Zjadanie Buddy. Życie tybetańskiego miasteczka w cieniu Chin
(2020)
[Eat the Buddha: Life and Death in a Tibetan Town]
„Niniejsza książka to przede wszystkim spisana historia mówiona, zebrana ze wspomnień Tybetańczyków z Ngawy” (str. 323) – miasta w powiecie o tej samej nazwie, położonego w autonomicznej prefekturze Tybetańskiej i Qiang Ngawa (Aba),w prowincji Syczuan, na terenie Płaskowyżu Tybetańskiego, na południu historycznego regionu Amdo.
W trakcie gromadzenia materiałów, kolejnych rozmów i wyjazdów do Ngawy, zrodził się „[…] zamiar opowiedzenia jej dziejów przez historie życia zwykłych Tybetańczyków” (str. 353) – wraz z reporterką (1959),wsłuchujemy się w głosy dawnych i obecnych mieszkańców, reprezentujących różne generacje. Wielu z nich, pod wpływem sytuacji politycznej i z pobudek ekonomicznych, opuściło Tybet. Część bohaterów, nie godząc się z chińskimi rządami, odbiera sobie życie lub ginie w trakcie protestów*.
Reportaż podzielono na cztery części: lata szalonych kampanii Mao (1958-1976, z uwzględnieniem wcześniejszych dekad chińskiej wojny domowej); okres reform i względnej liberalizacji pod kierownictwem Deng Xiaopinga (1976-1989); czas porzucenia nadziei o demokratyzacji, przy jednoczesnym utrzymaniu prężnego rozwoju gospodarczego (1990-2014); zamordystyczne rządy Xi Jinpinga, który nie zamierza zwolnić fotelu przewodniczącego (2014-2020)**.
Zjadanie Buddy to typowy reportaż, ratujący od zapomnienia tragedie tysięcy Tybetańczyków. Skupia się na najtrudniejszych doświadczeniach i codziennych zmaganiach z opresyjnym systemem, oraz współżyciu z chińską większością, stopniowo zasiedlającą tereny etnicznie tybetańskie. Opowiada o dojmującym braku swobody, utrudniającym adoracje duchowego przywódcy***, zwykłe przemieszczenie czy wyjazd za granicę; pisze o prześladowaniach, nowoczesnej inwigilacji i wykluczeniu cyfrowym, marginalizacji języka oraz wymuszonej sinizacji. Odbywa się to przy jednoczesnej, stopniowej poprawie poziomu życia przeciętnego Tybetańczyka i zaawansowanych inwestycjach w infrastrukturę. Dziś, nikt nie niszczy już klasztorów – robi się z nich atrakcje turystyczne****. Tybetańczycy mogą awansować społecznie, uczyć się i rozwijać – pod warunkiem, że będą to robić w języku mandaryńskim. Przemyślane działania Partii prowadzą do stopniowego wynaradawiania, tracenia poczucia odrębności i wrastania w chińską codzienność*****.
__________________________
* Najmocniej wybrzmiewa historia księżniczki Gonpo, córki króla Mei. Niektórym postaciom poświęcono więcej miejsca, innym mniej, a część tylko dopełniają obszerniejsze narracje. Jednak wszystkie są ważne.
Opowieści mieszkańców Ngawy i okolicznych osad są równorzędne, wszyscy tworzą jedna społeczność dawnego królestwa. Część z nich uciekła do Indii, zasilając tybetańską społeczność skupioną wokół Dalajlamy, i to tam dzieliło się swoimi doświadczeniami (np. wspomniana Gonpo Tso).
** Siedzi tam do tej pory (stan na 2026),i chyba nigdzie się nie wybiera.
*** „XIV Dalajlama zapowiada, że będzie żył 113 lat w obecnym wcieleniu, czyli odejdzie w roku 2048 lub 2049. 10 marca 2011 oświadczył, że »dobrowolnie rezygnuje ze swojej dalszej reinkarnacji« […]” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Tenzin_Gjaco).
**** W 2001 rząd przemianował Gyalthang (chiń. Zhongdian) w tybetańskiej autonomicznej prefekturze Diqing/Dêqên w Junanie na Shangri-La (!).
***** Nad Wisłą, po 123 latach zaborów, sytuacja Tybetańczyków powinna być szczególnie dobrze rozumiana. A jednak pogodziliśmy się z istnieniem ChRL, i zamiast destabilizować ten chory twór, jako Zachód, wykarmiliśmy go na własnej piersi.
Ciekawostka: w Warszawie, na Woli, jest rondo Tybetu – pierwotnie to miało być rondo Wolnego Tybetu, ale ambasada ChRL zaprotestowała: Tybet nie może być wolny, musi być chiński. A my się do tego pokornie przychyliliśmy… (Ciekawostka w ciekawostce: przy rzeczonym rondzie, od strony Odolan, pobudowano patodeweloperskie osiedle Bliska Wola (de facto już na dalekiej Woli),które potocznie ochrzczono Hongkongiem, z uwagi na małe metraże i duże zagęszczenie… ale to już dziedzictwo pobrytyjskie, nie komunistyczne).
•
„Tematem mojej poprzedniej książki była Korea Północna*, która – przyznaję – intrygowała mnie częściowo dlatego, że była właściwie zamknięta dla gości z Zachodu Gdy już postanowiłam, że opisze jakieś tybetańskie miasto, skupiłam się na Ngawie. Chciałam się dowiedzieć, co aż tak szczególnego się tam znajduje, skoro rząd chiński chce to ukryć przed światem. Dlaczego tak wielu spośród mieszkańców Ngawy zdecydowało się unicestwić swoje ciało w jeden z najstraszniejszych możliwych sposobów?” (str. 9).
„[Od 2009] Do listopada 2019 roku samospaliło się stu pięćdziesięciu sześciu Tybetańczyków; mniej więcej jedna trzecia z nich pochodziła z Ngawy lub jej okolic” (str. 265).
__________________________
** Światu nie mamy czego zazdrościć. Zwyczajne losy mieszkańców Korei Północnej [Nothing to Envy: Ordinary Lives in North Korea] (2009, wyd. polskie: 2010). Reportaż pochłonąłem przed 2013, z ogromnym zainteresowaniem, i niestety – nic na jego temat nie wynotowałem. Szczególnie zapadła mi pamięć historia topienia psa (celem późniejszego spożycia przez wygłodniałego chłopca-tułacza). Z perspektywy dwudziestoparolatka który oglądał Defiladę (1989) Fidyka z mieszaniną niedowierzania i fascynacji, i miał wówczas ogromny głód informacji nt. KRLD, była to książka świeża i miażdżąca.
•
Nie trzeba być sinologiem, aby zwrócić uwagę na szereg błędów dotyczących kwestii merytorycznych, istotnych z punktu widzenia przedstawianego tematu, oraz przemilczenia faktycznego statusu terenów etnicznie tybetańskich, a znajdujących się poza Tybetańskim Regionem Autonomicznym (autonomii w ramach prefektur i powiatów)*. Obok błędów powstałych w translacji, tekst zawiera sporo powtórzeń, z rzadka zasadnych, i inne błędy konstrukcyjne (np. urwany wątek uciekiniera; brak daty początkowej mimo podania finalnej, która pada dopiero później; dublowanie informacji w sąsiadujących zdaniach).
Mimo, iż do tekstu wkradło się trochę pomyłek, które powinny zniknąć w redakcji lub zostać sprostowane w przypisach, rdzeń pracy został wykonany dobrze. Barbara Demick zebrała istotne informacje, przedstawiła je ciekawie i zrozumiale, a druga Barbara, Gadomska, dobrze oddała jej myśli (6/10 – gdyby nie błędy merytoryczne, ocena byłaby o punkt wyższa).
________________________
* Dopiero w przypisach końcowych i słowniczku pojawia się formalna nazwa autonomicznej prefektury Ngawa.
•
„W którymś momencie Chińczycy odkryli, że w buddyjskich klasztorach można znaleźć nie tylko skarby cywilizacji tybetańskiej, ale także rzeczy potencjalnie nadające się do jedzenia. Bębny zrobione ze skór zwierzęcych dawało się zjeść pod warunkiem długiego gotowania – żołnierze wiedzieli jak to zrobić, bo zjedli już własne pasy, rzemienie karabinów, skórzane torby i lejce. Teraz jedli nawet figurki wykonane z mąki jęczmiennej i masła. Piszą o tym Jianglin Li i Mathew Akester, uczeni, którzy dokładnie zbadali ten okres na podstawie odnalezionego pamiętnika. Jedna z przytaczanych przez nich anegdot pochodzi z pamiętników Wu Faxiana, byłego komisarza politycznego pierwszej armii Mao. Pisze on:
[…] Zabrał ze sobą kilka małych (figurek) Buddów, umył je do czysta, a następnie zalał woda i ugotował. Wszystkie były zrobione z mąki i naprawdę dobrze smakowały. (…)
[…]
Tybetańczycy, którzy przeżyli tamte czasy, mówią, że to, co Chińczycy jedli, to tormy, ofiary wotywne, które nie są właściwie figurkami Buddy. Jeśli jednak chodzi o Chińczyków, uważali oni, że dosłownie jedzą Buddę. Wiedzieli, że to świętokradztwo, ale mało ich to obchodziło” (str. 42-43)*.
__________________________
* Tytuł książki to jednocześnie tytuł rozdziału drugiego (str. 31).
•
UWAGI (wyd. I z 2021, tłum. Barbara Gadomska):
Z cyklu wydawca wie lepiej: „życie i śmierć w tybetańskim miasteczku” zmieniono na „życie tybetańskiego miasteczka w cieniu Chin”, a jak komunikuje autorka już na początku, aspekt śmierci jest przejmujący i istotny. Gdyby nie polityka ChRL, nie byłoby śmierci z powodu głodu, kul, w wyniku prześladowań, nie byłoby samospaleń.
Str. 7 – „Wschodnia część tybetańskiego płaskowyżu granicząca z prowincjami Syczuan, Qinghai, Gansu i Junan, jest teoretycznie dostępna dla każdego […]” – autorka wprowadza czytelnika w błąd: 1) wschodnia i południowa część Wyżyny Tybetańskiej znajduje się na terenie wymienionych prowincji; 2) odnośnie dostępności, chodzi jej o tę część Tybetu, która znajduje się poza Tybetańskim Regionem Autonomicznym, i w większości funkcjonuje jako autonomiczne prefektury. (Na str. 10 prostuje tę informację, ale nie w sposób pełny).
Tybetański Region Autonomiczny (https://pl.wikipedia.org/wiki/Tybet_(region)#/media/Plik:Historyczny_Tybet_Mapa-pl.png) to tylko południowo-zachodnia część historycznego Tybetu, który tworzą Amdo, Kham i Ü-Tsang, ponadto wpływy tybetańskie sięgają na drugą stronę Himalajów, do północnych Indii, Nepalu i Bhutanu, gdzie żyje ludność kulturowo i etnicznie bliska sąsiadom z Płaskowyżu. (Np. indyjski Ladakh to cześć historycznego Tybetu Zachodniego).
Po obaleniu cesarstwa, chińscy nacjonaliści traktowali zachodnie prowincje zamieszkałe przez Tybetańczyków jako integralną cześć Chin. Po objęciu władzy, komuniści dokonali reorganizacji tych terytoriów, nadając części ziem status prefektur autonomicznych: ok. połowy prowincji Syczuan stanowią prefektury autonomiczne Garzê i Ngawa, gdzie znajduje się tytułowe miasteczko o tej samej nazwie (Ngawa przypisana jest również tybetańskiemu ludowi Qiang). Ponadto w syczuańskiej prefekturze Liangshan utworzono autonomiczny powiat Muli. Większość prowincji Qinghai, biorącej swą nazwę od jeziora, to prefektury autonomiczne: Mongolsko-Tybetańska Prefektura Autonomiczna Haixi, Tybetańska Prefektura Autonomiczna Haibei, Tybetańska Prefektura Autonomiczna Hainan, Tybetańska Prefektura Autonomiczna Huangnan, Tybetańska Prefektura Autonomiczna Yushu, Tybetańska Prefektura Autonomiczna Golog (Golok, Guoluo). W prowincji Junan znajduje się Tybetańska Prefektura Autonomiczna Diqing, w Gansu Tybetańska Prefektura Autonomiczna Gannan i autonomiczny powiat Bairi (chiń. Tianzhu) w graniach miasta Wuwei. (Poza tym komuniści zajęli tę część Tybetu, która była niezależna, i utworzyli na jej obszarze Tybetański Region Autonomiczny).
Podsumowując: nacjonaliści nie mieli interesu w odtwarzaniu niezależnego Tybetu w granicach etnicznych, (https://en.wikipedia.org/wiki/Kham#/media/File:Tibetischer_Kulturraum_Karte.png),a komunistom też nie było to na rękę, dlatego utrzymali granice z czasów cesarstwa i rządów Kuomintangu, dodatkowo dokonując aneksji Ngari, Ü-Tsang i zachodniego Khamu.
Płaskowyż Tybetański (Wyżyna Tybetańska): „Granice Wyżyny Tybetańskiej są wyraźnie zarysowane przez potężne łańcuchy górskie. Na północy są to Kunlun, Ałtyn-Tag i Qilian Shan, na południu – Himalaje, na zachodzie – Pamir i Karakorum, na wschodzie – Hengduan Shan” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Wy%C5%Bcyna_Tybeta%C5%84ska). Sięgają poza Chiny.
Str. 16-17 – na mapie ChRL wyodrębniono Sinkiang i TRA… wziąwszy pod uwagę treść książki – nie ma to większego sensu. Mapa powinna ukazywać historyczny Tybet na tle obecnych prowincji ChRL i państw Subkontynentu Indyjskiego.
Str. 30/75 – „rosyjski dżip”, „dżipa”, „rosyjskim dżipie”, „dżip” – ten „jeep” to najpewniej radziecki gazik (ГАЗ-69).
Str. 31 – z kosmosu nie widać Wielkiego Muru…
Str. 193 – błędne użycie terminu „Chiny kontynentalne” w rozumieniu Chin właściwych, etnicznych, w opozycji do Tybetu.
Str. 195 – nie haracz, tylko mandat, ewentualnie łapówka za przymknięcie oka na „[…] zepsuty tylny reflektor albo niezapięty pas […]”.
Str. 197 – „Nie miał pojęcia kto jest prezydentem Chin [sic!]” – przewodniczącym, w ChRL nie ma urzędu prezydenta.
Str. 206 – zburzenie Drugiej Świątyni w Jerozolimie miało miejsce w roku 70, nie 66 (!).
Str. 287 – „[…] zniósł ograniczenie kadencyjności stanowiska prezydenta […]” – przewodniczącego (vide uwaga do str. 197).
W reportażu nie pojawia się ani razu nazwa Xikang (https://pl.wikipedia.org/wiki/Xikang),dotycząca prowincji istniejącej w latach 1939–1955, której zachód włączono do Tybetańskiego Regionu Autonomicznego, a wschód do Syczuanu. Tam też znajduje się tytułowe miasteczko Ngawa.
Str. 10 – Louisa Vuittona – jeśli Louis Vuitton czyta się „lui witą”, to jaki sens ma deklinacja, której się nie używa, zapisana w dodatku w błędy sposób?; str. 40 i dalej – Chiang Kai-Shek – transkrypcja skopiowana 1:1 z amerykańskiego oryginału, w Polsce przyjęła się forma Czang Kaj-szek; str. 42 – podmieniony dwukropek i kropka (w angielskich tytułach, po części głównej, stawia się dwukropek; w polskich kropkę); str. 65 – „[…] arystokracji i klasztorów, które także posiadały znaczne połacie ziemi” – użycie „także” sugeruje wspomnienie jakichś innych latyfundystów… ale nic takiego nie pada; str. 75 – stosy dokumenty (dokumentów); str. 81 i dalej – nazwę kampanii Wielki Skok Naprzód zapisano dużymi literami, w przypadku innych wymienionych tylko pierwszy człon jest z dużej (?); str. 99 – „[…] ich udział w Hongchengu został usankcjonowany przez Mao […]” – słowo „Hongcheng” zostało tu użyte tak, jakby oznaczało jakiś proces, czynność, praktykę… tymczasem jest to imię jednego z bohaterów książki, Honchenga Taszi, (zapewne przybrał je od rodzinnej miejscowości, o takiej praktyce czytamy w książce 2-3 razy),na str. 290 mowa o frakcji Czerwonej Gwardii „Hongcheng” – po przeczytaniu ok. 200 stron niejasność zyskuje sens (!); str. 116 – drugi raz to samo co str. wcześniej (115) nt. zniknięcia ulicznych handlarzy (błąd konstrukcyjny); str. 124 – z zaskoczeniem zobaczył (spostrzegł); str. 175 – wypełnionych kadzidłem (wypełnionych dymem z kadzidła); str. 220 – o tym, że Shenzhen leży nieopodal Hongkongu już było, a także o tym, że to tutaj w latach osiemdziesiątych rozpoczęto wdrażać kapitalizm (wcześniej pojawiły się i inne przypomnienia, ale były bardziej na miejscu); str. 230 – w domu-w domu; str. 236 – przykrycie głowy (nakrycie…); str. 253 – niego (nich); str. 277 – powtórzenie informacji o filii klasztoru założonej w ‘90 – zbędne, czytelnik raczej ma to w pamięci; str. 298 – powtórzenie informacji o udziale samobójców z Ngawy (1/3 całości),oraz że Meruma wzięła swą nazwę od dynastii Mei; str. 293 – niepotrzebne powtórzenie informacji o pobycie Cegjama w Indiach; str. 344 – region (regionu).
OPINIE i DYSKUSJE o książce Przeżyj rok w średniowieczu
Książka Tillmanna Bendikowskiego, „Przeżyj rok w średniowieczu”, to fascynująca podróż w czasie, która skutecznie obala mity o „wiekach ciemnych”, zastępując je obrazem świata pełnego barw, zapachów i skomplikowanych rytuałów. Moja ocena to solidne 7/10 – to doskonała pozycja popularnonaukowa, choć momentami jej dygresyjność może wystawić cierpliwość czytelnika na próbę.
Bendikowski przyjmuje genialną w swojej prostocie konwencję: prowadzi nas przez rok 950, dzieląc opowieść na pory roku i miesiące. Nie skupia się jednak na wielkiej polityce czy datach bitew, ale na codzienności: co jedli ówcześni ludzie, jak spali, jak radzili sobie z mrozem i w co wierzyli.
Najważniejsze rady i spostrzeżenia płynące z lektury to:
Pokora wobec natury: Średniowiecze uczy nas, że człowiek był całkowicie zależny od cyklu pór roku. Brak plonów oznaczał śmierć, a zachód słońca kończył aktywność zawodową. To lekcja uważności, której współczesny, przebodźcowany człowiek bardzo potrzebuje.
Rola wspólnoty: Autor podkreśla, że w średniowieczu jednostka nie istniała poza grupą. Rodzina, wieś czy zakon były gwarantem przetrwania. Samotność była synonimem wykluczenia i niebezpieczeństwa.
Higiena i medycyna: Bendikowski prostuje błąd dotyczący powszechnego brudu – ludzie dbali o czystość na miarę swoich możliwości, a ich wiedza o ziołach i naturalnych metodach leczenia była imponująca, choć podszyta magią.
Duszna atmosfera średniowiecznej chaty
Zacznijmy od dusznej atmosfery, którą Bendikowski kreśli po mistrzowsku. Opisy zimowych wieczorów w kurnych chatach, gdzie dym gryzie w oczy, a zapach zwierząt miesza się z wonią niemytych ciał i gnijącej słomy, są niezwykle sugestywne. Ta duszność to nie tylko brak tlenu, to także duszność egzystencjalna – lęk przed demonami czyhającymi w ciemnościach i nieuchronnością sądu ostatecznego. Czytelnik niemal fizycznie czuje ciężar tamtej rzeczywistości.
Mimo ogromnej wiedzy autora, książka ma swoje minusy. Największym grzechem Bendikowskiego jest pewna powtarzalność – niektóre tezy dotyczące religijności czy rolnictwa wracają w każdym rozdziale, co sprawia, że narracja traci tempo. Ponadto, autor skupia się niemal wyłącznie na obszarach dzisiejszych Niemiec, co dla polskiego czytelnika szukającego analogii do czasów Mieszka I może być lekkim ograniczeniem.
To książka, która „odczarowuje” średniowiecze, pokazując je jako czas wielkiej zaradności i głębokiej duchowości. Bendikowski udowadnia, że nasi przodkowie nie byli prymitywni – byli po prostu doskonale zaadaptowani do świata, który dla nas byłby nie do zniesienia. Idealna lektura dla każdego, kto chce poczuć ciężar średniowiecznego płaszcza na własnych ramionach.
Książka Tillmanna Bendikowskiego, „Przeżyj rok w średniowieczu”, to fascynująca podróż w czasie, która skutecznie obala mity o „wiekach ciemnych”, zastępując je obrazem świata pełnego barw, zapachów i skomplikowanych rytuałów. Moja ocena to solidne 7/10 – to doskonała pozycja popularnonaukowa, choć momentami jej dygresyjność może wystawić cierpliwość czytelnika na...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKsiążka niby w porządku, ale w mojej opinii zbyt powierzchowna. Mało w niej ciekawych detali, które dawałyby szanse na wyższą ocenę. Autor przedstawia tu podstawowe zasady funkcjonowania średniowiecznego społeczeństwa na terenie dzisiejszych Niemiec. Pole badawcze jest więc znacząco ograniczone. Nie jest to książka traktująca zwyczaje średniowieczne w kompleksowym ujęciu.
Książka niby w porządku, ale w mojej opinii zbyt powierzchowna. Mało w niej ciekawych detali, które dawałyby szanse na wyższą ocenę. Autor przedstawia tu podstawowe zasady funkcjonowania średniowiecznego społeczeństwa na terenie dzisiejszych Niemiec. Pole badawcze jest więc znacząco ograniczone. Nie jest to książka traktująca zwyczaje średniowieczne w kompleksowym ujęciu.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPrzede wszystkim w książce zwraca uwagę narracja. Opowieść jest prowadzona tak, jakby się siedziało na wykładzie. Autor zwraca się bezpośrednio do czytelnika. Nie są to suche fakty zebrane razem, które po kilku stronach stają się przytłaczające. Od tej książki dosłownie nie można się oderwać, bo wszystkie informacje są podane w sposób fajny i ciekawy, zachęcający do przemyśleń. Kolejne tematy wzajemnie się przenikają i dobrze ze sobą łączą. Książkę czyta się jak najlepszą opowieść.
Przede wszystkim w książce zwraca uwagę narracja. Opowieść jest prowadzona tak, jakby się siedziało na wykładzie. Autor zwraca się bezpośrednio do czytelnika. Nie są to suche fakty zebrane razem, które po kilku stronach stają się przytłaczające. Od tej książki dosłownie nie można się oderwać, bo wszystkie informacje są podane w sposób fajny i ciekawy, zachęcający do...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toChyba sama nie wybrałabym sobie tej pozycji do czytania, ale dostałam ją od bliskiej osoby, więc czułam się odrobinę zobowiązana do przeczytania;-)
Wprawdzie historia leży w kręgu moich zainteresowań, ale raczej historia bliższa czasom obecnym, a średniowiecze nie pasuje do tego założenia. Może dlatego, mimo że nie mogę zarzucić, że była nieciekawa lub w inny oczywisty sposób kiepska, nie sprawiła mi wielkiej przyjemności czy satysfakcji z lektury.
Książka podzielona jest na 12 rozdziałów odpowiadających miesiącom roku, lecz jest to zabieg bardziej techniczny i kompozycyjny niż mający uzasadnienie w prezentowanej treści. Każdy z rozdziałów poświęcony jest jednemu tematowi/ aspektowi życia w średniowieczu. Poznajemy średniowieczne miasta z uwzględnieniem jakości miejskiego powietrza, jakość dróg i charakterystykę osób podróżujących w tamytch czasach oraz niebezpieczeństw na nich czyhających, rycerzy i ich życie, problemy z żwnością i klęski głodu, historie o pożyciu małżeńskim czy budownitwie. Duża część książki dotyczy religii katolickiej i ludzi kościoła (m. in. rozdział zatytułowany Pobożni ludzie czy Droga do nieba, choć w zasadzie w każdej opisanej kwestii można odnaleźć odwołania do tej materii, bo jeśli przedstwiane są tematy związane z jedzeniem, to pojawia się zagadnienie postu etc.),mnie szczególnie zainteresowały opisy krucjat oraz koncepcja czyśćca, która właśnie w środniowieczu się pojawiła.
Chyba sama nie wybrałabym sobie tej pozycji do czytania, ale dostałam ją od bliskiej osoby, więc czułam się odrobinę zobowiązana do przeczytania;-)
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toWprawdzie historia leży w kręgu moich zainteresowań, ale raczej historia bliższa czasom obecnym, a średniowiecze nie pasuje do tego założenia. Może dlatego, mimo że nie mogę zarzucić, że była nieciekawa lub w inny oczywisty...
Mimo że książka, dzięki przystępnemu i atrakyjnemu stylowi, ma potencjał na znacznie wyższe oceny, nie mogę zostawić więcej niż 6, bo czuję się zwyczajnie oszukana (i po trosze indoktrynowana). Tytuł pozwolił mi spodziewać się ogólnoeuropejskiego studium etnograficznego - opisu rocznych prac, zajęć, obyczajów, wierzeń i obrzędów z uwzględnieniem różnic stanowych i terytorialnych. Niestety - jest to swobodnie i umownie poprowadzony wywód popularno-antropologiczny, nie mający z konkretnymi miesiącami nic wspólnego. Bo dlaczego akurat wrzesień jest do opowiedzenia o zbrojnych miesiącem lepszym niż np. maj czy październik? Dlaczego akurat czerwiec poświęcono budownictwu? Dlaczego w kwietniu nie ma słowa obchodach i tradycjach Wielkanocnych, a zamiast tego mamy wywód o prawie karnym i sposobach jego egzekwowania?
Już nie wspomnę, że studium poświęcone jest tylko i wyłącznie życiu na ziemiach niemieckich. Do tego cała książka przesiąknięta jest nachalną agresywną narracją antyklerykalną, w większości zupełnie zresztą niepotrzebną.
Moje porady: zmienić tytuł na "Przeżyj w średniowiecznej Rzeszy", wyzbyć się podziału na miesiące, a także tak jawnie nienawistnego stosunku do Kościoła katolickiego. I czytałoby się super!
Mimo że książka, dzięki przystępnemu i atrakyjnemu stylowi, ma potencjał na znacznie wyższe oceny, nie mogę zostawić więcej niż 6, bo czuję się zwyczajnie oszukana (i po trosze indoktrynowana). Tytuł pozwolił mi spodziewać się ogólnoeuropejskiego studium etnograficznego - opisu rocznych prac, zajęć, obyczajów, wierzeń i obrzędów z uwzględnieniem różnic stanowych i...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toCzuję się szczerze oszukany. Sięgając po tę książkę miałem nadzieję rzeczywiście dowiedzieć się co średniowieczni ludzie robili w styczniu, co w lipcu, jak różniły się ich zajęcia itd. Tymczasem tytułowy rok, a dokładniej miesiące, to tylko tytuły rozdziałów, które absolutnie nie skupiają się na czasie, który opisują. Gdyby to jeszcze były jakieś fajne ciekawostki ze średniowiecza, ale nie - w jednym dowiadujemy się, że palono na stosie, a w drugim, że król rządził krajem i dużo jeździł. Dodatkowo autor skupią się w 99% na wieku XII i opisuje tylko teren dzisiejszych Niemiec. Dodatkowo pojawią się bardzo dużo nieścisłości np. "W roku 1180 w Europie pojawiają się pierwsze młyny" - no błagam. Lepiej sięgnąć po coś innego.
Czuję się szczerze oszukany. Sięgając po tę książkę miałem nadzieję rzeczywiście dowiedzieć się co średniowieczni ludzie robili w styczniu, co w lipcu, jak różniły się ich zajęcia itd. Tymczasem tytułowy rok, a dokładniej miesiące, to tylko tytuły rozdziałów, które absolutnie nie skupiają się na czasie, który opisują. Gdyby to jeszcze były jakieś fajne ciekawostki ze...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNie, zdecydowanie jestem na nie, jeśli chodzi o tę książkę. Spodziewałam się czegoś innego. Każdy rozdział nosił nazwę miesiąca i myślałam, że będzie opisywał jak wyglądało codzienne życie własnie w tym danym miesiącu. Zamiast tego otrzymałam zlepek informacji na temat różnych warstw społecznych i opowiastek o świętych w prześmiewczym i ironicznym stylu, do tego mnóstwo cytatów z innych dzieł. Jestem rozczarowaną tą lekturą.
Nie, zdecydowanie jestem na nie, jeśli chodzi o tę książkę. Spodziewałam się czegoś innego. Każdy rozdział nosił nazwę miesiąca i myślałam, że będzie opisywał jak wyglądało codzienne życie własnie w tym danym miesiącu. Zamiast tego otrzymałam zlepek informacji na temat różnych warstw społecznych i opowiastek o świętych w prześmiewczym i ironicznym stylu, do tego mnóstwo...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKsiążka idealna dla osób "zmęczonych" typowymi historycznymi publikacjami. Przystępny język i lekka narracja sprawiają, że czyta się niezwykle łatwo. Przed ogólnikową infantylizacją chronią zgrabnie wplecione szczegółowe ciekawostki. Trzeba jednak podkreślić, że książka dotyczy głównie niemieckiego punktu widzenia/siedzenia. Dodatkowo stanowi raczej anegdotyczny zbiór, a nie szczegółowe studium tematu, więc powinna stanowić ciekawe uzupełnienie światopoglądu, nie zaś jego podwaliny. Mając wszystko powyższe na względzie, uważam, że lektura jest warta przeczytania.
Książka idealna dla osób "zmęczonych" typowymi historycznymi publikacjami. Przystępny język i lekka narracja sprawiają, że czyta się niezwykle łatwo. Przed ogólnikową infantylizacją chronią zgrabnie wplecione szczegółowe ciekawostki. Trzeba jednak podkreślić, że książka dotyczy głównie niemieckiego punktu widzenia/siedzenia. Dodatkowo stanowi raczej anegdotyczny zbiór, a...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toCałkiem przyjemna lektura. Lekka i dość ciekawie napisana. Czytała się dosyć szybko, choć muszę przyznać, że nie była dla mnie specjalnie odkrywcza. Powtarzała rzeczy wcześniej znane i dostępne w innych książkach, ale z pewnością czyniła to w sposób interesujący. Przede wszystkim dla osób szukających ciekawych książek o historii (czasem takie pytania pojawiają się na różnych forach historycznych); tą bym polecił w ciemno, dość ciekawy (ale niekonsekwentny) był sposób prezentacji opowieści poprzez podzielenie roku na kolejne miesiące kalendarzowe. Na pewno nie poleciłbym książki zawodowym historykom, bo wiem że narzekali by na rozliczne ogólniki i uproszczenia, a nawet znaleźli by mnóstwo błędów. Ale tym nie koniecznie należy się przejmować, nie da się bowiem pisać bez błędów i uogólnień o epoce trwającej kilkaset lat. W każdym razie lekturę polecam jako miłą odskocznię od twardej literatury faktu.
Całkiem przyjemna lektura. Lekka i dość ciekawie napisana. Czytała się dosyć szybko, choć muszę przyznać, że nie była dla mnie specjalnie odkrywcza. Powtarzała rzeczy wcześniej znane i dostępne w innych książkach, ale z pewnością czyniła to w sposób interesujący. Przede wszystkim dla osób szukających ciekawych książek o historii (czasem takie pytania pojawiają się na...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toBardzo przyjemna i ciekawa książka dla osób, które, tak jak ja, nie interesowały się nigdy średniowieczem. Tytuł i podział na miesiące jest jednak trochę nietrafiony, oczekiwałam, że treść danych rozdziałów faktycznie będzie się skupiać na danym miesiącu, przeżywaniu świąt, żniw, upałów i mrozów. Tak niestety nie było, niemniej jednak bardzo mi się podobała.
Bardzo przyjemna i ciekawa książka dla osób, które, tak jak ja, nie interesowały się nigdy średniowieczem. Tytuł i podział na miesiące jest jednak trochę nietrafiony, oczekiwałam, że treść danych rozdziałów faktycznie będzie się skupiać na danym miesiącu, przeżywaniu świąt, żniw, upałów i mrozów. Tak niestety nie było, niemniej jednak bardzo mi się podobała.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to