Człowiek do wszystkiego

Okładka książki Człowiek do wszystkiego autorstwa Robert Walser
Okładka książki Człowiek do wszystkiego autorstwa Robert Walser
Robert Walser Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy Seria: Proza Światowa literatura piękna
290 str. 4 godz. 50 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Seria:
Proza Światowa
Data wydania:
2022-05-16
Data 1. wyd. pol.:
2022-05-16
Liczba stron:
290
Czas czytania
4 godz. 50 min.
Język:
polski
ISBN:
9788381962155
Tłumacz:
Teresa Jętkiewicz
Wznowienie znakomitej powieści Roberta Walsera, wydanej niegdyś przez PIW pod - może efektownym, lecz niemającym wiele wspólnego z oryginalnym - tytułem "Willa Pod Gwiazdą Wieczorną". Oryginalny tytuł ("Der Gehülfe") oznacza kogoś pomiędzy asystentem a pomocnikiem, lokajem a totumfackim. Wyrękę, pomocnika, zaufanego. Wydaje się, że migotliwy status bohatera trafiającego do willi państwa Toblerów, i jego ciągłe samorozsądzanie, kim jest, kim mógłby być, kim byłby zdolny być, kim być powinien - to oś książki.

Bohater, ten niesprecyzownanej kategorii współpracownik, ma w sobie rys samego autora. Walser pracował bowiem w latach 1903-1904 u pewnego technika, którego mania wynalazcza oraz nieudolność w interesach doprowadziły do katastrofy. Jednak jak to u Walsera: nie temat jest tu kluczowy, ale niebywała umiejętność łączenia realizmu obserwacji z rozmachem wyobraźni, aforystyczne ujęcie istoty międzyludzkich relacji, gra ironii z liryzmem; ostrość i swoboda, z jaką kreśli się tu ludzkie rysy, i to, co między ludźmi zachodzi.
Średnia ocen
7,2 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Człowiek do wszystkiego w ulubionej księgarniiPorównywarka z najlepszymi ofertami księgarń W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl. Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki. Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Opinia społeczności i

Człowiek do wszystkiego



1913 1169

Oceny książki Człowiek do wszystkiego

Średnia ocen
7,2 / 10
77 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinie i dyskusje o książce Człowiek do wszystkiego

avatar
507
225

Na półkach:

Niespieszna, naturalistyczna, ale przemawiająca do zakamarków duszy opowieść o relacji pracownika i pracodawcy oraz o tym jak szukać swojego miejsca w świecie w zgodzie z sumieniem. Mimo wieku od wydania nadal aktualna.

Niespieszna, naturalistyczna, ale przemawiająca do zakamarków duszy opowieść o relacji pracownika i pracodawcy oraz o tym jak szukać swojego miejsca w świecie w zgodzie z sumieniem. Mimo wieku od wydania nadal aktualna.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
301
87

Na półkach:

Książka staromodna i elegancka. Byle jesienny liść (czy podwieczorek) ujęty w zgrabną uniwersalną sentencję. A dzięki pełnej ironii ekspozycji starannie zarysowanych postaci można się świetnie bawić, chociaż niewiele się dzieje.

Książka staromodna i elegancka. Byle jesienny liść (czy podwieczorek) ujęty w zgrabną uniwersalną sentencję. A dzięki pełnej ironii ekspozycji starannie zarysowanych postaci można się świetnie bawić, chociaż niewiele się dzieje.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
163
58

Na półkach:

Książka bez wartkiej akcji i na pewno nie dla każdego a jednocześnie na swój sposób magiczna. Dla mnie atmosfera trochę buddenbrookowska, czujemy nadchodzący kataklizm a jednocześnie bawimy się przednio groteskowymi sytuacjami i dziwimy celnym spostrzeżeniom.

Książka bez wartkiej akcji i na pewno nie dla każdego a jednocześnie na swój sposób magiczna. Dla mnie atmosfera trochę buddenbrookowska, czujemy nadchodzący kataklizm a jednocześnie bawimy się przednio groteskowymi sytuacjami i dziwimy celnym spostrzeżeniom.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

228 użytkowników ma tytuł Człowiek do wszystkiego na półkach głównych
  • 136
  • 92
32 użytkowników ma tytuł Człowiek do wszystkiego na półkach dodatkowych
  • 20
  • 4
  • 3
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Człowiek do wszystkiego

Inne książki autora

Robert Walser
Robert Walser
Szwajcarski pisarz tworzący w języku niemieckim. Autor wierszy, powieści, dramatów oraz krótkich utworów prozą.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy Człowiek do wszystkiego przeczytali również

Kąpiel w stawie podczas deszczu George Saunders
Kąpiel w stawie podczas deszczu
George Saunders
Dlaczego w dobie przebodźcowania i literatury instant wciąż warto wracać do tytanów rosyjskiej prozy? Odpowiedź, jaką serwuje nam George Saunders w swojej wybitnej książce Kąpiel w stawie podczas deszczu, jest prosta, a jednocześnie ożywcza: ponieważ wielka literatura to najczystsza forma empatii, jaką wymyślił człowiek. Powieści Tołstoja, Czechowa czy Dostojewskiego nie tracą na aktualności, ponieważ nie zajmują się dekoracjami epoki, lecz niezmienną, krwistą i często bolesną naturą ludzkiego serca. To nie są zakurzone eksponaty z muzeum idei, ale precyzyjne mapy naszych własnych lęków, pragnień i moralnych potknięć, które Saunders odczytuje z rzetelnością chirurga i wrażliwością poety. Moja ocena 8/10 wynika z faktu, że autor dokonał rzeczy niemal niemożliwej – zamienił akademicki wykład w porywającą przygodę intelektualną. Saunders wychodzi z założenia, że powieści o czytaniu klasyków są jednocześnie lekcjami czytania świata, rozumienia innych ludzi i odkrywania samych siebie. Książka ta stała się fenomenem czytelniczym właśnie dlatego, że zdejmuje literaturę piękną z piedestału, czyniąc ją dostępną dla każdego. Sięgają po nią nie tylko ci, którzy nie mają szansy wziąć udziału w elitarnych zajęciach pisarskich prowadzonych przez Saundersa na uniwersytecie Syracuse, ale wszyscy, którzy czują, że współczesna komunikacja staje się zbyt powierzchowna. Największym plusem tej publikacji jest jej struktura. Saunders bierze siedem rosyjskich opowiadań i analizuje je niemal zdanie po zdaniu, pytając: „Dlaczego to działa?”. Jego język jest mięsisty i niezwykle obrazowy; autor nie boi się kolokwializmów, humoru i bardzo osobistych wtrętów. Wysoka nota należy się za brak pruderii w rozkładaniu na czynniki pierwsze błędów wielkich mistrzów oraz zero litości dla czytelnika, którego Saunders zmusza do aktywnego współtworzenia tekstu. Trawestując proces twórczy: czytanie według Saundersa to nie konsumpcja, to raczej wspólna „kąpiel w stawie podczas deszczu” – doświadczenie sensualne, odświeżające i pozwalające poczuć, że pod powierzchnią każdego zdania tętni prawdziwe życie. Nieliczne minusy wynikają z momentami zbyt silnego skupienia na technice pisarskiej, co może być wyzwaniem dla osób szukających jedynie czystej interpretacji filozoficznej. Jednak nawet te techniczne fragmenty Saunders podaje w sosie genialnej narracji, która udowadnia, że dobra opowieść ma moc zmieniania naszej percepcji rzeczywistości. Podsumowując, Kąpiel w stawie podczas deszczu to literackie rekolekcje. Saunders przypomina nam, że klasyka to nie obowiązek, lecz przywilej obcowania z umysłami, które potrafiły zajrzeć w otchłań i wrócić z niej z opowieścią. To książka mądra, pokorna i szalenie inspirująca, która sprawia, że po jej lekturze każde kolejne opowiadanie będziemy czytać z dziesięciokrotnie większą uwagą. George Saunders stworzył pomost między XIX-wieczną Rosją a współczesnością, pokazując, że w kwestii tego, co w nas ludzkie, czas praktycznie stoi w miejscu.
Muminka - awatar Muminka
oceniła na81 miesiąc temu
Trudne miłości Italo Calvino
Trudne miłości
Italo Calvino
„Prawdziwa miłość nie jest dialogiem, lecz splotem dwóch monologów, które błądzą w poszukiwaniu wspólnego rytmu pośród zgiełku codzienności”. Bohaterowie zbioru opowiadań „Trudne miłości” autorstwa Italo Calvino to postacie zanurzone w głębokiej, egzystencjalnej samotności, mimo że ich historie formalnie dotyczą relacji z drugim człowiekiem. Calvino nie kreśli tu klasycznych romansów; jego bohaterami są m.in. podróżny w pociągu, kobieta kąpiąca się w morzu, urzędnik czy fotograf. Każdy z nich znajduje się w sytuacji pozornej bliskości, która jednak zostaje uniemożliwiona przez barierę nieporozumienia, wstydu lub po prostu niefortunnego zbiegu okoliczności. Ich „trudność” nie wynika z wielkich życiowych dramatów, lecz z drobnych, wewnętrznych blokad: braku odpowiedniego słowa, lęku przed dotykiem czy obsesji na punkcie własnego postrzegania rzeczywistości. Są to ludzie, którzy kochają bardziej swoje wyobrażenie o miłości niż osobę stojącą obok, co czyni ich sytuację tyleż komiczną, co przejmująco smutną. Największą zaletą prozy Calvino jest jej niesłychana precyzja i intelektualna elegancja. Autor posiada rzadki dar opisywania najbardziej ulotnych stanów emocjonalnych w sposób niemal geometryczny, klarowny, a zarazem poetycki. Każde opowiadanie to zamknięta, dopracowana do perfekcji miniatura, w której autor analizuje mechanizmy pożądania i alienacji z dystansem badacza i wrażliwością artysty. Styl Calvino jest lekki, a jednocześnie gęsty od znaczeń – potrafi on uczynić z prostego aktu zgubienia części kostiumu kąpielowego wielką metaforę utraty tożsamości. Kolejnym atutem jest humor; subtelna ironia, która pozwala czytelnikowi uśmiechnąć się nad małostkowością i zagubieniem bohaterów, rozpoznając w nich własne lęki. ⚠️ Wady i niedociągnięcia Przyznając ocenę 7/10, należy wskazać na pewną chłodną dystansowość, która dla części odbiorców może być barierą. Calvino bardziej operuje intelektem niż czystym afektem, co sprawia, że historie te czyta się z podziwem dla konstrukcji, ale rzadko z autentycznym wzruszeniem. Momentami narracja staje się zbyt analityczna, co może nużyć czytelnika szukającego w literaturze o miłości większego ognia i emocjonalnego zaangażowania. Niektóre opowiadania wydają się też nieco zbyt abstrakcyjne, tracąc grunt pod nogami w dążeniu do formalnej doskonałości. „Trudne miłości” to lektura obowiązkowa dla wielbicieli prozy wyrafinowanej i poszukującej. Italo Calvino udowadnia, że o uczuciach można pisać bez patosu, skupiając się na milczeniu, które dzieli kochanków skuteczniej niż odległość. To rzetelny, błyskotliwy portret ludzkiej niekomunikatywności, który mimo upływu lat nie stracił nic ze swojej aktualności.
Muminka - awatar Muminka
oceniła na72 miesiące temu
Schron przeciwczasowy Georgi Gospodinow
Schron przeciwczasowy
Georgi Gospodinow
"Od czego właściwie wyszedłem, co chciałem opowiedzieć ... ? Próbuję dokończyć książkę o utracie pamięci i... Spieszę się, żeby ją skończyć, zanim zapomnę, o czym właściwie jest. Ale jeśli wszystko, co piszę, się spełnia, muszę uciec w inną osobę." Dla mnie ta powieść jest jak zagłębianie się w umyśle człowieka ogarniętego chorobą psychiczną — a zarazem kogoś, kto przeżył traumę 1939 roku, uznawanego przez niego za „koniec ludzkiego czasu”. To opowieść o człowieku owładniętym pragnieniem odnalezienia bezpiecznego miejsca w tym, co znane, i jednocześnie sparaliżowanym lękiem przed tym, co może przynieść przyszłość. Pojawia się tu wiele wątków — zarówno osobistych, jak i metafizycznych: postać alter ego bohatera, motyw postępującej choroby Alzheimera, która niczym tytułowy schron staje się azylem, a zarazem osobliwą formą wyzwolenia. Równolegle rozwija się płaszczyzna politycznej dystopii, budowanej na narodowych resentymentach, tworzących przedziwne, chorobliwe konstrukcje — jakby mogły zrodzić się w umyśle szaleńca. Wątek narodowo-europejski wydaje mi się już nieco wyolbrzymiony; mam wrażenie, że osłabia wcześniej subtelnie i ciekawie zarysowane problemy wyobcowania, kruchości pamięci oraz traumy i rozpadu jednostki — procesu, w którym, jak pisze autor, „ktoś wyłącza elektryczność w pokojach twojego własnego ciała”.
karczoch - awatar karczoch
ocenił na72 miesiące temu
Kochanka Wittgensteina David Markson
Kochanka Wittgensteina
David Markson
Trochę przypadkowo w tym miesiącu postanowiłam zerknąć na #MiędzyMaraton u @chrzanizm i tak się akurat złożyło, że „Kochankę Wittgensteina” miałam dodaną na Legimi, więc uznałam, że to jest mój znak, aby po nią sięgnąć. I już od pierwszej strony wiedziałam, że to jest powieść 𝘵𝘰𝘵𝘢𝘭𝘯𝘢. Że ma w sobie to coś, co od zeszłego roku urzeka mnie w prozie eksperymentalnej. Lubię połączenie ciekawostek i wiedzy z elementami filozofii, lubię też płynący strumień świadomości. Jednak to, co wyróżnia pozostałe książki tego typu zamknięte jest w formie, z jaką się mierzymy. Otóż Kate, nasza główna bohaterka, pisze na maszynie, lecz robi to w sposób świetnie odzwierciedlający gonitwę myśli; i tu podkreślam, wielowątkowość i nielinearność miesza się tu z fałszywymi anegdotami i informacjami. Rzadko dostajemy fakty na temat jej życia, częściej wracamy do jednej i tej samej historii, która podobno spotkała Botticelli, gdy ten starał się o pracę u samego papieża. A może to był Michał Anioł? Nie, teraz jak o tym myślę to na pewno był Giotto. I w takiej formie, często powracające motywy przeplatają się ze sobą, serwując nam cały listy utworów operowych, nazw obrazów, fragmentów żywotów malarzy (sama Kate była w końcu w życiu 𝘱𝘳𝘻𝘦𝘥 malarką),a prawdy o nich dowiadujemy się dopiero googlując sobie prawidłowe odpowiedzi. Ale czym właściwie są te „prawidłowe odpowiedzi” w świecie, w którym nikt inny nie może ich zweryfikować? O, bo tu łapiemy kolejne sedno powieści; Kate jest ostatnią kobietą na ziemi, ostatnią istotą. Poznajemy ją już na etapie, gdy przestała szukać innych ludzi czy stworzeń, pogodziła się ze swoją sytuacją. Czasem opowiada nam o swoich przygodach, których doświadczyła podróżując po świecie, o tym, jak być-może-na-pewno widziała kota w Koloseum, ale samych faktów wyjaśniających jak doszło do tego, że świat przerodził się w postapokaliptyczną rzeczywistość mamy niewiele. Zawsze z przyjemnością próbuję zgadywać, co kryje się za myślami nierzetelnych narratorów, których stan psychiczny również nie jest rzeczą pewną. Jeśli też to lubicie, może to być coś dla was!
tylkotrocheczytam - awatar tylkotrocheczytam
ocenił na91 rok temu
Nazwij to snem Henry Roth
Nazwij to snem
Henry Roth
Henry Roth napisał „Nazwij to snem” w latach 30. dwudziestego wieku. Powieść, zyskała większą popularność na rynku amerykańskim dopiero po trzydziestu latach, a następnie znów została zapomniana. Nie bez powodu znalazła się wśród książek wybranych do publikacji przez ArtRage w ramach serii Cymelia, chociaż nie jestem zwolenniczką nazywania arcydziełem każdego tekstu o wartościach artystycznych, a tak właśnie są reklamowane. Wśród opublikowanych w ramach Cymelii, są pozycje naprawdę wyjątkowe, niedoceniane i zasługujące na przypomnienie, a może wręcz odkrycie. Arcydzieło to jednak coś więcej. Można dyskutować na temat utworów, które spełniają warunki przynależności do arcydzieł. Niekwestionowane to Odyseja, Iliada, twórczość Williama Shakespeare'a, Tołstoja. „Nazwij to snem” to z pewnością bardzo dobra, a jak na czasy jej powstania, wręcz nowatorska powieść o traumatycznym dzieciństwie. Sposobem w jaki Roth opisał przeżycia kilkuletniego Dawida z pewnością wyprzedził swoje czasy, kiedy psychologia dziecięca dopiero zaczynała się rozwijać. To również wnikliwy obraz początków wielkiej żydowskiej emigracji i życia tej mniejszości w Nowym Jorku, w okresie poprzedzającym lata Wielkiego Kryzysu. Krótki zarys fabuły. Razem z największą falą uchodźców, wśród nich europejskich Żydów, do Nowego Jorku przybywa sprowadzona przez męża z Austro-Węgier Gienia z ich synem Dawidem. Jest rok 1907. Ojciec nie widział jeszcze syna, ale już nie żywi do niego żadnych cieplejszych uczuć. Jest żydowskim emigrantem, człowiekiem pełnym sprzeczności, apodyktycznym, porywczym, złośliwym - trudnym mężem, okrutnym ojcem. Opiekuńcza, czuła i kochająca matka stara się wynagrodzić chłopcu brak ojcowskiej uwagi. Żydowska diaspora w Nowym Jorku klepie biedę w ubogich czynszówkach emigranckiej dzielnicy – rodzaju getta dla pogardzanej przez inne mniejszości grupy społecznej. Matka chłopca porozumiewa się tylko w języku jidysz, prowadzi dom, gotuje, opiekuje się chłopcem. Niezależnie od miejsca i czasu potrzeby dziecka są takie same. To poczucie bezpieczeństwa, miłości, zaufania i własnej wartości. Wobec ich braku, Dawid, mimo starań matki, nie ma szans na normalne dzieciństwo. Jego życie wypełnione jest lękiem: przed ojcem, utratą matczynej opieki, kolegami, obcą okolicą, niezrozumiałą religią, rabinem, otoczoną tajemnicami przeszłością. Przypomina koszmarny sen o dzieciństwie: „Można to właściwie nazwać snem. Bo tylko tuż przed snem uszy zyskują moc powtórnego przywołania przeraźliwego wrzasku, ochrypłego głosu, krzyku strachu, dźwięku dzwonu, ciężkiego oddechu, ryku tłumu i wszystkich dźwięków, które fermentowały w kadziach ciszy i przeszłości” Powieść ma wiele walorów, wśród nich są żywe dialogi, psychologiczna prawda wielu (nawet drugoplanowych) postaci, niezwykłe wewnętrzne monologi dziecka. Ma świetne sceny i trzymające w napięciu fragmenty, ale są w niej również rozdziały które powodowały zawieszenie akcji. Doceniam ciekawą formę i wartości kulturowe. To było ciekawe, ale jednak dość męczące doświadczenie. O ile mogę się emocjonalnie odseparować od przeżyć ludzi dorosłych, to wobec cierpienia osamotnionego w brutalnej rzeczywistości dziecka trudno pozostać obojętnym, chociaż nadmierna empatia dla postaci literackiej żyjącej sto lat temu na innym kontynencie wydaje się irracjonalna.
Iksja - awatar Iksja
oceniła na71 miesiąc temu
Dzień, w którym umarło słońce Yan Lianke
Dzień, w którym umarło słońce
Yan Lianke
To moja druga powieść Yana Lianke, pierwszą była "Sen Wioski Ding". To, co mnie urzeka w stylu pisania autora (oraz niesamowitym tłumaczeniu),to prostota, a jednocześnie ogromna zawiłość przekazywanych obrazów. Naturalistyczne wręcz podejście do rzeczywistości. Autor nie boi się pisać o rzeczach cielesnych, okrutnych, dla niektórych obrzydliwych. To wszystko jest jednakże pokazane z perspektywy dziecka, naiwnego, pochłaniającego życie takim, jakie jest, bez żadnych ukrytych znaczeń, co pozwala na spojrzenie na sytuację taką, jaką jest. Fascynująca jest sytuacja przedstawiona czytelnikowi. Niczym sen, niczym koszmar, mara, jakbyśmy sami niechcący trafili do Gaotian i lunatykowali razem z mieszkańcami. Jakbyśmy sami musieli obrać którąś ze stron, któreś z podejść bohaterów. Jest to powieść mocna przez tematy, jakie porusza. Yan Lianke po raz kolejny opowiada o śmierci, tym razem dobitniej, dosadniej, o tych brzydkich stronach, o tym, co społeczeństwo utraciło przez odebranie im dotychczasowej formy pożegnania ze zmarłym - pochówek został zamieniony w kremację, z czym nie mogli się pogodzić mieszkańcy miasta, ale też zdaje się członkowie społeczeństwa. W wielu książkach zauważyłam, jak ta zmiana wpłynęła na mentalność starszego pokolenia, jak mocno niezrozumiały był to postępek z perspektywy duchowej. I tu też to mocno odbija się echem w powieści Yana Lianke. Dla wrażliwych - nie polecam. Dla tych, którzy poszukują czegoś mocniejszego - myślę, że może się spodobać, aczkolwiek warto pamiętać, że książka jest długa, wiele sytuacji się powtarza i rozwleka, przez co może się dłużyć. Ale budowanie napięcia jest fenomenalne, za każdym razem łapałam się na tym, że stresowałam się - co będzie dalej? Czy bohater przeżyje?; żadnej z sytuacji nie dało mi się przewidzieć. Jest to lektura naprawdę dobra. Warto dotrzeć do końca.
Zuzanna Gieszcz - awatar Zuzanna Gieszcz
ocenił na81 rok temu
Trzy opowieści César Aira
Trzy opowieści
César Aira
„Trzy opowieści” są jak lody truskawkowe – przepyszne, szybko topnieją, można się nimi (śmiertelnie) zatruć. Kogo więc Aira podaje nam w wafelku? Sześcioletnią dziewczynkę (a właściwie na zmianę dziewczynkę i chłopca),która zostaje ofiarą masowych otruć arszenikiem i świadkiem morderstwa dokonanego przez jej/jego ojca. Pisarza-rozwodnika, który w wyniku bezsenności halucynuje i ogląda dużo telewizji. Wreszcie grupę queerowych nastolatek zabawiających się w komando miłości rodem z filmów Tarantino. W centralnym punkcie Aira zdaje się stawiać pojęcie realności. Jego bohaterowie w wyniku trudnych wydarzeń doświadczają wewnętrznych pęknięć, transgresji do rzeczywistości jakby rzeczywistszych. Barykadują się oni we własnych wewnętrznych światach, porządkując je według groteskowej, lecz precyzyjnej logiki. Udosłowniają metafory – wystarczy wspomnieć, że żona pisarza, uznana przez niego za potwora, cofa go do czasów przed rewolucją francuską, bo podobno wtedy nastał kres wszystkich potworów. Co to znaczy? Nie do końca wiadomo, ale groza tego przeniesienia łatwo się udziela. Zwłaszcza że bohaterowie opowieści podlegają wszechosaczającej konieczności przemocy. Dla mnie opowieści Airy są radiem – cały czas nadają szumy przetykane treściami. Niechlujny, potoczny język wykwita niekiedy głębokim pięknem, ale przede wszystkim nigdy się nie zatrzymuje. Wszystko wiąże się ze wszystkim, stawiając czynny opór związkom przyczynowo-skutkowym. W zamian za to tworzy związki i języki deliryczne i osobliwe – tajemny język kwiatów, czy język porządkowany według samym samogłosek. Czytając, nie można stracić czujności i cały czas regulować odbiornik. I tak, ten wysiłek bardzo się opłaca.
Histeria Oka - awatar Histeria Oka
oceniła na81 rok temu
Jakob von Gunten. Dziennik Robert Walser
Jakob von Gunten. Dziennik
Robert Walser
Jakob, dobrowolnie, w półrealnym instytucie nauki posłuszeństwa i podporządkowania, zamiast indywidualności i poczucia wolności, gdzie uczniowie mają stać się idealnymi służącymi - bezmyślnymi, zdyscyplinowanymi, pozbawionymi buntu a edukacja polega na powtarzaniu formułek i tresurze gestów... debiutem Roberta Walsera była powieść „Rodzeństwo Tanner” (Geschwister Tanner, 1907),rok później ukazał się „Pomocnik” (Der Gehülfe, 1908) - „Jakob von Gunten” (1909) domyka tę wczesną trylogię o młodych mężczyznach wchodzących w świat instytucji i pracy. *** Posłowie W połowie 1905 roku dwudziestosiedmioletni Robert Walser, od dawna imający się różnych zajęć i podejmujący coraz to nowe posady (najczęściej urzędnika, kopisty, subiekta, niekiedy służącego),ukończył w Berlinie kurs dla profesjonalnych lokajów. Świeżo nabyte umiejętności miał okazję wkrótce wypróbować podczas kilkumiesięcznej służby w starym i (wnosząc z przedwojennych fotografii) raczej posępnym zamku rodziny von Hochberg w Dąbrowie Niemodlińskiej pod Opolem. Okres ten opisał w niewielkim utworze Tobold II. Ma on, jak to u Walsera, cechy beletryzowanego wspomnienia i jest tym ciekawszy, że da się go potraktować jak epilog (jeden z wielu możliwych) książki, którą czytelnicy trzymają w rękach – Jakoba von Guntena. Nająwszy się na służbę w hrabiowskiej rezydencji, Tobold, młody poeta, zostaje pouczony przez sekretarza pana hrabiego następującymi słowy: Oczekujemy, że okaże się pan pilny, wierny, punktualny, układny, grzeczny, uczciwy, pracowity, obowiązkowy i zawsze posłuszny. Wygląda pan zadowalająco, miejmy nadzieję, że będzie się pan równie zadowalająco sprawował. Musi pan od tej chwili starannie tonować i uszlachetniać wszystkie swoje ruchy. Tu, na zamku, nie tolerujemy i nie będziemy tolerować natur kanciastych i hałaśliwych. Zechce pan to sobie łaskawie raz na zawsze zapamiętać. Musi pan przyjąć do wiadomości, że głosy są tu ściszone, a każdy gest wytworny wyważony. Proszę pozbyć się wszystkiego, co w pańskim obejściu jest jeszcze szorstkie i twarde. Pouczenie pana sekretarza nasz bohater (jak to zwykle bywa w utworach Walsera, gdzie szefowie sztorcują podwładnych, oczekując od nich poprawy, a ci odpłacają im jeszcze większym zuchwalstwem) puści mimo uszu, przyznając: „Stopniowo wyzbywałem się wszelkiej nieśmiałości, a za to stawałem się zuchwały, pewny siebie i arogancki”. W jego wyznaniu jest jednak wiele przesady. Tobold, mimo początkowych niedociągnięć, wynikających tyleż z braku wyrobienia, co z nadmiaru inicjatywy i chęci popisywania się, ostatecznie sprawdził się jako lokaj, zbierał pochwały od przełożonych, a zamek hrabiego K. opuścił z dobrymi referencjami. Można by rzec, odnalazł się w swojej roli, co wśród bohaterów Walsera, wolnych ptaków, których bieda zmusiła do tego, by nagięli się do rygorów rynku pracy i z entuzjazmem wypełniali swe obowiązki, bynajmniej nie stanowi reguły. Czy odnalazłby się tam i nagiął Jakob von Gunten, niesforny absolwent Instytutu Benjamenty? No właśnie, Jakob von Gunten. Książka, w której opisano jego losy, czy raczej dłuższy pobyt w przedziwnej placówce wychowawczej, trochę na wyrost zwanej Instytutem, ukazała się nieco wcześniej niż historia Tobolda, bo w 1909 roku w Berlinie – jako trzecia powieść Walsera po Rodzeństwie Tanner oraz Willi Pod Gwiazdą Wieczorną. Kiedy pisarz ją tworzył, wspomnienia z kursu lokajów musiały być wciąż świeże, co nie przeszkodziło mu zarzekać się w posłowiu, że utwór jest „w przeważającej części poetycką fantazją”. I rzeczywiście, jeżeli sprawozdanie Tobolda rzadko kiedy wychodzi poza realistyczne ramy, to opowieść o szkole dla lokajów jest przede wszystkim fantasmagorią, w której tu i ówdzie pobłyskują być może okruchy biografii Roberta Walsera. Kwestia „ile jest Walsera w von Guntenie” nie jest zresztą aż tak istotna. Wiadomo, że pisarz w swoich utworach chętnie mylił tropy, podmieniał nazwiska, przybierał maski, kazał bohaterom (jak choćby von Guntenowi) pisać listy, fikcyjne życiorysy i pamiętniki, mieszał prawdę ze zmyśleniem, przyznawał, że idzie o opowieści autobiograficzne, by prędko z takich deklaracji się wycofywać. Tak jest też z jego służącymi, a przypomnieć warto, że żywot służącego stanowi jeden z wiodących tematów w prozie Walsera. Jako służący u ekscentrycznej damy z ciężko chorym synkiem przepracował kilka tygodni Simon Tanner, pierwszoplanowy bohater Rodzeństwa, otwierając tym samym poczet Walserowskich sług, pomocników i asystentów. Tamta pierwsza służba (a może nie pierwsza, zważywszy, że wcześniej Walser powołał do życia niemałe grono biurowych wyrobników, pozbawionych inicjatywy i bez reszty zależnych od humorów surowych przełożonych) niewolna była zresztą od napięć natury erotycznej. W oczach Simona, i w jego masochistycznych fantazjach, mieszczańska chlebodawczyni stawała się panią i władczynią, zdolną nie tylko zbesztać, ale i spoliczkować swojego sługę. Ale i on sam mógł stanowić dla niej przelotną atrakcję: zarazem hardy i uniżony, kulturalny i trochę dziki, posłuszny i głodny najwymyślniejszych reprymend. Podobnie uwikłany w emocje swoich państwa jest Józef Marti, asystent (czy pomagier, Gehülfe, jak stanowi niemiecki tytuł książki3) szalonego wynalazcy Toblera z Willi Pod Gwiazdą Wieczorną, a przy okazji powiernik jego żony. Chaotyczny i brutalny charakter pana domu, nie wspominając o jego nieudacznictwie, przysparza cierpień całej rodzinie. Ale i egocentryzm pani Toblerowej ujemnie odbija się na psychice mieszkańców willi. Marti, sługa tyleż zuchwały i wygadany, co chwiejny i tchórzliwy, próbuje ingerować w życie Toblerów i ich dzieci, ostatecznie jednak, niewiele rozumiejąc z dynamiki relacji między tak niepodobnymi do siebie małżonkami (albo rozumiejąc zbyt wiele),zadowala się zręcznym lawirowaniem. Schemat ten Walser powtórzy w Jakobie von Guntenie, tworząc parę postaci zarządzających instytucją – rodzeństwo Benjamentów. To wobec nich będzie orientował się tytułowy bohater, najbardziej fantasmagoryczne wcielenie Roberta Walsera. Jak oddać ducha tej pięknej książki? W jakiejś mierze jest ona – na co niejednokrotnie zwracali uwagę krytycy – parodią klasycznego Bildungsroman, z tradycją sięgającą Wihelma Meistra. Stąd idea kształcenia i wychowania, nauki, tak bliska Goethemu, stąd obecność tematyki teatralnej: Jakob i jego koledzy urządzają na lekcjach przedstawienia, idąc po trosze w ślady Wilhelma zmagającego się z inscenizacją Hamleta, a po trosze Walsera, który próbował swych sił w aktorskim fachu. Zarazem mamy tu parodię, czy wręcz karykaturę solidnej placówki wychowawczej, ponieważ w Instytucie Benjamenty oświeceniowe ideały Bildung ulegają odwróceniu. Dewiza szkoły brzmi: „Mało, ale gruntownie”, i faktycznie, króluje tu regulamin, a nauka (czy też formowanie) polega na powtarzaniu wykutych na blachę formułek i kelnerskich gestów oraz na zaprowadzaniu dyscypliny, tak że każdy uczeń ma w końcu „okrutny wyraz twarzy, jak kapral w czasie musztry”. Wszystko dlatego, że Instytut nie obiecuje uczniom indywidualnego rozwoju, przeciwnie, za cel stawia sobie ukształtowanie doskonałych lokajów, zdatnych do służby u możnych. Sługa nie może być ani trochę fajtłapowaty, powinien być za to bezmyślny i niezdolny do buntu. Stąd zachęty pedagogów, by uczniowie umniejszali siebie, wręcz samoponiżali – ku satysfakcji przyszłych pracodawców, takich jak mieszczka z chorym dzieckiem z Rodzeństwa Tanner. Absolwenci Instytutu mają odnaleźć swoje miejsce w społeczeństwie – najniżej, jak się da. Pewnie z tego powodu metody wychowawcze Benjamenty i towarzyszący im tępy dryl, a nawet bicie, nawiązują do wyobrażeń Kleista o idealnym teatrze marionetek, gdzie tańczące lalki pozbawione są duszy i dlatego nie popełniają błędów. Druga zasada szkoły szlifującej styl przyszłych posługaczy brzmi: „Odzwyczaić od własnej natury”. Tyle że z naturą rozstać się niełatwo. Instytut jest nie tylko szkołą lokajskiego drylu, ale miejscem dojrzewania, budzenia się pragnień i z trudem tłumionych popędów. Jakob von Gunten nie jest w nim zresztą sam. Grupa kilku bądź kilkunastu chłopców, czy raczej młodzieńców wkraczających w życie, stanowi coś w rodzaju rozwichrzonej wspólnoty odmiennych temperamentów i zapatrywań, przypominając bohaterów wydanej ledwie trzy lata przed Jakobem von Guntenem powieści Roberta Musila Niepokoje wychowanka Törlessa. Wprawdzie kadeci z Instytutu dla dorastającej młodzieży w odległej mieścinie ck monarchii wywodzą się z tzw. dobrych domów – inaczej niż uczniowie Instytutu Benjamenty, gdzie tylko Jakob może pochwalić się „zacnymi rodzicami” i przyimkiem von w nazwisku – jednak internatowa codzienność oraz towarzyszące jej mechanizmy rywalizacji, krystalizowania się hierarchii, jawnej i ukrytej przemocy są podobne, choć u Walsera zdecydowanie mniej drastyczne niż u Musila. Zwłaszcza relacja von Guntena z Krausem, niezbyt lotnym, za to zdyscyplinowanym uczniem, który naprawdę marzy o dobrej posadzie służącego, niewolna od dominacji ze strony zdolniejszego i skłonnego kwestionować instytutowe zasady Jakoba, ma w sobie coś niepokojąco asymetrycznego, choć nigdy nie stanie się czymś na podobieństwo związku Törlessa z podległym mu Basinim. Przede wszystkim Jakob musi odnaleźć się między rodzeństwem Benjamentów, tak jak Józef Marti musiał manewrować między Toblerami. Różnica między instytutem a willą nieudanego przemysłowca jest jednak zasadnicza. Zamiast dysfunkcyjnego małżeństwa, które wysługuje się pomagierem, otrzymujemy dwie relacje erotyczne: między panem Benjamentą a Jakobem oraz między Jakobem a panną Benjamenta. To, że opryskliwy i emocjonalnie niestabilny dyrektor placówki zakochuje się w nowo przybyłym uczniu, staje się jasne na długo przed tym, jak sam mu to zakomunikuje, mówiąc: „[...] powziąłem do ciebie dziwną, całkiem szczególną, w obecnej chwili nieprzezwyciężalną skłonność”. Jakob od początku jest faworytem „pana przełożonego” i jego oczkiem w głowie, jednak fascynacja pedagogiczna prędko przeradza się w miłosną, faworyt staje się ukochanym, czego długo zdaje się nie dostrzegać, albo interpretuje, w ramach ekonomii sił między uczniem a podziwianym przezeń nauczycielem, jako okazywanie szacunku prymusowi. Niewykluczone, że we właściwym rozeznaniu uczuć dyrektora przeszkadza Jakobowi druga fascynacja. Jakob otóż prędko zakochuje się w swojej nauczycielce, czyli pannie Benjamenta, przy czym afekt ten i rodzące się pod jego wpływem uczucie (w filmowej interpretacji braci Quay stroną inicjującą jest nauczycielka, która pragnie Jakoba) dalece wykracza poza masochistyczną fantazję czy cichy kult niedostępnej władczyni. Jakob kocha Lisę jak kobietę i jak cierpiącą istotę: „Te oczy! Gdy człowiek na nie patrzy, to jakby spoglądał w jakieś otchłanie lęku i głębi”, doprowadzając do tego, że nauczycielka wprowadzi go na „wewnętrzne apartamenty” szkoły i własnych tęsknot. Trzeci bok trójkąta, relacja pomiędzy rodzeństwem Benjamentów, stanowi tajemnicę. Wiadomo, że oboje zamieszkują „wewnętrzne apartamenty”, zdani na siebie jako para przeciwieństw: on olbrzymi i ekspansywny, mimo że najlepsze lata ma już za sobą, ona delikatna i wycofana, podobna do anioła. Oboje władczy, choć każde na swój sposób, oboje w stanie rozdrażnienia, jakby ostatecznego napięcia nerwów, on wybuchowy i sfrustrowany, ona chorobliwie blada i drążona przez smutek. Życie Instytutu pulsuje zgodnie z rytmem psychicznym tych dwojga, połączonych więzią, która przywodzi na myśl Zagładę domu Usherów Edgara Allana Poego. Czy Walser czytał to opowiadanie? Nie wiadomo. Stylistyka grozy nie była mu całkiem obca, czego świadectwem są dwa drobne utwory prozą – Porzucona i Schwendimann. Ale nawet jeżeli nie czytał, intuicja go nie zawiodła: funkcjonowanie placówki zależy od kruchej równowagi między bratem a siostrą. Wydaje się, że uległa ona zaburzeniu niedługo po pojawieniu się Jakoba von Guntena. Tyle że inaczej niż u Poego, gdzie degradacja bliźniąt przebiega równolegle, u Walsera w miarę gaśnięcia siostry ego brata rośnie, budzą się (także pod wpływem zauroczenia Jakobem) drzemiące w nim moce. Panna Benjamenta umiera, jak sama mówi, bo nie zaznała w życiu miłości. Powiernikiem jej tajemnicy, jakże by inaczej, jest Jakob, zakochany w niej młodzieniec. Ale nie on jeden odczuwa do nauczycielki coś więcej niż przywiązanie. Tak naprawdę jest ona równie droga wszystkim uczniom, co podsumuje Kraus we wzruszającym przemówieniu nad jej ciałem: „Śpij, spoczywaj słodko, uwielbiana nasza pani”. Na właściwe czuwanie przy siostrze, gdy pozostali uczniowie opuszczą mury Instytutu, pan Benjamenta zaprosi tylko Jakoba. W obecności zmarłej (czy aby na pewno? – tak jak u Poego przedwczesna śmierć siostry wcale nie jest oczywista) zawrą swoje przymierze. Pan Benjamenta, kiedyś potężny, następnie zdegradowany biurową mitręgą, odzyskuje siły. Jakob opuści wraz z nim martwą placówkę i uda się w świat, żeby uciec od kultury i roztopić się w kosmosie – przynajmniej takie są plany. Czy się ziszczą? Zakończenie, skądinąd może nadmiernie ekspresjonistyczne, nie pozwala dać jednoznacznej odpowiedzi. Co jest tu snem, co marzeniem, a co koszmarem ostatecznej zatraty? „Jeśli zginę i zmarnieję, co właściwie zginie i zmarnieje?” – pyta sam siebie Jakob von Gunten. Gdy zadaje sobie to pytanie, Instytut Benjamenty, stanowiący przez chwilę cały świat, już nie istnieje. Ale czy istniał w ogóle? Powiedziane jest, że „Instytut Benjamenty cieszył się dawniej większym rozgłosem i uznaniem”. Kto wie, może tak było. Teraz jest wyraźnie podupadły i to bynajmniej nie dlatego, że świat nie potrzebuje wytresowanych służących. Jakaś niemoc zagościła w placówce, a zjawienie się von Guntena co najwyżej przyśpieszyło rozkład. Dyrektor szkoły przeważnie czyta gazety, pogrążony w zgnuśnieniu. Jego siostra coraz częściej płacze, nieobecna duchem. Absolwenci odchodzą, w ich miejsce nie przyjmuje się nowych. W gruncie rzeczy wcale nie jest jasne, czy Instytut, ów „przedsionek pokojów mieszkalnych i paradnych sal życia”, wciąż żyje. Wszystko jest tu przejściowe, nietrwałe, zawieszone w powietrzu: czuwanie, jedzenie, spanie i nauka. Wszystko pogrążone we śnie: „[...] panowie wychowawcy i nauczyciele śpią albo pomarli, albo są w letargu, albo zamienili się w kamienie”. Nic dziwnego, że pewnego dnia szkoła skojarzy się Jakobowi z domem umarłych. A polskim czytelnikom zmierzch i upadek Instytutu Benjamenty, a wcześniej ów osobliwy stan zawieszenia między jawą a snem oraz życiem i nieżyciem, tudzież sekrety wychowawców, starannie poukrywane w niedostępnych dla uczniów pomieszczeniach budynku, może przypominać dwie książki, których Walser znać nie mógł, ale mógł je wyśnić: Sanatorium pod Klepsydrą i Akademię pana Kleksa. Ich wielbiciele na pewno na Walserze się nie zawiodą. A może odnajdą u Benjamentów swoje miejsce, choćby na krótką chwilę?
MrOrinow - awatar MrOrinow
ocenił na81 miesiąc temu

Cytaty z książki Człowiek do wszystkiego

Więcej

A bywały także dni prawdziwie jesienne, ani szczególnie piękne, ani ponure, ani słoneczne, ani ciemne, lecz takie, co od rana do wieczora są równomiernie jasne i ciemne, kiedy obraz świata jednaki jest o jedenastej rano i o czwartej po południu, wszystko jest spokojne, matowozłote i trochę melancholijne, a barwy wycofują się w milczeniu, jak gdyby pogrążając się we własne, pełne troski sny".

A bywały także dni prawdziwie jesienne, ani szczególnie piękne, ani ponure, ani słoneczne, ani ciemne, lecz takie, co od rana do wieczora są równomiernie jasne i ciemne, kiedy obraz świata jednaki jest o jedenastej rano i o czwartej po południu, wszystko jest spokojne, matowozłote i trochę melancholijne, a barwy wycofują się w milczeniu, jak gdyby pogrążając się we własne, pełn...

Rozwiń
Robert Walser Człowiek do wszystkiego Zobacz więcej
Więcej