rozwińzwiń

Valerian: Wydanie zbiorcze, tom 3

Okładka książki Valerian: Wydanie zbiorcze, tom 3 autora Pierre Christin, Jean-Claude Mézières, 9788364360671
Okładka książki Valerian: Wydanie zbiorcze, tom 3
Pierre ChristinJean-Claude Mézières Wydawnictwo: Taurus Media Cykl: Valerian [Taurus Media] (tom 6-8) komiksy
160 str. 2 godz. 40 min.
Kategoria:
komiksy
Format:
papier
Cykl:
Valerian [Taurus Media] (tom 6-8)
Tytuł oryginału:
Valérian et Laureline 3
Data wydania:
2015-12-01
Data 1. wyd. pol.:
2015-12-01
Liczba stron:
160
Czas czytania
2 godz. 40 min.
Język:
polski
ISBN:
9788364360671
Tłumacz:
Wojciech Birek
Średnia ocen

7,3 7,3 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Valerian: Wydanie zbiorcze, tom 3 w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Valerian: Wydanie zbiorcze, tom 3

Średnia ocen
7,3 / 10
46 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Valerian: Wydanie zbiorcze, tom 3

avatar
141
141

Na półkach:

Kolejny tom zbiorczy „Valeriana”. Kolejne trzy historie. Kolejne alegorie i morały. Tym razem na szczęście mamy trochę podróży w czasie, dla przebicia monotonii opery kosmicznej. Jednak mimo odrobiny monotonii, którą odczuwam, czytając „Valeriana” – widać jego ewolucje pod względem graficznym i scenariuszowym. Jednak to już kwestia na poszczególne opowieści.

Sztuka Valeriana
Tak jak w innych wydaniach zbiorczych dostajemy bardzo ciekawe dodatki na początku. Kluczowym elementem tu jest sztuka Jeana-Claude’a Mézieresa. To on ożywia fantastyczne widoki z kadrów komiksu i dzieli się tu swoim przemyśleniami nad kreowaniem niestworzonego. Nie jest to jedyna jego warstwa.

W końcu ktoś musi ją kolorować – Évelyne Tranlé, która kolorowała całego Valeriana. Dostajemy tu przykład rozłożonego na warstwy rysunku. Szkicu Mézieresa, koloru Tranlé i ostatecznie końcowy produkt. Jest to z pewnością ciekawy widok, którego nie widzi się na co dzień, nawet czytając komiksy. Każdy z elementów wygląda inaczej i choć można dostrzec podobieństwa, bez drugiego jest czymś innym.

Jednak w tym krążeniu wokół sztuki dostajemy też inne jego próbki, co będzie kontynuowane w dodatku następnego tomu. Obaj autorzy potrzebowali czasem odpoczynku od Valeriana i Laureliny, więc robili skoki w bok. Czasem razem, czasem oddzielnie. Dlatego, gdy pojawia się rysunek lub okładka innego komiksu, po jednym spojrzeniu można być pewnym tylko jednego – czy narysował go Jean-Claude Mézieres. Jego styl, nawet lekko zmodyfikowany, jest po prostu charakterystyczny.

Więcej inspiracji i adaptacji
Film „Valerian i Miasto Tysiąca Planet” (reż. Luc Besson, 2017) czerpał inspiracje z wcześniejszego 3. numeru – „Cesarstwo Tysiąca Planet” i z pierwszego albumu tego wydania zbiorczego „Ambasadora Cieni”. Możnaby snuć teorie, czemu akurat inspiracje poszły w tym kierunku, ale wydaje się dość prawdopodobnie wskazać tego powód.

Ambasador Cieni, s. 4 wg. paginacji na kadrach
„Ambasador Cieni”, s. 4 wg. paginacji na kadrach

Punkt centralny, centralny punkt galaktyki, gdzie spotykają się wpływy i dyplomaci wszystkich rozwiniętych gatunków. Miejsce tak wielkie, że niemożliwe do zdominowania. A w niej kryją się tajemnice, sekrety i autochtoniczne gatunki, których nikt nie zna.

Przynajmniej trochę może to przypominać Cytadelę z serii „Mass Effect” (pl.: „Efekt Masy”). Serii wydawanej w latach 2007-2012, ale akurat w 2017 roku wydano jej spin-off – „Mass Effect: Andromeda” (prod. BioWare). Sam nie grałem w tę serię (jeszcze),a najwyżej widziałem fragmenty gameplay’u i może patrze na wyrost, ale wydaje mi się, że te powiązania nie są przypadkiem.

Ambasador Cieni
Przejdźmy jednak do właściwych historii, a nie dodatków i powiązań. Na koniec napiszę tylko, że wstęp i podejście do przedstawienia powyższej ilustracji jest niezwykle filmowy i klimatyczny. Zaczyna się powoli, z narracją z offu, a z czasem kadry rosną. Zaczyna się od szerokich, by przejść do wyższych prostokątnych i skończyć na widocznym splashu (rysunku pełnostronnicowym). Podczas czytania tego wstępu ma się wręcz poczucie, jakby oglądało się początek „2001: Odysei kosmicznej” (reż. Stanley Kubrick, 1968),albo innych filmów o kosmosie czy SF.

Jeśli chodzi o samą fabułę, to poznana w poprzednim tomie drapieżna natura Galaxity powraca. Valerian i Laurelina mają chronić ambasadora Galaxity. Ten ma jednak niecny plan, o którym wiedzą już mieszkańcy Punktu Centralnego.

Z tego powodu ambasador stety niestety zostaje porwany i tym razem na barkach Laureliny pozostaje ratować dzień. W poprzednich tomach powoli dostawała ona coraz więcej miejsca, stawała się coraz sprawcza, ale dopiero w tym dostaje pełnie uwagi. Nie ma tu równego rozłożenia fabuły jak w „Wojnie Płci”, ani nie pełni wyłącznie zwyczajowej roli świerszcza Valeriana.

Ta Laurelino-centryczność tego albumu pozwala jej zabłysnąć na wielu polach. Dostajemy jej dylemat moralny ws. ratowania ambasadora. To jej misja i raczej nie życzy mu złego, ale jednocześnie nie zgadza się z jego planami, ani go nie lubi. Mimo tych wątpliwości wplątuje się w tę sensacyjno-kryminalną sprawę, odkrywa pradawne tajemnice Punktu Centralnego, ale przede wszystkim robi miny. W tym albumie chyba ma najbardziej rozbudowaną mimikę, i gdyby „Valerian” wychodził dziś, to na pewno trafiłaby one do folderów z obrazkami reakcyjnymi.

Ambasador Cieni, s. 15 wg. paginacji na kadrach
„Ambasador Cieni”, s. 15 wg. paginacji na kadrach

Ten album ma bardzo ciekawą lokację, którą mimo zawarcia w jednym albumie, bardzo sprawnie ją rozbudowują. Z racji na jej wielkość, mnogość ras, obaj autorzy skutecznie przedstawiają zróżnicowanie, niezwykłość i rozmiar Punktu Centralnego. Możnaby napisać o tamtejszych centaurach lub kosmitach, którzy inspirowali gremlinowanetego Watto, ale zwyczajnie to porządny album z porządnym światotwórczym. Punkt Centralny najlepiej odkrywać organicznie i samemu.

Na fałszywych ziemiach
Kolejny album to właśnie podróż w czasie. Choć tak naprawdę nie do końca. Valerian eksploruje dziwne makiety wyciągnięte z różnych epok. Te twory zostawia nieznany winowajca, który w mniemaniu Galaxity szpieguje ludzką historię. Instancje te nie różnią się niczym od oryginału, poza swoim ograniczeniem przestrzennym i czasowym. Nie jest to też pierwszy raz, gdy widzę podobny koncept. Jak to jest często – został on użyty w jednym z komiksów z Myszką Miki o podróżach w czasie.

Sam Valerian podróżuje przede wszystkim po sceneriach z okolic przełomu XIX i XX wieku. W ramach swoich krótkich przygód może nie popisuje się minami, jak Laurelina, ale przynajmniej za każdym razem ma nowy strój.

Ta podróż Valeriana okazuje się mieć kilka mocnych fantastycznych przekazów, jednak finał ma element prawdziwej osobistej dramaturgii. Pozwala to osadzić historię mimo eksplorowania dość abstrakcyjnych i akademickich tematów.

Bo w gruncie rzeczy album ten krąży wokół pytań dotyczących historii jako dziedzictwa i jako nauki. Co by było gdyby, historycy mogli podróżować w czasie? Czy ratowałoby to dawną sztukę, czy dawałoby coraz więcej możliwości do jej zawłaszczania dla następców zachodnich muzeów? Co jest gorsze – patrzenie z obojętnością na okropności przeszłości, czy też z protekcjonalnością? Czy może te podejścia tak bardzo od siebie się nie różnią?

Te rozważania o traktowaniu przeszłości na tak wielką skalę poza Myszką Miki przywiodło mi na myśl inne dzieło. „All Tommorrows” Nemo Ramjeta to specyficzna fikcja kreująca się na pracę historyczno-etnograficzną nieznanego kosmity w dalekiej przyszłości, który opisuje w niej dzieje rodzaju homo. Ten „Valerian” ma podobne ciągoty, choć akurat jego skala jest dużo mniejsza i ma inne podejście.

Ten album kryje w sobie ciekawe rzeczy, ale nie każdemu pewnie spodoba się tak jak mi. Dla zachęty dam tu wojska brytyjskie w Indiach:

Na fałszywych ziemiach, s. 1 wg. paginacji na kadrach
„Na fałszywych ziemiach”, s. 1 wg. paginacji na kadrach

Bohaterowie równonocy
Ostatnim albumem tego tomu jest historia, którą można nazwać bajką polityczną. Pierre Christin przedstawia nam wyścig ideologii. Choć ja nazwałbym go bardziej wyścigiem plemników z racji na cudaczną fabułę. W menu mamy imperializm, komunizm, spirytualizm i Valeriana, czy jakkolwiek by to nazwać.

Na pierwszy rzut oka poza metaforycznym wyścigiem, komiks wdaje się opowiadać o starzejącej się Europie i imigracji. Jednak zbliżając się do wyścigu i stereotypowych ideologii – może też chodzić o starzejące się europejskie idee. Problem ten narodził się w modernizmie, przeobraził go I Wojną Światową w swoją mroczniejszą wersję właśnie z ideologiami, a na koniec terror II Wojny Światowej dobił pierwotne idee, dając światu postmodernizm. Czy jakkolwiek ten upadek opisać.

Mimo swojej prostoty jego przekaz jest jasny. Żadna z przedstawionych dróg nie jest idealna. Stąd jej karykaturalność, stąd realnie porażka. W warstwie wizualnej Christin pozwala Mezeriesowi zaszaleć i niektóre rysunki zbliżają się do wystaw Muzeum Sztuki Nowoczesnej, czy „Promethei” Alana Moore’a i J. H. Williamsa III. Jednak rysunki nie są tylko ładne – kadrowanie wyścigu w postaci 4 równoległych ścieżek jest niezwykle pomysłowe.

Ostatecznie w finale po wyścigu samców (alfa) dostajemy coś, co skłania do namysłu, czy „Valerian” nie inspirował też fantasy. A szczególnie Gwynevere z „Dark Souls” (prod. FromSoftware, 2009). Finał to jednak miejsce dla kobiet i zabłyśnięcie Laureliny, która na szczęście przywraca nam status quo, ratując Valeriana od szczęścia.

Koniec
Miałem przerwę od „Valeriana” i przeczytałem już następny tom, gdy to piszę. Dlatego raczej nie napisze nic lepszego lub mądrego od tego, co zostało napisane w dodatku do następnego tomu. Czy to o ewolucji całego komiksu, czy też jego ideach. Jednak muszę przyznać, że po powrocie i zachwycie następnymi czterema (sic!) albumami trochę zaciemnił mi się obraz tych poprzednich.

Jednak podczas pisania tego i przypominania sobie tych trzech komiksów wróciło nieco ciepła i chyba nie oceniam już ich tak surowo. To, że każdy kolejny komiks „Valeriana” jest odrobinę lepszy, a zarazem inny, to fakt. Nie znaczy to, że wcześniejsze też nie są dobre. To jak z „Blaskiem fantastycznym” jako pierwszym tomem Świata Dysku. Niby się odradza zaczynanie od niego, bo to jeszcze wyrabianie stylu Pratchetta, ale potrafi cieszyć.

Ostatecznie na pewno te trzy albumy warto przeczytać, bo dla jednych będą po prostu przyjemne. Dla innych ciekawe. A innych skłonią do refleksji lub będą mogły być punktem wyjścia do dyskusji. Jedyną poważną wadą są te małe literki – czasem strasznie się kurczą, ale czego się nie robi dla sztuki?

Komiks przeczytany dzięki życzliwości Biblioteki Publicznej w Dzielnicy Śródmieście m.st. Warszawy.

Kolejny tom zbiorczy „Valeriana”. Kolejne trzy historie. Kolejne alegorie i morały. Tym razem na szczęście mamy trochę podróży w czasie, dla przebicia monotonii opery kosmicznej. Jednak mimo odrobiny monotonii, którą odczuwam, czytając „Valeriana” – widać jego ewolucje pod względem graficznym i scenariuszowym. Jednak to już kwestia na poszczególne opowieści.

Sztuka...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
0
0

Na półkach:

W tym albumie znajduje się najlepsza historia z Valeriana ever. "Ambasador cieni" to jedna z najwybitniejszych opowieści w historii komiksowego s-f, równa Wiecznej Wojnie.

W tym albumie znajduje się najlepsza historia z Valeriana ever. "Ambasador cieni" to jedna z najwybitniejszych opowieści w historii komiksowego s-f, równa Wiecznej Wojnie.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
248
10

Na półkach: , , ,

Po przeczytaniu całości stwierdzam, że bardzo trudno ocenić album, jako całość. Postanowiłem jednak dać ocenę po najlepszej historii, jaką do tej pory czytałem z tego cyklu, czyli "Ambasadorze Cieni". Śmiało mogę stwierdzić, że zupełnie nie przeszkadzałoby mi, gdyby cała seria została przemianowana na "Laurelina" :)

Druga i trzecia historia w tym zbiorze niestety nie przypadły mi prawie w ogóle do gustu, no ale cóż...

Po przeczytaniu całości stwierdzam, że bardzo trudno ocenić album, jako całość. Postanowiłem jednak dać ocenę po najlepszej historii, jaką do tej pory czytałem z tego cyklu, czyli "Ambasadorze Cieni". Śmiało mogę stwierdzić, że zupełnie nie przeszkadzałoby mi, gdyby cała seria została przemianowana na "Laurelina" :)

Druga i trzecia historia w tym zbiorze niestety nie...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

81 użytkowników ma tytuł Valerian: Wydanie zbiorcze, tom 3 na półkach głównych
  • 62
  • 19
50 użytkowników ma tytuł Valerian: Wydanie zbiorcze, tom 3 na półkach dodatkowych
  • 25
  • 15
  • 4
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Valerian: Wydanie zbiorcze, tom 3

Inne książki autora

Okładka książki Valerian and Laureline: Where Stories Are Born Virginie Augustin, Pierre Christin
Ocena 5,0
Valerian and Laureline: Where Stories Are Born Virginie Augustin, Pierre Christin
Okładka książki Robert Moses. Ukryty władca Nowego Jorku Olivier Balez, Pierre Christin
Ocena 6,6
Robert Moses. Ukryty władca Nowego Jorku Olivier Balez, Pierre Christin
Okładka książki Orwell Pierre Christin, Sebastien Verdier
Ocena 7,2
Orwell Pierre Christin, Sebastien Verdier
Okładka książki The Future is Waiting Pierre Christin, Jean-Claude Mézières
Ocena 0,0
The Future is Waiting Pierre Christin, Jean-Claude Mézières
Okładka książki Memories from the Futures Pierre Christin, Jean-Claude Mézières
Ocena 0,0
Memories from the Futures Pierre Christin, Jean-Claude Mézières
Okładka książki Valerian: Wydanie zbiorcze, tom 8 Pierre Christin, Jean-Claude Mézières
Ocena 5,8
Valerian: Wydanie zbiorcze, tom 8 Pierre Christin, Jean-Claude Mézières
Okładka książki Valerian: Wydanie zbiorcze, tom 7 Pierre Christin, Jean-Claude Mézières
Ocena 7,5
Valerian: Wydanie zbiorcze, tom 7 Pierre Christin, Jean-Claude Mézières
Pierre Christin
Pierre Christin
Jeden z najpopularniejszych francuskich scenarzystów komiksowych. Wspólnie z Jeanem-Claudem Mézièresem stworzył przygody kosmicznego agenta Valeriana (które przeniósł na ekran Luc Besson),a z Enki Bilalem "Legendy Współczesności", cykl polityczno-społecznych komiksów (m.in. "Falangi czarnego porządku", czy "Polowanie"). Współpracował także z wieloma innymi rysownikami i nie bał się żadnego gatunku, stąd w jego dorobku komiksy historyczne, obyczajowe, kryminalne, biograficzne, czy science-fiction. Christin był za swoje scenariusze wielokrotnie nagradzany, m.in. na festiwalu w Angouleme, który w 2020 roku uhonorował scenarzystę przekrojową wystawą poświęconą jego twórczości.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Ludzie gniewu Ron Garney
Ludzie gniewu
Ron Garney Jason Aaron Matt Milla
PopKulturowy Kociołek: https://popkulturowykociolek.pl/recenzja-komiksu-ludzie-gniewu/ W rodzinie Rathów bezwzględność jest cechą dziedziczną. Nic więc dziwnego, że Ira Rath będący bohaterem komiksu to jeden z lepszych zawodowych zabójców. Jest on gotowy wywiązać się z każdego zlecenia (nieważne kogo by ono nie dotyczyło). Mamy więc tu do czynienia, z bohaterem którego można określić mianem psychopaty. Z zabijania uczynił on swój fach, w którym jest naprawdę dobry. Nie waha się on nawet chwili podjęcia się likwidacji własnego syna. Jest to jedno z jego ostatnich zleceń, które może zakończyć przekazywanie z pokolenia na pokolenie krwawego znamienia wypaczającego duszę. Każdy, kto zdecyduje się sięgnąć po ten komiks, musi być gotowy na dawkę wyrazistej skrajnej brutalności. W niektórych scenach może ona wręcz przekraczać pewną granicę akceptowalności dla niektórych osób. Na pewno jest więc to dzieło dla dojrzałego czytelnika o naprawdę silnych nerwach. Jeśli zaś chodzi o sam scenariusz komiksu (balansujący na pograniczu krwawego thrillera i dramatu),to nie należy od niego oczekiwać nadmiernych fabularnych zawiłości. Jest to dosyć prosta opowieść o mężczyznach rodu Rath i ich dziedzictwie przemocy przekazywanym kolejnym pokoleniom. Jason Aaron wykorzystuje te treści, jako podstawę do ukazania skomplikowanych relacji ojca i syna, które są trudne (jeśli nie niemożliwe) do naprawienia. Zanurzamy się tu więc w iście pierwotnej nienawiści, która wylewa się z każdego kadru. Na pewno tytułowi nie można odmówić niesamowitego klimatu, który potrafi być mocno angażujący i często przyprawia czytelnika o dreszcze. Całkiem dobrze wypada również główny bohater, który z czasem może być postrzegany jako bardziej złożona jednostka niż tylko bezwzględny i bezuczuciowy zabójca. Niestety album nie uniknął kilku zauważalnych błędów. Mamy to do czynienia z dosyć krótką mini serią (rodzime wydanie to jeden zamknięty album). Akcja więc bardzo szybko mknie do przodu, nie pozostawiając zbyt wiele miejsca do należytego zaprezentowania głębi pewnych wydarzeń. Dodatkowo w kilku scenach można odnieść wrażenie, jakby autor celowo podkręcił brutalność do granic możliwości, aby zaszokować odbiorcę. Jest to moim zdaniem kompletnie tutaj niepotrzebne i powoduje to tylko zepchnięcie głównego wątku na dalszy plan....
PopKulturowy - awatar PopKulturowy
ocenił na62 lata temu
Wieczna wolność (Wydanie zbiorcze) Joe Haldeman
Wieczna wolność (Wydanie zbiorcze)
Joe Haldeman Marvano
Joe Haldeman (scenariusz) i Marvano (rysunki) zdecydowali się nie adaptować drugiej części trylogii, czyli "Wiecznego pokoju" i od razu przeszli do "Wiecznej wolności". To niebywałe, jak bardzo różni się "Wieczna wolność" od "Wiecznego pokoju". W przypadku komiksu mogę tylko porównać szatę graficzną, ilustracje Marvano, ale treść to już zupełnie inne motywy. Wątki leżą na innej skali, w innym układzie. "Wieczna wojna" dotyczyła konfliktu z obcą rasą. Komiks przedstawiał cały bezsens wojny, odwoływał się do wspomnień autora w odniesieniu do jego historii z Wietnamie. Jak wielu innych pisarzy, którzy w konflikcie uczestniczyli, przeniósł później na karty powieści swoją wściekłość. W komiksie zostało to zachowane, ten beznadziejny los żołnierza, który szedł na śmierć. "Wieczna wojna" to arcydzieło wśród powieści graficznych, z każdej strony uderzała w nas rozpacz. To się czuło. A "Wieczna wolność"? To coś innego, komiks wybitny, poważne (i odważne) sci-fi, inne pytania, zupełnie inny nastrój, bardzo filozoficzny i refleksyjny. Bliższy Asimovowi, czy z nowszych rzeczy, leżący dość blisko "Końca śmierci" (trzecia część "Problemu trzech ciał" Cixin Liu). Tak czułem. Powaga, pytania ostateczne o nasze istnienie, realny koniec ludzkości. Wcześniej natomiast obserwujemy bardzo intrygujący zamysł o spłaszczeniu jednostki i powstanie Człowieka. I są tutaj poruszane takie kwestie, że chcemy od razu przejść do realnej i żywej dyskusji. Haldeman wchodzi na pole z pytaniami egzystencjalnymi bardzo odważnie, pisze science-fiction niezwykle wytrawne, zahacza o socjologiczny wymiar. W swoim tekście mówi o powstaniu Człowieka, nowego tworu, który jest kumulacją miliardów ludzi. Nie liczy się jednostka, a "Wieczna wolność" opowiada właśnie o małej grupce, która przeżyła "Wieczna wojnę" i teraz walczy o swoje istnienie. Powtórzę, niebywałe. Czytałem "Wieczną wolność" z jednej strony jako kontynuację opowieści z tego konkretnego świata, ale czasem zapominałem, że to rzecz połączona z pierwszym epizodem, tak ważnym dla światowego komiksu. "Wieczna wojna" się skończyła, to wynika jasno z treści, Haldeman pisze teraz o samej potrzebie życia. Po co? W jakim celu? Może lepiej dać sobie spokój, odpuścić pragnienia i zmiażdżyć jednostkę i indywidualizm. Przecież to wszystko doprowadziło do wojny dwóch ras, które nic o sobie nie wiedziały, nie miały sobie nic do zarzucenia, nie zaszkodziły sobie. Pamiętamy bowiem "Wieczną wojnę" i tę walkę najczęściej zupełnie o nic. Było tylko cierpienie. Jest to więc komiks niezwykły. Hard sci-fi, często monumentalny, nierzadko najbliżej człowieka jak się tylko da. Finał dostarcza bardzo dużych emocji. Coś się kończy, człowiek wydaje się tkwić od początku w czymś nierealnym. Po lekturze myślimy o tym, o naszym znaczeniu, o miejscu we wszechświecie. Jesteśmy tylko drobinką. A Marvano narysował to w swoim stylu. Zaangażowany, realistyczny, najpiękniejszy w kosmosie i przekazaniu technicznych szczegółów. Ale też ze smutkiem wyrysowanym tak przejmująco w postaciach.
Patryk Karwowski - awatar Patryk Karwowski
ocenił na99 miesięcy temu
Staruszek Anderson Hermann Huppen
Staruszek Anderson
Hermann Huppen Yves Huppen
Temat prześladowań na tle rasowym, jest ostatnimi czasy bardzo modny. Mimo wielu podłoży, patrzy się na niego głównie przez pryzmat wydarzeń jakie miały miejsce w drugiej połowie XX wieku w Południowych Stanach, gdzie czarna ludność naprawdę wiele wycierpiała z rąk białych mieszkańców. Nie było to co prawda tak kryształowo przejrzyste jak podają dzisiejsze media, gdyż murzyni, czy też Afroamerykanie, posiadali często równie dużo krwi na rękach, zaś nie jeden biały pomagał im w tych ciężkich czasach. Dobrze ukazał to film Służące z 2011 roku, gdzie umiejętnie przedstawiono obie strony barykady. Staruszek Anderson to historia o wiele prostsza, jednak poruszająca i smutna. Śmierć, zemsta i utracone nadzieje mieszają się tutaj z sobą na tle waśni rasowych pomiędzy białymi a czarnymi mieszkańcami Missisipi. Można by rzec, historia jakich opowiedziano już wiele i zapewne nie raz się je jeszcze usłyszy. A mimo to warto na chwilę się zatrzymać i wysłuchać co ma do powiedzenia pewien sędziwy jegomość, zwany przez lokalnych Staruszkiem. Akcja komiksu rozgrywa się w małym miasteczku, znajdującym się gdzieś w Missisipi. Anderson, nazywany przez lokalnych Staruszkiem, to sędziwy murzyn, któremu osiem lat temu zabito nastoletnią córkę. Przynajmniej tak podejrzewa, gdyż dziewczyna znikła i wszelki słuch po niej zaginął.Gdy umiera jego żona, Anderson dowiaduje się od swego przyjaciela, że pewna osoba może mieć jakaś informację na temat wydarzeń sprzed ośmiu lat. Staruszek nie mając już nic do stracenia postanawia pójść tym tropem i wymierzyć swoją własną, ojcowską sprawiedliwość. W krótkim czasie mała wendetta jednego człowieka przeradza się w pościg przypominający polowanie na wściekłe zwierzę. Album pokazuje dwa dramaty ludzkie, skupiające się wokoło tytułowej postaci. Pierwszy to utrata ukochanych osób, nadających sens naszemu życiu. Bez nich czujemy się nie tylko puści oraz zagubieni, ale tracimy poczucie własnej wartości oraz czasu. Dlatego postanawiamy zakończyć stare porachunki lub rozwikłać zagadki dręczące od lat rodzinę. To na co wcześniej brakowało nam odwagi wraca do ans ze spotęgowaną siłą jako wyrzut sumienia i torturuje, powoli zatruwając umysł. Tracimy wtedy jasność myślenia i zaczynamy działać impulsywnie, chcąc osiągnąć naszą, prywatną sprawiedliwość. Tu pojawia się drugi punkt, czyli eskalacja przemocy. Pozbawieni hamulców moralnych, celu dla życia i dalszej egzystencji w tym świecie, nie wahamy się przekroczyć granicy. Chcemy aby oprawcy czuli to samo co ich ofiara. Bezradność, przerażenie, ból oraz koszmarną wizję śmierci. Niestety wszystko ma swoją cenę, szczególnie jeśli nie jest przemyślane, tylko rodzi się z impulsu. Wtedy w całym tym tyglu przestaje obowiązywać prawo spisane na papierze i nazwane Kodeksem Karnym. Liczy się tylko to jaki masz kolor skóry oraz czy jesteś dość sprytny aby uniknąć kuli. Zatracamy się w tym polowaniu na dzikiego zwierza, nie starając się nawet zrozumieć jego motywów. Jest zły bo posiada taki a nie inny kolor skóry. Dla jednych będzie to czarna nastolatka lub starzec, dla innych biały policjant bojący się społecznego linczu, przez co chowa głowę w piasek. Hermann bardzo umiejętnie ukazał brud, przerażenie oraz samotność w swej pracy, ubogacając tekst Yves'a, swoimi rysunkami. Tak naprawdę miałem wrażenie, że mimo dominacji obrazu, to słowa, a czasem ich brak, grają tutaj pierwsze skrzypce. Najbardziej uwidocznione jest to w finalnych kartach komiksu, gdzie dowiadujemy się kilku ciekawych rzeczy oraz w pełni pojmujemy dramat pierwszej karty tego albumu. Staruszek Anderson to nie dzieło wybitne, jednak bardzo życiowe. Prosta historia, krwawa i smutna, jakich wiele można by usłyszeć w Południowych Stanach. Jednak przykuwa uwagę czytelnika, na ten krótki czas i być może nawet go czegoś nauczy.
WPajęczejSieci - awatar WPajęczejSieci
ocenił na73 lata temu
Valerian: Wydanie zbiorcze, tom 2 Pierre Christin
Valerian: Wydanie zbiorcze, tom 2
Pierre Christin Jean-Claude Mézières
Ambiwalentna nierzeczywistość W drugim tomie zbiorowym Valeriana i Laureliny znów dostajemy trzy historie. Niestety tym razem wyłącznie kosmiczne opowieści bez podróży w czasie. Rozszerzają one też świat Galaxity, wprowadzając nie tylko obcych, ale także koncepcję jego ekspansji. Przynajmniej w pierwszych dwóch, z kolei w ostatnim, choć nadal kosmicznie, mamy refleksję nad rewolucją. Jednak nie jest to wszystko. Jak w pierwszym zbiorze dostajemy co nieco dodatków, to tym razem odnaleźć możemy trochę bardziej personalnych historii wokół naszych autorów, czy ich podejścia do tworzenia i science-fiction. Mimo ponurej scenerii „Miasta wzburzonych wód” z poprzedniego tomu Christin twierdzi, że „Valerian” stoi między optymistyczną (np. Star Trek) a pesymistyczną (np. „Aleja potępienia” Rogera Zelaznego albo „1984” Georga Orwella) fantastyką naukową. W końcu po apokalipsie powstało Galaxity. Mimo tego ambiwalencja tu się nie kończy. Ląd bez gwiazd W pierwszym komiksie na Valeriana po ustanowieniu stabilnych kolonii czekają ostatnie obowiązki. Musi pożegnać się z koloniami i wrócić do Galaxity. Niestety, pożegnania i mowy łączą się z poczęstunkiem, szczególnie tym wysokoprocentowym. Przy jego braku asertywności kończy się zataczaniem i krótkimi bełkotliwymi mowami w kolejnych i kolejnych koloniach. Czyli krótko mówiąc – rozsierdza Laureline i to wtedy pojawia się nowe zagrożenie. Na granicach układu pojawia się nieznana planeta. Na niej Valerian i Laurelina znajdują parę komentarzy do naszego świata. Można tu odnaleźć kontynuacja krytyki broni atomowej, pytanie: czy sprzedający broń są współwinni konfliktom, czy po prostu wojnę płci. Rozwiązanie w ramach komiksu okazuje się super łatwe, prawie bez problemów – wystarczy wyjść z tej platońskiej jaskini i zobaczyć prawdę. Gdyby tylko rzeczywistość była tak prosta i optymistyczna. Jednak by tego dokonać, nasi bohaterowie muszą się rozdzielić. Oboje dostają porównywalnie świateł reflektorów. Jednak tylko Laurelina dostaje strój, będący pierwowzorem Lei u Jaby. W seksistowskim świecie oboje muszą wykorzystać wdzięki i zalety swojej płci, by uratować nie tylko świat bez gwiazd od zagłady, ale także ziemskie kolonie. Witajcie na Alflolu W tej historii zostajemy przy Valerianie, a Laurelina niczym anioł na ramieniu, albo świerszcz Pinokia odgrywa sumienie Valeriana. W skrócie komiks ten można by odczytać jako krótki kurs amerykańskiego kolonializmu, rasizmu i Boskiego Przeznaczenia. Jak w poprzednim komiksie dowiedzieliśmy, że Galaxity swoją potęgę utrzymuję poprzez kolonizację; tak tutaj dowiadujemy się, jak ona wygląda. Koncepcja barbarzyńskich indoeuropejczyków z Europy – kto korzysta z ziemi, do tego należy – szła wieloma ścieżkami. Zazwyczaj wiązała się z uprawą lub inną eksploatacją. Jednak każda kultura i cywilizacja wytworzyła swoje własne modele, które po przybyciu Europejczyków były z czasem niszczone i zastępowane – czy to w Ameryce, czy Indiach. Wygrana tej koncepcji została ewolucyjnie udowodniona, jednak człowiek ma możliwości selekcji sztucznej. Krytykować się i zrewidować kierunek rozwoju. Ta krytyka Christina nie ogranicza się wyłącznie do tematu kolonizacji. W związku z przedstawieniem w komiksie kosmitów jako szlachetnego dzikusa albo hipisa eksplorują problem relacji z naturą, eksploracji środowiska i drapieżnego kapitalizmu. Czy natura musi się naprawdę martwić człowiekiem? Czy po prostu w najgorszym wypadku okażemy się ślepą gałęzią ewolucji i znajdzie się coś innego na nasze miejsce? Chyba lepiej do tego nie dopuścić. Ale droga hipisowskiego dystansu, ani instynktownej zachłanności nie są odpowiedziami. A nawet jeśli to ambiwalentnymi. Ptaki mistrza W ostatniej historii tomu drugiego nasza para rozbija się i trafia na cmentarzysko statków kosmicznych. Ostatecznie jest to bardzo prosta historia o rewolucji. Niektóre postacie są zabawne, szczególnie para, która prowadzi dyskusję filozoficzną między sobą i jest całkowicie oderwana od rzeczywistości. Komiks w krótkiej i syntetycznej formie opowiada to, co można znaleźć w „Płomieniach” Brzozowskiego, czy myśli Hanny Arendt. To opowieść o samej kulturze, konformizmie, oczekiwaniach społecznych, a na koniec rewolucji i jej konsekwencjach. „Valerian” pozostaje tutaj bardzo bajkowy i wystarczy upomnienie, by uniknąć negatywnych skutków. Ale nadal pojawiają się trafne pytania. Czy możliwość złych konsekwencji, rewolucja przez złych ludzi, ze złym dziedzictwem albo ze złych pobudek musi być sama w sobie zła? Czy czasem zmiana nie jest tym, co jest zwyczajnie potrzebne? The End Valerian nie powala tempem, nie opowiada głębokich i przewrotnych historii, ale stale prze naprzód z komentowaniem rzeczywistości. Czy to wojna płci, kolonializm, ekologia, albo rewolucja – Pierre Christin i Jean-Claude Mézières się nie przestraszą, a jeszcze przedstawią je słodko-gorzko. Względem poprzedniego tomu rysunek zbytnio się nie zmienił, a choć narracyjnie dostajemy więcej ciekawych interakcji między Valerianem i Laureliną, to schemat historii wydaje się niezmienny. Jeśli komuś spodobał się poprzedni tom, to i tu raczej się nie zawiedzie. Komiks przeczytany dzięki życzliwości Biblioteki Publicznej w Dzielnicy Śródmieście m.st. Warszawy. Także na goodreads i nakanapie.
Adam Słojewski - awatar Adam Słojewski
ocenił na76 miesięcy temu
Cyann. Integral #1. ŹrÓdło i sOnda. Sześć pór roku na ilO. François Bourgeon
Cyann. Integral #1. ŹrÓdło i sOnda. Sześć pór roku na ilO.
François Bourgeon Claude Lacroix
Lubię historie z zawiłą fabułą, jednak czasem z przykrością patrzę jak wielki potencjał jest marnowany przez irytujące postacie. Pal licho gdy są na dalszym planie, jednak kiedy do tego grona zaliczają się tytułowy bohater, czy też w tym wypadku bohaterka, szlag trafia całą przyjemność z lektury. Cyann jest właśnie takim tworem o ogromnym potencjale, ciekawą, choć mocno wtórną główną osią fabularną i kompletnie porąbanymi postaciami, których największym atutem jest świecenie gołym tyłkiem. Rozumiem, że można chcieć pokazać sporo w komiksie oznaczonym znaczkiem "Tylko dla dorosłych", jednak musi mieć to sens. A tu często nie ma go za grosz. Tytułowa bohaterka mieszka na planecie zwanej Olh. Jej lud jest podzielony na kasty i oddaje kult wielkiemu O, którego uosobienie widzi w wodzie. Litera ta jest wyznacznikiem do jakiej kasty się należy, w zależności od jej umiejscowienia w nazwisku jak i wielkości. Cyann może czuć się wybranką losu, gdyż jej ród stanowi niemalże prawo na Olh, a przynajmniej w tej części gdzie mieszka. Przyjaźni się ona z Nacarą, kobieta wywodzącą się z nizin społecznych, jednak aprobowaną przez ojca Cyann. Obie kobiety mają bowiem być pilotami ekspedycji kosmicznej, szykowanej na planetę Ilo, w celu odnalezienia lekarstwa na tajemnicza chorobę, dziesiątkującą populację mężczyzn. Jak się szybko okazuje nie wszystkim to przedsięwzięcie jest na rękę, a rozgrywające się wokół ekspedycji gry polityczne z dnia na dzień robią się coraz bardziej zażarte. Na początku skupmy się na zaletach komiksu, gdyż ten posiada ich całkiem sporo. Pierwszym z nich jest bardzo umiejętne splecenie zawikłanych wątków politycznych, jakie krążą wokół choroby oraz kosmicznej ekspedycji. Mamy tutaj kilka kast, które chcą na wszystkim położyć łapę i przejąć tym samym majątek rodu Olsimar z którego wywodzi się Cyann. Tu na scenę wkracza ojciec dziewczyny, wprawny polityk i naprawdę charyzmatyczna postać. Jest on jednym z najciekawszych bohaterów, skrzętnie skrywającym swe prawdziwe intencje przed czytelnikiem, które ujawnia w odpowiednim momencie. Zmyślnie lawiruje też pośród politycznych obozów, aby zyskać ich przychylność, a jednocześnie napuścić ich wzajemnie na siebie. Niemniej kompletnie nie dogaduje się z córką, zaś ta tylko utrudnia relacje między nimi, zachowując się... cóż, powiedzmy że dość ekscentrycznie. Kolejną zaletą komiksu jest wykreowanie świata na Olh. Jest on bardzo różnorodny, tropikalny, pełen basenów i wodospadów, a jednocześnie cyjanizujący do wielkich miast antycznej Europy czy Azji. Widać też w nim spore odniesienie do kultury Indii, po przez system kast (choć zdecydowanie mniej rygorystyczny) albo wiarę w oczyszczającą moc wody. W interesujący sposób przedstawiono także lokalną kulturę, stroje czy też obyczaje, w czym pomaga słowniczek zamieszczony na końcu albumu. Trzeba tutaj oddać zasłużony pokłon autorowi, który dał pokaz swych umiejętności graficznych, bowiem rysunek to jedna z najmocniejszych stron tej serii. Niestety każda moneta ma dwie strony i Cyann posiada kilka drażniących elementów. Pierwszym oraz najgorszym z nich jest główna bohaterka. Rozpustna, nieodpowiedzialna, zbyt pewna siebie i zwyczajnie arogancka zostaje wybrana jako przywódca całej ekspedycji. Co robi po ogłoszeniu tego publicznie? Nic, a raczej to co zwykle czyli ma wszystko w nosi, uważa że ojciec spycha ją na margines i w ogóle traktuje jak gorszy sort. Do tego całość kwituje plejadą zboczonych docinek o męskich tyłkach, członkach i tym co by z nimi zrobiła, w dość jednoznaczny sposób. Jej mniemanie o swej wyższości jest tak gigantyczne, że ego wszystkich mężczyzn na Ziemi wypada wręcz blado. Nie maco, idealny przywódca ekspedycji mającej uratować ludzkość przed zagładą. Sytuacji nie ratuje jej przyjaciółka Nascara, z którą wymienia kąśliwe uwagi. Obie panie robią to w sposób co najmniej idiotyczny i bardziej przypominają niewyżyte seksualnie gimnazjalistki niż dorosłe kobiety. Teoretycznie Nascara to ta roztropna, jednak jakoś tego nie widać w natłoku głupot Cyann, na które przyjaciółka jej pozwala. Niestety nie lepiej wygląda to na dalszych planach, gdzie co rusz trafia się jakiś napalony młodzik czy dziewoja. Mam wrażenie, że niemal cała populacja planety Olh - zarówno ta cywilizowana, jak i przemysłowa - jest bardzo niewyżyta seksualnie. Gdyby mogli to by uprawiali seks cały dzień. Pierwszy tom Cyann mocno przypomina w wielu punktach serię Aldebaran, choć fabularnie wypada gorzej. Ma niezły początek i naprawdę mocny finał, ale na tle konkurencji wypada ciut niezdarnie. Być może kolejny tom, również zamieszczony w pierwszym wydaniu zbiorczym, rozwinie skrzydła tej ciekawie się zapowiadającej opowieści. Gdyby główna postać była mniej napalona i arogancka, z pewnością lepiej by się to czytało. Choć i tak nie jest źle, zatem fani gatunku mogą zaryzykować i sięgnąć po tą lekturę.
WPajęczejSieci - awatar WPajęczejSieci
ocenił na63 lata temu
Hulk: Szary Jeph Loeb
Hulk: Szary
Jeph Loeb Tim Sale Matt Hollingsworth
Jeśli chodzi o fabułę komiksu, to w wielu swoich aspektach jest ona dość prosta. Potrafi być jednak angażująca i satysfakcjonująca. Na kolejnych stronach autor w naprawdę niezłym stylu zobrazował bowiem początek konfliktu z generałem Rossem, wpływ bycia Hulkiem na psychikę Bannera oraz to jak jego ukochana łagodziła jego szalone alter ego. W kolejnych rozdziałach Jeph Loeb serwuje więc bardzo przemyślaną i należycie zbalansowaną mieszankę emocji, dramaturgii i akcji. Miłośnicy komiksu superbohaterskiego ze stajni Marvela na pewno nie będą mieć tutaj powodów do narzekania na nudę. Szczególnie fanom powinna spodobać się zobrazowana (szerzej nieznana) konfrontacja szarego bohatera z Iron Manem (w bardzo klasycznym wydaniu). O ile scenariusz potrafi zachwycić naprawdę sporą grupę odbiorców, to już tak „kolorowo” nie jest w przypadku oprawy rysunkowej. Tim Sale postawił tutaj na mocno specyficzny klasyczny (pulpowy) kreskówkowy styl. Najbardziej przejawia się on w projektach postaci na czele z tytułowym Hulkiem, który przypomina Frankensteina. Jeśli jednak ktoś jest fanem takiej komiksowej formy, to będzie on potrafił docenić to, jak rysunki świetnie uzupełniają treść. Ponadto wielcy fani marki zauważą, że rysunki artysty są wielkim hołdem dla oryginalnego projektu Hulka Jacka Kirby’ego. https://popkulturowykociolek.pl/ecenzja-komiksu-hulk-szary/
PopKulturowy - awatar PopKulturowy
ocenił na83 lata temu
Okko - 1 - Cykl Wody Humbert Chabuel
Okko - 1 - Cykl Wody
Humbert Chabuel
Szata graficzna cud-miód! Nie jest to fotorealizm, w żadnym wypadku, ale kreska trzyma równy, wysoki poziom, a całość wykonana jest w doskonale dobranych do sytuacji i nieprzejaskrawionych barwach. Świat Okko czerpie garściami z faudalnej Japonii, co bardzo mnie cieszy, bo lubię takie klimaty, ale robi to trochę niezdarnie. Gejsza niekoniecznie musiała być dziwką, a już na pewno nie wyłącznie dziwką - to najbardziej widoczny błąd, ale popełniany w okołojapońskich dziełach często. Moim zdaniem autor niepotrzebnie użył tego słowa zamiast rodzimej 'prostytutki'. No właśnie, mieliśmy tu prawdziwy potok nazw zapożyczonych z japońskiego, chociaż, jako fanka historycznych anime, praktycznie wszystkie znałam. Rzecz w tym, że naginatę można nazwać po prostu włócznią. Statek, jak mu tam było - co jest złego w słowie 'łódź'? Może autor sądził, że będzie klimatycznie (wydawnictwa nie winię)? Odnośniki nie są klimatyczne, panie Hub. Zwłaszcza, gdy słowo 'gejsza' stosuje się źle, a Okko jest z jakiegoś powodu 'samurajem bez pana', kiedy aż prosiłoby się wstawić 'ronin'. Mam też zarzut do wydawnictwa!!! Czemu ZA KAŻDYM RAZEM stał potrójny wykrzyknik, nawet w miejscach, gdzie jeden byłby zbędny??! O tak właśnie, w środku tekstu!!! Wyglądało to jak na załączonym przykładzie - aż kłuło w oczy. Fabuła ciekawie poprowadzona, nawet jeśli nieszczególnie oryginalna, ale nazbyt pośpieszona. O bohaterach wiemy dość, by rozumieć ich role, jednak zachowali sporo tajemnic na późniejsze tomy. Niestety, z głównej intrygi mało co czytelnik rozumiał, dopóki narrator, będący jednym z bohaterów spisującym swoje przygody lata później, nie objaśnił sprawy. Ocenę ocalił komiksowi fakt, że wtedy naprawdę wszystko dobrze się domknęło i wyjasniło. Maruda ze mnie niepoprawna, ale dobrze się przy Okko bawiłam i chętnie siegnę po kolejne tomy czekające na mojej półeczce. Podsumowując, wyjątkowo przyjemna dla oka, nawet jeśki niezbyt wymagająca rozrywka, z potencjałem na następne tomy.
Rai - awatar Rai
ocenił na77 lat temu
Incal: Przed Incalem Alexandro Jodorowsky
Incal: Przed Incalem
Alexandro Jodorowsky Zoran Janjetov
Incal to najważniejsze wydarzenie w komiksie francuskim i światowym, spotkanie idealne, dwóch wybitnych artystów, wizjonerskiego scenarzysty Alejandro Jodorowskiego i rysownika potrafiącego portretować niemożliwe do sportretowania światy, wielkiego Moebiusa. Komiks wywarł ogromny wpływ na wizualną i narracyjną wyobraźnie wielu pokoleń i dał początek kontynuacją i różnym spin-offom, poświęconym bohaterom serii. Przed Incalem jest protoplastą tych historii, wydany w Polsce w SCREAM COMICS w pięknej twardej oprawie, ciężki komiks, z równie ciężkimi informacjami skrywającymi się w historii Johna Difoola, detektywa klasy R, bohatera Incala. Tym razem w prequelu, odkrywamy jego trudne dzieciństwo i młodość w Mieście-szyb. Na okładce już nie widnieje nazwisko Moebiusa, ale jego artystycznego klona Zorana Janjetova. Można byłoby pomyśleć, że rysunki są plagiatem twórczości Moebiusa, gdyby nie wyraźne zadeklarowanie, oraz zatwierdzenie ich przez samego mistrza. Jodorowsky spotkał Zorana, któregoś razu, już nie pamiętam gdzie, i zauroczony jego sztuką pokazał te rysunki Moebiusowi. Ten wyraził podziw do jego sztuki i potraktował je jako formę eksperymentalnej zabawy, dając zielone światło do stworzenia przez Jodo nowej historii, którą narysuje Zoran. Recenzje na temat tego prequela są różne, od skrajności po zachwyty, i raczej jestem w tej drugiej grupie osób. Lektura jest nieporównywalnie cięższa, ale jednocześnie znacznie prostsza od Incala. Brakuje w niej metafizyki, której doświadczyłem z każdą kolejną stron. Historia w prequelu jest bardziej przyziemna, ale nie sposób uznać jej za mało atrakcyjną. Wręcz przeciwnie. Odnoszę wrażenie, że Jodo w tej części, odpuścił sobie pewne schematy narracyjne znane z Incala i skupił się bardziej na przedstawieniu wszechogarniającego zepsucia w Mieście-szyb. Miasto-szyb to zresztą fascynująca przestrzeń sama w sobie, pełna kontrastów i paradoksów. Z jednej strony, to miejsce, gdzie technologia osiągnęła niewyobrażalny poziom zaawansowania, a z drugiej - gdzie moralność i etyka upadły na dno. Bohaterowie, z którymi spotykamy się w tej części, są przesiąknięci cynizmem i desperacją, a ich decyzje często wynikają z konieczności przetrwania w brutalnym świecie. Jodorowsky z mistrzowską precyzją pokazuje, jak środowisko może kształtować jednostkę, zmuszając ją do działań, które w innym kontekście byłyby nie do pomyślenia. Styl graficzny Zorana Janjetova idealnie oddaje tę dystopijną atmosferę. Jego rysunki, choć zbliżone do stylu Moebiusa, mają swoją unikalną charakterystykę, która dodaje nowy wymiar opowieści. Szczegółowość i dbałość o detale sprawiają, że każde ujęcie przyciąga wzrok i zachęca do dłuższego zatrzymania się nad poszczególnymi kadrami. To nie tylko ilustracje, ale pełnoprawne elementy narracji, które razem z tekstem tworzą spójną, wielowymiarową historię. Warto również zwrócić uwagę na sposób, w jaki Jodorowsky rozwija postać Johna Difoola. W prequelu widzimy go w zupełnie nowym świetle - jako młodego, zdezorientowanego chłopaka, który dopiero zaczyna rozumieć brutalne realia świata, w którym przyszło mu żyć. Ta ewolucja postaci dodaje głębi całej historii, pokazując, że nawet najbardziej cyniczny i zgorzkniały detektyw miał kiedyś marzenia i nadzieje, które zostały zniszczone przez okrutną rzeczywistość Miasta-szyb. Choć ostatecznie jego walka o odkrycie prawy jest motorem napędowym całej historii. Dla mnie jest to idealne rozszerzenie uniwersum, w szczególności Miasta-szyb z ich mieszkańcami. Nie mógłbym wymarzyć sobie idealniejszego prequela. Tak to powinno wyglądać. Na koniec zadałbym wszystkim pytanie, czy warto czytać Przed Incalem, przed Incalem? Zdecydowanie nie. Według mnie kolejność całego uniwersum powinna wynikać z przeczytania najpierw Incala, Potem można chwycić za Przed Incalem i ostatecznie wrócić do Final Incal. Dla mnie ta kolejność iest idealna. I będzie to doskonały punkt wejść w niezwykły, mroczny świat, którzy stworzyli zarówno Jodo i Moebius ale i inni artyści.
Thomas Anderson - awatar Thomas Anderson
ocenił na101 rok temu
Legendy Mrocznego Rycerza Tim Sale
Legendy Mrocznego Rycerza
Tim Sale Alan Grant Darwyn Cooke James Robinson Kelley Puckett
Batman jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci, nie tylko w świecie komiksu. Nie ważne czy ktoś się interesuje tą formą rozrywki czy nie, Bruce Wayne, multimilioner ratujące swe rodzinne miasto Gotham w czarno-szarym stroju z symbolem nietoperza na klacie, jest powszechnie znany. Jednak tylko osoby siedzące głęboko w komiksowym światku wiedza kim jest Tim Sale, amerykański rysownik, który z Batmanem również miał sporo do czynienia. Wydawnictwo Mucha Comics wydało w sierpniu 2015 roku album noszący zapadający w pamięć tytuł "Legendy Mrocznego Rycerza". Zawiera on pięć prac Tima Sale, z początków jego przygód z Nietoperzem. Jedne są dłuższe inne krótsze, a wszystkie opatrzone krótką notą od autora, który wspomina jak wyglądały jego pierwsze kroki na tym polu. Pozycja ciekawa nie tylko ze względu na walory estetyczne oraz, w pewnym sensie, historyczne, ale również fabularne. Trzeba przyznać, że zamieszczone tu prace trzymają w pełni ducha chyba najsłynniejszej serii animowanej o Nietoperzu Gotham, czyli "Batman the animated series". Wątpię abym rozminął się z prawdą jeśli stwierdzę, że niemal każdy laik miał z tym serialem do czynienia. Zapewne większość, tak jak ja, biegła przed ekran telewizora za każdym razem gdy Polsat emitował nowy odcinek. Cholera, nawet "Dragon Ball" mnie tak nie przyciągał jak ta "kreskówka". "Legendy Mrocznego Rycerza" pomogły mi wrócić wspomnieniami do tamtego okresu, a powodów ku temu było wiele. Pierwsza historia o tytule "Szaleńcy w więzieniu", dotyczy przeciwników Batmana, którzy pod opieką doktora Jeremiaha Arkhama przybywają do więzienia Blackgate, mieszczącego się na niegościnnej wyspie. Pensjonariusze Arkhama lądują tam, po tym jak ośrodek szanowanego psychologa został zniszczony. Trzeba było zatem gdzieś umieścić jego pensjonariuszy na czas odbudowy zakładu, więc padło na Blackgate. Komendant więzienia nie jest z tego powodu zadowolony, gdyż nie wróży nic dobrego z połączenia bandy szaleńców z rasowymi kryminalistami i mordercami. To co jest najciekawsze w całym komiksie to przemyślenia doktora Arkhama. Stara się on przeanalizować psychikę każdego z swych podopiecznych, traktuje ich jak ludzi a nie bestie, tym samym naraża się na kpiny ze strony komendanta Blackgate. Historia świetnie pokazuje jak naiwna wiara potrafi zdziałać zarówno cuda oraz przysporzyć masy kłopotów. Jest to jeden z mocniejszych i lepszych komiksów zamieszczonych w tym albumie. Drugi komiks nosi tytuł "Ostrza" i jest moim faworytem. To właśnie on przypomniał mi najbardziej stare komiksy z Batmanem oraz wspomniany wcześniej serial animowany. Fabuła jest tutaj skomplikowana i ma naprawdę interesujący finał. Dominującymi postaciami są, poza Mrocznym Rycerzem, Cavalier oraz Mr. Lime. Pierwszy pojawia się fizycznie niemal od razu i staje się nowym obrońcą Gotham. Walczy z przestępczością za pomocą rapiera niczym Zorro, ratuje ludzi i wyręcza Nietoperza. Drugi jet niczym duch. Ciągle się o nim mówi, czytelnik widzi ofiary jego ohydnych zbrodni, a mimo to niemal do końca nie widzimy jego twarzy. Sam Batman nie umie rozwiązać zagadki tych morderstw i Mr. Lime staje się wręcz jego obsesją. Na tym polu komiks rządzi. Genialny, ciężki klimat rasowego thrillera, tajemnicza postać i rosnący stos trupów. Po prostu mistrzostwo, do tego fenomenalnie przedstawione w rysunku zarówno od strony kreski jak i kolorów. Trzecia opowieść jest trochę bardziej przyziemna, ale również ciekawa. Zatytułowana "Nieudacznicy" odnosi się do mniej znanych złoczyńców Gotham, którzy postanawiają to zmienić, a przy okazji zarobić. W całą tą zawieruchę pakują się dwaj inni bohaterowie - złodziej o ksywie Chancer oraz ścigający go Nimrod, który ma z gościem poważne, osobiste porachunki. Fabuła jest tutaj lekko zakręcona, choć nie tak skomplikowana jak w "Ostrzach". Ciekawie wypada parka nowych postaci, trochę odmienna od mrocznych antagonistów i protagonistów Ghotam. Zresztą już na początku jest powiedziane, że pochodzą oni z Teksasu, co idealnie wpasowuje się w kanwę całej fabuły. Na samym końcu mamy dwa bardzo króciutkie komiksy. Pierwszy to "Mroczny Rycerz na randce" z udziałem Catwoman. Jest dobry, ale jakość niespecjalnie przypadł mi do gustu. Jedynie ostatni kadr komiksu zapadł mi na długo w pamięci. Drugi to "Noc po nocy", gdzie mamy bardzo krótkie starcie z Jokerem. Ot taki smaczek, ładnie narysowany, ale jakoś niespecjalnie interesujący. Z drugiej strony jego zakończenie można tłumaczyć sobie dwojako. Na samym końcu zamieszczono galerię okładek wykonanych przez Tima Sale. Są rewelacyjne, choć gdybym miał wybrać tylko jedną z nich do powieszenia na ścianie w dużym formacie, to bezapelacyjnie byłaby to okładka do 72 zeszytu Batgirl. Prawdziwe arcydzieło. "Legendy Mrocznego Rycerza" to bardzo ważna pozycja na rynku komiksowym w Polsce. Zarówno dla laika jak i znawcy. Ten pierwszy może się czegoś ciekawego dowiedzieć o samym Batmanie jak i jednym z ważniejszych rysowników pracujących nad tą postacią, ten drugi po prostu musi mieć go w swej kolekcji. Lektura ta jest wartościowa i bardzo pouczająca. Zawiera w sobie nie mały kawałek historii o procesie ewolucji przygód Mrocznego Rycerza. Dlatego koniecznie trzeba przeczytać ten album choć raz.
WPajęczejSieci - awatar WPajęczejSieci
ocenił na73 lata temu

Cytaty z książki Valerian: Wydanie zbiorcze, tom 3

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Valerian: Wydanie zbiorcze, tom 3