Przerażająca opowieść komendanta obozu dla tzw. “uprzywilejowanych” Żydów, a zarazem jeden z najlepszych obrazów esesmańskiej mentalności w polskiej literaturze.
Wydawało mi się, że w zasadzie znam najważniejsze dzieła wartościowej (niestety - istotne to dziś zastrzeżenie) literatury obozowej, tymczasem okazało się, że przez lata pominąłem ważną pozycję.
Wartością tej niezbyt obszernej opowieści z 1963 r. jest równie znakomity, jak i wiarygodny, portret psychologiczny istotnego trybika w hitlerowskiej maszynerii śmierci. A chodzi o obóz, którego więźniowie mogą być wykupywani przez rodziny lub organizacje z zagranicy. Początkowi hitlerowcy chcieli na Żydach zarabiać, zanim zaczęli ich systemowo zabijać…
Zupełnie nie do wiary wydaje się fakt, że Grochowiak, wybitny wszak poeta, w wieku dwudziestu kilku lat napisał tak dojrzałą i wiarygodną rzecz (przy której jeszcze bardziej uwidacznia się mizeria tak dziś rozplenionej literaturki typu “holo-polo”).
Zwraca uwagę wysokojakościowy charakter tej opowieści, której styl mógłby być wzorcem, gdyby nie to, co napisałem wyżej….
Według definicji słownikowej “trismus” to «kurczowe zwarcie szczęk». Bardzo to adekwatne w kontekście narratora, nieświadomego, że będąc buldogiem wobec “wrogów Rzeszy”, nie może być jednocześnie czułym pieseczkiem dla własnej żony… Retoryczne byłoby wszak pytanie, czy można mieć taką “pracę”, a jednocześnie być normalnym mężczyzną, czułym mężem, a w niedalekiej przyszłości troskliwym tatusiem…
Gdy w 1943 r. Glückauf odwiedza Adolf Eichmann, szef komórki RSHA ds. żydowskich, z poleceniem likwidacji obozu, narrator początkowo próbuje “bronić swoich Żydów”, ale bynajmniej nie przed śmiercią - chodzi mu wyłącznie o własny prestiż komendanta.
I tylko jeden drobny błąd rzeczowy: w konferencji w Wannsee nt. “ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej” nie uczestniczyli, jak pisze Autor, “wszyscy komendanci obozów zagłady” - byli oni jedynie szczeblem wykonawczym, a nie decyzyjnym tej największej “zbrodni zza biurka”...
“Byłem po prostu SS-obersturmfürerem pełniącym obowiązki komendanta małego obozu koncentracyjnego w Glückauf, który otrzymał wezwanie +Lebensbornu+ do uregulowania swoich spraw rodzinnych, aby z kolei umożliwić sobie awans i trwałą już nominację służbową”.
“– Jest pan również komendantem obozu. Nie umówiliśmy tego aspektu w naszej rozmowie. W obozach dzieją się rzeczy godne tylko oczu mężczyzn. Fuehrer nie życzy sobie, aby synów naszego narodu rodziły kobiety o postrzępionych nerwach i ponurej wyobraźni. (...) Niech pan ją otacza zielenią, kwiatami dobrocią”.
“Byłem narodowym socjalistą, ale to oznaczało tylko tyle, że nie przebudowując myślenia, przebudowałem jedynie uczucia.
“Mając 24 lata, w tym trzy lata stażu w SS, byłem w gruncie rzeczy skautem, wychowanym na zasadach etyki z książek Amicisa, Molnara i Karola Maya”.
“Powiedział mi coś więcej: choćby to, że architektura uczy także, jak jednym fachowym ciosem zwalić w gruzy katedrę w Reims i pałace Leningradu. Nie owijał w bawełnę faktu, że jako architekt będę fachowcem od niszczenia murów, jako esesman specjalistą od unicestwiania ciał”.
“Nie odczuwałem żadnej dysharmonii: staliśmy nad brzegiem nowego, radosnego świata, do którego jednak nie było innej drogi, jak przez cierpienie nasze i cierpienie naszych ofiar. To było bezwzględnie okrutne, ale było i oczywiste”.
“Kto chce rządzić, musi ograniczać wolność, musi prześladować i więzić. Prawdziwy humanizm (niech już będzie, wyjdę wam naprzeciw z tym obiegowym słowem) polega właśnie na uświadomieniu sobie tejże konieczności. (...) Myślę o uświadomieniu zimnym i trzeźwym, a czym będzie ono okrutniejsze, tym więcej przyniesie dobrodziejstw. Ten kto wie, że więzić musi, będzie więzić celowo i sposób zorganizowany, dbając o logikę więzienia i jego głęboko skryte piękno”.
“Gdyby nie konieczność wojny, zwierzęcy upór nieprzyjaciół, uczuciowa świadomość krzywd wyrządzonych narodowi niemieckiemu wszędzie, gdzie tylko to było możliwe, gdyby - powtarzam – nie rosnący z dnia na dzień gniew i chęć zemsty, obozy koncentracyjne przeszłyby do historii jako niczym nieskalane krynice społecznego zdrowia”.
“Obcując z Himmlerem, zawsze odczuwałem jakieś ciepłe fale, które zdawały się emanować z jego głosu (oczywiście gdy nie przemawiał),z jego gestu, łagodnych oczu, ukrytych za szkłami. To był człowiek do rdzenia dobry. I właśnie jemu idea powierzyła zadania najbardziej twarde, bezwzględne, często wręcz takie, że wzdragało się przed nimi serce”.
Narrator i o sobie ma zdecydowanie zbyt dobre mniemanie: “Mały Żydek- intelektualista, którego naszedł z nagła dziwny pomysł buntu, też skorzystał na moim małżeństwie. Ukarałem go jedynie godzinną stójką pod zimnym prysznicem”. Nie jest też wolny od typowych racjonalizacji swych zbrodni: “A jednak nie chcę sprawiać wrażenia fanatyka, który czując się uskrzydlony obowiązkiem wierności sobie, nie liczy się całkiem z faktami”.
W miarę klęsk na froncie wschodnim system, jak i komendant, stają się coraz bardziej krwiożerczy.
“Straszny krzyk niemieckich matek biegł po całej niemieckiej ziemi. Co prawda gęsty śnieg uciszał te zawodzenia, ale wiedzieliśmy że tam – gdzieś, gdzie nawet myślą nie potrafiliśmy sięgnąć, tak samo napełnia wiecznym milczeniem otwarte usta i oczy naszych martwych synów i braci. Rozdzierający ból po każdej wieści z frontu, wzrastająca nienawiść wobec wroga, ale zarazem konieczność czujności wobec wszelkich objawów defetyzmu lub rezygnacji we własnych szeregach”.
“Nie starczyło mi czasu, aby ocknąć się po wiadomości o śmierci jednego z przyjaciół, a już musiałem brać udział w posiedzeniu sądu dla zdrajców (często ojców i matek poległych chwalebnie żołnierzy),którzy z osobistej klęski ważyli się wróżyć klęskę Führera”.
“Egzekucję zarządzono na godzinę 12:00 w południe, a już o świcie do Glückauf ściągały podwody i autokary z widzami. Często zjeżdżano całymi rodzinami, nie wyłączając dzieci, wszyscy odświętnie ubrani, z odświętnym podnieceniem, nieprzekraczającym jednakże granic powagi”.
“Nigdy nie potępiałem i nie mogę potępiać masowych pacyfikacji, o ile wynikają one z historycznej konieczności, a nie z sadyzmu”.
“Polacy to naród brudny, przykry w bliższym kontakcie, krnąbrny. Thomas skarży się na nostalgię, dręczy go (podobno choroba wśród Niemców w Guberni powszechna!) nacisk wrogiego, pełnego nienawiści otoczenia”.
Toksyczność związku narratora i Dunki ujawnia się bardzo prędko, dla niego na tle niemożności zajścia żony w ciążę, czyli - jak to mówili tacy jak on - “dania dziecka Fuehrerowi”. Jeśli do tego dodamy względy, jakie Nelli, kierowana obcym mężowi poczuciem ludzkości, okazuje Astrid, żydowskiej dziewczynce z obozu….
Wszystko staje się jasne w notatkach dla żony, umieszczanych we wspólnie prowadzonym przez obojga dzienniku, a pisanych przez niego w stylu poleceń kaprala dla rekrutów.
“Jestem narodową socjalistką, nie lubię Żydów i boję się ich, ale Astrid jest tylko biednym i bezradnym dzieckiem. Czy mamy prawo być aż tak surowi? Nie, nie rozumiem tego”.
“Nazwać zachowanie się mojej żony normalnością byłoby śmieszne. W tym jest jakiś bunt, ale jaki?”.
“Fakt, że żona tego urzędnika zanosi Żydówce pomarańcze, że spędza u jej łóżka długie kwadranse, nie jest objawem dobrej woli, ale karygodnej głupoty i nieodpowiedzialności. Nie wspominam już o wyraźnych zaniedbaniach w gospodarstwie domowym, o całkowitym rozprzęgnięciu się atmosfery rodzinnej”.
“Jestem kobietą, której codziennie wypomina się jej bezpłodność. Specjaliści z Monachium stwierdzili mimo wszystko coś innego. Jeśli szuka się z kobietą kontaktu jedynie w celu jej zapłodnienia, gdy ona o tym wie i pamięta, być może paradoksalnie nie jest wtedy zdolna spełnić tak gorliwych oczekiwań”.
“Przyjmijmy, że nigdy nie będę miała dzieci. Czy powinna więc dziwić kogokolwiek moja skłonność do obcego dziecka, choćby nawet urodziła je Żydówka? Ale nie! Astrid nie ma nic żydowskiego. Jest po prostu śliczna i mądra. Zebrała się wokół niej nienawiść świata, której nie potrafię zrozumieć”.
“Ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej (zwłaszcza na wschodzie) nabiera tempa. (...) Niełatwo dokonać takiej roboty, a jednak ktoś musi się jej podjąć. Trafiło na nas. Być może, iż wnukowie nie będą myśleć o nas w tonacji sielankowej, ale tylko dzięki nam będą szczęśliwi. Nelli nie chcę tego niestety pojąć. Mój Boże, jest ostatecznie kobietą”.
“Niech wie, że on też może być ohydny. Upił się dla Gizelli Ratke! Gizela Ratke zgłosiła się do monachijskiego Domu Matki (suka!),a on się upił do nieprzytomności (głupiec)”.
“Pozostało kilka miesięcy do końca wojny, te kilka miesięcy możemy jakoś przetrzymać. Czas wojny nie jest odpowiednim okresem dla przeprowadzania rozwodów. Potem jednak będziemy mieli rozwiązane ręce”.
“- A choćby i zdechła! Przecież wreszcie jesteśmy razem!”.
“Więźniowie-Niemcy otrzymali łaskę śmierci przez rozstrzelanie. Śmierć w samochodzie-komorze gazowej była zarezerwowana wyłącznie dla Żydów”.
“Kiedy zwłoki bezwolnie stoczyły się z platformy auta, można było rozpoznać kobietę, obronnym gestem zaciskającą w ramionach kilkunastoletnią dziewczynę”.
Opinie i dyskusje o książce Dziennik roku zarazy
Inne oblicze autora " Robinsona Crusoe ".
Powieść ( 1722 r. ) opierająca się na źródłach historycznych i relacjach świadków opisuje dramatyczne żniwo dżumy w Londynie w 1665 r.
Jest uznawana za fundamentalne dzieło i pierwowzór literatury faktu nawiązującej do różnego rodzaju epidemii np. " Dżuma " A. Camusa, stanowiąc ponadczasową metaforę walki za strachem i niepewnością.
Kultowy klasyk literatury !!!
Powinno się przeczytać.
POLECAM !!!
Inne oblicze autora " Robinsona Crusoe ".
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPowieść ( 1722 r. ) opierająca się na źródłach historycznych i relacjach świadków opisuje dramatyczne żniwo dżumy w Londynie w 1665 r.
Jest uznawana za fundamentalne dzieło i pierwowzór literatury faktu nawiązującej do różnego rodzaju epidemii np. " Dżuma " A. Camusa, stanowiąc ponadczasową metaforę walki za strachem i...
audycja o książce tutaj:
https://open.spotify.com/episode/4rlnNNT4SSvRa44BvaKpS4?si=783ebb6e4b934159
audycja o książce tutaj:
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo tohttps://open.spotify.com/episode/4rlnNNT4SSvRa44BvaKpS4?si=783ebb6e4b934159
Ciekawy temat opisany tak sobie. Za dużo razy powtarzał się temat zamkniętych domów. Były tu dobre momenty, ciekawe, ale raczej męczyłam tę książkę, bo często mnie zwyczajnie nudziła.
Ciekawy temat opisany tak sobie. Za dużo razy powtarzał się temat zamkniętych domów. Były tu dobre momenty, ciekawe, ale raczej męczyłam tę książkę, bo często mnie zwyczajnie nudziła.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toŚwietne, historyczne spojrzenie na czasy zarazy.
Świetne, historyczne spojrzenie na czasy zarazy.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to„Dziennik roku zarazy” Daniela Defoe jest napisana jak reportaż, położyła podwaliny pod literaturę, która stawia człowieka twarzą w twarz z problematyką zagłady, to również powieść historyczno-obyczajowa.
Bohater twardo stąpa po ziemi, więc szaleństwo zarazy opisuje chłodnym, rzeczowym językiem, bez uniesień czy strachu przed jej nadnaturalnymi przyczynami.
Jego spostrzeżenia są przenikliwe i odnoszą się do wielu aspektów życia, na jakie wpłynęła ta plaga.
„Dziennik roku zarazy” to też opisane przypadki szaleństwa ze strachu przed zarazą, gdy okazywało się, że ktoś w rodzinie zachorował i umarł.
Autor opisuje, jak ludzie próbowali sobie radzić. Głównie uciekali z miasta, ale gdy przyszła jesień zaczęło być ciężko z pozyskiwaniem żywności oraz temperaturą. Jeśli to, co opisał Defoe, jest historią opartą na prawdziwych źródłach, to za wiele się do dzisiejszych czasów nie zmieniło.
Ludzie nadal są uparci, szybko się nudzą, wierzą w bzdury i zbyt szybko ulegają, emocjom. „Dziennik roku zarazy” totalnie mnie zaskoczył, którą można uznać za napisaną współcześnie.
„Dziennik roku zarazy” Daniela Defoe jest napisana jak reportaż, położyła podwaliny pod literaturę, która stawia człowieka twarzą w twarz z problematyką zagłady, to również powieść historyczno-obyczajowa.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toBohater twardo stąpa po ziemi, więc szaleństwo zarazy opisuje chłodnym, rzeczowym językiem, bez uniesień czy strachu przed jej nadnaturalnymi przyczynami.
Jego...
6/10
6/10
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toDaniel Defoe w niezwykle aktualny sposób reaguje bardzo szybko na zapotrzebowanie czytelnicze. Zaraza marsylska z 1720 spowodowała powstanie książki o zarazie w Londynie w 1665 i to w formie dziennika (czy reportażu uczestniczącego jak byśmy dziś powiedzieli) Pomysł jest świetny, ale wykonanie wyraźnie pokazuje , że autor się spieszył z wydaniem książki. Jest dużo powtórzeń, wielokrotnie przewijają się te same zagadnienia, narrator jest dziwnie zdystansowany, choć często zapewnia o swoim współczuciu ofiarom epidemii. Dość fałszywie -jak na dziennik-wybrzmiewa wiele podsumowujących refleksji i pochwała dla działalności urzędników i rady miasta. Dużą role odgrywa ocena moralna współmieszkańców narratora , w której jednak brakuje prawdziwych emocji. Książka zawiera wiele ciekawych poznawczo fragmentów- także dotyczących poglądów tamtych czasów-, ale literacko i kompozycyjnie jest to słabe.
Daniel Defoe w niezwykle aktualny sposób reaguje bardzo szybko na zapotrzebowanie czytelnicze. Zaraza marsylska z 1720 spowodowała powstanie książki o zarazie w Londynie w 1665 i to w formie dziennika (czy reportażu uczestniczącego jak byśmy dziś powiedzieli) Pomysł jest świetny, ale wykonanie wyraźnie pokazuje , że autor się spieszył z wydaniem książki. Jest dużo...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toLondon calling.
Mnie zawsze!
Czy dżuma czy Kuba Rozpruwacz, nieważne. Jeżeli czujecie tak jak ja, że została w Londynie jakaś Wasza cząstka z poprzedniego wcielenia to czytajcie. :)
London calling.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toMnie zawsze!
Czy dżuma czy Kuba Rozpruwacz, nieważne. Jeżeli czujecie tak jak ja, że została w Londynie jakaś Wasza cząstka z poprzedniego wcielenia to czytajcie. :)
Moje zachcianki czytelnicze kierują się dziwnymi drogami. Sięgnąłem po tę książkę zachęcony wznowionym, pięknym wydaniem. Poza tym chciałem porównać reakcje ludzi na pandemię, przeżyć ciekawą opowieść o walce z dżumą. Otrzymałem natomiast jakąś dziwną formę reportażu, z mikro opowieścią w środku, która jest pisemną formą propagandy londyńskiego rządu.
Przez książkę przewija się ciągle jeden motyw, który sprawia, że ma się wrażenie autentyczności relacji pisarza. Jest to dyskusja nad zamykaniem domów. Autor do końca nie wie, czy to ma sens, czy też nie. Jednak konstatuje, że jest to rozkaz władzy, a ona dobrze sprawuje swój mandat. Nie wiedziałem, że powiedzenie “wybór między dżumą a cholerą” to przesąd, że zarażając się jedną śmiertelną chorobą (syfilisem lub dżumą) zdobywamy odporność na drugą.
Bardzo ciekawy jest opis rozważań autora nad przeznaczeniem, wyrokami Boga, a racjonalną analizą przyczyn i skutków pandemii. W analizach głównego bohatera widać jego proweniencję i purytańskie wychowanie oraz pewną myśl oświeceniową. Nie omieszkał strofować ateistów, pouczać kobiety kradnące kapelusze, ale już zgłosić ich do sądu nie chciał. Z jednej strony mówił, że to kara za grzechu, a z drugiej że sprawiedliwi i bogobojni też umierają.
Nie zdawałem sobie sprawy, że Londyn, i pewnie inne miasta w tamtych czasach, były administrowane za pomocą podziału na parafie. To była najmniejsza jednostka administracyjna. Co więcej, wynagrodzenia strażników domów, cyrulików, pielęgniarek były wypłacane z mienia odwiedzanych, a w przypadku jego braku, z mienia parafii.
Dla niektórych fragmentów - opisu życia marynarzy, osób ważących zmarłych na cmentarze, pijanego kobziarza, który zaczął grać na kobzie w wozie z umarłymi, imprezowników śmiejących się w twarz czarnej śmierci - warto!
Poniżej pare ciekawych obserwacji, które mogą być uniwersalną reakcją na tego rodzaju zagrożenie:
• podczas pandemii pojawiło się wielu szarlatanów i oszustów. Widziano złowrogie znaki na niebie. Nawet część duchowieństwa mówiła, że to kara za grzechy.
• pandemia wpływa negatywnie pod względem ekonomicznym na wszystkich ale o wiele bardziej na najuboższych, którzy nie mieli pracy i musieli pracować jako pielęgniarki zadżumionych albo stróże kamienic/kwartałów.
• dżuma w Anglii nie wywoła inflacji ze względu na obfite zbiory i dużą siłę roboczą zmuszoną do pracy za niskie wynagrodzenie.
• najmniej wykształceni korzystali z rad znachorów, wróżbitów, kupowali eliksiry. Najlepiej wykształceni (i najbogatsi) wyjeżdżali do posiadłości na wsi.
• wszelka aktywność usługowa (rzemieślnicza) zamarła.
• w najgorszej sytuacji były kobiety w ciąży ze względu na brak położnych i miejsca do porodu. Czasami znajdowano niemowlęta przy zmarłych matkach.
• według autora proces administracji miastem polegał na doborze najbardziej zaufanych ludzi w danej parafii na egzekutorów prawa pandemicznego
• ludzie pozbawieni celu i środków w złości chodzili po mieście i celowo zarażali innych
• lekceważenie prawa najszybciej i najłatwiej przychodziło najbiedniejszym
• najbardziej lamentowali nad swym losem osoby egoistyczne i zbyt pewne siebie
• w momencie pierwszego spadku liczby zachorowań doszło do ogromnego odprężenia i wyjścia ludzi na ulice
Moje zachcianki czytelnicze kierują się dziwnymi drogami. Sięgnąłem po tę książkę zachęcony wznowionym, pięknym wydaniem. Poza tym chciałem porównać reakcje ludzi na pandemię, przeżyć ciekawą opowieść o walce z dżumą. Otrzymałem natomiast jakąś dziwną formę reportażu, z mikro opowieścią w środku, która jest pisemną formą propagandy londyńskiego rządu.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPrzez książkę...
Jest to swoisty monolog głównego bohatera który przeżył zarazę która nawiedziła Londyn. Dowiadujemy się ile ludzi zmarło, jak sobie radzili w tych ciężkich czasach, jakie środki stosowali w celu uniknięcia choroby, znamienne jest to że od tamtych wydarzeń do obecnych czasów upłynęło setki lat a tak naprawdę wiele się nie zmieniło.
Jest to swoisty monolog głównego bohatera który przeżył zarazę która nawiedziła Londyn. Dowiadujemy się ile ludzi zmarło, jak sobie radzili w tych ciężkich czasach, jakie środki stosowali w celu uniknięcia choroby, znamienne jest to że od tamtych wydarzeń do obecnych czasów upłynęło setki lat a tak naprawdę wiele się nie zmieniło.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to