Przeżyj rok w średniowieczu

Okładka książki Przeżyj rok w średniowieczu autora Tillmann Bendikowski, 9788324079728
Okładka książki Przeżyj rok w średniowieczu
Tillmann Bendikowski Wydawnictwo: Znak Horyzont historia
448 str. 7 godz. 28 min.
Kategoria:
historia
Format:
papier
Tytuł oryginału:
Ein Jahr im Mittelalter: Essen und Feiern, Reisen und Kämpfen, Herrschen und Strafen, Glauben und Lieben
Data wydania:
2021-09-01
Data 1. wyd. pol.:
2021-09-01
Liczba stron:
448
Czas czytania
7 godz. 28 min.
Język:
polski
ISBN:
9788324079728
Tłumacz:
Dariusz Guzik
Średnia ocen

6,5 6,5 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Przeżyj rok w średniowieczu w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Opinia społeczności i

Przeżyj rok w średniowieczu



książek na półce przeczytane 4942 napisanych opinii 1560

Oceny książki Przeżyj rok w średniowieczu

Średnia ocen
6,5 / 10
303 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Przeżyj rok w średniowieczu

avatar
16711
3155

Na półkach: ,

Książka Tillmanna Bendikowskiego, „Przeżyj rok w średniowieczu”, to fascynująca podróż w czasie, która skutecznie obala mity o „wiekach ciemnych”, zastępując je obrazem świata pełnego barw, zapachów i skomplikowanych rytuałów. Moja ocena to solidne 7/10 – to doskonała pozycja popularnonaukowa, choć momentami jej dygresyjność może wystawić cierpliwość czytelnika na próbę.

Bendikowski przyjmuje genialną w swojej prostocie konwencję: prowadzi nas przez rok 950, dzieląc opowieść na pory roku i miesiące. Nie skupia się jednak na wielkiej polityce czy datach bitew, ale na codzienności: co jedli ówcześni ludzie, jak spali, jak radzili sobie z mrozem i w co wierzyli.

Najważniejsze rady i spostrzeżenia płynące z lektury to:

Pokora wobec natury: Średniowiecze uczy nas, że człowiek był całkowicie zależny od cyklu pór roku. Brak plonów oznaczał śmierć, a zachód słońca kończył aktywność zawodową. To lekcja uważności, której współczesny, przebodźcowany człowiek bardzo potrzebuje.

Rola wspólnoty: Autor podkreśla, że w średniowieczu jednostka nie istniała poza grupą. Rodzina, wieś czy zakon były gwarantem przetrwania. Samotność była synonimem wykluczenia i niebezpieczeństwa.

Higiena i medycyna: Bendikowski prostuje błąd dotyczący powszechnego brudu – ludzie dbali o czystość na miarę swoich możliwości, a ich wiedza o ziołach i naturalnych metodach leczenia była imponująca, choć podszyta magią.

Duszna atmosfera średniowiecznej chaty
Zacznijmy od dusznej atmosfery, którą Bendikowski kreśli po mistrzowsku. Opisy zimowych wieczorów w kurnych chatach, gdzie dym gryzie w oczy, a zapach zwierząt miesza się z wonią niemytych ciał i gnijącej słomy, są niezwykle sugestywne. Ta duszność to nie tylko brak tlenu, to także duszność egzystencjalna – lęk przed demonami czyhającymi w ciemnościach i nieuchronnością sądu ostatecznego. Czytelnik niemal fizycznie czuje ciężar tamtej rzeczywistości.

Mimo ogromnej wiedzy autora, książka ma swoje minusy. Największym grzechem Bendikowskiego jest pewna powtarzalność – niektóre tezy dotyczące religijności czy rolnictwa wracają w każdym rozdziale, co sprawia, że narracja traci tempo. Ponadto, autor skupia się niemal wyłącznie na obszarach dzisiejszych Niemiec, co dla polskiego czytelnika szukającego analogii do czasów Mieszka I może być lekkim ograniczeniem.
To książka, która „odczarowuje” średniowiecze, pokazując je jako czas wielkiej zaradności i głębokiej duchowości. Bendikowski udowadnia, że nasi przodkowie nie byli prymitywni – byli po prostu doskonale zaadaptowani do świata, który dla nas byłby nie do zniesienia. Idealna lektura dla każdego, kto chce poczuć ciężar średniowiecznego płaszcza na własnych ramionach.

Książka Tillmanna Bendikowskiego, „Przeżyj rok w średniowieczu”, to fascynująca podróż w czasie, która skutecznie obala mity o „wiekach ciemnych”, zastępując je obrazem świata pełnego barw, zapachów i skomplikowanych rytuałów. Moja ocena to solidne 7/10 – to doskonała pozycja popularnonaukowa, choć momentami jej dygresyjność może wystawić cierpliwość czytelnika na...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
293
282

Na półkach:

Książka niby w porządku, ale w mojej opinii zbyt powierzchowna. Mało w niej ciekawych detali, które dawałyby szanse na wyższą ocenę. Autor przedstawia tu podstawowe zasady funkcjonowania średniowiecznego społeczeństwa na terenie dzisiejszych Niemiec. Pole badawcze jest więc znacząco ograniczone. Nie jest to książka traktująca zwyczaje średniowieczne w kompleksowym ujęciu.

Książka niby w porządku, ale w mojej opinii zbyt powierzchowna. Mało w niej ciekawych detali, które dawałyby szanse na wyższą ocenę. Autor przedstawia tu podstawowe zasady funkcjonowania średniowiecznego społeczeństwa na terenie dzisiejszych Niemiec. Pole badawcze jest więc znacząco ograniczone. Nie jest to książka traktująca zwyczaje średniowieczne w kompleksowym ujęciu.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
2054
1129

Na półkach:

Przede wszystkim w książce zwraca uwagę narracja. Opowieść jest prowadzona tak, jakby się siedziało na wykładzie. Autor zwraca się bezpośrednio do czytelnika. Nie są to suche fakty zebrane razem, które po kilku stronach stają się przytłaczające. Od tej książki dosłownie nie można się oderwać, bo wszystkie informacje są podane w sposób fajny i ciekawy, zachęcający do przemyśleń. Kolejne tematy wzajemnie się przenikają i dobrze ze sobą łączą. Książkę czyta się jak najlepszą opowieść.

Przede wszystkim w książce zwraca uwagę narracja. Opowieść jest prowadzona tak, jakby się siedziało na wykładzie. Autor zwraca się bezpośrednio do czytelnika. Nie są to suche fakty zebrane razem, które po kilku stronach stają się przytłaczające. Od tej książki dosłownie nie można się oderwać, bo wszystkie informacje są podane w sposób fajny i ciekawy, zachęcający do...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

1085 użytkowników ma tytuł Przeżyj rok w średniowieczu na półkach głównych
  • 722
  • 339
  • 24
195 użytkowników ma tytuł Przeżyj rok w średniowieczu na półkach dodatkowych
  • 116
  • 35
  • 16
  • 9
  • 8
  • 6
  • 5

Tagi i tematy do książki Przeżyj rok w średniowieczu

Inne książki autora

Tillmann Bendikowski
Tillmann Bendikowski
Tillmann Bendikowski (ur. 1965) jest niemieckim dziennikarzem i historykiem. Po szkoleniu dziennikarskim Bendikowski rozpoczął studia na Uniwersytecie Ruhry w Bochum w 1989 roku. Tam studiował historię, dziennikarstwo, nauki o komunikacji oraz teorię i dydaktykę historii. Po ukończeniu studiów w 1994 r. doktoryzował się w 1999 r. u historyków Hansa Mommsena i Güntera Brakelmanna. Następnie założył hamburską agencję medialną Geschichte i rozpoczął samozatrudnienie. Od tego czasu był zaangażowany w kilka projektów książkowych jako redaktor i współautor, a także sam napisał kilka prac, w tym monografię o Fryderyku Wielkim w 2011 roku.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Zjadanie Buddy. Życie tybetańskiego miasteczka w cieniu Chin Barbara Demick
Zjadanie Buddy. Życie tybetańskiego miasteczka w cieniu Chin
Barbara Demick
(2020) [Eat the Buddha: Life and Death in a Tibetan Town] „Niniejsza książka to przede wszystkim spisana historia mówiona, zebrana ze wspomnień Tybetańczyków z Ngawy” (str. 323) – miasta w powiecie o tej samej nazwie, położonego w autonomicznej prefekturze Tybetańskiej i Qiang Ngawa (Aba),w prowincji Syczuan, na terenie Płaskowyżu Tybetańskiego, na południu historycznego regionu Amdo. W trakcie gromadzenia materiałów, kolejnych rozmów i wyjazdów do Ngawy, zrodził się „[…] zamiar opowiedzenia jej dziejów przez historie życia zwykłych Tybetańczyków” (str. 353) – wraz z reporterką (1959),wsłuchujemy się w głosy dawnych i obecnych mieszkańców, reprezentujących różne generacje. Wielu z nich, pod wpływem sytuacji politycznej i z pobudek ekonomicznych, opuściło Tybet. Część bohaterów, nie godząc się z chińskimi rządami, odbiera sobie życie lub ginie w trakcie protestów*. Reportaż podzielono na cztery części: lata szalonych kampanii Mao (1958-1976, z uwzględnieniem wcześniejszych dekad chińskiej wojny domowej); okres reform i względnej liberalizacji pod kierownictwem Deng Xiaopinga (1976-1989); czas porzucenia nadziei o demokratyzacji, przy jednoczesnym utrzymaniu prężnego rozwoju gospodarczego (1990-2014); zamordystyczne rządy Xi Jinpinga, który nie zamierza zwolnić fotelu przewodniczącego (2014-2020)**. Zjadanie Buddy to typowy reportaż, ratujący od zapomnienia tragedie tysięcy Tybetańczyków. Skupia się na najtrudniejszych doświadczeniach i codziennych zmaganiach z opresyjnym systemem, oraz współżyciu z chińską większością, stopniowo zasiedlającą tereny etnicznie tybetańskie. Opowiada o dojmującym braku swobody, utrudniającym adoracje duchowego przywódcy***, zwykłe przemieszczenie czy wyjazd za granicę; pisze o prześladowaniach, nowoczesnej inwigilacji i wykluczeniu cyfrowym, marginalizacji języka oraz wymuszonej sinizacji. Odbywa się to przy jednoczesnej, stopniowej poprawie poziomu życia przeciętnego Tybetańczyka i zaawansowanych inwestycjach w infrastrukturę. Dziś, nikt nie niszczy już klasztorów – robi się z nich atrakcje turystyczne****. Tybetańczycy mogą awansować społecznie, uczyć się i rozwijać – pod warunkiem, że będą to robić w języku mandaryńskim. Przemyślane działania Partii prowadzą do stopniowego wynaradawiania, tracenia poczucia odrębności i wrastania w chińską codzienność*****. __________________________ * Najmocniej wybrzmiewa historia księżniczki Gonpo, córki króla Mei. Niektórym postaciom poświęcono więcej miejsca, innym mniej, a część tylko dopełniają obszerniejsze narracje. Jednak wszystkie są ważne. Opowieści mieszkańców Ngawy i okolicznych osad są równorzędne, wszyscy tworzą jedna społeczność dawnego królestwa. Część z nich uciekła do Indii, zasilając tybetańską społeczność skupioną wokół Dalajlamy, i to tam dzieliło się swoimi doświadczeniami (np. wspomniana Gonpo Tso). ** Siedzi tam do tej pory (stan na 2026),i chyba nigdzie się nie wybiera. *** „XIV Dalajlama zapowiada, że będzie żył 113 lat w obecnym wcieleniu, czyli odejdzie w roku 2048 lub 2049. 10 marca 2011 oświadczył, że »dobrowolnie rezygnuje ze swojej dalszej reinkarnacji« […]” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Tenzin_Gjaco). **** W 2001 rząd przemianował Gyalthang (chiń. Zhongdian) w tybetańskiej autonomicznej prefekturze Diqing/Dêqên w Junanie na Shangri-La (!). ***** Nad Wisłą, po 123 latach zaborów, sytuacja Tybetańczyków powinna być szczególnie dobrze rozumiana. A jednak pogodziliśmy się z istnieniem ChRL, i zamiast destabilizować ten chory twór, jako Zachód, wykarmiliśmy go na własnej piersi. Ciekawostka: w Warszawie, na Woli, jest rondo Tybetu – pierwotnie to miało być rondo Wolnego Tybetu, ale ambasada ChRL zaprotestowała: Tybet nie może być wolny, musi być chiński. A my się do tego pokornie przychyliliśmy… (Ciekawostka w ciekawostce: przy rzeczonym rondzie, od strony Odolan, pobudowano patodeweloperskie osiedle Bliska Wola (de facto już na dalekiej Woli),które potocznie ochrzczono Hongkongiem, z uwagi na małe metraże i duże zagęszczenie… ale to już dziedzictwo pobrytyjskie, nie komunistyczne). • „Tematem mojej poprzedniej książki była Korea Północna*, która – przyznaję – intrygowała mnie częściowo dlatego, że była właściwie zamknięta dla gości z Zachodu Gdy już postanowiłam, że opisze jakieś tybetańskie miasto, skupiłam się na Ngawie. Chciałam się dowiedzieć, co aż tak szczególnego się tam znajduje, skoro rząd chiński chce to ukryć przed światem. Dlaczego tak wielu spośród mieszkańców Ngawy zdecydowało się unicestwić swoje ciało w jeden z najstraszniejszych możliwych sposobów?” (str. 9). „[Od 2009] Do listopada 2019 roku samospaliło się stu pięćdziesięciu sześciu Tybetańczyków; mniej więcej jedna trzecia z nich pochodziła z Ngawy lub jej okolic” (str. 265). __________________________ ** Światu nie mamy czego zazdrościć. Zwyczajne losy mieszkańców Korei Północnej [Nothing to Envy: Ordinary Lives in North Korea] (2009, wyd. polskie: 2010). Reportaż pochłonąłem przed 2013, z ogromnym zainteresowaniem, i niestety – nic na jego temat nie wynotowałem. Szczególnie zapadła mi pamięć historia topienia psa (celem późniejszego spożycia przez wygłodniałego chłopca-tułacza). Z perspektywy dwudziestoparolatka który oglądał Defiladę (1989) Fidyka z mieszaniną niedowierzania i fascynacji, i miał wówczas ogromny głód informacji nt. KRLD, była to książka świeża i miażdżąca. • Nie trzeba być sinologiem, aby zwrócić uwagę na szereg błędów dotyczących kwestii merytorycznych, istotnych z punktu widzenia przedstawianego tematu, oraz przemilczenia faktycznego statusu terenów etnicznie tybetańskich, a znajdujących się poza Tybetańskim Regionem Autonomicznym (autonomii w ramach prefektur i powiatów)*. Obok błędów powstałych w translacji, tekst zawiera sporo powtórzeń, z rzadka zasadnych, i inne błędy konstrukcyjne (np. urwany wątek uciekiniera; brak daty początkowej mimo podania finalnej, która pada dopiero później; dublowanie informacji w sąsiadujących zdaniach). Mimo, iż do tekstu wkradło się trochę pomyłek, które powinny zniknąć w redakcji lub zostać sprostowane w przypisach, rdzeń pracy został wykonany dobrze. Barbara Demick zebrała istotne informacje, przedstawiła je ciekawie i zrozumiale, a druga Barbara, Gadomska, dobrze oddała jej myśli (6/10 – gdyby nie błędy merytoryczne, ocena byłaby o punkt wyższa). ________________________ * Dopiero w przypisach końcowych i słowniczku pojawia się formalna nazwa autonomicznej prefektury Ngawa. • „W którymś momencie Chińczycy odkryli, że w buddyjskich klasztorach można znaleźć nie tylko skarby cywilizacji tybetańskiej, ale także rzeczy potencjalnie nadające się do jedzenia. Bębny zrobione ze skór zwierzęcych dawało się zjeść pod warunkiem długiego gotowania – żołnierze wiedzieli jak to zrobić, bo zjedli już własne pasy, rzemienie karabinów, skórzane torby i lejce. Teraz jedli nawet figurki wykonane z mąki jęczmiennej i masła. Piszą o tym Jianglin Li i Mathew Akester, uczeni, którzy dokładnie zbadali ten okres na podstawie odnalezionego pamiętnika. Jedna z przytaczanych przez nich anegdot pochodzi z pamiętników Wu Faxiana, byłego komisarza politycznego pierwszej armii Mao. Pisze on: […] Zabrał ze sobą kilka małych (figurek) Buddów, umył je do czysta, a następnie zalał woda i ugotował. Wszystkie były zrobione z mąki i naprawdę dobrze smakowały. (…) […] Tybetańczycy, którzy przeżyli tamte czasy, mówią, że to, co Chińczycy jedli, to tormy, ofiary wotywne, które nie są właściwie figurkami Buddy. Jeśli jednak chodzi o Chińczyków, uważali oni, że dosłownie jedzą Buddę. Wiedzieli, że to świętokradztwo, ale mało ich to obchodziło” (str. 42-43)*. __________________________ * Tytuł książki to jednocześnie tytuł rozdziału drugiego (str. 31). • UWAGI (wyd. I z 2021, tłum. Barbara Gadomska): Z cyklu wydawca wie lepiej: „życie i śmierć w tybetańskim miasteczku” zmieniono na „życie tybetańskiego miasteczka w cieniu Chin”, a jak komunikuje autorka już na początku, aspekt śmierci jest przejmujący i istotny. Gdyby nie polityka ChRL, nie byłoby śmierci z powodu głodu, kul, w wyniku prześladowań, nie byłoby samospaleń. Str. 7 – „Wschodnia część tybetańskiego płaskowyżu granicząca z prowincjami Syczuan, Qinghai, Gansu i Junan, jest teoretycznie dostępna dla każdego […]” – autorka wprowadza czytelnika w błąd: 1) wschodnia i południowa część Wyżyny Tybetańskiej znajduje się na terenie wymienionych prowincji; 2) odnośnie dostępności, chodzi jej o tę część Tybetu, która znajduje się poza Tybetańskim Regionem Autonomicznym, i w większości funkcjonuje jako autonomiczne prefektury. (Na str. 10 prostuje tę informację, ale nie w sposób pełny). Tybetański Region Autonomiczny (https://pl.wikipedia.org/wiki/Tybet_(region)#/media/Plik:Historyczny_Tybet_Mapa-pl.png) to tylko południowo-zachodnia część historycznego Tybetu, który tworzą Amdo, Kham i Ü-Tsang, ponadto wpływy tybetańskie sięgają na drugą stronę Himalajów, do północnych Indii, Nepalu i Bhutanu, gdzie żyje ludność kulturowo i etnicznie bliska sąsiadom z Płaskowyżu. (Np. indyjski Ladakh to cześć historycznego Tybetu Zachodniego). Po obaleniu cesarstwa, chińscy nacjonaliści traktowali zachodnie prowincje zamieszkałe przez Tybetańczyków jako integralną cześć Chin. Po objęciu władzy, komuniści dokonali reorganizacji tych terytoriów, nadając części ziem status prefektur autonomicznych: ok. połowy prowincji Syczuan stanowią prefektury autonomiczne Garzê i Ngawa, gdzie znajduje się tytułowe miasteczko o tej samej nazwie (Ngawa przypisana jest również tybetańskiemu ludowi Qiang). Ponadto w syczuańskiej prefekturze Liangshan utworzono autonomiczny powiat Muli. Większość prowincji Qinghai, biorącej swą nazwę od jeziora, to prefektury autonomiczne: Mongolsko-Tybetańska Prefektura Autonomiczna Haixi, Tybetańska Prefektura Autonomiczna Haibei, Tybetańska Prefektura Autonomiczna Hainan, Tybetańska Prefektura Autonomiczna Huangnan, Tybetańska Prefektura Autonomiczna Yushu, Tybetańska Prefektura Autonomiczna Golog (Golok, Guoluo). W prowincji Junan znajduje się Tybetańska Prefektura Autonomiczna Diqing, w Gansu Tybetańska Prefektura Autonomiczna Gannan i autonomiczny powiat Bairi (chiń. Tianzhu) w graniach miasta Wuwei. (Poza tym komuniści zajęli tę część Tybetu, która była niezależna, i utworzyli na jej obszarze Tybetański Region Autonomiczny). Podsumowując: nacjonaliści nie mieli interesu w odtwarzaniu niezależnego Tybetu w granicach etnicznych, (https://en.wikipedia.org/wiki/Kham#/media/File:Tibetischer_Kulturraum_Karte.png),a komunistom też nie było to na rękę, dlatego utrzymali granice z czasów cesarstwa i rządów Kuomintangu, dodatkowo dokonując aneksji Ngari, Ü-Tsang i zachodniego Khamu. Płaskowyż Tybetański (Wyżyna Tybetańska): „Granice Wyżyny Tybetańskiej są wyraźnie zarysowane przez potężne łańcuchy górskie. Na północy są to Kunlun, Ałtyn-Tag i Qilian Shan, na południu – Himalaje, na zachodzie – Pamir i Karakorum, na wschodzie – Hengduan Shan” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Wy%C5%Bcyna_Tybeta%C5%84ska). Sięgają poza Chiny. Str. 16-17 – na mapie ChRL wyodrębniono Sinkiang i TRA… wziąwszy pod uwagę treść książki – nie ma to większego sensu. Mapa powinna ukazywać historyczny Tybet na tle obecnych prowincji ChRL i państw Subkontynentu Indyjskiego. Str. 30/75 – „rosyjski dżip”, „dżipa”, „rosyjskim dżipie”, „dżip” – ten „jeep” to najpewniej radziecki gazik (ГАЗ-69). Str. 31 – z kosmosu nie widać Wielkiego Muru… Str. 193 – błędne użycie terminu „Chiny kontynentalne” w rozumieniu Chin właściwych, etnicznych, w opozycji do Tybetu. Str. 195 – nie haracz, tylko mandat, ewentualnie łapówka za przymknięcie oka na „[…] zepsuty tylny reflektor albo niezapięty pas […]”. Str. 197 – „Nie miał pojęcia kto jest prezydentem Chin [sic!]” – przewodniczącym, w ChRL nie ma urzędu prezydenta. Str. 206 – zburzenie Drugiej Świątyni w Jerozolimie miało miejsce w roku 70, nie 66 (!). Str. 287 – „[…] zniósł ograniczenie kadencyjności stanowiska prezydenta […]” – przewodniczącego (vide uwaga do str. 197). W reportażu nie pojawia się ani razu nazwa Xikang (https://pl.wikipedia.org/wiki/Xikang),dotycząca prowincji istniejącej w latach 1939–1955, której zachód włączono do Tybetańskiego Regionu Autonomicznego, a wschód do Syczuanu. Tam też znajduje się tytułowe miasteczko Ngawa. Str. 10 – Louisa Vuittona – jeśli Louis Vuitton czyta się „lui witą”, to jaki sens ma deklinacja, której się nie używa, zapisana w dodatku w błędy sposób?; str. 40 i dalej – Chiang Kai-Shek – transkrypcja skopiowana 1:1 z amerykańskiego oryginału, w Polsce przyjęła się forma Czang Kaj-szek; str. 42 – podmieniony dwukropek i kropka (w angielskich tytułach, po części głównej, stawia się dwukropek; w polskich kropkę); str. 65 – „[…] arystokracji i klasztorów, które także posiadały znaczne połacie ziemi” – użycie „także” sugeruje wspomnienie jakichś innych latyfundystów… ale nic takiego nie pada; str. 75 – stosy dokumenty (dokumentów); str. 81 i dalej – nazwę kampanii Wielki Skok Naprzód zapisano dużymi literami, w przypadku innych wymienionych tylko pierwszy człon jest z dużej (?); str. 99 – „[…] ich udział w Hongchengu został usankcjonowany przez Mao […]” – słowo „Hongcheng” zostało tu użyte tak, jakby oznaczało jakiś proces, czynność, praktykę… tymczasem jest to imię jednego z bohaterów książki, Honchenga Taszi, (zapewne przybrał je od rodzinnej miejscowości, o takiej praktyce czytamy w książce 2-3 razy),na str. 290 mowa o frakcji Czerwonej Gwardii „Hongcheng” – po przeczytaniu ok. 200 stron niejasność zyskuje sens (!); str. 116 – drugi raz to samo co str. wcześniej (115) nt. zniknięcia ulicznych handlarzy (błąd konstrukcyjny); str. 124 – z zaskoczeniem zobaczył (spostrzegł); str. 175 – wypełnionych kadzidłem (wypełnionych dymem z kadzidła); str. 220 – o tym, że Shenzhen leży nieopodal Hongkongu już było, a także o tym, że to tutaj w latach osiemdziesiątych rozpoczęto wdrażać kapitalizm (wcześniej pojawiły się i inne przypomnienia, ale były bardziej na miejscu); str. 230 – w domu-w domu; str. 236 – przykrycie głowy (nakrycie…); str. 253 – niego (nich); str. 277 – powtórzenie informacji o filii klasztoru założonej w ‘90 – zbędne, czytelnik raczej ma to w pamięci; str. 298 – powtórzenie informacji o udziale samobójców z Ngawy (1/3 całości),oraz że Meruma wzięła swą nazwę od dynastii Mei; str. 293 – niepotrzebne powtórzenie informacji o pobycie Cegjama w Indiach; str. 344 – region (regionu).
Gracjan - awatar Gracjan
ocenił na61 miesiąc temu
Średniowieczne ciało. Książka o życiu, śmierci i sztuce Jack Hartnell
Średniowieczne ciało. Książka o życiu, śmierci i sztuce
Jack Hartnell
Barwne średniowiecze z niby wąskiej ale tak nie do końca, perspektywy. Wbrew oczekiwanym nie jest to głownie książka o anatomii, medykach, szarlatanach i dziwnych eksperymentach. Te wątki oczywiście też występują ale poprzez główny temat autor pokazuje przede wszystkim świat i kulturę średniowieczną z ogromną ilością kontekstów, symboli, alegorii, nawiązań religijnych. Momentami, w tym pokazywaniu złożoności średniowiecza, autor zagalopowuje się, opuszcza główny temat i dryfuje w tematy ogólnie opisujące cechy charakterystyczne epoki. Trudno oprzeć się wrażeniu, że to napychacz treści. Przy opisie zmysłów mamy skok do historii zapisu nutowego, przy opisie skóry dowiemy się jak wyglądała produkcja pergaminu i stroje średniowiecznych prostytutek itp... Wg mnie ważne aby tej książki nie odbierać jako zbioru ciekawostek (trzeba ich trochę odsiać) lecz jako rozbudowanie wiedzy i wyjaśnienie kolejnych wątków o średniowieczu i głębszego kontekstu, zrozumienia zachowania ówczesnych ludzi czy symbolu zobrazowanego w jakimś dziele sztuki - jest bardzo dużo odwołań do dzieł artystycznych w których ukazano ciało lub jego części. Nie jest to w żaden sposób książka chronologiczna czy powiązana ze średniowieczem europejskim - pojawiają się także przykłady z Bliskiego Wschodu. Jest to miks różnorodnych spojrzeń, dający szeroką perspektywę. Sporo grafik z epoki i bibliografia podzielona na rozdziały i opisywane zagadnienia.
Paździoch - awatar Paździoch
ocenił na63 miesiące temu
Brudne lata trzydzieste. Opowieści o wielkich burzach pyłowych Timothy Egan
Brudne lata trzydzieste. Opowieści o wielkich burzach pyłowych
Timothy Egan
W historii Stanów Zjednoczonych lata 30. XX wieku kojarzą się przede wszystkim z Wielkim Kryzysem. Czarny Czwartek i krach nowojorskiej giełdy w 1929 roku powszechnie przyjmowany jest jako kluczowy moment dla załamania się amerykańskiej ekonomii, co następnie uderzyło rykoszetem w resztę wciąż rachitycznych po I wojnie światowej gospodarek szeroko rozumianego Zachodu. Na fali rozlewającego się kryzysu, i związanego z nim zamętu politycznego, zyskali głównie wszelkiego rodzaju radykalni populiści, z których najbardziej znanym przykładem był oczywiście Adolf Hitler w Niemczech. Ale to było w Europie. Tymczasem w Stanach Zjednoczonych szalejący kryzys przejawił się jako miliony osobistych tragedii - z dnia na dzień Amerykanie tracili oszczędności życia, następnie pracę, a w końcu poczucie własnej wartości. Ulice największych metropolii zapełnili mężczyźni dzierżący w bezczynnych dłoniach kartony z wypisaną prośbą o jakiekolwiek zatrudnienie. Nie lepiej było na amerykańskiej prowincji, gdzie kryzys uderzył w farmerów, gwałtownie zmniejszając ich dochody. Jakby tego było mało, kryzysowe lata trzydzieste zbiegły się w Stanach Zjednoczonych z ogromną katastrofa ekologiczną, którą nazwano Dust Bowl. Timothy Egan, amerykański pisarz i dziennikarz, zaprasza nas w swojej książce w samo serce pyłowego dustera. W sumie dobrze się złożyło, że sięgnąłem po „Brudne lata trzydzieste”, gdyż od dawna na mojej liście książek do przeczytania znajdują się „Grona gniewu” Steinbecka, więc teraz będę miał dokładniejszy ogląd, jakie było dziejowe tło tej jednej z najgłośniejszych powieści amerykańskiej literatury. Wydaje mi się jednak, że przypadek burz piaskowych z okresu Dust Bowl jest stosunkowo słabo znany poza samymi Stanami. Ja osobiście niewiele o nich słyszałem, więc lektura książki Egana była dla mnie bardzo odkrywcza. Swoją drogą zjawisko to nie jest nam tak całkowicie obce, gdyż dość regularnie znad Sahary docierają nad Europę masy powietrza, niosące ze sobą żółtawe drobinki pustynnego pyłu. To zmora głównie właścicieli samochodów, szczególnie tych wrażliwych na estetykę swojego pojazdu, ale - poza zapaskudzoną karoserią i zabrudzonymi szybami - zjawisko to raczej nie pociąga za sobą głębszych dla nas konsekwencji. Zupełnie inaczej było na amerykańskich Wielkich Równinach, gdzie w latach trzydziestych doszło do powstawania tzw. dusterów, a więc nawracających, potężnych burz pyłowych, które najmocniej dotknęły pogranicze stanów Teksas i Oklahoma (Panhandle),a także hrabstwa w Kansas, Nebrasce, Colorado i Nowym Meksyku. Ich apogeum była „Czarna Niedziela” z 14 kwietnia 1935 rok, gdy ogromne masy pyłu dotarły na Wschodnie Wybrzeże Stanów Zjednoczonych. Wielu Amerykanów mogło wtedy na własnej skórze poczuć armagedon, jaki rozgrywał się regularnie w innej części ich ogromnego kraju. Zatem temat do dziennikarskiej opowieści wydaje się być niezwykle interesujący. Jak poradził z nim sobie Timothy Egan? Myślę, że bardzo dobrze. Swoją opowieść o epoce brudnych lat trzydziestych roztacza na przykładzie kilkunastu wybranych bohaterów, żyjących w tamtym okresie. Warto przy okazji zwrócić uwagę, że choć książka ta ukazała się na polskim rynku całkiem niedawno (rok wydania 2021),to sam reportaż nie jest nowością wydawniczą, gdyż w Ameryce ukazał się w roku 2006. A więc autor „złapał” naprawdę ostatni moment, aby zebrać jeszcze wspomnienia ostatnich żyjących świadków tamtych traumatycznych wydarzeń. Z reguły mieli oni wtedy kilka lub kilkanaście lat, ale zachowali nie tylko własne wspomnienia, ale także wspomnienia swoich rodziców i dziadków, którym przyszło zmierzyć się z tą jedyną w swoim rodzaju ekologiczną katastrofą. W swojej opowieści Egan stosuje ujęcie chronologiczne, a więc zanim przechodzi do opisania samego zjawiska, najpierw dokładnie relacjonuje jego przyczyny. A w tym wypadku był to amerykański pęd do zagospodarowania interioru. Przed przybyciem do Nowego Świata Europejczyków, obszar Wielkich Równin był oceanem traw, na którym królowały liczne stada bizonów oraz polujący na nie Indianie. A jeśli konkwistadorzy przywieźli ze sobą cokolwiek dobrego, to był to z pewnością koń, o którego zaletach rychło przekonali się koczowniczy mieszkańcy Północnej Ameryki. To właśnie koń pozwolił Indianom opanować prerie i jeszcze bardziej pogłębił ich egzystencjalną więź ze stadami bizonów. I było tak do czasu, aż młode państwo amerykańskie rozpoczęło swoją ekspansję w głąb kontynentu. Szczytowym momentem tej ekspansji była druga połowa wieku XIX, gdy dzielono ogromne połacie wolnej ziemi między napływających imigrantów, a czerwonoskórych, ich dotychczasowych użytkowników, przymusowo spychano do rezerwatów. Jednak prawdziwe przyczyny późniejszego kryzysu ekologicznego leżą w gwałtownie postępującej mechanizacji rolnictwa, do której doszło na początku XX wieku (traktory, pługi, silniki elektryczne itp.). Rewolucja ta pozwalała farmerom zmienić rachubę prac z dni na godziny, a to z kolei przekładało się na wyższe plony, gdyż pojedyncze gospodarstwo mogło obrobić w tym samym czasie zdecydowanie większy areał gruntów. Wolnorynkowa gospodarka nastawiona na szybki zysk wkroczyła na Wielkie Równiny, co przy sprzyjającej koniunkturze lat 20. XX wieku, gdy wygłodniała Europa pragnęła pszenicznego ziarna, pozwoliło osiągać w ciągu kilku sezonów bajeczne wręcz zyski. Zdawałoby się, że oto powstał nowy spichlerz świata. Ale, jak wspomniałem na wstępie, przyszedł Wielki Kryzys, ceny ziarna spadały na łeb, na szyję, a obciążeni kredytami na zakupione maszyn rolnicy mieli do spłacenia kolejne raty pożyczek. Ich odpowiedzią było zatem zwiększenie ilości gruntów ornych Wielkich Równin, aby poprzez zwiększenie produkcji utrzymać dotychczasowe dochody. Zapewne ówczesna nauka ekonomiczna znała już teorie popytu i podaży, ale wiedza ta nie była jeszcze powszechna, a na pewno nie dotarła na głębokie południe Stanów Zjednoczonych, gdzie farmerzy, gwałtownie zwiększając produkcję, dodatkowo obniżali i tak już niskie ceny zboża, które potem zalegało w silosach i składniach kolejowych. Nikt go nie chciał, choć, paradoksalnie, wielkie miasta amerykańskie głodowały. Ale nie o tym w sumie miałem pisać. Katastrofalnym efektem zwiększenia areałów i rabunkowego wręcz rolnictwa była postępująca erozja słabych gleb preriowych. Resztę dopełniły prądy powietrza, które biegły z północy na południe, wzdłuż górskiego pasam Kordylierów. Gdy nastała susza, wiatr wzbijał w powietrze drobinki nieosłoniętej teraz roślinnością ziemi, przyspieszając jej erozję, co z kolei przełożyło się na kolejne tysiące ton piachu, ulatującego w powietrze. A co raz się wzbiło do góry, gdzieś musi przecież opaść. Słowa nigdy zapewne nie oddadzą w pełni grozy i uciążliwości tamtych lat, dlatego warto poszukać zdjęć z epoki dostępnych w sieci, które to dopiero pozwalają w pełni zrozumieć, czym był duster. Ale amerykański pisarz wielokrotnie daje opisowe wyobrażenia tego zjawiska, a słowa „pył”, „piach”, „brud” itp. wielokrotnie przewijają się w jego narracji. Tak sobie pomyślałem, że kolejne opisy pyłowej nawałnicy mogą wydawać się nieco kręceniem się w kółko ze strony pisarza, ale potem doszedłem do wniosku, że jednak jest to potrzebne, bo taka była przecież rzeczywistość ludzi zamieszkujących obszary dotknięte Dust Bowl. Wszędobylski pył był tam bowiem codziennością: był na polu/na dworze, był wewnątrz domu, był także w samym człowieku - w nosie, zatokach, płucach i innych organach wewnętrznych - co przekładało się na epidemię chorób układu oddechowego i podwyższony współczynnik śmiertelność, szczególnie pośród niemowląt i dzieci. Wydaje mi się, że autorowi udało się dostatecznie przekonując oddać uciążliwość opisywanego zjawiska, dzięki czemu jesteśmy w stanie lepiej wczuć się w życie w tak ekstremalnych warunkach. Sprzyja temu także to, iż Egan swoją opowieść oparł na losach autentycznych świadków tamtych wydarzeń. To zawsze przemawia do odbiorcy mocniej, gdy możemy towarzyszyć jednostkowemu bohaterowi, który przekazuje swoje uczucia, marzenia, sympatie lub popełniane błędy. Ujęcie statystyczne obdarłoby tę największą katastrofę ekologiczną w historii Stanów Zjednoczonych z jej niezwykłego dramatyzmu. Ciekawym pomysłem było także zamieszczenie pod koniec opowieści autentycznych fragmentów dziennika z epoki, autorstwa amerykańskiego farmera, Dona Hartwella, w których zapisywał on osobiste refleksje i przemyślenia związane z okresem Dust Bowl. Nadaje to zakończeniu mocno pesymistycznego wydźwięku, unaoczniając rozmiar ludzkiej tragedii, jaka miała ówcześnie miejsce. „Brudne lata trzydzieste” okazały się być bardzo przyjemną lekturą. Może pewne kwestie dałoby się nieco bardziej skondensować, ale nie sposób odmówić autorowi dużego talentu literackiego, który wykorzystał do odmalowania dramatu wywołanego przez krótkowzroczną działalność człowieka. Niestety, ale zakończenie opowieści o wielkich burzach piaskowych nie napawa optymizmem. Choć epoka wielkich dusterów odeszła (na razie) w zapomnienie, to jednak kolejne pokolenia mieszkańców Równin niewiele nauczyły się z lekcji, jaką Matka Natura dała ich przodkom. Pisarz relacjonuje, że aktualnie wiele farm korzysta ze stacji pomp, które wydobywają zapasy wody podziemnej z wielkiego zbiornika Ogallala, z którego woda wypompowywana jest szybciej niż jest w stanie w sposób naturalny się uzupełnić. A to może być zapowiedź kolejnej katastrofy, gdy zapas wody podskórnej po prostu zniknie. Zresztą co tu dużo mówić, skoro wiele z drzew nasadzonych w okresie New Deal (autor ma wyraźnie bardzo pozytywny stosunek do prezydenta Roosevelta),które miały chronić glebę przed podmuchami wiatru, zostało rychło wyciętych pod uprawy, gdy tylko spadł z nieba upragniony deszcz. Historia brudnych lat trzydziestych wymaga zatem ciągłego przypominania, szczególnie gdy na popularności zyskuje hasło „Drill, baby, drill”.
PureLogos - awatar PureLogos
ocenił na84 miesiące temu
Na zawsze w lodzie. Śladami tragicznej wyprawy Johna Franklina John Geiger
Na zawsze w lodzie. Śladami tragicznej wyprawy Johna Franklina
John Geiger Owen Beattie
Wizja wyprawy Johna Franklina oraz Francisa Croziera, przedstawiona w znanej powieści „Terror” Dana Simmonsa jest jedynie jednym z wielu spojrzeń na tragiczną historię, która rozegrała się na arktycznych wodach w XIX wieku. Odkrycia wraków HMS „Erebus” i HMS „Terror” rzuciły nowe światło na te wydarzenia, które przez dziesięciolecia pozostawały owiane tajemnicą. I o tym właśnie jest ta książka. W 2014 roku zespół badawczy, podążając za wskazówkami historycznymi i legendami, odnalazł wrak „Erebusa” na głębokości 11 metrów, co zaskoczyło wielu ekspertów, gdyż znajdował się on znacznie dalej na południe od wcześniej ustalonej lokalizacji. Dwa lata później, w 2016 roku, odkryto „Terrora” w Zatoce Wyspy Króla Williama, w znakomitym stanie zachowania, co dało naukowcom niepowtarzalną okazję do zbadania nie tylko okrętów, ale również losów ich załóg. Badania nad szczątkami odnalezionymi w lodzie ujawniły nie tylko trudne warunki, w jakich żyli i umierali marynarze, ale także ich ostateczne losy, które były jeszcze bardziej dramatyczne niż dotychczas sądzono. Oprócz odnalezienia ciał mężczyzn niebywale dobrze zakonserwowanych i piorunująco sugestywnie oddających dramatyzm misji, jakiej się podjęli, przeprowadzono również sekcje zwłok, które ujawniły przyczyny śmierci wielu członków załogi. Niektóre z tych informacji wstrząsnęły opinią publiczną, ukazując brutalne realia przetrwania w ekstremalnych warunkach arktycznych. Dzięki tym odkryciom historia Franklina i jego załogi przestała być jedynie legendą, a stała się rzeczywistością pełną cierpienia, odwagi i tragicznych wyborów. Publikacje dotyczące tych odkryć, szczegółowe analizy, przyciągnęły uwagę nie tylko badaczy, ale także szerokiego grona czytelników, pragnących poznać prawdę o jednej z najbardziej zagadkowych ekspedycji w historii. Prócz niepodważalnego waloru informacyjnego, jaki niesie za sobą niniejszy tytuł, autorzy oddają hołd uczestnikom tej wyprawy, podkreślając ich poświęcenie i zaangażowanie w naukowe badania. To nie tylko historia eksploracji, ale także refleksja nad losem ludzi, którzy ryzykowali życie dla postępu naukowego.
Joanie - awatar Joanie
ocenił na93 miesiące temu
Hieroglify egipskie. Mowa bogów Andrzej Ćwiek
Hieroglify egipskie. Mowa bogów
Andrzej Ćwiek
"Cywilizacja egipska ma charakter unikatowy". Jedną z jej cech najbardziej charakterystycznych i rozpoznawalnych od razu są hieroglify. Ta książka wprowadza czytelnika w świat cywilizacji egipskiej i tytułowych hieroglifów. I robi to świetnie. Książka podzielona została na siedem numerowanych części i wieńczącą dzieło "Rekomendowaną literaturę". Część pierwsza (krótka, wstępna, trzystronicowa) ma tytuł "Hieroglify dla każdego?". Kolejne części mają następujące tytuły: "Cywilizacja starożytnego Egiptu" (z tej części pochodzi pierwsze zdanie tej opinii),"Pismo", "Krótki kurs hieroglifów", "Mały tezaurus hieroglificzny", "Przewodnik. Od Kairu do Abu Simbel, od najprostszych zapisów do kryptogramu", "Zakończenie" (krótkie, niczym część pierwsza także trzystronicowe). Książkę kończy "Rekomendowana literatura", która została podzielona na następujące kategorie: "Opracowania ogólne", "Historia badań", "Odczytywanie hieroglifów", "Język i pismo", "Podręczniki i słowniki", "Podstawowe prace o piśmie", "Tłumaczenia tekstów egipskich", "Zdecydowanie odradzane" oraz "Internet" (z adresami ciekawych stron internetowych). W książce znajduje się mnóstwo ciekawych, rozmaitych ilustracji, które są znakomicie dobrane i współgrają z tekstem. Pasjonująca książka, która prawie nie ma wad i od której czasem trudno mi było się oderwać. Poszerzyła moją wiedzę. Bardzo, bardzo interesująca.
Jarosław Wiśniewski - awatar Jarosław Wiśniewski
ocenił na98 miesięcy temu

Cytaty z książki Przeżyj rok w średniowieczu

Więcej
Tillmann Bendikowski Przeżyj rok w średniowieczu Zobacz więcej
Tillmann Bendikowski Przeżyj rok w średniowieczu Zobacz więcej
Więcej

Ciekawostki historyczne