Głosy w ciemności

Okładka książki Głosy w ciemności autora Julian Stryjkowski,
Okładka książki Głosy w ciemności
Julian Stryjkowski Wydawnictwo: Czytelnik Seria: Głowy Wawelskie literatura piękna
496 str. 8 godz. 16 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Seria:
Głowy Wawelskie
Data wydania:
1963-01-01
Data 1. wyd. pol.:
1963-01-01
Liczba stron:
496
Czas czytania
8 godz. 16 min.
Język:
polski
Średnia ocen

6,0 6,0 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Głosy w ciemności w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Głosy w ciemności

Średnia ocen
6,0 / 10
1 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Głosy w ciemności

avatar
57
21

Na półkach:

W epoce postsekularnej refleksji nad tożsamością, pamięcią zbiorową oraz kondycją podmiotu w przestrzeni aksjologicznie rozchwianej, powieść Głosy w ciemności Juliana Stryjkowskiego jawi się jako tekst o niebagatelnym znaczeniu epistemologicznym i antropologicznym. Ów monumentalny utwór – choć z pozoru skromny w zakresie narracyjnej scenografii – konstytuuje się jako jeden z najważniejszych głosów polskiej literatury XX wieku, sytuując się równolegle obok twórczości Izaaka Bashevisa Singera, Brunona Schulza czy nawet Thomasa Manna w jego żydowskich rejestrach symbolicznych.

Stryjkowski – pisarz głęboko osadzony w idiomie europejskiego modernizmu – kreśli obraz społeczności chasydzkiej Galicji z pietyzmem godnym archiwisty duchowości. W mikrokosmosie prowincjonalnego sztetlu dostrzega jednak nie tylko pejzaż kulturowy jednej z najbardziej marginalizowanych grup etnicznych Europy Środkowo-Wschodniej, ale uniwersalne laboratorium duszy ludzkiej, rozpiętej między sacrum a profanum, między tradycją a subwersywnym pragnieniem emancypacji.

Narracja powieści – prowadzona z perspektywy dojrzewającego Aronka – nabiera nie tylko wymiaru bildungsroman, lecz także przenikliwego traktatu o epistemologicznym rozdarciu pomiędzy dogmatem a intelektualną autonomią. Bohater, funkcjonując w cieniu patriarszej surowości swego ojca, reb Tojwego, przechodzi ewolucję egzystencjalną, która zaskakuje swoją filozoficzną głębią – ostatecznie wybrzmiewając jako dramat inicjacyjny o charakterze ontologicznym.

Stryjkowski nie poprzestaje na wierności realiom historycznym – jego język, pełen subtelnych semantycznych aluzji, nasycony jest intertekstualnością i niemal liturgiczną powagą. To literatura totalna, w której każde zdanie, każdy dialog staje się aktem hermeneutycznym – wymagającym od czytelnika nie tylko kompetencji interpretacyjnych, ale i gotowości do kontemplacji. Narracja rozwija się nie tyle w czasie linearnym, ile w przestrzeni duchowego fermentu – tworząc wrażenie misterium, którego sens rozgrywa się na poziomie ontologicznym.

W Głosach w ciemności zaskakuje także formalna dyscyplina. Stryjkowski stosuje polszczyznę o aksamitnej fakturze, ale też nie stroni od arameizmów, hebraizmów czy rytualnych zwrotów języka jidysz, co czyni tekst nie tylko świadectwem literackim, ale także dokumentem językowej heterogeniczności i kulturowego synkretyzmu. Styl, precyzyjny niczym sztych rytownika, wytwarza narracyjny rytm bliski modlitewnemu kadyszowi – smutny, elegijny, a przy tym pełen niezgody na wymazanie.

Trudno nie dostrzec również, że Stryjkowski w swojej powieści wpisuje się w trajektorię myślenia post-Holocaustowego – mimo iż książka powstała przed traumą Zagłady. Jego świat – pełen bogactwa symboli, rytuałów i napięć duchowych – już w momencie pisania był światem umarłym, a sam akt pisania staje się tutaj formą nekrologu, liturgicznego wspomnienia i próby ocalenia sensu w świecie zatomizowanej pamięci.

Z punktu widzenia filologa – a ściślej: badacza literatury porównawczej z silnym zakorzenieniem w hermeneutyce i tradycji filozoficznej dialogu (Buber, Levinas) – Głosy w ciemności to nie tylko powieść. To świadectwo, tekst aksjologiczny i egzystencjalny, który wymaga czytania nie przez pryzmat linearnej fabuły, lecz przez matrycę tekstu otwartego – wpisującego się w palimpsest kultury europejskiej.

Stryjkowski zdołał uchwycić ów „ostatni oddech” świata, który miał już zniknąć – świata wspólnoty, w którym każde słowo, każdy gest był zanurzony w sacrum, ale też głęboko uwarunkowany społecznie i rytualnie. Jego bohaterowie – nieco teatralni, aforystyczni w swoich wypowiedziach, jakby już nieżywi – przypominają duchy przeszłości, mówiące do nas zza granicy utraconego czasu.

Powieść ta – jeśli spojrzeć na nią z perspektywy szerokiej panoramy literatury polskiej XX wieku – powinna być czytana jako jedna z najważniejszych prób nadania formy temu, co zostało zniszczone. Stryjkowski nie moralizuje, nie oskarża, nie sentymentalizuje – jego pisanie jest aktem pamięci, ale także świadomą kreacją estetyczną, która wznosi się ponad dokument, ponad esej, ponad publicystykę.

Nie bez przyczyny Głosy w ciemności porównywane są do dzieł Tołstoja, Faulknera czy Joyce’a – choć stylistycznie i tematycznie Stryjkowski idzie swoją własną drogą. U Stryjkowskiego nie ma przypadkowych zdań – każde z nich funkcjonuje jak kantyczka, jak fraza zaginionego języka, który być może właśnie dzięki tej prozie nie zostanie zupełnie zapomniany.

W epoce nadprodukcji tekstów literackich, w której dominują narracje zredukowane do banału, uproszczenia i natychmiastowej komunikatywności, Głosy w ciemności pozostają dziełem wymagającym, ale przez to tym bardziej wartościowym. To książka, którą się nie tylko czyta, ale do której się powraca – by medytować, by porządkować własne myślenie o historii, tożsamości, duchowości.

Dla filologa, który traktuje literaturę jako formę poznania i jako medium pamięci zbiorowej – Głosy w ciemności są tekstem obowiązkowym. I nie waham się użyć słowa: arcydzieło. W sensie zarówno estetycznym, jak i etycznym.

Moja recenzja z portalu "nakanapie"

W epoce postsekularnej refleksji nad tożsamością, pamięcią zbiorową oraz kondycją podmiotu w przestrzeni aksjologicznie rozchwianej, powieść Głosy w ciemności Juliana Stryjkowskiego jawi się jako tekst o niebagatelnym znaczeniu epistemologicznym i antropologicznym. Ów monumentalny utwór – choć z pozoru skromny w zakresie narracyjnej scenografii – konstytuuje się jako jeden...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
166
164

Na półkach:

Jak w całej galicyjskiej tetralogii Stryjkowskiego na tle losów mieszkańców sztetla rozgrywa się konflikt między tradycją a rodzącą się nowoczesnością, między wspólnotą a indywidualnościami, które chcą się wyrwać z gorsetu reguł narzucanych przez religię i obyczajowość, między codziennością a duchowością, między dniem dzisiejszym a wiecznością.
Wspaniałe w pisarstwie Stryjkowskiego jest to, że nie daje on prostych recept na rozwiązanie pokazanych konfliktów. Rezultaty podejmowanych przez jego bohaterów wyborów nie są jednoznaczne, a najważniejsze pytanie pozostają "tajku" - pytaniami, które wg jednego z bohaterów Reb Tojwiego trzeba stawiać, ale na które nigdy nie znajdzie się zadowalającej odpowiedzi....

Jak w całej galicyjskiej tetralogii Stryjkowskiego na tle losów mieszkańców sztetla rozgrywa się konflikt między tradycją a rodzącą się nowoczesnością, między wspólnotą a indywidualnościami, które chcą się wyrwać z gorsetu reguł narzucanych przez religię i obyczajowość, między codziennością a duchowością, między dniem dzisiejszym a wiecznością.
Wspaniałe w pisarstwie...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
815
815

Na półkach:

„Głosy w ciemności” to sztetl sprzed wieku z całą jego egzotyką, dla nas już niemal niepojętą, z mrokiem sacrum i ubóstwem profanum, z obyczajowością i sposobem myślenia, który warto sobie przypomnieć, gdyż zniknął z polskiego krajobrazu wraz z ludnością żydowską, którą pochłonął ogień i nienawiść. Przed rozpoczęciem lektury warto zapoznać się ze wstępem autorstwa Piotra Pazińskiego. Nikt nie byłby tutaj bardziej na miejscu niż ten znawca kultury żydowskiej, wieloletni redaktor „Midraszu”, eseista ceniący słowo pisane, by odnieść się do tej powieści Stryjkowskiego, pisanej jeszcze w czasie wojny, gdy dymy znad getta wisiały nad Warszawą, a później, rzecz jasna ze względów politycznych, czekającej aż 10 lat na publikację. Ze wstępu wynosimy bowiem dwie bardzo ważne informacje. „Głosy w ciemności” są w dużej mierze autobiograficznym obrazem, czerpiącym z tego, co autor przechował w pamięci z dzieciństwa, a także są odpowiedzią na Holocaust, zapisem po tych, którzy odeszli.

I otwiera przed nami Juliusz Stryjkowski wrota nędznego sztetla, w którym każdy każdego zna i wie, czego się po nim spodziewać. Wiadomo, że Aronek, główny bohater, kilkuletnie alter ego autora „to nie dziecko, to perła”, a nieznośny Mojsze-Łajb to „zbój” i zawadiaka. Wąskie, ciemne uliczki prowadzą od bóżnicy do bóżniczki, od chederu do prywatnego domu modlitwy, ale też do cerkwi i sadu cerkiewnego księdza. Stopniowo wkraczamy w życie mieszkańców, przestają być dla nas anonimową masą, wyglądających przez okna, stojących w drzwiach domów, spieszących przed siebie w rozmaitych ważnych sprawach. Stają się dla nas nie obcymi kobietą czy mężczyzną, ale Charojzą, Ester, Zajnwełem czy też rebe Tojwiem. Zaczynamy towarzyszyć im w codzienności, pojmować odrobinę lepiej specyfikę ich rozumowania, mającego ścisły związek z wiarą i przesądami, jakim ulegają. To religia wyznacza ich zasady, prawa, obowiązki, nakazy i zakazy, których muszą wprost, literalnie przestrzegać. Mają to głęboko zakodowane, nie ma mowy, by o czymkolwiek zapomnieć, nie dopełnić. A zresztą wszyscy żyją na tyle blisko siebie, niemal razem, że każdy każdego przypilnuje. Dlatego też Arona prześladuje długi czas niepokój, czy nie sprowadził na siebie jakiegoś bliżej nieokreślonego nieszczęścia, nieopatrznie dotknąwszy szabatowego świecznika.

Ludzie w sztetlu to ścisła wspólnota, sąsiad bez skrępowania wpada do sąsiada, kobiety na zmianę użyczają swojego pieca do pieczenia macy, dzieci zaś biegają między domami, tu dostaną mleka, tam chleba i dzień mija nie wiadomo kiedy. A chałupy z reguły biedne, zagracone, oświetlone lampą naftową.

Najpierw skupię się na klimacie powieści, który wyznacza żydowska tradycja, obyczaje, obrzędowość i oczywiście język. Wszystko pięknie współgra, widać, że autor pisał swoją powieść bardzo skupiony, nakreślił wiele drobniutkich szczególików, wysmakował, wymuskał, jakby nie chciał się rozstać z namalowanym obrazem. Choć później odszedł od religii przodków i zmienił nazwisko, to w tych zdaniach czuć szacunek i sentyment do starego świata, rządzącego się tak rygorystycznymi i licznymi zasadami, zamkniętego na obcych, na gojów, niezmiennego od wieków, gdyż to właśnie owe zasady utrzymywały wspólnotę, gdziekolwiek by jej los nie rzucił. Mamy wrażenie, że żyjemy w tym sztetlu już od dawna, przyswajamy osobliwe zwyczaje, nieznane nam święta: Pesach, Jom Kippur, Rosz Haszana, i to cosobotnie – szabat, kiedy z kolei obowiązkiem staje się odpoczynek. Dni płyną spokojnie, jeden za drugim, dzieci chodzą do chederu, matki krzątają się po domu, ojcowie pracują lub się modlą. Dla nas wszakże ta powszedniość jest fascynująca, gdyż w każdym calu różna od naszej własnej.

Uwagę zwraca duże rozwarstwienie społeczności żydowskiej w podejściu do samej istoty tożsamości, żydowskości. Nawet w ramach jednej rodziny. Tojwie, ojciec Arona, jest mełamedem, nauczycielem domowym, zapoznającym żydowskich chłopców z zasadami judaizmu. Jest żarliwie ortodoksyjny w wierze, na granicy fanatyzmu. Nie dopuszcza najmniejszego uchybienia, bywa najsurowszym sędzią dla rodziny, dla mieszkańców sztetla, ale przede wszystkim dla siebie samego. Nie może go nie boleć, że jego brat, Karol, to lekkoduch, żyjący marzeniami i lekką ręką usuwający przeszkody stojące mu na drodze do osiągnięcia celu, tak właśnie postępuje z niechcianą żoną. Jest jeszcze córka Tojwiego, Chamariem/Maria, nauczycielka w polskiej szkole, samodzielna, dużo dalsza i od wiary i od rodzinnego domu.

Podobne różnice występują w podejściu do małżeństw mieszanych, Żydów i gojów, które dla ortodoksyjnego Żyda są po prostu nie do przyjęcia. Wydaje się, że jest to podobny rozłam do tego obecnego w Izraelu, tylko w odwrotnych proporcjach. Dwaj bracia: Tojwie i Karol mówią zupełnie różnymi językami i zdają się nie pojmować jeden drugiego. Karol podsumowuje to krótko: „(…) trudno być Żydem. Zwłaszcza jeśli się wie, kto to był Darwin i Kopernik. Ot, taki prosty Żyd, jak mój brat – Karol ściszył głos – reb Tojwie, jeszcze jako tako może wytrzymać. Jemu życie między łaźnią i bóżnicą wydaje się normalne. Takim więcej nie trzeba – Ale gdy się zasmakowało jabłka wiedzy…” Karolowi marzy się więc Wiedeń, piękne kobiety, garnitury i pełna asymilacja w tym świecie, w którym aż roi się od pokus. Czyżby prawdą było to, co rozgoryczonym tonem mówi o swoich rodakach Arie? „Żydzi sami trzymają się w niewoli. Sami sobie zbudowali mury, kraty, płoty. Siedzą za tymi kratami, murami, płotami i rzucają klątwę na każdego, kto śmie ich dotknąć.”

Jest jeszcze gimnazjalista Selig, polską szkołę traktujący jako możliwość nabycia realnej wiedzy, którą później wykorzysta dla budowania i cementowania więzi w żydowskim narodzie, a może nawet żydowskiego państwa, o jakim śni. „Czy między nami nie ma przepaści, dzielącej nas na dwa obce światy? I ja nie chcę, żeby mnie łaskawie sadzano z nimi przy jednym stole. Ja się chcę czuć Żydem przy własnym stole. Żydzi powinni mieć własny stół.”

Nigdzie chyba nie spotyka się, by ludzie przy każdej okazji odnosili się w rozmowie do Boga, czytali i omawiali głośno święte księgi, starając się doszukać w nich praktycznych rad dla siebie na konkretne życiowe problemy. I gdy rozmówca pyta: „To znaczy, że każdy grzech lub dobry uczynek idzie na rachunek anioła dobra lub zła. Gdzie się więc podziewa człowiek?” – odpowiedź brzmi: „Na takie pytania Talmud odpowiada: tajku. Pytanie zostanie nierozwiązane. A takich pytań jest bardzo, a bardzo dużo.” Jak w każdej religii, tak i tutaj próbuje się wpłynąć na Boże decyzje, a to zapalając więcej świec, to znów budując bóżniczkę, w zależności od możliwości i od wagi sprawy. Targowanie się z Bogiem to nic nowego, ale podejrzeć targowanie się Żyda z Bogiem, to doprawdy niezapomniane przeżycie.

Bardzo pięknie jest ta książka pisana, spokojnie, z zadumą, z jakimś takim osobistym ciepłem i humorem, ale też dystansem, który poddaje nam wiele tematów pod dyskusję. Na pewno nie ma tutaj mowy o ślepej miłości autora do żydowskich korzeni, choć sentyment i wzruszenie są wyraźnie wyczuwalne. Język żydowski, owo specyficzne połączenie sarkazmu i smutku, refleksji z dowcipem, a wszystko to aspirujące od drobnych, codziennych kwestii do ogólnych prawideł i zasad, jest w książce oddany rewelacyjnie. Wyczuwa się w nim nuty szmoncesu, które wszyscy kojarzymy, ale cudownie, że są to zaledwie przebłyski. Dzięki tej pięknej, starannej stylizacji książka wciąga nas bez reszty w ten sztetlowy klimat, w owo przegadanie, zamieszanie i bałagan żydowskiego miasteczka, gdzie ludzie zwracają się do siebie per „Żydzie” i przysięgają co chwila: „Jakem Żyd i jak mi Bóg miły i niech mi Bóg będzie świadkiem, że mówię prawdę", co akurat o niczym nie świadczy. Zwracam tu uwagę również na bardzo nostalgiczne i urokliwe opisy. „Wiosna, która zaczęła się od rzeki, od łęgów omglonych żółtą mgiełką łozin i rzadkiej olszyny, przeszła przez jałowe pola z trzema starymi jesionami, minęła okrytą szarozieloną szczeciną traw, usianą kamieniami drogę, prowadzącą od rzeki do miasta, przekroczyła zamulony potok, ledwo dotknęła nigdy nie wysychającej ulicy Garbarskiej i jednym zielonym ramieniem otoczyła cerkiew z wieńcami starych kasztanów, a drugim objęła ogród szpitala żydowskiego i „czarny” sad ruskiego księdza.” Toż to gotowa, misterna akwarela, która od razu jawi się przed oczami, tak jest malownicza. To język cyzelowany, nieprzesadzony, niewydumany, oszczędny, a jednak niczego w nim nie brakuje. Dzisiaj już się tak nie pisze.

Są też chwile nieziemskiego wprost szczęścia, unoszenia się w powietrzu niczym w bąbelkowo-szampańskiej nieważkości. Ja tak właśnie odebrałam fragment, gdy chłopcy zaglądają przez wysmołowane sztachety do sadu ruskiego księdza, odświętnego pastelową bielą i różowością wiosennych kwiatów: „zakręciła się śnieżno-różowa zamieć. To były kolorowe płatki, motyle, anioły.” Tak właśnie można określić pierwsze chłopięce zauroczenie opromienione słońcem i odurzone zapachem wiosny.

Dlaczego akurat „Głosy w ciemności”? Każdy może tytuł powieści zinterpretować po swojemu. Dla mnie jest to przywołanie z mroków pamięci życia, którego już nie ma, po którym niedługo zostanie już tylko pamięć słowa pisanego. Warto więc ożywić te żydowskie głosy w ciemności, pozwolić im jeszcze raz przemówić, tak jak to bywało przed laty, pokazać nam to tajemnicze życie od kulis. Julian Stryjkowski wpuszcza nas gościnnie do żydowskich domów, do bóżnicy, daje okazję posłuchać sądu rabinackiego, oprowadza po rozmaitych zakamarkach sztetla z początków XX wieku, tego miasteczka, którego obraz wciąż pielęgnuje pod swymi powiekami.
Książkę przeczytałam dzięki portalowi: https://sztukater.pl/

„Głosy w ciemności” to sztetl sprzed wieku z całą jego egzotyką, dla nas już niemal niepojętą, z mrokiem sacrum i ubóstwem profanum, z obyczajowością i sposobem myślenia, który warto sobie przypomnieć, gdyż zniknął z polskiego krajobrazu wraz z ludnością żydowską, którą pochłonął ogień i nienawiść. Przed rozpoczęciem lektury warto zapoznać się ze wstępem autorstwa Piotra...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

278 użytkowników ma tytuł Głosy w ciemności na półkach głównych
  • 168
  • 109
  • 1
47 użytkowników ma tytuł Głosy w ciemności na półkach dodatkowych
  • 34
  • 4
  • 2
  • 2
  • 2
  • 2
  • 1

Tagi i tematy do książki Głosy w ciemności

Inne książki autora

Julian Stryjkowski
Julian Stryjkowski
Julian Stryjkowski – polski prozaik, dramaturg i dziennikarz. Pochodził z żydowskiej rodziny ze wschodniej Galicji, urodził się i wychował w Stryju. Chodził do polskich szkół, jednak we wczesnej młodości przeżył fascynację syjonizmem, wstąpił do syjonistycznej organizacji młodzieżowej Ha-Szomer Ha-Cair i nauczył się języka hebrajskiego. Był homoseksualistą, co wielokrotnie skutkowało szykanami i odtrąceniem zarówno w społeczności żydowskiej, jak i polskiej. Po zerwaniu z syjonizmem studiował polonistykę na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie. Po studiach był nauczycielem j. polskiego w gimnazjum w Płocku (1932–1933),skąd go wyrzucono, oficjalnie z powodu oskarżeń o szerzenie ideologii komunistycznej. Niedługo później, w 1934 zapisał się do nielegalnej Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy, za przynależność do której był więziony w latach 1935–1936. Po zwolnieniu z więzienia przeniósł się do Warszawy, gdzie znalazł pracę w księgarni. Publikował na łamach „Młodego Świata” pod pseudonimem Łukasz Monastyrski. Po wybuchu wojny udał się do Lwowa, gdzie był świadkiem wkroczenia wojsk radzieckich. W przyłączonym do ZSRR Lwowie pracował początkowo w redakcji polskojęzycznego dziennika „Czerwony Sztandar”, z którego jednak został wyrzucony i znalazł pracę w polskiej rozgłośni sowieckiego radia. Po ataku III Rzeszy na ZSRR latem 1941 uciekł w głąb Rosji. Pracował jako robotnik fizyczny, między innymi w Uzbekistanie i w fabryce broni pod Moskwą. Dzięki pomocy Wandy Wasilewskiej w 1943 dostał pracę korektora w redakcji tygodnika „Wolna Polska” (organu Związku Patriotów Polskich) w Moskwie. Awansując, a w końcu obejmując stanowisko redaktora, pracował w moskiewskiej redakcji do zakończenia wojny. Do 1946 r. nazywał się Pesach Stark, po powrocie do kraju zmienił oficjalnie nazwisko na Julian Stryjkowski – od rodzinnego miasta Stryj. Należał do PPS, później do PZPR. Był redaktorem Polskiej Agencji Prasowej w Katowicach (od 1946) i w Rzymie (1949-1952),kierownikiem działu prozy w miesięczniku „Twórczość” (od 1954 do emerytury w 1978). Zerwał z komunizmem występując z PZPR w 1966 (wraz z innymi intelektualistami),w proteście przeciw wyrzuceniu z partii Leszka Kołakowskiego; był też jednym z sygnatariuszy „Listu 59” protestującego przeciwko zmianom w Konstytucji PRL (1975). Laureat Nagrody Polskiego PEN Clubu im. Jana Parandowskiego (1993). Twórczość Juliana Stryjkowskiego skupia się na przedstawieniu losów społeczności żydowskich, szczególnie zwracając uwagę na problem zachowania tożsamości narodowej i religijnej. W jego utworach pojawiają się również wątki Holocaustu i niszczącego działania ideologii (zwłaszcza komunizmu i syjonizmu) oraz tematy uniwersalne: pytania o miejsce człowieka w świecie, istnienie boga, sens życia i cierpienia. Konstrukcja jego powieści unika tendencyjności, a każdy z bohaterów (którzy zazwyczaj reprezentują nie tylko różne osobowości ale również postawy ideowe) zyskuje prawo wypowiedzi. W wywiadach po wydaniu „Milczenia” jako oś swojego pisarstwa wskazywał na poczucie wykluczenia (w życiu osobistym związane z homoseksualizmem) i samotności – cechy, które często przenosi na głównego bohatera. Takie przedstawienie postaci bliskie jest bohaterowi romantycznemu. W swoich wypowiedziach Stryjkowski zwracał uwagę na ważną rolę (szeroko rozumianego) romantyzmu w swojej twórczości. Pisarstwo Stryjkowskiego bywa czasem określane terminem realizm mistyczny, który oddawać ma jednoczesną realistyczną konstrukcję jego utworów z jednej strony oraz przesycenie duchowością (aż do pewnej materializacji pojęć duchowych) z drugiej.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Lekcja martwego języka Andrzej Kuśniewicz
Lekcja martwego języka
Andrzej Kuśniewicz
William Faulkner był pisarzem postępującej katastrofy, toksycznego koloidu przeszłości oraz teraźniejszości. W „Rodzinnej Europie” Czesław Miłosz celnie zauważył, że to zaważyło na estymie, jaką amerykański literat cieszył się (na czas pisania swojego skądinąd znakomitego eseju, tj. 1959; bo kto dzisiaj wie kto to był Faulkner?) nad Wisłą. Oczywiście zaciążyło to – wg wielu znawców – na sukcesie Włodzimierza Odojewskiego czy (w bliższej nam perspektywie czasowej) „Golema” Macieja Płazy, ale jako wielbiciel Faulknera nie do końca się z tą tezą zgadzam. Zarówno Odojewski jak i Płaza nie są epigonami; przekonywanie o wielkości pisarstwa Odojewskiego jest zbyteczne, z kolei Płaza, mimo używania podobnych narzędzi literackich co amerykański noblista, w przywołanej wyżej powieści jest też silnie singerowsko-lovecraftowski (to moja opinia, a także komplement). Dzięki temu obie pozycje operują w innych rejestrach, jakkolwiek serwują czytelnikowi podobnie przygnębiającą aurę postępującej degeneracji świata. Kuśniewicz na pierwszy rzut oka jest kolejnym z pogrobowców Faulknera. Obawiam się, że dla wielu literaturoznawców wystarczy stosowanie długich zdań, zredukowanie dialogów do absolutnego minimum (niekiedy oznaczającego zero) oraz poruszanie się w technice strumienia świadomości, by wysnuć takie porównanie. Cóż za krzywdzące uproszczenie; długimi zdaniami posługiwał się też Tomasz Mann, można pozornie zachować dialogi, które dialogami nie są (Witkacy w „Pożegnaniu jesieni),z kolei każdy strumień świadomości, z racji silnego intersubiektywizmu, jest czymś odrębnym od innego strumienia. „Lekcja martwego języka” to unikat, bowiem w swej strukturze tworzy pewien łańcuch impresji powiązanych dość luźną więźbą (np. gdy porucznik Kiekeritz widzi torbę konduktorską w przedziale wodzi ją daleko w przestrzeń i czas, po czym z kolejnego skojarzenia idzie w kolejne skojarzenie, itd. – dlaczego, zdradza niestety skandaliczny opis serwisu, który odsłania prawie wszystkie karty jeszcze przed lekturą, jak tak można). Jest unikatowa, bowiem tworzy kalejdoskopiczny obraz psychicznej i moralnej degradacji, nie wwiercając się tak głęboko w strukturę psychiczną bohatera (Odojewski),nie odnosi się ze szczególarskim pietyzmem do postaci drugoplanowych (Faulkner),nie wyjaśnia hermetycznego świata jego własnymi terminami (Płaza). Pejzaże okrucieństwa wymieszane z pełnymi wdzięku impresjami natury czy mitami tworzonymi w głowie porucznika (niewątpliwego estety w wąskim tego słowa sensie) to zaledwie migawki, piękne miniatury, szkatułka wspomnień i szkiców wspomnień pojawiających się niby bez celu, a tak naprawdę by naświetlić, z jak drobnych okruchów składa się człowiek stojący u progu gnijącego świata. „Lekcja martwego języka” przez obraz społecznego bankructwa I wojny światowej, podeptanych idei i skundlonych ludzi stawia pytanie ile po nas zostanie, ile warta jest sztuka, ludzkość, jednostka w kontekście Wielkiej Erozji. Kuśniewicz, poza pieczołowitym, do granic perfekcji wymuskanym językiem, doskonale opanował również technikę inwersji czasowej (i tu wreszcie można zestawić go z Faulknerem). Bo ile człowiek ma minut wiedząc że wszystko ginie i o czym myśli, licząc ostatnie sekundy? Czy w głowie zostają wielkie idee, figura efeskiej Diany, czy też pozornie bezcelowe migawki, które nie mają początku, końca, związku ani znaczenia? Co rodzi się w obliczu wszechogarniającej klęski? Dlaczego język, którym mówimy całe życie nagle okazuje się martwy? Upadek nie musi być stopniowy, jak w „Marszu Radetzky’ego” Rotha lub jedynie sygnalizowany jak w „Soli ziemi” Wittlina (powołując się na inne świetne pozycje dot. I wojny w cesarsko-królewskiej monarchii). Może być taki, że człowiek dosłownie w ostatniej chwili uświadamia sobie, że przegapił własne istnienie. „Andrzej Kuśniewicz swą pasję literacką realizował dwutorowo: lewą ręką ochoczo spisywał donosy na swoich kolegów, prawej używał zaś do tworzenia literatury rozumianej bardziej tradycyjnie” – że przytoczę cytat z jednego z wpisów na portalu. Prawicą uczynił przynajmniej jedną wybitną rzecz.
Yarek44 - awatar Yarek44
ocenił na91 rok temu
Zasypie wszystko, zawieje... Włodzimierz Odojewski
Zasypie wszystko, zawieje...
Włodzimierz Odojewski
Książka to przerażający obraz polsko-ukraińsko-rosyjsko-żydowskiego pogranicza. To wielowątkowe, monumentalne, najważniejsze dzieło autora, ukończone w 1967 r. ale wydane dopiero na emigracji w 1974 r. Saga rodzinna opowiadająca historię dwóch przyrodnich braci. Jeden z nich walczy w polskiej partyzantce, a drugi w ukraińskiej i w SS - Galizien. Jeden z wątków, o Katyniu, był głównym powodem, dla którego powieść nie mogła być oficjalnie wydana w Polsce. Patriota ??? Aż nie chce mi się pisać !!! No cóż, przed obowiązkiem nie ucieknę !!! Od lutego 1964 r. do grudnia 1965 r jeden z " bogów " polskiego literackiego olimpu był TW- tajnym współpracownikiem SB zarejestrowanym pod kryptonimem WO, WOd, W. Uważany za wzór moralnej bezkompromisowości i odwagi, który w swoich dziełach szarpie najboleśniejsze polskie rany. W książkach przetłumaczonych na ok. 20 języków i uważanych za arcydzieła... OKAZAŁ SIĘ ŚWINIĄ !!! Donosił na swoich kolegów po piórze, widząc w nich konkurentów. Swój status TW wykorzystywał dla zapewnienia sobie gwarancji nietykalności przy staraniach o zagraniczne tłumaczenia. Pomijał ZAiKS, który pobierał wysokie opłaty za wydawane książki. Kiedy zorientował się że jego książka nie zostanie w Polsce wydana, ale ponieważ była już przetłumaczona na język francuski i niemiecki, razem ze swoim wydawcą nagłośnił odmowę wydania mu paszportu, nawet radio " Wolna Europa " o tym huczało. Prezentowano go jako prześladowanego obrońcę prawdy, ofiarę wypadków marcowych, zdobył status " polskiego Sołżenicyna ". Z Polski wyemigrował w 1971 r. pracował w Monachium w Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa gdzie był kierownikiem działu kultury. Do Polski wróciła stałe po 1989 r. Zmarł w 2016 r. wiadomości o jego obrzydliwej działalności wyszły na jaw już po jego śmierci. Książkę muszę polecić, ale charakteru i mentalności pisarza już... NIE !!! Komorowski udekorował Michnika w 2010 r. Orderem Orła Białego. Chociaż bardziej pasuje mu nagroda przyznana w 2022 r przez szwedzką organizacje Judisk Kultur za promocję kultury żydowskiej. Autor w 2007 r. został udekorowany Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. Wierzę, że przyjdzie kiedyś czas na weryfikację takich odznaczeń !!!
ando - awatar ando
ocenił na1018 dni temu
Bohiń Tadeusz Konwicki
Bohiń
Tadeusz Konwicki
Bochiń to niewielki podupadający majątek na Kresach Wschodnich. Po raz kolejny Tadeusz Konwicki zabiera nas w podróż sentymentalną do miejsc swojego dzieciństwa, miejsc utraconych. To przecież w większości rejony, które tylko na krótko były po rozpadzie Polski jeszcze polskie. Po drugiej wojnie, a więc w czasach współczesnych utonęły bowiem w bezkresie sowieckiego świata. "Bohiń" Tadeusza Konwickiego to opowieść osnuta wokół osoby Heleny Konwickiej, która nie może otrząsnąć się z żałoby po stracie bliskich, a jednocześnie tonie marazmie prowincjonalnego życia. Dobór nazwiska głównej bohaterki, zbieżny z nazwiskiem autora, nie jest przypadkowy. W onirycznych roważaniach autora jawi się ona bowiem, jako jego babka. Helena, na kartach książki trzydziestoletnia, w okresie drugiej połowy XIX wieku w którym autor osadził fabułę jest już starą panną. Osią całej historii staje się jej płomienny romans z Żydem z pobliskiego miasteczka. Miłość zakazana obyczajowo nie tylko że względu na różnice klasowe , ale i religijne. W ten sposób autor dotyka tematyki polskiego antysemityzmu nawiązując nie tylko do czasów, w których rozgrywa się akcja książki, ale zapewne i do czasów mu współczesnych. Nie jest ta książka jedynie romansem. Romans staje się tu tylko pretekstem do rozważań nad zmianami, które zachodziły w tamtych czasach. Autor przeciwstawia zubożałą szlachtę, pielęgnującą tradycje popowstańcze i patriotyczne, z kolaborantami współpracującymi z carską władzą. To właśnie lokalny watażka na usługach carskich natabli przejmuje majątek Konwickich, ich samych spychając na margines lokalnego życia. W tle wiele onirycznych, niemal nierzeczywistych postaci. Pojawiają się młody Piłsudski, syn Puszkina czy carscy żandarmi. Ten zabieg nadaje historii Heleny nieco baśniowy charakter. Manierę tą pogłębia refleksja autora nad ulotnością pamięci i co za tym idzie przedstawianych zdarzeń historycznych. Tym samym spycha momentami całą opowieść na skraj jawy i snu. Autor posługuje się poetyckim językiem , jego opisy krajobrazów są emocjonujące i plastyczne . Potrafi oddziaływać na wyobraźnię czytelnika jednocześnie podnosząc poziom emocji. To powoduje, że płyniemy przez książkiem bardziej na fali obrazów malowanych w wyobraźni, niż prostego przekazu pisanego. To była prawdziwa przyjemność zanużyć się w tej krótkiej, ale hipnotyzującej powieści.
Ola - awatar Ola
oceniła na912 dni temu
Matka Joanna od Aniołów Jarosław Iwaszkiewicz
Matka Joanna od Aniołów
Jarosław Iwaszkiewicz
Kiedy ksiądz Suryn "trzęsąc się po okropnej drodze w niewygodnej najtyczance" zmierza ku klasztorowi "panien urszulanek" w Ludyniu, nie zdaje sobie sprawy z tego, jak znamienna w skutkach dla niego to będzie podróż. I nie chodzi nawet o to, że cieniem na jego duszy kłaść się może przepowiednia pewnej Cyganki brzmiąca "Horbatu polubisz", co jakiś innego rodzaju "smętek wewnętrzny", który "radość wolnego powietrza" i "wolnej ptaszki" zmienia w jakiś wewnętrzny"mąt" duszy, wrzucając go "w orbitę nieznanych zdarzeń", będących źródłem mąk dla serca i umysłu. . "Małe jądro ciemności", które gości gdzieś na dnie duszy jego, pod wpływem zderzenia się z "ponadrzeczywistą rzeczywistością" Matki Joanny od Aniołów rozrasta się, infekując kolejne dni jego pobytu w klasztorze snami pełnymi zmor i walk z samym sobą, robiąc z niego "igraszkę najpotężniejszych sił zła", choć wydaje się początkowo, że teologiczna wiedza i szczera modlitwa to skuteczny oręż w walce z wszelkiej maści demonami. Ale być może najbardziej niebezpieczny demon to ten, który kryje się w nas samych, a u podłoża wszystkiego, co "zgubić potrafi snadnie" każdego, nawet duchownego - leży... MIŁOŚĆ. Bo "człowiek to dziwna ptaszka" jednak... . Pisząc to opowiadanie (które ze względu na swoją objętość można uznać nawet za krótką powieść) czerpał inspirację Iwaszkiewicz z lektury dziejów jezuickiego egzorcysty, który w XVII w. oskarżony został o opętanie zakonnic i matki przełożonej klasztoru Urszulanek w Loudun. Tutaj zamiast Francji mamy Ludyń pod Smoleńskiem, a pod fabułą kryją się elementy autobiograficzne, dotyczące podobno relacji Iwaszkiewicza ze swoją żoną Anną. Pomimo tytułu sugerującego, że literackie światło padać będzie na Matkę Joannę - to ksiądz Suryn jest tutaj postacią, wokół której skupia się obraz tej wewnętrznej walki z siłami zła. Stąd także ta warstwa psychologiczna jest bardzo rozbudowana, a my otrzymujemy obok opisu zdarzeń zapis myśli księdza Suryna, będący rekonstrukcją jego duchowej przemiany, prowadzącej do zaskakującego, pełnego dramatyzmu zakończenia. . Urzekł mnie tutaj klimat, zachwycił literacki język stylizowany na staropolski, ale bardzo przystępny, często też zmuszający, by zatrzymać się nad pojedynczym słowem czy całym wyrażeniem. Jest w tym także nuta humoru, co zdecydowanie przełamuje wspomniany wyżej dramatyzm. Opowiadanie to okazało się także o wiele bardziej wielowarstwowe, niż się początkowo wydawało. Temat opętania to tylko naskórek, pod którym znajdziemy próbę odpowiedzi na pytania odnośnie natury zła, pojęcia prawdy, grzechu, istoty miłości, ofiary, pragnienia wyjątkowości. Bardzo polecam.
Ananke144 - awatar Ananke144
ocenił na84 miesiące temu
Weiser Dawidek Paweł Huelle
Weiser Dawidek
Paweł Huelle
Powieść oniryczna, zawieszona między podziemiami cegielni a murem szpitala psychiatrycznego; opuszczonym ewangelickim cmentarzem a budynkiem szkoły. Dziecięcy bohaterowie śladom przeszłości nadają własne znaczenia, symbole. W dorosłości te miejsca zanikają. Giną w pamięci, ale i fizycznie - powstają ogródki działkowe, bloki, wygładzone chodniki i parkingi. I ostatecznie zostajemy z pytaniem - jakie to miało znaczenie, skoro nie zostały żadne ślady? Weiser jest jak dybuk - duch, który przychodzi, by przypominać. Demiurg dziecięcej wyobraźni - sprawca wybuchów, wybawiciel z kłopotów, zabawiacz w czasie nudy. A może go nie ma, może jest tylko wytworem wyobraźni, śladem po narodzie, który zniknął. Cieniem żydowskiego sztetla. Bo i tak ostatecznie nikt o niego nie pyta, nie szuka. Katolicyzm ludowy, pełen niezrozumiałych rytuałów, procesji, szeptanych zaklęć jest równie obcy jak opowieść Dawida. Jedno i drugie to baśń, element rytuału zabawy lub przeszkody, która stoi na drodze do zabawy. Elka jest NIemką i to również nikomu z nich nie przeszkadza. I tu właśnie Huelle dokonuje cudu. Pokazuje wielokulturowość nie jako projekt polityczny, ale jako element dziecięcego świata. Dzieci są tolerancyjne, bo nieobciążone ideologią; nie nadają znaczeń, które przypisują osobom, miejscom dorośli. Jest współpraca, przygoda, czysta zabawa. Czy to jedyna interpretacja tej książki? Nie. Narrator sam myli tropy, podsuwa rozwiązania: jakie znaczenie ma prawda, skoro liczy się tylko mit, baśń. Może nie chodzi o pamięć, ale o odtwarzanie świata i o to, że przeszłość istnieje tylko wtedy, gdy ktoś ją opowiada, tak jak mu się wydaje, że pamięta. Może więc “Weiser Dawidek” to opowieść o znikaniu - miejsc, ludzi, narodów, dzieciństwa. O tym, że rzeczywistość ulatuje, ale opowieść trwa. I może to jest jedyna prawda, na jaką możemy sobie pozwolić. Książka wybitna, wielowarstwowa, metaforyczna; każda warstwa skrywa kolejną, kolejną i kolejną… Lektura obowiązkowa.
mariuszowelektury - awatar mariuszowelektury
ocenił na91 miesiąc temu

Cytaty z książki Głosy w ciemności

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Głosy w ciemności