Jak zostałam peruwiańską żoną

Okładka książki Jak zostałam peruwiańską żoną autorstwa Mia Słowik
Okładka książki Jak zostałam peruwiańską żoną autorstwa Mia Słowik
Mia Słowik Wydawnictwo: Annapurna biografia, autobiografia, pamiętnik
368 str. 6 godz. 8 min.
Kategoria:
biografia, autobiografia, pamiętnik
Format:
papier
Data wydania:
2019-11-27
Data 1. wyd. pol.:
2019-11-27
Liczba stron:
368
Czas czytania
6 godz. 8 min.
Język:
polski
ISBN:
9788361968443
Podążając za radą ezoterycznej terapeutki, z biletem w jedną stronę Mia wyrusza w podróż życia po Ameryce Południowej, gdzie zmaga się z wrodzonym brakiem asertywności i niezdecydowaniem. W trakcie wyprawy bierze udział w ceremonii Ayahuaski, spędza czas w indiańskich wioskach, centrach medytacyjnych, a nawet w domu niebezpiecznych paramilitares, nieustannie starając się odnaleźć drogę do samej siebie. Ostatecznie podróż rzeczywiście nieodwracalnie przemienia jej życie, w sposób, którego nigdy nie wzięłaby pod uwagę.

Literatura faktu, którą czyta się jak dobrą powieść. Pełna humoru, bez cenzury ukazuje blaski i cienie spontanicznej podróży europejskiej kobiety w patriarchalnej kulturze macho. Bezpretensjonalna „Brigitte Jones w podróży”!
Średnia ocen
7,1 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Jak zostałam peruwiańską żoną w ulubionej księgarniiPorównywarka z najlepszymi ofertami księgarń W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl. Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki. Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Opinia społeczności i

Jak zostałam peruwiańską żoną



2140 991

Oceny książki Jak zostałam peruwiańską żoną

Średnia ocen
7,1 / 10
47 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinie i dyskusje o książce Jak zostałam peruwiańską żoną

avatar
62
25

Na półkach:

Piękna okładka. Ciekawa podróż. Niestety, ciężko się czyta przez pryzmat osoby samej autorki i narratorki. Trudno zrozumieć kogoś, kto cały czas w swoim życiu kieruje się poradami różnych wróżek, nawet podejmując tak ważne życiowe decyzje jak podróż na drugi koniec świata czy wybór partnera. Ponadto nie rozumiem, jak można tak obsmarować własną rodzinę i nie tylko, wyzywając ich od psycholi, zdradzając ich tajemnice, gdy się publikuje książkę pod własnym nazwiskiem. Owszem, autorka miała im wiele do zarzucenia, ale mogła też niejednokrotnie liczyć na ich wsparcie. Mia ukazuje również siebie w niekorzystnym świetle. Można było napisać interesujący reportaż o odwiedzanych krajach bez ekshibicjonizmu. Ponadto mam wrażenie, że autorka miała podczas podróży więcej szczęścia niż rozumu. To nie odwaga, to nieświadomość czyhającego niebezpieczeństwa. Cud że autorce nic się nie stało.

Piękna okładka. Ciekawa podróż. Niestety, ciężko się czyta przez pryzmat osoby samej autorki i narratorki. Trudno zrozumieć kogoś, kto cały czas w swoim życiu kieruje się poradami różnych wróżek, nawet podejmując tak ważne życiowe decyzje jak podróż na drugi koniec świata czy wybór partnera. Ponadto nie rozumiem, jak można tak obsmarować własną rodzinę i nie tylko,...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
3
3

Na półkach:

Zaskoczył mnie całkiem niezły warsztat literacki, choć nie obyło się bez małych potknięć. Fabuła trochę absurdalna, nieprawdopodobna. Podróż bohaterki szalona i bez konkretnego planu ,dość odważna . Bohaterka odkrywa siebie i dostaje lekcję życia. Ma przy tym dużo szczęścia i wraca odmieniona . Czyta się szybko i lekko. Duży plus za szczerość opowieści, dystans i poczucie humoru. Należy czytać z lekkim przymrużeniem oka. Zdecydowanie przeczytam drugą część- Peruwiańska żona została zdradzona. Polecam.

Zaskoczył mnie całkiem niezły warsztat literacki, choć nie obyło się bez małych potknięć. Fabuła trochę absurdalna, nieprawdopodobna. Podróż bohaterki szalona i bez konkretnego planu ,dość odważna . Bohaterka odkrywa siebie i dostaje lekcję życia. Ma przy tym dużo szczęścia i wraca odmieniona . Czyta się szybko i lekko. Duży plus za szczerość opowieści, dystans i poczucie...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
906
879

Na półkach:

Autorką, narratorką i bohaterką powieści jest Mia Słowik. Kobieta uzależniona od wszelkiego rodzaju terapii, szukająca swojego miejsca do osiedlenia. Podróżuje po krajach Ameryki Południowej, aby poznawać ciekawe miejsca. Dzięki niej poznajemy ciekawe miejsca, zwyczaje i kulturę odwiedzanych przez nią krajów. Jest to trochę szalona podróż, bo Mia nie ma konkretnych planów, a jeszcze mniej pieniędzy. Jest to podróżnicza literatura faktu napisana lekko i z humorem. Nawet niebezpieczne sytuacje i przeciwności losu przyjmuje z duża dozą zrozumienia. Poznaje blaski i cienie odległych kultur, ale także swoje wady i zalety. Aż dziwne, że wyszła z tej szalonej eskapady cała i zdrowa. Mój syn ma znajomą w Peru i z nią jako przewodnikiem zwiedzał Peru, Kolumbię i Ekwador. Z jego opowieści wiem jak niebezpiecznie jest w tych krajach, tam nikt nie rozmawia przez telefon na ulicy, bo za chwilę byłby wyrwany i zabrany. Równie często kobiety narażone są na zgwałcenie. Albo autorka trochę przemilczała i ubarwiła, albo miała dużo szczęścia zgodnie z przepowiednią.

Autorką, narratorką i bohaterką powieści jest Mia Słowik. Kobieta uzależniona od wszelkiego rodzaju terapii, szukająca swojego miejsca do osiedlenia. Podróżuje po krajach Ameryki Południowej, aby poznawać ciekawe miejsca. Dzięki niej poznajemy ciekawe miejsca, zwyczaje i kulturę odwiedzanych przez nią krajów. Jest to trochę szalona podróż, bo Mia nie ma konkretnych planów,...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

88 użytkowników ma tytuł Jak zostałam peruwiańską żoną na półkach głównych
  • 52
  • 36
14 użytkowników ma tytuł Jak zostałam peruwiańską żoną na półkach dodatkowych
  • 6
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Inne książki autora

Mia Słowik
Mia Słowik
Jestem podróżniczką i pisarką, autorką książki podróżniczo-obyczajowo-komediowej Jak zostałam peruwiańską żoną, w której opisuję swoje perypetie z podróży z biletem w jedną stronę po Ameryce Południowej bez zamiaru powrotu, podróży, która naprawdę zmieniła moje życie ze wszystkimi tego konsekwencjami. Studiowałam Indologię, Psychologię, a także Starożytną Historię, Kulturę i Archeologię Indii na indyjskim uniwersytecie. Byłam redaktorem w wydawnictwie Software Media, gdzie koordynowałam wydawanie anglojęzycznego magazynu Expoiting Software, a także dziennikarką czasopisma Wiadomości Turystyczne. Lubię spędzać czas na łonie natury, rozwijać się, poznawać świat i poszukiwać drogi do swojego prawdziwego ja. Choć każdemu czasem los podkłada pod nogi jakieś kłody, wierzę, że z dobrymi intencjami, zaufaniem do opatrzności i siebie oraz wysiłkiem można stawić czoła wielu przeciwnościom. A jeśli nawet jeśli się nie uda, to przynajmniej można nabrać odpowiedniego nastawienia do spraw.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy Jak zostałam peruwiańską żoną przeczytali również

Na ostrzu skalpela. 50 lat z życia chirurga Robert Tuttle Morris
Na ostrzu skalpela. 50 lat z życia chirurga
Robert Tuttle Morris
Medycyna na przełomie wieków okiem chirurga. Jestem Robert Tuttle Morris, a lekarzem zostałem przez przypadek! Ot, tak wyszło. Od zawsze byłem ciekaw świata, chętnie niosłem pomoc innym i jako młodzieniec nie mający na siebie pomysłu, niespodziewanie trafiłem pod skrzydła dwóch wspaniałych medyków. Ucząc się od nich i fascynując tym, co potrafią postanowiłem iść ich śladem. Tak oto zostałem chirurgiem. Były to jednak czasy, kiedy medycyna była niekiedy bardzo brutalna. Nikt nie dbał o czystą salę operacyjną ani o sterylność narzędzi. Lekarze operowali najczęściej w domach pacjentów, a żaden z nich nawet nie zamierzał przed przystąpieniem do zabiegu przebrać się w fartuch, ubrać rękawice i maseczkę, ani stosować innych środków mających na celu ochronę pacjentów oraz samego siebie. Tak, lekarze wtedy nie dbali też o swoje bezpieczeństwo! Dodatkowo, nie było też środków znieczulających! I przez to śmiertelność była zastraszająco wysoka! Nikt też nie zawracał sobie głowy czymś takim jak prowadzenie historii przebytych przez pacjentów chorób... najczęściej nie było na to czasu albo po prostu się nie wpadło na to, że może to mieć sens i być ważne. Takie były ówczesne realia, a mi przyszło w takich warunkach rozpoczynać pracę w zawodzie. Byłem nastawiony na eksperymentowanie i otwarty na rzeczy, których inni się bali lub nie akceptowali. Niestety, wielu moich kolegów po fachu nie chciało słuchać o podsuwanych im propozycjach używania lepszych, sprawdzonych przeze mnie narzędzi; o tym że operacje powinny być krótkie i precyzyjne; że cięcia chirurgiczne powinny być jak najmniejsze; że trzeba dążyć do przeprowadzania bezbolesnych operacji. Nie udało mi się przemówić im do rozsądku nawet kiedy przedstawiałem wyniki swoich badań/doświadczeń bo nie da się przekonać ludzi zamkniętych na innowacje i niechętnych do eksperymentowania oraz kurczowo trzymających się starych zasad. Na szczęście nie wszyscy tacy byli! Wielu lekarzy dało się namówić, by sprawdzili na swoich pacjentach moje metody i przekonali się na własne oczy, że to działa i że nie szkodzi pacjentom, a nawet, że jest lepsze niż używane do tej pory przestarzałe techniki. - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Na szczęście w obecnych czasach medycyna wygląda zupełnie inaczej... i dzięki temu jednemu czynnikiem mogę śmiało powiedzieć, iż cieszę się, że żyję w tych czasach! Uff! 😎😍💚💜 Nie powiem, że można się z tej książki dowiedzieć wielu nowych rzeczy... no, chyba, że czyta się ją jako jedną z pierwszych. Jednak na wielki plus zasługuje tutaj to, że niniejsza lektura jest autobiografią. I dzięki temu można spojrzeć na medycynę przełomu XIX i XX wieku okiem pracującego w tamtych czasach chirurga! Śmiało polecam każdemu miłośnikowi książek o tematyce medycznej ;)
z_ksiazka_po_szynach - awatar z_ksiazka_po_szynach
ocenił na75 lat temu
Ostatni kat Chavoret Jaruboon
Ostatni kat
Chavoret Jaruboon Nicola Pierce
Tajlandia od najmłodszych lat zawsze kojarzyła mi się z kuchnią pełną ostrych, lecz pysznych potraw, rajskimi plażami, czy też orientalną architekturą. Ten piękny, ściągający co roku rzesze turystów dalekowschodni kraj działa niczym magnes na spragnionych rozmaitych wrażeń podróżników. Przybywając do tak odmiennego kulturowo kraju, należy pamiętać o respektowaniu panującego tam prawa i zwyczajów. Pośród wielu krajów Azji, jak Singapur czy Filipiny, w Tajlandii obowiązuje bardzo restrykcyjne prawo, przewidujące surowe kary za popełnione przestępstwa narkotykowe. Za posiadanie, rozprowadzanie czy przemyt nielegalnych substancji można trafić na długie lata do więzienia, lub zostać straconym. Sięgając po książkę „Ostatni kat. Wspomnienia więziennego kata Tajlandii”, po samym tytule można odnieść wrażenie, że w Tajlandii nie ma już kary śmierci. Nic bardziej mylnego. Chavoret Jaruboon w swoich wspomnieniach podkreślał, że on tylko zamknął pewną epokę, gdzie karę główną wykonywano przez rozstrzelanie. Urząd „wykonawcy wyroków” przestał istnieć z chwilą podawania zastrzyków. Pozostaje zatem odpowiedzieć na pytanie: kim był kat Tajlandii? Prywatnie był kochającym mężem i ojcem. Człowiekiem o wielu talentach i pasjach. Do samego końca uczciwy i pracowity. Przekraczając bramę więzienia, zostawia za sobą świat, który jest uporządkowany i pełen rodzinnych wartości. Jego opowieści niosą za sobą ogromny ładunek emocjonalny. Opisuje on swoje przeżycia i rozterki. Od swojego dzieciństwa, poprzez służbę wojskową, rozwijanie muzycznych pasji, a także początki w tajskiej służbie więziennej. Emocje towarzyszące drużynie egzekucyjnej podczas wykonania wyroku mogą budzić zdumienie. Personel, który doprowadza więźnia do miejsca straceń, do samego końca dodaje otuchy skazanemu, jednocześnie nie zapominając o swoim powołaniu. Wszyscy muszą zachować zimną krew. Autor nie stronił od ukazania wręcz duchowego podejścia Tajów do śmierci. Z szacunkiem przytaczał on różne sytuacje, mogące uchodzić za „paranormalne”. On sam też podkreślał to, jak bardzo ważny w jego życiu jest buddyzm. Po wykonaniu ostatniego wyroku na pewien czas został mnichem, aby potem móc z powrotem wrócić do służby, lecz w innym charakterze. Udziela się społecznie, lecz niejednokrotnie mierzy się z pewnego rodzaju wykluczeniem. W książce kilkakrotnie dokonywane jest przebicie „czwartej ściany”, gdzie autor przestrzegał czytelnika przed zgubnymi skutkami łamania prawa w Tajlandii i o tym, jak bardzo łatwo jest trafić do więzienia. Bogate ilustracje szokują i pobudzają wyobraźnię. Zabierają czytelnika za mury Bangkok Hilton, ukazując toczące się tam wydarzenia z perspektywy naocznego świadka. Przede wszystkim – to książka szczera. Autor nie tylko wspominał, ale też cierpiał, przeżywał emocje wraz ze skazanymi. W jego oczach resocjalizacja nie zawsze miała sens. Jeśli jednostka jest zepsuta, zdegenerowana, nie ma dla niej ratunku i prędzej czy później skończy w rękach kata. Mimo to, cieszył się szacunkiem pośród osadzonych. Jako osoba empatyczna, wielokrotnie podkreślał, że traktowanie osób pozbawionych wolności z należytym szacunkiem był najważniejszą zasadą, gdy pełnił służbę. Zmarł w 2012 roku, pozostawiając za sobą dziedzictwo w postaci książek, filmu biograficznego, a także pistoletu maszynowego MP5SD, który można oglądać jako eksponat Tajskiego Muzeum Więziennictwa w Bangkoku. Książka jest ciężka, lecz pozostawia ona wiele pytań, które chętnie zadałbym, jeśli miałbym okazję spotkać Autora jako „kolegę z pracy”. Jestem pewien, że będąc tak samo szczerym w swoich wspomnieniach, odpowiedziałby na nie w rzeczywistości.
zimnokrwisty_ - awatar zimnokrwisty_
ocenił na91 rok temu
Dziennik kata John Ellis
Dziennik kata
John Ellis
Witajcie Kochani.💚🍁 Dzisiaj przychodzę do was z niezwykle wstrząsającą książką „Dziennik kata” John Ellis. Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Aktywa. Jesteście fanami literatury faktu? Książka zawiera wspomnienia byłego kata z Wielkiej Brytanii Johna Ellisa. Funkcję kata sprawował w latach 1901-1924. Z zawodu był fryzjerem. Miał swój salon, w którym pracował pomiędzy wykonywaniem wyroków śmierci. Uwielbiał obie prace. Powiesił 203 osoby. Najwięcej mężczyzn. Nie lubił wieszać młodych chłopców i kobiet. Najmłodszy więzień skazany na śmierć i powieszony przez Ellisa miał zaledwie 18 lat, a najstarszy 71. John był bardzo dokładnym i sumiennym katem. Dzień przed i w dniu wykonania wyroków wszystko sprawdzał kilka razy. Musiał mieć pewność, że skazany nie będzie cierpiał i umrze od razu po tym gdy zawiśnie. Niektórzy go za to nie lubili. Dzień przed pracą obserwował skazanego. Oglądał ukrycia jakiej jest postury i jaką ma szyję. Po obserwacji i zapiskach lekarza (waga i wzrost więźnia) podawał wysokość spadu potrzebną dla danego więźnia, w celu bezbolesnej śmierci. W książce znajdziecie mnóstwo opisów skazanych – jak się zachowywali przed śmiercią. Co mówili i jak szli w swoją ostatnią drogę, a także opis tego za co zostali skazani. Boli mnie fakt, że niektórzy zostali skazani tylko na podstawie dowodów poszlakowych. John Ellis miał swój sposób na skazanych. Na kilka minut przed egzekucją, prosił o podanie więźniom szklaneczki brandy. Wtedy szli odważniej na spotkanie ze śmiercią. Co myślicie o tym sposobie na odwagę? Jedni ginęli jak bohaterowie, inni jak tchórze. John zauważył, że do najbardziej odważnych skazanych należeli najniżsi. Ci co byli wysocy i bardzo dobrze zbudowani panikowali i często mdleli. Czy myślicie, że osoba wykonująca wyroki śmierci może być normalna? Jak już wiecie John przyczynił się do śmierci 203 osób. Odbiło się tona jego psychice…Po rezygnacji z bycia katem nie umiał sobie poradzić w życiu. Bardzo mnie zabolała końcówka książki… Byłam, a w sumie cały czas jestem przygnębiona z powodu Johna… Dlaczego? Musicie przeczytać sami.. „Dziennik kata” opowiada między innymi o takich zbrodniarzach jak: Edith Thompson, John Davis, doktor Crippen, major Herbert Armstrong….. Czytając książki o katach, coraz bardziej przekonuję się, że kara śmierci nie powinna mieć miejsca, gdy nie ma solidnych dowodów. W tamtych czasach na śmierć skazywali za jedno zabójstwo. Dzisiaj dostać można : Art. 148. [Zabójstwo] § 1. Kto zabija człowieka, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 8, karze 25 lat pozbawienia wolności albo karze dożywotniego pozbawienia wolności. Książka „ Dziennik kata” jest godna polecenia. Wywarła na mnie ogromne wrażenie. Przeczytałam ją w jeden dzień. Wciągnęła mnie od samego początku, bo jak już wiecie uwielbiam książki w tym klimacie. Zostanie w mojej głowie na długo… Za emocje towarzyszące oraz za tematykę daję 10/10 . Lubicie czytać książki w więziennym klimacie? Ja bardzo, zwłaszcza jak są na faktach. Gorąco polecam „Dziennik kata” Johnn Ellis Wydawnictwo Aktywa . #wydawnictwoaktywa #dziennikkata #JohnEllis #Inspirujemy2020
mommy_and_books - awatar mommy_and_books
ocenił na105 lat temu
Harry Haft: historia boksera z Bełchatowa. Od piekła Auschwitz do walki z Rockym Marciano Alan Scott Haft
Harry Haft: historia boksera z Bełchatowa. Od piekła Auschwitz do walki z Rockym Marciano
Alan Scott Haft
„Harry Haft. Historia…” to książka zabierająca czytelnika do pierwszej połowy XX wieku. Opowieść przedstawia z jednej strony losy człowieka, któremu udało się przeżyć obóz koncentracyjny, a z drugiej przybliża nieco tematykę amerykańskiego boksu w latach 40-tych. Praktycznie jak każda historia o koszmarze II Wojny Światowej, tak i ta bardzo mnie poruszyła. Potworne przeżycia, na jakie wówczas skazanych było wielu ludzi, dziś są właściwie nie do wyobrażenia. Harry Haft wyszedł cało z opresji zarówno dzięki szczęściu, jak i swojej determinacji, aby zrobić wszystko, by ocaleć – nawet jeśli oznaczało to bicie do nieprzytomności innych więźniów ku uciesze obozowych strażników, którzy dla rozrywki urządzali sobie bokserskie pojedynki z ich udziałem. Historia Hafta opowiedziana jest przez jego syna, którego poprosił o jej spisanie – na koniec sam autor opowiada trochę o swoim ojcu, co nadaje nowy kontekst jego postaci: wydawać się może, że Harry Haft był swego rodzaju niezwyciężonym bohaterem, nieustraszonym wojownikiem, który dzielnie przeszedł przez gehennę wojny, jednak tak naprawdę, jak chyba większość osób, nigdy nie otrząsnął się z traumy, która pozostawiła na jego psychice trwałe blizny. Kariera bokserka Hafta nie trwała zbyt długo – sam zrezygnował z niej po walce z Rockym Marciano, zrażony powiązaniami sportu ze światkiem przestępczym, który w owych czasach niemal zawładnął amerykańskim boksem. Nie był zresztą nigdy zainteresowany sławą jako pięściarz, chciał uzyskać rozgłos jedynie po to, aby osoby, na których mu zależało, mogły dowiedzieć się, że wciąż żyje. Uważam, że książki jak ta o Hafcie są bardzo ważne: nie tylko dostarczają wiedzy o przeszłości z punktu widzenia świadka, który znalazł się w samym środku wydarzeń, ale także stanowią motywację do podjęcia refleksji na rozmaite tematy, jak choćby nad naturą ludzką, swoim własnym postępowaniem, priorytetami w życiu, etc. Polecam „Harry’ego Hafta…” jako może i trudną z uwagi na treść książkę, ale na pewno wartościową, która żadnego chyba czytelnika nie pozostawi obojętnym.
Anksunamun - awatar Anksunamun
ocenił na82 lata temu
Peety. Pies, który uratował mi życie Eric O'Grey
Peety. Pies, który uratował mi życie
Eric O'Grey Mark Dagostino
,,Peety. Pies, który uratował mi życie’’ to reportaż, który czyta się jak powieść typu ,,Był sobie pies’’. Poznajemy Erica, mężczyznę, który ma ponad 60 kg nadwagi, ma depresję, cukrzycę, syf w mieszkaniu, tak spoza chorób, nienawidzi siebie i prawie każdy aspekt życia ma utrudniony przez swoją wagę. Bohater postanowił, jak to się mówi, wziąć się za siebie i zapisał się do naturopaty żeby pomógł mu zmienić tryb życia. Doktor Preety proponowała przejście na dietę i poleciła mu adopcję psa, ponieważ zwierzę da mu motywacje do spacerów oraz utrzymania porządku w domu. Pod jego opiekę trafił Peety, czworonóg w już raczej średnim wieku, z nadwagą, jak Eric i łuszczycą. To nie jest książka, która zaskakuje, lecz inspiruje. Nie oznacza to, że historia nie jest ciekawa. Czytając kibicowałem Peetiemu i Ericowi, który jest tu narratorem. Trochę nudno zrobiło się, gdy pojawił się pierwszy wątek miłosny. Nie chodzi tu o to, że nie lubię wątków miłosnych. Po prostu pojawiła się takim momencie, w którym Eric już schudł, zaczął uprawiać sport, był szczęśliwy i wszystko, co chciałem o nim wiedzieć, już wiedziałem. I żeby nie było, książka jest ciekawa do samego końca, tym bardziej, że pod koniec depresja wróciła do Erica i znów musiał sobie z nią poradzić i tym razem nie pomógł mu w niej Peety ani lekarz, ani ukochana osoba. Reportaż przede wszystkim jest poświęcony relacji Erica i Peetiego. Między nimi nie było przyjaźni, lecz miłość, taka jak między ojcem a synem. Sam Eric nazywał Peetiego synkiem i poprawiał ludzi, którzy nazywali go po prostu psem. W ciągu tej ponad trzystu stronnicowej książki mamy zaledwie parę nawiązać do weganizmu. Bo należy wspomnieć, że główny bohater schudł między innymi dzięki temu, że przeszedł na wysokobiałkową dietę roślinną. Od drugiej połowy książki co jakiś czas pojawiają się wywody Erica na temat tego, jak wartościowa jest dieta wegańska. Gdy już są to autor poświęca im dwa, niedługie akapity. Ta ,,wegańska propaganda’’ nie pojawia się często, jest jej mało w całej książce. Znacznie więcej jest ogólnie o gotowaniu. Zresztą ciężko nazwać to propagandą, bo narrator jedynie pokazuje wartość diety wegańskiej i nie zmusza do niej nikogo. Sam przyznaje, że nie ma problemu zjeść obok kogoś, kto w tym samym czasie je mięso. To przede wszystkim opowieść o motywacji, chęci zmian, rozwoju i oczywiście wiernej, szczerej miłości między człowiekiem a psem. Chwilami ciężko uwierzyć, że wszystko w tej historii wydarzyło się naprawdę, ale myślę, że to, co spotkało Erica może kogoś zainspirować do osiągnięcia celu, który wydawał się odległy. Bardzo przyjemna, miła w czytaniu, urocza historyjka dla każdego, niezależnie od tego czy jest weganinem czy nie. Zdecydowanie warto przeczytać.
Cynamonov - awatar Cynamonov
ocenił na71 miesiąc temu
Stanisław Bareja alternatywnie Maciej Replewicz
Stanisław Bareja alternatywnie
Maciej Replewicz
„Ktoś, kto się boi śmiechu, boi się samego siebie” powiedział kiedyś Stanisław Bareja. Ta celna uwaga reżysera może posłużyć jako odpowiedź na pytanie: dlaczego tzw. „władza” niszczyła go i starała się utrudniać mu pracę jak tylko się dało. To, że „cenzura” czy tzw. „aktyw partyjny” niszczył Bareję mnie nie dziwi, ale to, że do tej grupy dołączyli koledzy filmowcy już tak. Tego nie jestem w stanie zrozumieć. Siła zawiści i podłości jest jednak ogromna i wszechobecna. Szkoda, że dopiero po latach Bareja został doceniony, przede wszystkim przez widzów, którzy mówią w życiu codziennym tekstami z: „Misia”, „Bruneta wieczorową porą”, „Nie ma róży bez ognia”, czy „Zmienników”. To jest chichot historii, na pohybel prześladowcom. Szkoda tylko, że to śmiech przez łzy. Filmy Barei przetrwały próbę czasu i są cennym świadectwem epoki, w których na nieszczęście przyszło mu żyć. Książka Macieja Replewicza to kopalnia wiedzy dla fanów i zainteresowanych historią kina. Ciekawostki i kulisy dotyczące filmów i aktorów. Dla mnie najciekawsze były opowieści aktorów współpracujących z reżyserem i ich perspektywa. Informacje o tym jakim prywatnie człowiekiem był Staszek, jak o nim mówili. Jak ewoluowały scenariusze moich ulubionych filmów i ile musiał się nakombinować, żeby w ogóle doszło do ich realizacji. Dlaczego często w filmach Barei grali członkowie ekipy i jego znajomi ? Te wszystkie kwestie (i wiele więcej) opisuje w arcyciekawej pozycji, do której przeczytania gorąco zachęcam. Na zakończenie scenka z mojego prywatnego życia: Któregoś dnia przychodzi do mnie córka i mówi: - Tato, „zniszczyłeś” mi dzieciństwo ! - Dlaczego ? – pytam zaniepokojony - Przez te teksty, które tak często powtarzasz…Myślałam, że to twoje powiedzonka, a to teksty z „Misia” !
MaciekWroc - awatar MaciekWroc
ocenił na97 miesięcy temu
Ciemność. W obronie mroku Sigri Sandberg
Ciemność. W obronie mroku
Sigri Sandberg
"Niestraszna już mroku noc, gdy gwiazdy jaśnieją. Ojciec nasz rozświetli noc, wszelki strach rozwieje. - Christian Richardt (s.101) "Ciemność.W obronie mroku" to przemyślanie zbudowana książeczka przywodząca na myśl notatnik czy pamiętnik przedstawiający raptem 5 dni z życia Sigri Sandberg, która postanawia spędzić samotnie trochę czasu w ciemnościach w górach, w Finse, na dalekiej Północy (Norwegia). Tu gdzie mieszka dziennikarka na co dzień widzi fiord, ma w pobliżu las, jednocześnie w nocy nie może obserwować gwiazd, gdyż światła miasta pochłaniają mrok nocy, stając się barierą uniemożliwiającą dostrzeżenie tego, co naturalne. A mnie zawsze wydawało się, że właśnie w krajach nordyckich nie brakuje miejsc, gdzie mieszkańcy mogą delektować się zarówno ciszą, jak i magią nieba upstrzonego bogactwem naturalnych "świetlówek". Błoga naiwności. "Mówią, że powrót do natury to ucieczka od tego, co ważne. Uważam, że wyjazd w dzicz, zbliżenie się do natury jest czymś wręcz przeciwnym, jest jak powrót do domu, do tego, czego jesteśmy ważną częścią, do tego, o czym naprawdę musimy porozmawiać. O planecie i o tym, czy mamy jeszcze jakieś szanse." (s.66) Jednak ta niewielka książeczka przynosi mi ukojenia, jakbym czytając jednocześnie doświadczała magi ciemności, tej samej, której czasem w dzieciństwie się bałam, czasem przeszkadzała mi, gdy jasność dni skracała się do kilku godzin i to akurat tych godzin spędzanych w szkole. Jednocześnie sprzyjała wyobraźni i poczuciu bezpieczeństwa, bo w moim dziecięcym umyśle dawała schronienie. Nie każde dziecko boi się każdej ciemności. Pamiętam podekscytowanie, gdy wchodziło się do jakiegoś ciemnego pomieszczenia, chodzenie na wyczucie po klatce schodowej albo - co bardziej ekscytujące - nagle gaśnie światło, gdy jesteśmy w piwnicy. Obecnie ze względu na ograniczenia fizyczne (znacząca wada wzroku) to już nie jest tak podniecające, nie ucieszę się z każdego nowo nabitego guza. Według Autorki "ciemność to postrzegana nieobecność światła" (s.103),więc postanowiłam zrobić doświadczenie w pobliskim lesie koło północy. Niestety, las mocno wycięty, obecnie ważniejsze są obwodnice, więc nazwa zostaje, a teren ma takie prześwity, widoczne są już dalsze oświetlone domostwa, brakuje już tylko żeby jeleń czy dzik z lampionem wyskoczył, nam latarki nie były potrzebne. Nawet w tak niewielkiej miejscowości, okolicach otoczonych przez niby-lasy nie ma mowy o ciemności, również w nocy. Na pocieszenie, widoczny był księżyc. Surowy klimat w połączeniu ze snuciem osobistych refleksji przez Autorkę daje przyjemne odprężenie. Budzi się moja nostalgia za czymś minionym, bo w nowoczesnym Zachodnim świecie brak światła to ewenement, trudniej się schować przed tym sztucznym blaskiem, trudno odpocząć od ekranów dominujących zarówno w naszej pracy, jak i w czasie przewidzianym do relaksu. Ciemność staje się upragniona i w pełni coraz mniej osiągalna. "Chociaż żarówka i elektryczne światło istnieją od 130 lat, ich światło jest bardziej czerwone, żółte i przyjemne. W większości lamp LED światło jest niebieskie, a używa się ich masowo, nie tylko w lampach ulicznych i w tunelach, ale także w otaczających nas zewsząd ekranach: komputerach, telefonach, iPadach... Niebieskie światło ma nie tylko inna temperaturę długość fali, ma także inna częstotliwość.Mruga, zamiast płynąć. Niektórzy uważają, że to temperatura najbardziej nam przeszkadza, inni winią właśnie częstotliwość." (s.121) A przecież ciemność jest nieodzowna każdemu człowiekowi, zwierzęciu czy roślinie. To ona decyduje o naszym biologicznym przetrwaniu. Zaburzenia cyklu mają wpływ na zaburzenia komórkowe, prawidłowy wzrost i rozwój. "Kiedy robi się ciemno, źrenice się powiększają, by wpuścić więcej światła. Receptory w oku rejestrują zmniejszoną ilość światła i przesyłają sygnał "nadeszła noc" do szyszynki(...) Gdy mózg przestaje odbierać sygnały dnia, szyszynka produkuje hormon melatoninę." (s.119/120) Sandberg przez kilka dni próbuje oswoić swoje lęki odnośnie nadciągającej całodobowej nocy. Przygląda się szybko zapadającemu zmrokowi, wychodzi na spacery, obserwuje niebo bez świetlnych zanieczyszczeń, napawa się tym, co niedostępne w mieście. W swoich notatkach wspomina również postać Christiane Ritter, która spędziła ponad rok (1934r.) w podobnych warunkach, co potem opisała w książce. I wtedy pomyślałam, że kilka dni? Tak, bardzo chętnie. Ale kilka miesięcy?! Przypuszczam, że nie dałabym rady nawet jako tzw. dziecko nocy. Dla mnie późne wieczory i dużo późniejsze nocne godziny to ten szczególny czas ciszy, który leczy mnie z hałasu dnia. Często doświadczam ambiwalencji: cieszyć się tą błogością na jawie, czy jak najszybciej ruszyć w objęcia nocy. Jednak wystawienie się na niewielkie doświadczanie światła dziennego oraz wielodniową nieprzerwaną ciemność dobową już nie jest tak ekscytujące. Być może bym przywykła.. Teraz mogę sobie wyobrazić jedynie, jak kopię w śniegu próbując zyskać ośnieżoną, otulającą światłość. Ciemność pokazuje jaką ma władzę nad człowiekiem. Może przytłoczyć, zaniepokoić, odebrać jasność myślenia, pogrążyć w apatii, ale może przeciwnie - stać się wyzwalająca, dająca ukojenie i odpoczynek, uzdrawiać, ekscytować, uczyć. Nie ma ciemności bez światła. Kiedy zaś jest za wiele tego światła, szczególnie sztucznego, nasza ciemność staje się zanieczyszczona, daje zaledwie pozorny relaks. Nie wyobrażam sobie Ziemi bez ciemności. Jej brak jest dla nas taką samą konsekwencją jak każde z możliwych zanieczyszczeń środowiska.
Aksamitt - awatar Aksamitt
ocenił na72 miesiące temu

Cytaty z książki Jak zostałam peruwiańską żoną

Więcej

Miałam też poczucie, że Ziemia może dać wszystko, czego się pragnie. Zawsze da to, czego się żąda. Bez względu na to, po co to komuś i jakie będą tego skutki. I czy potem dana osoba nie będzie żałować swojego życzenia. Ziemia nie robi tego złośliwie, ale dlatego, że ma taką szczodrą naturę i w swej hojności nie zna granic. Tylko, że człowiek rzadko o tym pamięta. Tak samo jak o swojej boskości.

Miałam też poczucie, że Ziemia może dać wszystko, czego się pragnie. Zawsze da to, czego się żąda. Bez względu na to, po co to komuś i jakie będą tego skutki. I czy potem dana osoba nie będzie żałować swojego życzenia. Ziemia nie robi tego złośliwie, ale dlatego, że ma taką szczodrą naturę i w swej hojności nie zna granic. Tylko, że człowiek rzadko o tym pamięta. Tak samo jak o...

Rozwiń
Mia Słowik Jak zostałam peruwiańską żoną Zobacz więcej
Więcej