(1974)
[Fatuhiva: tilbaka till naturen (powrót do natury)]
„Nasz wybór padł na [polinezyjską wyspę] Fatu Hiva [w archipelagu Markizów]. Górzystą i samotną. Bogatą w słońce, owoce i wodę do picia. Nieliczni krajowcy i żadnych białych ludzi. […]
[…] w smagającym wietrze wyruszyliśmy w gwiazdkowy poranek [1936] na Fatu Hiva w naszą podróż poślubną” (str. 21-22).
„Fatu Hiva, najpiękniejsza i najbogatsza w zieloność wyspa Mórz Południowych. […] była najbujniejszą wyspą […]. Skoro zniknęło z rejonu dziewięćdziesiąt osiem tysięcy ludzi, musiało być dosyć przestrzeni dla nas dwojga. Wśród opuszczonych ruin musiało być jakieś spokojne miejsce. Miejsce odległe od wszelkich chorób. Miejsce, gdzie nie zapuściła korzeni cywilizacja i gdzie jest obfitość owoców w zarośniętych, opuszczonych ogrodach. Może udałoby się nam znaleźć jakąś opuszczoną dolinę, samotny płaskowyż czy niewielką płodną zatokę. Tam moglibyśmy zbudować sobie mały domek. Z patyków i liści. Tam moglibyśmy zdobywać sobie sobie wyżywienie w lesie. Karmić się owocami, rybami i jajkami. Zjednoczeni z naturą. Wśród palm i listowia. Pośród ptaków i zwierząt. Słońca i deszczu.
Tam moglibyśmy dokonać naszego eksperymentu. Wrócić do lasu. Porzucić czasy dzisiejsze. Kulturę. Cywilizację. Przeskoczyć o tysiące lat w przeszłość. Do sposobu życia pierwotnego człowieka. Do samego życia w jego najpełniejszej i najprostszej postaci.
Czy to by się udało? W teorii tak. To nas nie interesowało. Chcieliśmy tego popróbować. Chcieliśmy się przekonać, czy my dwoje, mężczyzna i kobieta, zdołamy podjąć na nowo życie porzucone przez naszych pierwotnych przodków. Czy potrafimy oderwać się od naszego sztucznego życia. Zupełnie i całkowicie. Być niezależni. Niezależni od jakiejkolwiek pomocy ze strony cywilizacji. Niezależni od wszystkiego z wyjątkiem natury” (str. 21).
W międzywojniu, młody 23-letni Thor Heyerdahl (1914-2002) wraz ze swoja świeżo poślubioną, dwa lata młodszą żoną Liv (1916-1969)*, kierowani pragnieniem zerwania z cywilizacją, udają się do tropikalnej Polinezji Francuskiej, aby tam, na własną rękę, poczuć utraconą więź z przyrodą.
Oficjalnie, przyszły showman realizuje projekt badawczy: gromadzi drobne organizmy i prowadzi obserwacje**. Wywiązuje się ze swojego obowiązku, taszcząc liczne probówki i słoiki z owadami i skorupiakami, a dodatkowo stawia sobie za cel przywiezie kilku polinezyjskich czaszek, drobnych artefaktów oraz porzuconych narzędzi. Mimo oczarowania lokalną przyrodą i dogodnymi warunkami, najwięcej uwagi poświęca ludziom, jeśli pisze o roślinach, to głównie pod kątem użytkowym, przydatnością dla człowieka, jako pokarm, lek lub materiał konstrukcyjny – wyjazd o podłożu zoologicznym, szybko przekształca się w antropologiczno-archeologiczny. Heyerdahl opowiada jakie doświadczenia popchnęły go do snucia teorii o tajemniczym, białym plemieniu i pamiętnego rejsu tratwą. Jest w nim wiele szczerego uznania dla wyspiarzy, dla ich wiedzy praktycznej i znajomości leśnego survivalu; jednocześnie nie pomija ciemnych stron lokalnej społeczności, „psutej” przez cywilizację, jej skłonności do ostracyzmu, podsycanej przez toksycznego duchownego, zamiłowania do pijaństwa, bezwstydnych oszustw i kradzieży.
Rajska wyspa, pozornie replika ogrodu Eden, traci przy bliższym poznaniu. Szybko okazuje się, że wyspiarze cierpią na trąd i słoniowaciznę, a z czasem doskwierać zaczyna wysoka wilgotność, wszechobecne robactwo, pleśń i niegojące rany, oporne wobec ziołowych maści. W połowie książki, autor stwierdza trzeźwo: „Ażeby poznać prawdziwą wartość cywilizacji, porzuciliśmy wszystkie jej dobrodziejstwa i korzyści wraz z tym, co [pochopnie, błędnie] uważaliśmy za jej zło” (str. 163).
Aby podreperować zdrowie, młode małżeństwo płynie na Hiva Oa; po zaleczeniu ran wracają, tym razem na wschodnią, wyludnioną stronę wyspy, gdzie żyją szczęśliwie zgodnie z poczynionymi planami, korzystając z owoców morza i półdzikiego ogrodu, do czasu, kiedy zjawiają się mieszkańcy zachodniego wybrzeża, którzy burzą sielankę. Młodzi ewakuują się do jaskini na południu, odizolowanej, bezpiecznej samotni, co także nie odbywa się bez komplikacji. Tam wypatrują statku, który zabierze ich z wyspy.
„[…] długi rok na Fatu Hiva” (str. 331)*** doprowadził małżeństwo do cennych refleksji, pomógł pozbyć się złudzeń, docenić cywilizację, zrozumieć potrzebę równowagi, a przede wszystkim uświadamia Thorowi, co chciałby robić przez resztę życia.
__________________________
* W roku w którym książka trafiła do księgarń, Liv nie żyła już od pięciu lat, a jego partnerką była Yvonne (z którą rozwiódł się rok po polskim wydaniu Fatu Hivy). Szkoda, że nie zadedykował jej książki, nawet nie wspomniał o tym, że jego towarzyszka podróży odeszła. To byłby odpowiedni ukłon w stronę kobiety, z którą dzielił trudy tego młodzieńczego eksperymentu, niezależnie od powodów które stały za zakończeniem związku.
** Celem jest przyczynienie się do lepszego zrozumienia transoceanicznej migracji fauny i jej lokalnej mikroewolucji.
*** „[…] 15-month stay on the Marquesan island of Fatu Hiva in 1937–38” (https://en.wikipedia.org/wiki/Fatu_Hiva_(book)). Na str. 63 Heyerdahl pisze o roku. Bazując na wieku Thora (22 l.) i Liv (20 l.),dacie premiery På Jakt efter Paradiset (1938) [str. 19] i fakcie, że wypłynęli w grudniu a pobyt trwał kilkanaście miesięcy, wynika, że większość pobytu na Markizach miała miejsce w ‘37.
•
Książka bazuje na debiucie z ‘38 (På Jakt efter Paradiset),wspomnianym na ostatniej stronie jako „mała książeczka po norwesku” (str. 343). Fatu Hiva to jej „poszerzona wersja” (ibid.). Pierwotna publikacja nie przyniosła Heyerdahlowi rozgłosu, nie została też przetłumaczona, dlatego autor bestsellerowej Wyprawy Kon-Tiki (1947),Aku-aku (1957) które rozbudziło światowe zainteresowanie Wyspą Wielkanocną i Ekspedycji Ra (1970),zdecydował się na twórczy recykling. Korzystając z popularności ruchu hipisowskiego, wraca do lat młodzieńczych, aby opowiedzieć o życiu zgodnym z rytmem natury, na jej łonie, o pierwszych doświadczeniach podróżniczych, głodzie świata oraz korzeniach swoich zwariowanych teorii.
Młody Heyerdahl, dzielił pragnienia bohatera głośnego reportażu Jona Krakauera, Chrisa McCandlessa (1968-1992). Fakty są jednak takie, że ani jeden, ani drugi, nie przestali być wytworami swojej cywilizacji, i nigdy jej w pełni nie porzucili – tak duchowo jak i materialnie*. Wizja młodych Norwegów była wyidealizowana, ale nie naiwna**, otwarta na doświadczenie i weryfikację.
Ostatecznie zabawa w Robinsona Crusoe i Piętaszka na środku Pacyfiku, okazała się słodko-gorzkim doświadczeniem, które obu wyszło na dobre.
Pobyt na wyspie musiał być ciekawym przeżyciem angażującym wszystkie zmysły, niemalże o charakterze formatującym, ale z perspektywy czytelnika nie obfitował w sensacyjne doświadczenia i wstrząsające przygody, choć w oczach młodego małżeństwa, w obcym środowisku, z dala od domu, takimi mogły się wydawać, i tak też Heyerdahl stara się je niekiedy przedstawiać. Całość stanowi opis wakacji życia, wspomnienia z radosnej młodości w trakcie chwilowej ciszy przed wielką nawałnicą II wojny światowej. Skierowana jest do masowego, zabieganego odbiorcy, który nie ma podobnych możliwości – czasowych i finansowych – tkwiącego po uszy w „dobrodziejstwach” zachodniej cywilizacji. Wspomnienia przetwarzane przez mężczyznę po sześćdziesiątce, który wie znacznie więcej niż dwudziestoparolatek, ale wbrew temu co pisze, zdaje się z tym konsekwentnie nie zdradzać (!). Przy opisach przybijania do brzegu, odwiedzinach zdziczałego kota i relacjach z codziennej rutyny – wieje nudą. Fragmenty eseistyczne, często o charakterze dydaktycznym, w których nie brakuje komunałów***, będą dla dojrzałego czytelnika nużące i przesadnie zagmatwane. Młodszy odbiorca, jeśli znajdzie w sobie dość siły na tę lekturę (nieco już przeterminowaną),może poczuć się mile połechtany, odnajdując w Heyerdahlu bratnią duszę, może nawet zaszczepi sobie dzięki jego wywodom właściwe wzorce, zdrowy stosunek do przyrody i cywilizacji, ale człowiek mający już jakiś bagaż doświadczeń, który sam doszedł do podobnych wniosków, bez rocznego pobytu na egzotycznej wyspie, będzie czuł się rozczarowany, a pewne błędy merytoryczne, których trochę się do tekstu wkradło, lub które są w nim wręcz umieszczane z premedytacją, tylko pogłębią te odczucia.
(Miejscami, autor nie tyle opisuje swoje doświadczenia, co je kreuje, to i owo sobie dopowiadając lub łatając pewne luki, tak aby zamaskować problemy komunikacyjne lub ubóstwo interakcji – jest to zwyczajna praktyka, jednak ceniący non-fiction wychwycą te momenty).
Realna wartością książki jest to, że utrwala świat którego już nie ma. Dziś realia wyspy są zupełnie inne, choć przyroda nie została zniszczona, nadal cieszy oko i odpowiada opisom Heyerdahla. Będzie ciekawa dla osób zainteresowanych życiem niezmordowanego autora, tym co rozegrało się w nim przed rejsem z ‘47, jednak nie jest dzieło wielkiego intelektualisty, takiego który błyskotliwie wygłasza proste prawy i ważne refleksje. Heyerdahl po prostu przynudza. Streszczenie najobszerniejszych opisów walk z przybojem wyszłoby tylko tekstowi na dobre, podobnie jak redukcja banałów lub decyzja, by nie serwować ich jako coś odkrywczego. Ale to się już nie wydarzy, ta książka miała swój czas, ten przeminął, od jej premiery minęło pół wieku. Autor zmarł na początku nowego millenium (dziś [2025] obchodziłby 111 urodziny). Nie jest to dzieło uniwersalne ani ponadczasowe. Ten kto po nie sięga, musi mieć świadomość, że do ukończenia potrzeba odrobiny samozaparcia i sporych pokładów dobrej woli.
Dla zaintrygowanych postacią Heyerdahla, biografią samozwańczego antropologa – będzie to rozwinięcie tego co wspomniano w Wyprawie Kon-Tiki, natomiast zainteresowani głębszym spojrzeniem na kwestie zbalansowanego życia, w zgodzie z natura i własną biologią, mogą poczuć się rozczarowani (6/10).
__________________________
* Zmęczenie codziennością, konwenansami i różnie rozumianą cywilizacją dotykało przedstawicieli wielu generacji. Przytłoczony pierwszą wojną światową Tolkien, który doświadczył także bombardowań drugiej, tęsknił za światem przedprzemysłowym, choć jego kusiła nie pierwotna dzikość, ale dobrodziejstwa angielskiej wsi. Wspomniany przez Heyerdahla „pułkownik” Fawcett (str. 8),który zaginął kilka lat przed jego pobytem na Fatu Hiva, w puszczy brazylijskiego Mato Grosso (1925) – w czasie pierwszej wojny światowej walczył na froncie zachodnim, razem z Tolkienem, obaj brali udział w bitwie pod Sommą (1916),Tolkien w okolicy Beaumont-Hamel, na odcinku północnym, Fawcett na południe od niego, nieopodal Maricourt. Percy Fawcett, choć oficjalnie szukał ruin tajemniczej cywilizacji Zet, to jednak uciekał od zgiełku angielskiej ulicy, w dzicz, tam gdzie można oddychać swobodniej, z dala od rutyny i sztywnych kołnierzyków. Jego reporterska biografia – Zaginione miasto Z. Amazońska wyprawa tropem zabójczej obsesji Davida Granna (2009) – posłużyła za podstawę dla scenariusza filmu o tym samym tytule (2016). Losy Chrisa McCandlessa (alias Alexander Supertramp) również sfilmowano (2007),i także w oparciu o reporterską biografię, autorstwa Jona Krakauera (1995).
** „Zwalczając naturę człowiek może wygrać wszystkie bitwy z wyjątkiem ostatniej. Gdyby i tę wygrał, zginie jak embrion przecinający własną pępowinę” (str. 74). Niby oczywiste, ale idiotów którzy myślą, że człowiek nie ma żadnego wpływu na naturę, klimat, że Ziemia przyjmie wszystko i wszystko zniesie, nie brakuje. Nie przy przeszło 8 miliardach ludzi i obecnej liczbie zwierząt hodowlanych: 96% wszystkich ssaków i 70% ptaków (w tym 20-35 miliardów kur).
*** Przykładowy truizm: „Widziany oczyma wszechświata rodzaj ludzki kurczy się do mikroskopijnych rozmiarów, a nasze spory przybierają niedorzeczne proporcje w zestawieniu z niewidzialnymi błahostkami, o które się zmagamy” (str. 205-206). A jednak to jest właśnie nasze życie, które zostanie kompletnie zapomniane.
•
Tłumaczenie wykonał Bronisław Zieliński (1914-1985),specjalizujący się w literaturze angielskiej i amerykańskiej. Podobnie jak w przypadku Ekspedycji „Tygrys”, zostało wykonane z angielskiego (wysokość podawana jest w stopach, odległości w milach lub jardach, a waga w funtach). Przekład jest bardzo specyficzny, zawiera archaizmy lub słowa które odruchowo zamienilibyśmy na inne, a miejscami również przestarzałe konstrukcje językowe – nie stanowi to jednak problemu w odbiorze treści. Zieliński był rówieśnikiem Heyerdahla, obaj urodzili się w roku wielkiej wojny, a kiedy podrośli, załapali się na kolejną, która dla Zielińskiego skończyła się sowiecką niewolą i ucieczką, a potem udziałem w tragicznym powstaniu warszawskim; duchowo przynależał do świata XIX wieku, nadal żywego w pierwszych dekadach XX – czuć to w jego pracy, w tym jak się wysławia, jak buduje zdania.
•
UWAGI MERYTORYCZNE (wyd. I z ‘78, tłum. Bronisław Zieliński):
Str. 8 – „[…] przy statkach parowych Ameryka znajdowała się zaledwie o jedną czwartą tej odległości, co za czasów Kolumba” – zmiana napędu statku nie ma wpływu na odległość, w domyśle chodzi o to, że zaczęto pływać przez północy Atlantyk, nie martwiąc się o prądy i fale, krótszą drogą (?).
Str. 10 – „Dopiero kiedy słone morza zaroiły się życiem, a powietrze wypełniły skrzydlate gatunki, przyszedł dzień, kiedy pełzające stworzenia i wszelkie zwierzęta ziemi jęły poruszać się po suchym lądzie” – zwierzęta latające wyewoluowały z lądowych, nie wodnych (cały Thor).
Str. 50 – „[…] język »ludzki«, pozostałość z czasów, kiedy ich przodkowie uważali, że biali przybysze są bogami” – niekiedy to, co funkcjonuje w nauce jako nazwa plemiona, w istocie znaczy po po prostu „ludzie”, i można zakładać, że podobnie jest z językiem (np. nazwa własna Czejenów, Tsis tsis’tas, to po prostu „ludzie”). Heyerdahl błędne sugeruje, że zachodzi tu jakaś opozycja.
Str. 104 – „[…] nie było niczego, co skłoniłoby małpy do zabijania się wzajemnie” – podczas rywalizacji o status przywódcy stada, może dojść do zabójstwa, podobnie podczas „wojen” między różnymi stadami, a już zabijanie mniejszych małp innych gatunków w celach konsumpcyjnych jest normą… (Heyerdahl studiował zoologię...).
Str. 105 – tu i nieco wcześniej mamy coś w rodzaju półprawdy („Fizyczne zaburzenia wzrastają wraz z oddaleniem się od naturalnych warunków”). Jako przykłady, podawane są zwierzęta nie mające problemów z ciśnieniem czy próchnicą, można się z tym zgodzić, z tym że nie wszystkie warunki naturalne są komfortowe. Wszechobecne pasożyty, wirusy i bakterie nie oszczędzają dzikich populacji, one również cierpią na nowotwory, a wraz z wiekiem opadają z sił.
Str. 109 – arabsko-semicki (masło-maślane, albo mleczne – Arabowie to Semici).
Str. 144 – „Z całą pewnością nie było to [ryzykowna wspinaczka] dla kobiet” – dziś to by nie przeszło, a i w latach 70. musiało brzmieć trochę kontrowersyjnie.
Str. 156 – „[…] wzdłuż nadbrzeżnych skarp Markizów patrolują największe na świecie rekiny błękitne […]” – w książce z ‘47 Heyerdahl wspomina rekina wielorybiego, nie ma więc sensu posądzać go o błędne wskazanie największego gatunku, wina stoi raczej za dwuznacznością tłumaczenia.
Str. 157 – „rozumna ewolucja” – ewolucja (skrajnie upraszczając) to długofalowy cykl mutacji, prowadzących do drobnych zmian, które okazują się przydatne bądź nie, i jeśli tak jest, zostają przekazane kolejnym generacjom, są utrwalane i rozpowszechniane, wedle teorii ewolucji dzieje się to przypadkowo, a liczne dowody są chociażby w ciele człowieka – ciężko w to uwierzyć, zwłaszcza kiedy widzimy owada wyglądającego jak liść lub muchy przypominające osy… jednak wedle założeń nauki tak się to właśnie odbywa.
Str. 214 i dalej – stara śpiewka o pseudohistorycznej migracji z Ameryki Południowej na Wyspę Wielkanocną i dalej, w głąb Oceanii, za która stał tajemniczy „lud o rudych włosach i jasnej skórze”; uznanie za bogów było tylko częścią składową sukcesu Corteza, równie wiele zawdzięczał technice, sojuszom, „broni biologicznej” w postaci drobnoustrojów, fakcie że tubylcy zachorowali na ospę itd.; w przypadku Pizzaro było podobnie, imperium inkasie było w kryzysie, Inkowie stanowili 10% mieszkańców, a nie każdemu odpowiadała ich dominacja; dalej znajdziemy też trochę zdezaktualizowanych informacji nt. Rapa Nui. Pod koniec książki autor pisze, że ananas był na Markizach jeszcze przed przybyciem Europejczyków, ale nic na to nie wskazuje.
Str. 225 – wbrew temu co pisze Thor Heyerdahl, tutaj i w Aku-aku, nie był on pierwszym który prowadził wykopaliska na Wyspie Wielkanocnej (vide: Zdzisław Jan Ryn, Wyspa Wielkanocna. Eskulap na Rapa Nui, 2013).
Str. 242-243 – „[…] najpierw ocean, a potem powietrze [zapełniło się] istotami pływającymi i latającymi wokoło pozbawionych życia brzegów” – ta sama bzdura co na str. 10, aby wyewoluowało życie zdolne do aktywnego lotu, najpierw muszą powstać formy lądowe (!).
Str. 243-244 – wedle najnowszych ustaleń, Polinezyjczycy przyczynili się do deforestacji Wyspy Wielkanocnej, ale nie są jedynymi winowajcami, bo brały w tym udział również szczury pożerające nasiona, ponadto wpływ na tę sytuację miały także niekorzystne zmiany klimatyczne.
Str. 244-245 – „[…] pustynia Sahara jest wytworem człowieka, wynikłym z palenia dżungli przez pasterzy, a potem nadmiernego pasania coraz to większych stad kóz i owiec. Nowoczesne badania wykazały, że tak jest. […] Sahara pokryta była lasami i moczarami, dopóki człowiek nie przemienił jej w piasek” – za pustynnie północnej Afryki odpowiadają zmiany klimatyczne, z którymi człowiek nie ma nic wspólnego. Cykliczne zmiany w orbicie Ziemi zmieniały nasłonecznienie i sezonowe układy wiatrów między lądem a oceanem (tzw. wzorce monsunowe); ostatni okres wilgotny przypadał co prawda na okres rewolucji neolitycznej (11000-5000 lat temu) ale ludzi było wówczas niewiele, cała populacja Ziemi wynosiła od kilku do kilkunastu, kilkudziesięciu milionów (!). (W serii komiksowej rysowanej przez Bogusława Polcha, opartej na paleoastronautycznych teoriach Ericha von Dänikena, pojawia się wizja zmiany koryta Nilu, co doprowadza do pustynnienia północnej Afryki: Arnold Mostowicz, Alfred Górny, Bogusław Polch, Ekspedycja tom 2, Warszawa 2003, str. 110 [wydanie zbiorcze]; lub Tajemnica piramidy, Warszawa 1990, str. 10).
Str. 277 – dwukrotnie użyto formy Jehowa, tak po prawdzie nie wiemy jak należy prawidłowo odczytywać imię żydowskiego boga; przyjęło się korzystać z formy „Jahwe”, która prawdopodobnie nie jest poprawna, ale „Jehowa” nie jest nią również.
UWAGI TECHNICZNE I JĘZYKOWE: błędna kolejność wierszy na okładce („[…] próba powrotu/ W rajskich/ do natury./ dolinach wyspy […]”; str. 6 – nie skażona (nieskażona); str. 14 – nie znanego x2; str. 28/53/59/62/65/76/117/148/164 x3/259/267/276/306/307/308 x2/317 x2 – hibiscusa/hibiscusową/hibiscusowych/hibiscusowe/hibiscus/hibiscusowej/hibiscusowy (hibiskusa/hibiskusową/hibiskusowych/hibiskusowe/hibiskus/hibiskusowej/hibiskusowy); str 19 – Paa Jakt efter Paradiset (På Jakt efter Paradiset – brak czcionki?); str. 32 – nie pielęgnowany (niepielęgnowany); str. 45/84/158/177/261 – nie opodal (nieopodal, właściwie starsza forma zapisu jest wciąż uznawana za poprawną, ale preferują się pisownie łączną); str. 45 – nie zamieszkana (niezamieszkana); str. 50 – świegoczącym (można by pomyśleć że to literówka, że pominięto „r”… ale forma jest poprawna [!]); str. 62 – pokrywki (obudowy?); str. 76 – nie kończącej (niekończącej); str. 78 – nie naruszone (nienaruszone) + się-się (drugie zbędne); str. 84 – muszel (muszli?); str. 89 – nie pisane (niepisane) + nie wyjaśnione (niewyjaśnione); str. 96 – nie rozwiązaną (nierozwiązaną); str. 98 – pochowek (pochówek?); str. 110 – nie rafinowany (nierafinowany); str. 113 – nie zamieszkana (niezamieszkana); str. 118 – miał-miał; str. 122 – nie ocienione (nieocienione) + nie porośnięte (nieporośnięte); str. 124 – nie znanym (nieznanym); str. 125 – nie zamieszanych (niezamieszkanych) + nie znana (nieznana); str. 128 – nie obciążona (nieobciążona); str. 136 – nie zamieszkane (niezamieszkane); str. 138 – zbędne „bo”; str. 142 – trochę-trochę; str. 148 – nie uszkodzoną (nieuszkodzoną); str. 155 – nie przygotowani (nieprzygotowani); str. 158 – wzburzonegoo (wzburzonego); str. 160 – nurknęły (zanurkowały); str. 170 – nie znaną (nieznaną); str. 172 – uplanowany (zaplanowany?); str. 175 – nie wystarczające (niewystarczające); str. 181 – odprzedał (odsprzedał?); str. 186 – nie ogoloną (nieogoloną); str. 189 – nie zamieszkaną (niezamieszkaną); str. 191 – nie osłoniętą (nieosłoniętą) + nie przerywanych (nieprzerywanych); str. 192 – nagotowanymi (przygotowanymi?); str. 193 – pianami (pianą, w l.p.?); str. 197 – nie ostrzyżeni (nieostrzyżeni); str. 205 – nie podkutymi (niepodkutymi); str. 207 – „takich”?, tzn. jakich?; str. 212 – nie wykończonych (niewykończonych); str. 215 – quipu (w polskiej literaturze używa się pisowni spolszczonej: kipu); str. 216 – skrzynce Pandory (zwyczajowo, w polskim: puszka); str. 217 – przedinkowskiego (preinkaskiego) + Aymara (Ajmara, co dziwne na str. 280 nazwa plemienia pojawia się w formie spolszczonej); str. 218 – inkowskie (inkaskie); str. 219 – nie sprawdzony (niesprawdzony); str. 221 – odprawiania ofiary (składania ofiary; wklejka nr 3 – nie dokończony (niedokończony); str. 226 – nie zmienione (niezmienione) + nie wyróżniającymi (niewyróżniającymi); str. 227 – nie jednym (niejednym?); str. 237 – nie znany (nieznany) + nie ustający (nieustający); str. 238 – nie zamieszkaną (niezamieszkaną); str. 240 – nie ucywilizowanych (nieucywilizowanych); str. 241 – nie uzbrojeni (nieuzbrojeni); str. 255 – nie zamieszkana; str. 258 – chmur (chmar?); str. 276 – nie kończąca (niekończąca); str. 279 – inkowscy (inkascy) + inkowskiej (inkaskiej); str. 280/281 – inkowskich (inkaskich) + przedinkowskiego (preinkaskiego) + inkowskie (inkaskie); str. 281 – inkowskie (inkaskie); str. 287 – nie opanowanych (nieopanowanych); str. 290 – przedinkowscy (preinkascy); str. 294 – nie określonej (nieokreślonej); str. 296 – przedinkowskimi (preinkaskimi); str. 297 – szyko (szybko, literówka); str. 299 – nie osłoniętych (nieosłoniętych); str. 328 – dokończyliśmy posiłku (tu: posiłek); str. 335 – nie zauważony (niezauważony); str. 339 – nie okaleczona (nieokaleczona?) + inkowskiego (inkaskiego). Hivaoa (Hiva Oa) – na przestrzeni całej książki, jest to niekonsekwencja względem zapisu tytułowej wyspy, Fatu Hiva (tj. zapisu dwuczłonowego). Opisy węgorza moraja odpowiadają wyglądowi i zachowaniu mureny (?).
OPINIE i DYSKUSJE o książce Spojrzeć w oczy Wirakoczy. Opowieści z podróży po Ameryce Południowej
Chodziłam z autorem do ogólniaka, to wszystko prawda, są tacy podroznicy! A najzupełniej poważnie opowieść z Ameryki Południowej wciągnęła mnie bardzo, nawet nie muszę już jechać ;) Zdjęcia magiczne, polecam z całego serca.
Chodziłam z autorem do ogólniaka, to wszystko prawda, są tacy podroznicy! A najzupełniej poważnie opowieść z Ameryki Południowej wciągnęła mnie bardzo, nawet nie muszę już jechać ;) Zdjęcia magiczne, polecam z całego serca.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toCiekawa, zabawna, błyskotliwa. Polecam każdej osobie otwartej na poznawanie świata, czy to osobiście, czy z pozycji fotela :) Dużo pięknych zdjęć i wciągających historii. Polecam!
Ciekawa, zabawna, błyskotliwa. Polecam każdej osobie otwartej na poznawanie świata, czy to osobiście, czy z pozycji fotela :) Dużo pięknych zdjęć i wciągających historii. Polecam!
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toFantastyczna pozycja nie tylko dla fanow ksiazek podrozniczych. Jest to raczej powiesc z wplecionymi informacjami dotyczacymi tego co, gdzie I jak zeby bylo naj. Poza tym duza dawka humoru I mega zdjecia! Polecam.
Fantastyczna pozycja nie tylko dla fanow ksiazek podrozniczych. Jest to raczej powiesc z wplecionymi informacjami dotyczacymi tego co, gdzie I jak zeby bylo naj. Poza tym duza dawka humoru I mega zdjecia! Polecam.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toTo pozycja obowiązkowa dla każdego, nie tylko dla podróżników. Znakomite opisy i cudowne zdjęcia, wspaniałe poczucie humoru autora powoduje, że zanim się obejrzysz zobaczysz ostatnią stronę i zapragniesz więcej. To nie jest typowy przewodnik, poznasz zupelnie inne miejsca a chwilami banan na twarzy nie będzie Cię opuszczał. Polecam wszystkim.
To pozycja obowiązkowa dla każdego, nie tylko dla podróżników. Znakomite opisy i cudowne zdjęcia, wspaniałe poczucie humoru autora powoduje, że zanim się obejrzysz zobaczysz ostatnią stronę i zapragniesz więcej. To nie jest typowy przewodnik, poznasz zupelnie inne miejsca a chwilami banan na twarzy nie będzie Cię opuszczał. Polecam wszystkim.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toŚwietnie się czyta dzięki poczuciu humoru autora i niesztampowym opisom. No i masa wspaniałych zdjęć - polecam.
Świetnie się czyta dzięki poczuciu humoru autora i niesztampowym opisom. No i masa wspaniałych zdjęć - polecam.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNie jest to kolejny typowy przewodnik po Ameryce Łacińskiej, których wiele można znaleźć na półkach księgarni. Autor z soczystym poczuciem humoru opisuje swoje przygody z kilku podróży do Ameryki Południowej. Znajdziemy tam min. przelot nad Płaskowyżem Nazca, wizytę nad wodospadami Iguacu, szaleństwo karnawału w Sao Paulo, tajemnicze posągi Wyspy Wielkanocnej, podróż autostopem do Ushuaia, ale również nieco krępującą wizytę w publicznym szpitalu w Buenos Aires. To wszystko zakropione szklaneczką (albo dwiema) lokalnego alkoholu.
Nie jest to kolejny typowy przewodnik po Ameryce Łacińskiej, których wiele można znaleźć na półkach księgarni. Autor z soczystym poczuciem humoru opisuje swoje przygody z kilku podróży do Ameryki Południowej. Znajdziemy tam min. przelot nad Płaskowyżem Nazca, wizytę nad wodospadami Iguacu, szaleństwo karnawału w Sao Paulo, tajemnicze posągi Wyspy Wielkanocnej, podróż...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to