co w konsekwencji dało nam jedną z najbardziej pamiętnych i najważniejszych epok w historii marki i znaku twórczości całego Marvela: lata 60-te XX wieku z częściowo okresem lat 70-tych. Żeby powiedzieć o tych latach ,,magiczne”, nie to zdecydowanie za mało. Stworzenie postaci Spider-Mana, co nastąpiło niebawem, przez Lee i nadania jej głębi oraz dynamiki w całej narracji obrazem przez pozostałą dwójkę, owszem było piekielnie istotne dla franczyzy kierowanej pasją i energią Lee. Ale prawdziwy początek tego, co dały nam słynne ,,60’s”, co wtenczas nakierowało globalny komiks superbohaterski na konkretne tory adaptacji i ewolucji, nie stanowił historii pojedynczej postaci, a był on barwną opowieścią o drużynie herosów.

Prawdziwa ,,Era Marvela” zaczęła się prawdopodobnie, ruszając ,,z kopyta!” w 110% możliwości, w momencie wydania przez Lee i spółkę komiksu ,,domu pomysłów” o pierwszej drużynie w dziejach całego oceanu komiksowych wydawców, wliczając w to również DC! W 1961 roku, w czasie globalnie lekko burzliwym politycznie i ekonomicznie – patrz ,,Zimna Wojna” i ,,wyścig kosmiczny: USA vs ZSRR” - Marvel wydaje na świat swoje wówczas Opus Magnum: w listopadzie tego roku ukazuje się pierwszy zeszyt „Fantastycznej Czwórki”, w konsekwencji do lipca 1962 ukazuje się łącznie 5 zeszytów z serii, co stanowi swego rodzaju ,,wydanie zbiorcze” najważniejszej narracji obrazkowej o drużynie superbohaterów w całej historii tego medium, wliczając w to bodaj anno domini 2024. I to temu właśnie łączonemu wydaniu 5 małych tomów miałem okazje się dokładnie przyjrzeć – lekturę polskiego przekładu umożliwiło mi tu wydawnictwo Hachette Polska, a sam komiks drukowany w specyficznej ciemno-granatowej barwie w sposób klasyczny oprawiony czcionką, rysunkiem i samą budową grzbietu, przodu i tyłu, był wydawany w cyklu ,,Marvel Origins”. Wydanie o ,,Fantastycznej Czwórce” ukazało się jako drugie z cyklu; sami pomyślmy… przed nami cała masa tak kultowych komiksów, tak istotnych dla popkultury, wydanych w naszym języku, dostępnych jeszcze do kupienia i to za niezbyt wysoką kwotę. Czy może być lepiej? W kwestii sięgnięcia po archetypy Marvela zdecydowanie nie – Hachette Polska to jedyny wydawca na naszym rynku, który oferuje te konkretne kultowe historii po polsku w bardzo klasycznym wydaniu, z świetnym oldschoolowym tłumaczeniem.

Wagi, znaczenia samej istoty opowieści ,,Fantastyczna Czwórka (1961)” dla naszej kultury rozrywki czy kultury w ogóle, cóż, nie da się ocenić, wycenić ani określić. ,,Lee i spółka” dali nam przykład komiksu, który może i nie jest całościowo idealny, ale co najważniejsze określa on punkty, wyznacza jakąś bazę informacji i historii, wokół których powinno budować się drużynę superbohaterów, zbudowanej ze zwykłych ludzi o niezwykłym heroizmie, skrywający swoją sekretną pełną niezwykłego, niespotykanego dotąd na łamach medium pisano-rysowanego!, tożsamość, ale zawsze będący pełni energii i gotowi aby ją w słusznych celach użyć. Rodzina F4 z omawianej serii 5 zeszytów została zaprezentowana w niniejszym zbiorze dość oryginalnie; piszę ,,rodzina”, gdyż przedstawiono czytelnikowi teoretycznie w większości tej grupy obcych sobie ludzi, ale ludzi traktujących siebie mimo licznych okoliczności jako jedna zżyta i splecona piękną więzią rodzina, która raz się pokłóci, innym razem źle zrozumie, ale i tak koniec końców zawsze do siebie wróci. To rozwiązanie niby wiadome i nie koniecznie warte wspominania, ale bądźmy szczerzy, o czym naprawdę warto nadmienić, co jest istotne: odbiorca z racji wewnętrznej relacji herosów pomiędzy sobą wie jak odbierać te postaci, jak się utożsamiać z ich wartościami, jak rozumieć idee niesione przez team czy zespół superbohaterów, dla których najistotniejsze powinny być tytułowa walka ze złem oraz przenoszenie cudzych potrzeb i wartości nad własne. I tutaj taki komiks jak ten, w takiej wymowie, się w większości sprawdza, a dla nie wybrzydzających fanów jest w tej problematyce aktualny do dziś. Nieco inaczej wygląda tworzenie superbohaterskiej otoczki, tego ,,słynnego marvelowskiego sposobu prowadzenia patetycznej, pełnej przesłodzonego i wyolbrzymionego do często śmiesznych rozmiarów heroizmu, mocno propagandowego i nachalnie pouczającego” – narracja Stana Lee bywała bardzo specyficzna. W żółto-kredowych dymkach robi ona w wydaniu kapitalną robotę, szczególnie dla tego jak komiks został narysowany - ,,robotę” przeważnie akceptowalną w tamtejsze erze, niekoniecznie dziś; to swego rodzaju proste rozwiązanie dla klasycznego, ograniczonego dynamiką rysunku. Narracja profesora Lee, którą Marvel ogólnie lubił kopiować w jeszcze późniejszych czasach, zachęca, intryguje, jest przy czytelniku, opowiadając za niego w myślach, za niego ją analizując, prezentowaną opowieść. Jak na lata 60-te XX wieku i segment komiksu rozrywkowego, którego wydania takie jak zeszyty ,,Fantastycznej Czwórki, od no.1 do no.5” prezentują, jest to idealne rozwiązanie: nowatorskie, zapowiadające ewolucję na całą branżę, tym bardziej, że mówimy o nie pojedynczym herosie, ale o drużynie, przy której prezentowanie losów na łamach komiksu wygląda lekko inaczej. Ma to wszystko też swoje minusy, jak wspomniałem: bywa zbyt dosadne i hiperbolizujące tą superbohaterską niesamowitość, a niech przykładem będzie to zdanie z dymka narratora, czego tego typo ,,kwestii” mamy multum: ,,Co to? Gigantyczna para łap, jakich nie widziano na Ziemi ani gdziekolwiek w kosmosie! To niewiarygodne… niepojęte… ale rzeczywiste”.

Fabuła pierwszych pięciu zeszytów Fantastycznej Czwórki w historii jej obecności w komiksie superheroe okazała się dość prosta i klarowna, szybka i bezproblemowo się kończąca: pojawia się złol, robi zamieszanie z chęcią opanowania Świata czy jakiegoś obszaru, drużyna F4 ,,po chwili” znajduje rozwiązanie, a łotr zostaje powstrzymany. Tak musiało to wyglądać, tak musiało być dostosowane do klasycznej i eleganckiej szaty graficznej, twardo mieszczącej się w prostych kadrach, aby dzisiejszy sposób na różnorodną, często dość głęboką i wielowątkową narrację opowieści z komiksów z herosami w roli głównej na całym globie, dojrzał właśnie do tego moment, w którym jest obecnie. Trudno mówić o zakończeniu wydania zbiorczego Fantastycznej Czwórki od serii Marvel Origins: to luźno finiszujące, możne z lekkim znakiem ,,zaintrygowania”, historie, otwarte opowiastki, które stanowią podwaliny ku przyszłej wieloletniej ewolucji w kwestii prowadzenia historii o drużynie herosów.

Drużyny superbohaterów, aby w popkulturze dojść do pozycji tuz komiksu, gwiazd medium filmowego czy serialowego, a nawet i niekiedy powieści, których to ich wyjątkowości i niesłychanej historii możemy doświadczyć obecnie, musiały przejść drogę ewolucji i adaptacji do rozwijającej się kultury cywilizacji, którą można określić mianem ,,syzyfowej pracy, której trud w końcu...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
164
76

Na półkach:

druga część fajnej serii ukazujacej pierwsze komiksy Marvela

druga część fajnej serii ukazujacej pierwsze komiksy Marvela

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

90 użytkowników ma tytuł Fantastyczna czwórka 1 (1961) na półkach głównych
  • 76
  • 14
40 użytkowników ma tytuł Fantastyczna czwórka 1 (1961) na półkach dodatkowych
  • 22
  • 7
  • 3
  • 2
  • 2
  • 2
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Fantastyczna czwórka 1 (1961)

Inne książki autora

Okładka książki Kapitan Ameryka 5 (1968) Jack Kirby, Stan Lee
Ocena 6,0
Kapitan Ameryka 5 (1968) Jack Kirby, Stan Lee
Okładka książki Thor 13 (1968) Jack Kirby, Stan Lee
Ocena 6,0
Thor 13 (1968) Jack Kirby, Stan Lee
Okładka książki Spider-man 13 (1967) Stan Lee, John Romita Sr.
Ocena 7,2
Spider-man 13 (1967) Stan Lee, John Romita Sr.
Okładka książki Fantastyczna Czwórka 16 Jack Kirby, Stan Lee
Ocena 6,3
Fantastyczna Czwórka 16 Jack Kirby, Stan Lee
Okładka książki Hulk 6 Stan Lee, Marie Severin
Ocena 7,0
Hulk 6 Stan Lee, Marie Severin
Okładka książki Iron Man 8 Gene Colan, Stan Lee
Ocena 6,0
Iron Man 8 Gene Colan, Stan Lee
Okładka książki Doctor Doom Epic Collection. Revolution In Latveria John Buscema, Gene Colan, Gerry Conway, Jack Kirby, Stan Lee
Ocena 0,0
Doctor Doom Epic Collection. Revolution In Latveria John Buscema, Gene Colan, Gerry Conway, Jack Kirby, Stan Lee
Stan Lee
Stan Lee
Amerykański scenarzysta, producent filmowy i rysownik komiksowy, najbardziej znany jako twórca postaci Spider-Mana. Wieloletni prezes i członek zarządu wydawnictwa komiksowego Marvel Comics. Twórca (przy współpracy Jacka Kirbiego i Steve'a Ditko) wielu postaci z komiksowego uniwersum Marvela (Fantastic Four, X-Men, Iron Man, Hulk, Daredevil i innych). Dzięki niemu Marvel Comics z niewielkiego lokalnego wydawcy, zmieniła się w jednego z największych wydawców komiksowych na świecie.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Batman - Ziemia Jeden: Tom 3 Geoff Johns
Batman - Ziemia Jeden: Tom 3
Geoff Johns Gary Frank
Tom trzeci alternatywnych przygód Batmana, tak jak tomy poprzednie, trzyma wysoki poziom. Do połowy objętości sprawia nawet wrażenie lepszego niż wcześniej, bo za sprawą Kiler Croca dochodzi jeszcze humor. Ale historia o rodzinnych korzeniach Bruce Wayne'a zaniża ocenę, bo nastawiona jest bardziej na suspens, trącać przy tym na jakości i realiźmie, przez co trzeci tom nie jest już tak nieskazitelny jak tomy wcześniejsze i można się w końcu tu do czegoś doczepić :) Razi mnie w tym komiksie łatwość z jaką Bruce rozpowiada o swojej tajnej tożsamości. O ile pomysł z ujawniem się Kiler Crock'owi był świetny, o tyle ujawnianie się Czarnej Kotce... to jest już chyba przesada. Widoczny staje się też wpływ "woke" na fabułę, co nie prognozuje już tak dobrze na kolejne tomy. O ile by się one oczywiście pojawiły, na co się nie zapowiada. Bo autor, zamykając genezę Batmana, pozostawił sobie jednak furtkę do kontynuacji tej historii. "Ziemia Jeden" ma wiele plusów takich jak rysunki i realizm, ale na szczególną uwagę zasługuje to, jak dobrze rozpisane są tutaj postacie i ich wzajemne relacje; Batman - Alfred, Batman - Gordon, Gordon - Bullock, Gordon - Alfred, Alfred - Killer Croc. A to wcale nie wszystkie ze świetnie rozpisanych relacji. Geoff stworzył świat Batmana, który wydaje się być ciekawszy niż ten oryginalny z "Ziemi Zero". I zakończył serię tak, aby nie stała się ona konkurencją dla serii głównej. Jakby nie patrzeć, świetna robota!
mika_el - awatar mika_el
ocenił na71 miesiąc temu
Venom: Przed sądem Larry Hama
Venom: Przed sądem
Larry Hama Tom Derenick Ivan Velez Jr. Derec Aucoin Josh Hood
We are Venom!!! Jakiś czas temu trafiłem na kolekcję Ciemna strona Marvela. Składa się ona z 10 części, z czego każda jest o innym bohaterze (lub antybohaterze). Na pierwszy ogień poszedł jeden z głównych przeciwników Spider-Mana, Venom. Komiks ten opowiada o tym, jak symbiont i Eddie Brock są w końcu postawieni przed sądem. Czy w końcu zostaną oni skazani? Przecież twierdzą, że tylko eliminują szumowiny jak prawdziwi bohaterowie. Rozwałka, mord i jedzenie mózgów to nierozłączny element. A może dzięki znanemu obrońcy uda się ich uratować? Zawsze uwielbiałem Venoma i byłem bardzo zadowolony, że trafił on do serii. Firma Panini zaserwowała część z jego przygód w sposób zwięzły i przedstawia zeszyty wydane od marca do października 1997 roku. Gość z kosmosu uważa się za bohatera, postanowił stać na straży prawa, ale będąc z nim na bakier. No cóż, ciężko zmienić przyzwyczajenia. Oprócz rozprawy poznamy jego inną stronę i tajne zadania. Nie zabrakło również innych znanych postaci jak Daredevil, wspomniany Spider-man czy Ghost Rider. Nie brak tu typowego humoru dla Venoma, brutalności i rozlewu krwi. Scenariusze i rysunki również są na wysokim poziomie, chociaż w takich komiksach zawsze można o coś by się przyczepić. Nie ukrywam, fajna rzecz dla fanów. Jeśli ktoś chce poznać lepiej historię tego jegomościa, powinien sięgnąć po coś konkretniejszego. Ja się dobrze bawiłem.
MyNameIsChrisCh - awatar MyNameIsChrisCh
ocenił na71 rok temu
Amazing Spider-Man. Tom 1 Joseph Michael Straczynski
Amazing Spider-Man. Tom 1
Joseph Michael Straczynski John Romita Jr.
Legendarny scenarzysta, Straczynski – twórca Babilon 5, który tchnął życie i nowe spojrzenie na takie cykle jak Star Trek, Thor, Fantastic Four czy Teen Titans również stał się innowatorem w świecie kochanego przez nas Pajączka. Ten zbiór komiksów oferujący nam 16 zeszytów z okresu lat 99/02 to świadectwo dojrzalszego ukazania superbohatera, który nie tylko mierzy się z kolejnymi szablonowymi złyrolami z Nowego Yorku, to także psychologiczny portret człowieka samotnego, pogrążonego w smutku za utratą swojego normalnego życia. Naszkicowane zostaje nam ukazanie codzienności okrutnego świata Wielkiego Jabłka i całej Ameryki: dzieciaków z narkotykami w zatłoczonych ulicach, filmowego showbiznesu Hollywood liczącego tylko zyski na karierach, desperackich nastolatków z bronią palną szukających zemsty za upodlenie czy ówczesnej tragedii 09/11. Zdarzenia z tych komiksów mają miejsce już po znanej nam serii komiksowej i seriali 90-sów, a antagoniści to nowe postacie w większości występujące jednorazowo, i tak też ma się tutaj sprawa w przypadku 2 z 3 paro-zeszytowych historii. Peter Parker, obecnie w trakcie separacji z Mary Jane, już nie pracujący jako fotograf w Daily Bugle, zatrudnia się jako nauczyciel nauk ścisłych w swojej dawnej szkole średniej, chcąc pogodzić problemy realnego świata ulicy i swoje życie z bataliami z nadprzyrodzonymi złoczyńcami będzie musiał wiele poświęcić nie tylko fizycznie. Także jako postać anonimowa, której tożsamość ukrywa przed swoją rodziną. Shade, tajemniczy widmowy porywacz dzieci i narkomanów do domeny Doktora Strange’a – wymiaru astralnego w celu przedłużenia swojej egzystencji w prawdziwym świecie oraz Carlyle „Kalmar”, technologiczny następca doktora Octopusa i pospolity rabuś bankowy to ciekawe historie pełne ciekawej dynamiki, jednak dominantą jest tutaj opowieść pierwsza: mroczne łowy totemicznego wampira Morluna, który kradnie życiodajną siłę bohaterów, dzięki której zachowuje wieczną młodość. Spider Totem, bo tak okrzyknięta została ta historia, to mroczny, brutalny i nieprzewidywalny epizod losów Parkera, w którym również poznajemy Ezekiela, enigmatycznego nosiciela tej samej mocy co Pajączek. Razem w tandemie będą musieli zmierzyć się chodzącym, kierującym się tylko interesem, nieustępliwym koszmarem nieodczuwającym bólu tylko czysty głód i prawdą o pochodzeniu swojej mocy. Finał choć zamyka tę opowieść, to tylko pozór ponieważ rodzina Morluna powróci jeszcze wiele razy ze straszniejszą siłą. Czy warto sięgać po ten zbiór nie znając wszystkich wcześniejszych losów Spider-Mana? Tak. To doskonała zabawa nawet dla laika, a dla fana Marvela to kolejny wspaniały epizod ze złotych czasów ich komiksów.
antyseba - awatar antyseba
oceniła na81 rok temu
Star Wars: Wojna Łowców nagród. Jeszcze jedno zadanie David Baldeón
Star Wars: Wojna Łowców nagród. Jeszcze jedno zadanie
David Baldeón Luca Pizzari Daniel José Older Ibraim Roberson Justina Ireland Guiu Vilanova Rodney Barnes Kei Zama
Star Wars: Wojna Łowców Nagród – Jeszcze Jedno Zadanie to antologia osadzona w realiach galaktycznej przestępczości, ściśle powiązana z wydarzeniami z głównej serii Wojna Łowców Nagród. Zbiór krótkich historii przedstawia losy znanych i mniej znanych postaci świata Gwiezdnych Wojen, które znalazły się w samym środku chaosu wywołanego walką o skradzionego Hana Solo. Fabuła Komiks składa się z kilku opowieści, z których każda skupia się na innym bohaterze związanym z półświatkiem galaktycznym: Boushh – Historia o tajemniczym najemniku znanym z przebrania, które Leia nosiła w Powrocie Jedi. Poznajemy jego przeszłość i motywacje. IG-88 – Opowieść o jednym z najgroźniejszych droidów-zabójców w galaktyce, który ma własne cele związane z rozgrywką między syndykatami. Zuckuss i 4-LOM – Dwójka łowców nagród, których losy krzyżują się z innymi frakcjami w brutalnej walce o nagrodę. T’onga i Losha – Przedstawiają historię mniej znanych, ale interesujących postaci, rozwijając ich tło i relacje. Każda z tych opowieści ukazuje inny aspekt konfliktu pomiędzy syndykatami, pokazując kulisy wielkiej wojny przestępczego podziemia. Zalety komiksu ✅ Rozszerzenie historii Wojny Łowców Nagród – Świetne uzupełnienie dla fanów głównej serii. ✅ Różnorodność artystyczna – Wielu rysowników daje każdej historii unikalny styl wizualny. ✅ Ciekawi bohaterowie – IG-88, Boushh i inni łowcy nagród dostają więcej miejsca na rozwój. ✅ Mroczny klimat – Gangsterskie porachunki w galaktyce w klimacie noir i brutalnych starć. Wady komiksu ❌ Nierówna jakość opowieści – Niektóre historie są bardziej angażujące niż inne. ❌ Brak większego wpływu na główną fabułę – To bardziej dodatek niż istotny element wydarzeń. ❌ Szybkie tempo narracji – Niektóre wątki mogłyby być bardziej rozwinięte. Podsumowanie Star Wars: Wojna Łowców Nagród – Jeszcze Jedno Zadanie to solidna antologia dla fanów galaktycznej przestępczości, oferująca kilka ciekawych historii z perspektywy znanych łowców nagród. Mimo nierównego poziomu poszczególnych opowieści, komiks dostarcza dawkę akcji i rozwija tło pobocznych postaci. ⭐ Ocena: 7/10 – dobry dodatek dla fanów Wojny Łowców Nagród, choć niekoniecznie obowiązkowa pozycja.
TerroR - awatar TerroR
ocenił na71 rok temu
Batman: Knightfall. Krucjata Mrocznego Rycerza Alan Grant
Batman: Knightfall. Krucjata Mrocznego Rycerza
Alan Grant Chuck Dixon Graham Nolan Jo Duffy Barry Kitson Vince Giarrano Tom Grummett Doug Moench
Azrael dzięki "Sword of Azrael" był w przeszłości jednym z moim ulubionych bohaterów, dlatego zapoznanie się z przygodami Jean-Paula w kostiumie Batmana było dla mnie koniecznością. Przyznam się od razu że tomu drugiego Knightfall nie czytałem, a przygodę z Batmanem zakończyłem na pojedynku Bane z Brucem Waynem (Tm-Semic),który jakiegoś specjalnego wrażenia na mnie nie zrobił. Jak wypadł ciąg dalszy tej starej historii? Opasły tom 3 Knightquest podzieliłbył na dwie części. Cześć pierwsza, mniej więcej do połowy tomu, zrobiła na mnie naprawdę dobre wrażenie. Opowieść z Komornikiem jest przyjemna, a kreska Vince Giarrano przypadła mi do gustu. Równie dobrze wypadają zeszyty "Robina" z rysunkami Tomma Grummetta. Największym zaskoczeniem była dla mnie jednak Catwomen. Nie spodziewałem się niczego specjalnego, a wyszło ciekawie i sensownie. Relacja Seliny i jej badanie się z nowym Nietoperzem wypadło bardzo ciekawie i przekonująco. Druga część tego tomu podąża już głównie w kierunku uchwycenia mordercy zwanego jako Abattoir, a fabuła zahacza także o kilka innych postaci i wątków, czego kulminacją jest coraz większe zatracanie się Jean-Paula w chaosie. Jako przerywnik dostajemy narysowaną w stylu lat 50-tych historię o Gordonie i Pingwinie. Krótką i niewiele wnoszącą. Druga część tomu trzeciego jest nieco słabsza niż początek tego tomu, chociaż ma swoje momenty, co czyni ja wartą uwagi. Od strony graficznej też jest już trochę słabiej, ale wciąż jest to bardzo przyzwoity poziom. Czy warto sięgnąć po ten komiks ? Uważam że tak. Nie jest to dzieło wybitne, ale w moim mniemaniu jest to całkiem dobry kawał komiksu. To, że w tym tomie nie ma Bane jest dla mnie plusem, bo sam Bane jako antagonista nie był dla mnie zbyt ciekawy. Przygosy Jean Paula są zdecydowanie ciekawiej napisane. Całość czytało mi się przyjemnie i chętnie sięgnę po ciąg dalszy tej sagi. Jak na komiks, który został wydany 30 lat temu, uważam że jest naprawdę dobry, zarówno pod względem fabuły jak i rysunku. Całość ocenilbym na 6,5, ale to byłaby ocena nie uwzględniająca tego, że od debiutu Knightquest minęło już 30 lat.
mika_el - awatar mika_el
ocenił na72 lata temu
Star Wars: Leia. Trzy wyzwania księżniczki. Tom 1 Claudia Gray
Star Wars: Leia. Trzy wyzwania księżniczki. Tom 1
Claudia Gray Haruichi
Tak jak czy to z Sagą literacką, przeniesioną z ekranu na książkowy byt, ,,Obcego”, czy również w tym samym czytelniczym zabiegu, czyli w przypadku wiecznych Mocą i walkami na miecze świetlne ,,Gwiezdnymi Wojnami”, gdzie szczególnie w pamięci nieźle potrafi się wryć ,,filmowa powieść” w tym Uniwersum: ,,Imperium Kontratakuje”, lubieć można ,,fanowskie ogarnianie” serii lektur po danych dziełach kinowych, serialowych etc., które to są ich specyficznymi adaptacjami, co lubię określać mianem ,,książek po filmie”, tak można robić podobnie, lecz zamiast całego adaptowanego obrazu dajemy dla tego zabiegu jego ważną postać, tą filmową perełkę, która zapisała się nie tylko w danym tytule raz na zawsze, ale i ustanowiła swego rodzaju znak rozpoznawczy dla całego Świata, który reprezentuje. Dlatego też: adaptacja jakiejś, dajmy na to, bohaterki, dajmy na to: z omawianych Gwiezdnych Wojen, i to ani nie w serialu, ani nie w animacji, ale za to w innym dość niespodziewanym dla starwarsowych realiów medium – czy to miałoby rację bytu? No a dlaczego by nie? W końcu czego nie robi się dla fanów, dla samego dziedzictwa danej marki? Albo i dla jej bohaterów, czyż nie? Popkultura to olbrzymi niekończący się wór mikołajowych prezentów, który nie ma dna – możemy w nim przebierać do woli! Jest tak samo interesująca nas, jak dana, określona naszymi zainteresowaniami rozrywka, jak i coś przeciwnego czyli jak pozostała reszta z jej olbrzymiej różnorodności; jest ona tak samo prosta jak i skomplikowana, tak samo bogata jak i uboga w przekaz, idee, wartości. Jest zespołem obiektywnych fizycznych dóbr, z których tylko doświadczający je widz, czytelnik, czy po prostu typowy nerd wybiera to, co jest mu bliskie, a co totalnie miałkie i niepasujące. Dobra ludzkie w sferze ,,masówki” nabierają sensu podczas ich subiektywnego doświadczania. To na naszych opiniach, gustach i guścikach zbudowany jest w dużej mierze mechanizm popytu i podaży w czymś co można nazwać ,,przemysłem popkulturowym”. I w tym biznesie rozrywki jednym z najbardziej pożądanych na świecie wśród geeków wszelkiej maści mediów tudzież dóbr popkulturowych jest jej forma filmowo-serialowa, niby najprostsza i najłatwiej dostępna, ale… to dzięki wielkiemu i małemu ekranowi oraz w obecnej erze dzięki ,,streamingom, których ilości dzisiaj zliczyć już nie jesteśmy w stanie” można mówić o utrzymywaniu ciągłego realizowania się mechanizmu ,,książki po filmie”. A do takiego procesu, który w naszej kulturze jest coraz lepiej znany i odbierany należy nawet, i to jest spore zaskoczenie, medium japońskiego komiksu, tzw. mangi. Jaki to świat jest mały, że nawet lucasowskich, a obecnie rozwijanych pod buciorem disnejowskiej ,,lordozo-apoptozy” ,,Gwiezdnych Wojen” potrafiła, pisząc o tym w pozytywnym kontekście, tak niezwykle sprytnie uczepić się manga. Niedawno zresztą nikt nie przypuszczałby, że nawet za miliardy lat, gdy ,,Wszechświat osiągnie stadium śmierci z racji postępującej entropii!”, ukochane przez geekowskie mordeczki na całym świecie ,,starwarsy” doczekają się swojego realizowanego formą z kraju kwitnącej wiśni komiksu. W globalnym przemyśle mangowym, a tym bardziej w Polsce, z mangami z (niegdyś) Uniwersum papy Lucasa nie jest aż tak różnorodnie, jakby to mogło na pierwszy rzut takich rozkmin i oczekiwań odbiorcy galaktycznych treści się wydawać. Na naszym rodzimym rynku tylko (i aż!),w co ciężko uwierzyć prawa do tłumaczenia i wydawania gwiezdno-wojennych mang posiada ,,Egmont Polska”. Na dzień dzisiejszy firma ta wydała łącznie, nie patrząc się na ilości tomów w danej serii i samą ich ilość, około 9 z małym poślizgiem komiksów. DC i inne adaptacje rozmaitych małych lub jak kto woli większych Uniwersów, stety bądź nie, mają podobnie, albo i gorzej. Jak widać Star Wars i inne marki, ze swoimi treściami w formie japońskiego komiksu dopiero zdobywają pierwsze szlifu w być może przyszłym zalaniu rynku tego typu medium. W końcu od czegoś trzeba zacząć, a jednym z pierwszym mediów tego pokroju, które pojawiły się dzięki ,,Egmontowi” w Polsce, i które to dotyczyły franczyzy Gwiezdnych Wojen jest manga pt. ,,Star Wars. Leia. Trzy wyzwania księżniczki” – to ten cykl staje się przykładem wspominanej powyżej modyfikowanej, bo w końcu to manga a nie klasyczna powieść czy zwykły komiks, ,,książki po filmie”, co najbardziej można opisać jako ,,graficzna nowelizacja adaptacji losów postaci po filmie z jej udziałem”. I co istotne, tom pierwszy, który otwiera takowy specyficzny cykl ,,filmowych lektur” potwierdza to, jak bardzo takie inności adaptacyjne są fanom potrzebne: urozmaicenie Uniwersum, nowe medium, wzbogacenie Świata o nowe treści. Za pilotowe rozdanie ,,Trzech wyzwań księżniczki” odpowiada w warstwie scenariusza częściowo Claudia Gray, a w większości również za rysunki i całą kwestię graficzną tytułu: mangaka Haruichi. I chyba wyszło tu dość dobrze, jako przykład tegoż to omawianego mechanizmu. Bo z ,,książkami po filmie” jest tak, że należy je traktować jako swoiste wydłużenie projekcji ekranowego widowiska, i jako coś więcej niż tylko przepisane kilkadziesiąt stron scenariusza. Tę ,,filmową książkę”, czy mówiąc mało popularnie, choć w ,,Internetach” i wśród spotkań fanów krąży takowe określenie coraz częściej ,,nowelizację filmowego scenariusza”, jak z marszu, ot z pierwszego biegu powinno się porównać, aby ukazać to dlaczego takowe ,,przedłużone książki po filmie” są dla fanów wielu ich ulubionych Uniwersów istotne, do wielogodzinnego bytu audiowizualnego, którego to jakby nie było czytając odtwarzamy klatka po klatce, a w tym przypadku zdanie po zdaniu, strona po stronie w naszej wyobraźni. Ostatni raz wspomniane Gwiezdne Wojny " oglądałem ponad rok temu, i był to ,,Epizod IV, Nowa Nadzieja”. To właśnie ten film można pośrednio uznać za źródło z którego twórcy tej mangi mogli się oprzeć pisząc scenariusz, jak i kreując grafikę. A wszystko dlatego iż czas akcji tomu pierwszego mangi o księżniczce Lei osadzony jest na kilka lat przed omawianym ,,Epizodem IV”, w którym to kluczową rolę odegrała m.in. nie inaczej: skromna osóbka, lecz o silnym duchu młoda Leia Organa. Siłą rzeczy ten klasyk filmowy będzie najbliższym źródłem do którego można podchodzić jako pierwowzór do książkowo-komiksowej adaptacji ,,Lei w jej filmie”, którą to niniejszym omawiam. Zamieszanie w postaci tego, ile autor/autorzy czerpią z powieści Gray, i czy to jest adaptacja nie filmu a jej książki, zostawmy na bok. W ,,starwarsach" najważniejsze są treści filmowe – od nich się wszystko zaczęło, a jeśli miałoby się kiedykolwiek skończyć, to tylko na dziele filmowym. Warto więc było, oj warto, z racji takich rozważań i z racji zwykłej fanowskiej ciekawości zapoznać się z pilotem ,,Trzech wyzwań księżniczki”; a była to manga nietuzinkowa, bardziej eksperymentalna niż konkretna w treści, także co najmniej, co najmniej dobra. Haruichi, nie mówiąc na ten moment o scenariuszu, gdyż to jest nieco bardziej złożona kwestia, który to zapewne bazuje (a został pisany przez tą autorkę) na powieści Kanonu Star Wars pt. ,,Star Wars: Leia. Księżniczka Alderaana” Claudii Gray, zaprezentował się w swym fachu z całkiem dobrej strony. Graficznie nie jest to wybitne dzieło, jednak ,,kreska” potrafi być różnorodna i plastyczna. Świat kreślony taką ręką artysty nie jest wtórny i powtarzalny. Postaci się od siebie różnią w wyglądzie, nawet jeśli są to ludzie, inne gatunki, nawet jeśli cokolwiek przedstawiane jest w różnej skali, z różnego kąta, różną grubością samego konturu, jego dokładnością, intensywnością tuszu i innymi technikami. To wszystko razem sprawia wrażenie prawie że bardzo dobrej rysunkowej roboty, na pewno nie chałtury, ale i na pewno nie czegoś niezapomnianego; Haruichi jak na pierwsze skrzypce dla tej bohaterki w oficjalnej mandze franczyzy, kreśli dla naszej księżniczki całą grafikę w miarę rozsądnie. Pod względem specyfiki scenariusza tomu 1 ,,Wyzwań”, na pewno czuć tu rękę kogoś doświadczonego, kto musiał czuwać nad tym, aby tak istotna dla Sagi postać jak Leia nie została ,,skaszaniała” i skiełbaszona totalnie. Ktoś taki jak Claudia Grey, która dla pisarskiej części działalności Lucasfilm Ltd. (powieści, komiksy, mangi) dorasta do rangi tuz, niczego w swym scenariuszu (na pewno opartym na swym książkowym dziele) nic nie zepsuł, spisując się z realizacji zlecenia ,,dość miękko": fabuła, sądzę, jest w stanie trafić do ogólnego typu widza, ale czy można wycisnąć z niej coś więcej? Bardzo, ale to bardzo poruszających momentów, nie wiadomo jak silnej dramaturgii tu nie znajdziemy. Pokazuje się prawdziwość charakteru, chart ducha a także jej odwagę - cechy młodej Organy, która słynęła z Uniwersum w krzewieniu w Rebeliantach a potem w Ruchu Oporu nadziei, odwagi, ,,tego czegoś!" potrzebnego do ciągłej walki z najeźdźcą. ,,Trzy wyzwania księżniczki" w swym tomie pierwszym dają się poznać i polubić czytelnikowi, jako tego typu manga, która nie rozkręca się jakoś wybitnie jak typowe ,,starwarsy” w komiksach lub w filmach. Jeśli kojarzymy energię, która towarzyszy Lei przy jej scenach w filmach, to mniej więcej wiemy z czym ta manga w swej akcji ,,się je”. I tak też jest: lekko ospale, a raz z ciekawą dynamiką i intrygą. Jak na około 190 stron, fabuła rozkręca się tak, że tego się nie odczuwa – ta narracja tu po prostu jest i trzeba do niej przywyknąć. To taka zagadka, bo generalnie z tej graficznej powieści można być umiarkowanie optymistycznie, lecz nieprzesadnie usatysfakcjonowanym. Leia dorasta, sprawdza się w kryzysie no Wobani, w licznych pertraktacjach z Imperium, w swej całej zmyślności i sprycie, o którym byśmy ją nie posądzali. A to dopiero tom 1! Gdyby sama ,,kreska” i scenariusz zyskały więcej ,,ikry” i Disney oraz Lucasfilm Ltd. pozwolili by na więcej surowości i dojrzałości dla tej serii mangi, to może i sama księżniczka zyskałaby miano tak hardej i odważnej babki, jak Ellen Ripley ze Świata Obcego.
karpatkadobra - awatar karpatkadobra
oceniła na61 rok temu
Wolverine. Długa noc Mike Carey
Wolverine. Długa noc
Mike Carey Scott Kolins Marc Guggenheim Marcio Takara Benjamin Percy Dave Wilkins
Byłem bardzo ciekawy tego zeszytu, gdyż uwielbiam Logana. Jest to postać, którą nie można z pewnością uznać za grzeczną. Nie jest to typowy przykład do naśladowania. Jest jednym z wyróżniających się antybohaterów, a jego jedno z najsłynniejszych powiedzeń brzmi „Jestem najlepszy w tym, co robię. Lecz to, co robię nie jest bardzo miłe”. Dla szybkiego przypomnienia jest on jednym z mutantów. Cechuje go czynnik gojący, który pozwala w szybkim czasie regenerować ciało, oraz szpony wychodzące z dłoni. Pierwotnie były one kościste, lecz później zespolono jego kości z adamantium. Najbardziej znany jest z X-Menów. Zeszyt składa się z trzech historii. Pierwsza z nich to tytułowa „Długa noc”. Wydana została ona w 2019 i składa się z 5 części. Dwójka agentów specjalnych pojawia się w Burns na Alasce w celu przeprowadzenia śledztwa dotyczącego brutalnych zabójstw. Wszystko wskazuje, że nasz wilczek stoi za nimi. Droga do niego nie jest łatwa. Poznają historię jego przybycia i uczynków, lecz nikt nie potrafi wskazać miejsca pobytu. Im bliżej są odszukania, tym więcej dziwnych rzeczy dotyczących miasteczka wychodzi na jaw. Chociaż to tylko kolejna historyjka o mutantach, jest w moim odczuciu ciekawym też kryminałem, ewentualnie thrillerem. Pomimo mniejszego naszpikowana akcją potrafi wciągnąć. Druga specjal z września 2019, w którym losy krzyżują ze sobą Logan i Blade. Jest to krótka historia o prostej fabule i ciągłą akcją, w której części ciała oraz litry krwi są wszędzie. Jej dynamika i ciesząca oko kreska są świetną rozrywką. Na koniec szponiasty rzuca się na ratunek rodzince, która nieświadoma niczego wpadła w niezłe tarapaty. Krótka „Zapora ogniowa” z lutego 2008 roku jest lekko chaotyczna, ale tylko dlatego, że jest wyrwana prawdopodobnie z czegoś dłuższego. Podsumowując była to miła lektura, chociaż bardziej może służyć jako zachęta do poznania innych, całych opowieści. Z takim też podejściem polecam.
MyNameIsChrisCh - awatar MyNameIsChrisCh
ocenił na711 miesięcy temu
Ród X / Potęgi X Jonathan Hickman
Ród X / Potęgi X
Jonathan Hickman R.B. Silva Pepe Larraz
Nie będę ukrywał, że w świecie Marvela X-Meni zawsze byli moimi faworytami. Za X-Menami zawsze stoi jakieś drugie dno, poważniejsze pytania, ciekawe historie. Ród X/Potęgi X to może nie restart historii o uczniach Charlesa Xaviera, ale próba opowiedzenia jej na nowo. Metody Profesora X na współżycie z ludźmi nie sprawdziły się. Inne wizje funkcjonowania mutantów, w tym Magneto, również nie przeszły próby czasu. Xavier zwiera wiec szyki z Magneto i wraz z Moirą tworzą państwo mutantów - Krakoę. W zamian za leki i pomoc ludzom, chcą jedynie spokoju. Czy to się uda? Jak potoczą się losy bohaterów? Czy Magneto faktycznie będzie w stanie na dłuższą metę dogadać się z Xavierem? Komiks Hickmana nie należy do lektur najłatwiejszych. Mamy tutaj kilka równoległych rzeczywistości czasowych, mieszanie się bohaterów, wątków, rozwiązań, a wszystko na 500 stronach komiksu. Dla niektórych może to stanowić problem, ja dzięki temu czytałem uważniej – wracałem do wątków, które wcześniej wydały mi się nieistotne ale w gruncie rzeczy stanowiły oś tej opowieści. Uwielbiam postać Magneto, więc zobaczenie go z trochę innej strony niż zwykle stanowi dla mnie dodatkową wartość. Świetnie ukazany jest Xavier, który przestaje w końcu żyć mrzonkami w postaci współistnienia mutantów i ludzi i realizuje wizję, która jest wypadkową myśli jego i Magneto. Tworzą oni państwo oparte na silnym ale sprawiedliwym prawie, niezwykle rozwiniętej biotechnologii oraz jasnej wizji przyszłości. Kluczową postacią okazuje się Moira, której supermocą jest pamiętanie swoich poprzednich wcieleń. Oglądamy więc historię Krakoi w roku zerowym i następnych, oddalonych czasem o tysiąclecia. Jaki jest wynik tych zabiegów? To musicie sprawdzić sami. Niewątpliwie jest to jedna z ciekawszych opowieści o mutantach jaką czytałem. Rozmach tego przedsięwzięcia, masa wątków science-fiction, wrzutki w środek narracji rodem z archiwów Krakoi (hej czytelnicy Illuminae, to coś dla was),świetnie napisani bohaterowie stanowią o mocy tej pozycji.
StrongSilentType__ - awatar StrongSilentType__
ocenił na82 miesiące temu
Batman: Knightfall. Prolog Dennis O'Neil
Batman: Knightfall. Prolog
Dennis O'Neil Joe Quesada Chuck Dixon Tom Grindberg Graham Nolan Jim Aparo Doug Moench
Pierwszy tom legendarnego „Knightfall" przenosi nas w czasy, które dla wielu fanów Batmana jawią się jako prawdziwie złote. Dla mnie były to ponadto chwile, w których kształtował się mój popkulturowy gust, a saga o upadku Nietoperza silnie oddziaływała na chłonny umysł kilkunastolatka. Wtedy taka fabuła była prawdziwym szokiem, ale czy możliwe jest, by miała taką samą siłę rażenia również po latach? Wydanie przez Egmont kompletnej (w końcu!) opowieści o tych wydarzeniach jest dobrym momentem, by to sprawdzić. Podczas swojej kariery jako pogromca zbrodni w Gotham City Batman mierzył się z wieloma groźnymi przeciwnikami. Nic jednak nie przygotowało go na starcie z kimś, kto zna wszystkie jego słabości i doskonale wie, jak je wykorzystać. „Knightfall” to komiks kultowy, który w końcu ukazuje się w Polsce w kompletnej formie. Tytuł albumu mówi jasno, czego możemy się po nim spodziewać. To faktycznie jest „Prolog”, który buduje tło pod sądne dni Zamaskowanego Krzyżowca. Album zawiera kilka historii, które poznaliśmy już dzięki bardzo ważnemu dla popularyzacji amerykańskiego komiksu w Polsce wydawnictwu TM-Semic. Te najbardziej rozpoznawalne opowieści to bez wątpienia „Venom” i „Miecz Azraela”. Czytane prawie trzydzieści lat temu robiły spore wrażenie. Teraz, w 2025 roku, trącą nieco myszką, ale nie tak, jak się tego obawiałem. Są dobrze poprowadzone, zachowały też wystarczająco dużo uroku i emocjonalnego ciężaru, by uznać je za klasyczne. Czym różni się obecne wydanie od tego, które trzy dekady temu czytaliśmy co miesiąc w zeszytach? Tym razem mamy okazję zapoznać się z kompletną historią, a nie z jej wycinkiem. Z jednej strony na pewno jest to doskonała wiadomość, ale trzeba przyznać, że takie rozwiązanie ma też pewne wady. W wydaniu zeszytowym otrzymaliśmy świetnie zbalansowaną esencję – zeszyty o największym ciężarze emocjonalnym. W wydaniu kompletnym wszystko jest zdecydowanie bardziej rozciągnięte. Dla mniej cierpliwych czytelników taki stan rzeczy może być wyzwaniem. Myślę jednak, że fani Nietoperza będą jednomyślni – to dokładnie taka forma, o jakiej marzyli od lat. Tempo rozwoju tej historii nie jest szczególnie szybkie, jednak w moim odczuciu nie jest to absolutnie żaden problem. Katharsis Batmana – Bane – wprowadzany jest powoli. Co więcej, na kartach tego tomu mamy okazję poznać jego przeszłość i dowiedzieć się, jakie wydarzenia wykuły w nim tę niesamowitą twardość, która go cechuje. To doskonale buduje postać tego niezwykle ważnego i charakterystycznego villaina. Jego plan, zakładający powolne zmiękczanie Mrocznego Rycerza, doprowadzenie go na skraj wytrzymałości, dopiero kiełkuje, ale scenarzyści udanie zarysowują jego kolejne etapy. Jego zwieńczenie nastąpi w kolejnych tomach, ale już tutaj jego skala robi wrażenie. Ilustracje są elementem, który ewidentnie zestarzał się najmocniej. Dziś już się tak nie rysuje, co jednak nie oznacza, że mamy do czynienia z graficznymi abominacjami. Chodzi mi po prostu o to, że rzecz jest rysowana dość monotonnie. Brakuje tu jakiegoś błysku – wszystko jest tworzone jakby od jednego szablonu. Jedynym wyjątkiem jest mroczna (także pod kątem graficznym) opowieść o uprowadzeniu syna Jamesa Gordona. To jednak ledwie dwuzeszytówka, która nie podnosi całości, jeśli oceniamy ją pod kątem plastycznym. Trzydzieści lat temu nie zwracałem na styl graficzny aż takiej uwagi, dziś jednak element ten miejscami dość mocno mi podczas lektury zgrzytał. Czy tyle czasu po premierze „Knightfall” nadal robi wrażenie? Oczywiście, że tak! Przeze mnie przemawia jednak wieloletni fan Nietoperza, obiektywnie rzecz biorąc (na tyle, na ile potrafię),owszem – mamy do czynienia z komiksem z poprzedniej epoki, jednak ewidentnie trzyma on poziom i proponuje czytelnikowi opowieść o naprawdę dużym kalibrze. Te wydarzenia naznaczyły Batmana i tkwią w nim do dziś – choćby dlatego warto się z nimi zapoznać. I choć prawdziwa jazda zacznie się w kolejnych tomach, to „Prolog” stanowi całkiem udane otwarcie tej monumentalnej opowieści. Recenzja do przeczytania także na moim blogu - https://zlapany.blogspot.com/2025/08/batman-knightfall-tom-1-prolog-recenzja.html
Marek Adamkiewicz - awatar Marek Adamkiewicz
ocenił na87 miesięcy temu
Star Wars: Darth Vader. Tom 3: Wojna łowców nagród Greg Pak
Star Wars: Darth Vader. Tom 3: Wojna łowców nagród
Greg Pak Guiu Vilanova Raffaele Ienco
Życie dzisiaj stało się tak samo łatwe... jak i trudne. Szczególnie dla młodych: kolejnych pokoleń, X, Y, Z... całej tej generacji ,,nowych przedstawicieli Cywilizacji". Przedstawicieli, którzy stali się jednym z docelowych ,,targetów”, jeśli chodzi o to komu przeznacza się całe zastępy ,,wypluwanych” przez potentatów globalnej rozrywki tworów popkultury. Teoretycznie ,,młodzi gniewni” w kwestii możliwości rozwijania swoich zainteresowań w kulturze masowej, wszystko, absolutnie wszystko, mają dostępne pod ręką. Czy to Marvel, czy DC, czy jakiś zwykły film, czy kolejna poczytna książka niezwykle popularnego pisarza sci-fi czy fantasy i horroru. Jest w czym wybierać, jednak ,,niby-łatwość” mieszająca się z faktyczną lekko sprzeczną trudnością życia nastolatków i młodych dorosłych egzystujących w pędzącym na złamaniu karku Świecie po 2020 roku, sprawiają, że mimo iż w popkulturze mamy wszystko ,,niby” pod ręką, to lekko zmieszani swoją niepewnością ,,teraz” i niepewnością w ,,przyszłości” ci właśnie ludzie, mogą ,,nabyć" swego rodzaju kulturowo-rozrywkowe rozdarcie, co do wyboru kolejnego i kolejnego filmu, książki, czy komiksu do doświadczenia, czy – co w tym przypadku może się robić nieco gorzej – zapoznania na zasadzie ,,tak, to będzie dla mnie pasją, zaczyna to coś po prostu znaczyć”. I tak, w ten sposób właśnie narodziło się rozbrajające nas fanów ostatnimi laty rozdarcie i ambiwalencja w środowisku gromadzonego wokół marki ,,Star Wars”; w ten sposób najbardziej poczytna Galaktyka w popkulturze stała się obiektem znienawidzenia jak i paradoksalnie jeszcze większego ku niej ,,hype’u”. Fandom na tym cierpi, a twórcy również jak i odbiorcy stawiani są coraz częściej w niezręcznej sytuacji, która skutkuje tylko, sądzę osobiście, tworzeniem ,,szybko, dużo i kolorowo”. To odbija się na jakości dzieł stanowiących o calutkich treściach i powodzeniu Nowego Kanonu Gwiezdnych Wojen. Cóż, my sami, nikt inny, my geecy!, my wszyscy jesteśmy po trochu sobie w tej starwarsowej kwestii winni: treści łatwo jest dostać, a do kina nikt ,,chodzi nie musi!”, skoro jest streaming i ,,Internety”. Rośnie zakup rzeczy używanych, gdzie nerd od Świata papy Lucasa może sobie z całości Uniwersum kupić cokolwiek za nieduże pieniądze… i to przez Internet. I co zaskakujące na swój ,,profetyczny, lekko anty-utopijny wydźwięk tej opinii: uważam, że sporo do sytuacji ,,rozdarcia” fandomu Star Wars i ambiwalencji i niezdecydowania się realizacyjno-twórczego w sercu funkcjonowania Disney’a i Lucasfilm Ltd., przyczynia się ,,mocno szeroko dostępna” wymiana danych, w której pierwsze skrzypce odgrywa Internet, Media Społecznościowe, telefonia komórkowa, gdzie wszystko dzięki tego rodzaju ,,łatwościom” wymienia się między sobą, i tak staje się dostępne, w niewyobrażalnie szybkim tempie: dzielimy się opiniami, tworzymy podcasty i filmiki na wszelakiej maści ,,youtubeopodobnych” stronach i serwerach. A to prowadzi do jednego: wystarczy moment i dane popkulturowe Uniwersum może ,,tak z miejsca, ze startu!” zostać znienawidzone lub pokochane, a jeden klik i lajknięcie więcej... spowodować zwolnienie danego artysty pracującego – w tym przypadku – przy Gwiezdnych Wojnach całym sobą, całą swoją pasją i zaangażowaniem. Z powyższych fanowsko-futurologiczno-informatycznych rozkmin, wynika jedno: żadne ,,Starwarsy” czy ,,Marvele” nie są bezpiecznie, nie mają obecnie żadnej konkretnej gwarancji uzyskiwania ciągłej i ciągłej popularności i nabycia wzrastającej pod względem przychodu dość stabilnej sytuacji finansowej – jest to troszku dziwne, ale właśnie ten aspekt ,,egzystencji" tychże marek przekłada się na zainteresowania danym Światem w ,,masówce”, a co za tym idzie: jakością i ilością tworzonego ,,contentu”. I jak tu fan ma wybrać z galaktycznego wora multum treści coś naprawdę konkretnego, fajnego, inspirującego do rozszerzania swojej wiedzy w zakresie tego Świata, czyli ukochanych Star Wars? Skoro z miesiąca na miesiąc przetwarzamy i wymieniamy między sobą ogromne ilości informacji, a sam Internet zamknął nas wszystkich, szczególnie młodych odbiorców w szczelnie zapieczętowanej puszcze; to samo można powiedzieć o technologiach SI, czego, mówiąc dość krótko, pokłosie widać w wielu seriach i filmach SW, gdzie efekty specjalne praktycznie i VFX wyglądają miejscami jakby były niedopracowane, generyczne, non-stop wypluwane przez modelowe, genialne algorytmy w stylu ,,Chatu GPT”. I dlatego, po raz kolejny, w tego rodzaju filozofizmach miłośnika tak szanowanej (niegdyś) marki ,,ex-właściciela” Papy Lucasa, pojawia się trudność w wybraniu czegokolwiek dla siebie odpowiedniego – można się temu dziwić jak i nie; wszystko zależy od gustów i silnej woli w nastawieniu się na zmiany w prądach twórczych i technologicznych stosowanych w pracy nad danym filmem, książką, serialem, animacją. I chyba najlepiej w takiej ,,gmatwaninie” decyzyjnej będzie gdy sięgnie się po coś w miarę ogólnie stabilnego, w Świecie SW związanego bardziej z klasyką ,,Legend” niż ,,Kanonem”, jednak opartego w Osi Czasu aktualnie rozbudowywanego Nowego Kanonu. Dobry komiks w gwiezdnowojennych rewelacjach twórczych… nigdy nie jest zły – to takie przedłużone w swym skutecznym działaniu remedium na ,,współczesny bul dópy” fana marki, i to młodego fana, niezdecydowanego z różnych powodów co do tego… ,,a no, co tu takiego teraz w tych starwarsach do lektury wybrać?”. Jest taki jeden komiks, tak właściwie to cała jego seria, którą reprezentuje: tom 3 cyklu ,,Star Wars – Darth Vader” kreowanego w działającym od 2014 roku Kanonie. Owe rozdanie z serii, którego to autorami są między innymi Raffaele Ienco, Greg Pak oraz Guiu Vilanova zatytułowane: ,,Wojna łowców nagród” wraz z siłą wydźwięku cyklu o owym Lordzie Sithów i pupilku Palpatine’a, sprawia i zarazem oferuje swego rodzaju okazję czy dwustronną umowę między fanem a całym środowiskiem Gwiezdnych Wojen, jedno: chyba to się nigdy, ale to nigdy nie wydarzy, nigdy nie nastąpi ten dzień, aby galaktyczne wojaże tam gdzie króluje Moc i walka na miecze świetlne, nagle przestały dla nas, choć to brzydko zabrzmi ‘się produkować’”. Takie właśnie zaskoczenie, ten pozytywny ,,szok neuronalny" potwierdza komiks ,,Wojna łowców nagród” – świetny, z pasją artystów pióra i myśli scenariuszowej, stworzony, gdzie zaskakuje wszystko: od pomysłów na fabułę owiniętą wokół Vadera i tytułowych ,,Łowców”, aż po (po raz kolejny zresztą) genialnie dostosowaną do intensywności i rodzaju narracji/fabuły ,,kreskę”. I szczerze: jest to kolejne (na tym samym poziomie, co dwa ostatnie historie z cyklu) owe komiksowe rozdanie serii ,,Star Wars – Darth Vader”, które nie spuszcza ani kropli pary z wysokiego poziomu twórczo-realizacyjnego, który wystartował z tomem 1-szym. Pozytywnie zaskakuje niniejszym fakt, że tom 3 dodał nam do oceanu starwarsowych możliwości kolejne cegiełki informacji, wiedzy, relacji, które okażą się po prostu mega ,,mięsiste” i niesłychanie intrygująco rozciągające jeszcze dalej i dalej Galaktykę GW o kolejne i kolejne dane. Mówiąc jeszcze inaczej: dostaliśmy w tej publikacji... coś od Gwiezdnych Wojen dla Gwiezdnych Wojen – coś, co sprawia że samo Uniwersum staje się po prostu lepsze, mniej zachwiane, zachęcające fanów do sięgania po jego ,,content”. A na deser, i czapki z głów za to dla rysowników i artystów myśli scenopisarskiej: Dartha Vadera i niektóre postacie poboczne w genialnej, ponad miarę wysokiej dyspozycji, co w obecnym rozstrojonym Świecie SW widujemy naprawdę rzadko. Ogólnie rzecz ujmując, choć to i tak troszku za skromnie, aby określić jaką ,,dobroć” zesłał na nas omawiany i recenzowany tom 3 ,,darthvaderowskiej” serii NK Galaktyki: graficznie oraz konsekwentnie co do logiki narracji i jej tempa, jak na około 140 stron przystało dzieje się w tym komiksie naprawdę turbo-dobrze. To tak skonstruowany byt, gdzie jednocześnie można go albo czytać szybko i zachwycać się linią grafiki, kadrowaniem, planszami etc., albo chłonąć do woli i odtwarzać każdą sekwencję w myślach, jakby to był ,,zaklęty w pułapce czasu”, żywy (dzięki takiemu obrazowi i rysunkowi) film. ,,Mrocznego serce Sithów” i tom 2 w kwestii sytuacji Vadera i jego decyzji, w których nawarstwiają się emocje Lorda, zżera konkurencję na śniadanko. Od początku nasz upadły Anakin znajduje się w cholernie dziwnej sytuacji. Jednak to w końcu potężny Sith, no i w połowie jeszcze Anakin – kto czytał tomy 1 i 2 serii wie, że w tym rozdaniu radzi sobie tak konsekwentnie jak poprzednio. Nie umyka mu nic, a zawierane sojusze cały czas kontroluje, chłodno kalkulując to kogo i dlaczego akurat napotyka na swojej drodze i ,,krucjacie przeciwko Imperatorowi”, którą mimo specyficznych wydarzeń z finału tomu 2, ciągle stara się kontynuować, tonując ,,tymczasowo” gniew, który w nim wre, aby nie dać wykryć się Imperatorowi ze swoimi zamiarami. Bywało i trochę zamieszania, zwłaszcza, gdy ma się w pamięci tą mocno refleksyjną część 2, ,,Prosto w Ogień” – w idącą od A do Z, prosto jak po sznurku fabułę ,,no.3" wtłacza się seria atakujących zamglony rozdarciem w Ciemnej Stronie kontrolowany, ale i próbujący się z tej kontroli ostatecznie wyrwać umysł Vadera, wspomnień, które to można nazwać danymi tylko jemu samemu refleksjami: czy aby na pewno dobrze zrobił odtrącając od siebie Luke’a? Takowe refleksje destabilizują dynamiczną fabułę, to fakt, ale bez nich nie odkrylibyśmy tego, czego nie znaliśmy dotychczas o upadłym Anakinie, jego emocjonalności po Ciemnej Stronie, także o Imperatorze i relacji między tą dwójką, bo wciąż w tym tomie ,,rzeźbi” ona główną część fabuły. A ta jak zwykle w tej serii: zaskakuje! Vader ściga nawet samego Solo i Hana aż po Korelię, broni się przed spiskowcami od Strony Imperatora i atakiem dobrze zaopatrzonych Łowców, takich jak IG-88. W końcu jego ,,związek” z ,,Mistrzem Sidiousem” kończy się dość patowo, choć nieźle dynamicznie: bez spoilerów można to określić, jako idealne zakończenie pod kontynuację w postaci… Epizodu VI Star Wars: ,,Powrotu Jedi”. Wszystko to co przedstawił gawiedzi spragnionej starwarsowej treści z serii ,,Darth Vader” jej tom 3, sprowadza (być może każdego z) czytających tytuł do jednego specyficznego wniosku: zaskakująca mimo strony refleksyjnej dynamika tomu, czasami wręcz porażająca tym, jak aż zieje ledwo co kontrolowanym gniewem (choć i tak częściowo się powstrzymuje) Vader, potrafi wprawić w stan pozytywnej błogości, optymizmu wobec tego, jak jeszcze mogła by potoczyć się przyszłość Vadera, gdyby ten zyskał całkowitą kontrolę nad swoją wolą i przeznaczeniem. Oby więcej takich historii, oby serię tą przeciągnięto w niedalekiej przyszłości do 7-8 tomów.
karpatkadobra - awatar karpatkadobra
oceniła na96 miesięcy temu

Cytaty z książki Fantastyczna czwórka 1 (1961)

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Fantastyczna czwórka 1 (1961)