rozwińzwiń

Initial D 1

Okładka książki Initial D 1 autorstwa Shuuichi Shigeno
Okładka książki Initial D 1 autorstwa Shuuichi Shigeno
Shuuichi Shigeno Wydawnictwo: Kōdansha, Young Magazine Cykl: Initial D (tom 1) komiksy
Kategoria:
komiksy
Format:
papier
Cykl:
Initial D (tom 1)
Tytuł oryginału:
頭文字D
Data wydania:
1995-11-06
Data 1. wydania:
1995-11-06
Język:
japoński
ISBN:
9784063235678

Ta książka nie posiada jeszcze opisu.

Średnia ocen
8,5 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Initial D 1 w ulubionej księgarniiPorównywarka z najlepszymi ofertami księgarń W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl. Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki. Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Initial D 1

Średnia ocen
8,5 / 10
6 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Initial D 1

avatar
201
59

Na półkach:

Fajnie się to czytało, ale mam wrażenie, że historia miejscami jest za bardzo przeciągnięta i nie ma w sobie tego ,,mięsa" fabularnego. Postacie poboczne potrafią zirytować głupimi przytykami w stronę głównego bohatera. Na plus - fajna kreska, raj dla tych zainteresowanych japońską motoryzacją.

Fajnie się to czytało, ale mam wrażenie, że historia miejscami jest za bardzo przeciągnięta i nie ma w sobie tego ,,mięsa" fabularnego. Postacie poboczne potrafią zirytować głupimi przytykami w stronę głównego bohatera. Na plus - fajna kreska, raj dla tych zainteresowanych japońską motoryzacją.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
671
667

Na półkach:

Nie da się nie szanować tego rodzaju tworów popkultury, czy to filmu aktorskiego lub serialu, albo i animacji: od tradycyjnej amerykańskiej, aż po niestandardowe podejście ,,rysunkowego kreślenia rzeczywistości”, rodem z Europy, a także i z kraju kwitnącej wiśni, które to charakteryzują się naturalnym i bardzo inspirującym podejściem do sportu, do intuicyjnego kreowania i ukazywania historii sportowców i ich procesu sportowo-wysiłkowej samorealizacji, ot przekraczania granic i szukania drogi do ciągłego rozwoju: sportowców, którzy to nigdy, ale to przenigdy się nie poddadzą. Nie da się nie ,,lofciać” takich opowieści w naszej jakże bogatej kulturze masowej, które przekraczają ramy pojęcia ,,kultury popularnej”, stając się czymś inspirującym, czymś co należy podziwiać i brać przykład - opowieści z granicy szeroko rozumianego sportu, które ukazują o wiele, wiele więcej prawdziwego i szczerego dramatyzmu, tych ludzkich głębszych, po prostu prawdziwych doznań i emocji, które towarzyszą każdemu, czy to amatorowi czy rozwijającemu się sięgającemu po drogę ku zawodowstwo, sportowcowi, niż mamy to w typowym filmie, serialu czy książce, które ,,niby jakoś nas poruszają”.

Nie da się nie podziwiać zyskujących coraz większą popularność, nawet i wśród zatwardziałych popkulturowych nerdów, ,,sportówek” (bo to właśnie o nich niniejszym, a przede wszystkim w powyższym wstępie do recenzji pewnego wymownego ,,sportowego dzieła” mowa),szczególnie jeśli robią na odbiorcy, i to nie na jednostce, a rzeszy fanów potężne ,,wrażenie!”, i to jakie... bo otwierające drogę ich odbiorcy do wewnętrznej zmiany, do stania się kimś kim się jeszcze nie było, kim chciało się po prostu stać – zwłaszcza jeśli takowa ,,sportówka” uderza w odbiorcę nie poprzez film czy serial, ale poprzez medium książkowe lub uściślając: medium komiksowe, gdzie jak dobrze wiemy często to tylko i aż obraz stanowi nadrzędną opowieść, gdzie opowieść to ruch, gdzie ruch to jak wiemy idea wszystkiego co nazywamy sportem. Wśród komiksów najlepsze i najbardziej znaczące dla nazwijmy to ,,rozrywkowego ducha sportu w masówce” są treści publikowane w konwencji japońskiej narracji graficznej – a rzecz rozchodzi się o komiksową formę historii zwaną ,,mangą”. Choć zabrzmi to dziwnie, ale cały ten sportowy dynamizm i okoliczności tego nie tyle co ,,gatunku sportowego” w mandze, gdzie liczy się świetnie przedstawiania życiowa, często niepozbawiona tragicznych okoliczności oraz, żeby nie było, multum okazji ,,do podniesienia się z kolan” naszych bohaterów , co samo w sobie jest mocną drogą do szerokiej interpretacji, refleksji i zmiany własnej, z perspektywy czytelnika, życiowej drogi, najlepiej sprawdza się właśnie w mandze. Pisząc jeszcze ściślej: często konwencja japońskiego komiksu o sporcie w swych niezliczonych tworach, które powstały od co najmniej 45 lat, przebija to jak głęboko z odpowiednią dozą barwnych i nader ciekawych emocji fabułę i cały miks jej okoliczności o samym sporcie (bez względu na dyscyplinę, rodzaj bohaterów, kraj rozgrywek etc.) opowiada ,,niby-żywy i jakże cudowny!” aktorski film lub serial, nie wliczając w to nurtu dokumentalnego czy reporterskiego, bo te przebijają w tym względzie wszystkie ,,sportówki” razem wzięte. I tak, za potwierdzenie geniuszu uwydatnienia istoty ,,sportówek” dla całego grona popkulturowiczów, a także dla samej kultury ludzkiej, posłuży przykład niedawno przeczytanego, ba!, doświadczonego z niewiarygodnie pozytywnym vibe’em i uśmiechem podczas aktu lektury rozpostartego na moją całą ,,sportowo-geekowską” facjatę pierwszego z wielu z cyklu tomu mangi: Kapitan Tsubasa. To tu autor przygód dzielnego piłkarza o niezmierzonym głodzie samorozwoju i ciągłego wygrywania, Yoichi Takahashi był w stanie stworzyć narrację opartą o barwną i emocjonującą fabułę, z świetną, nietypową ,,kreską” – narrację, która rozgrywa się w odpowiedni dla ,,sportówki” dynamiczny, ale i konsekwentny sposób, opierając oś opowieści na naszym ,,MC”, Tsubasie Ozorze, gdzie najistotniejsze okazało się, nie tyle co ukazanie tego jak bezgranicznie oddanym się swej pasji jest atletą, ale, co tego… jakim jest się przede wszystkim człowiekiem, niezaślepionym tylko jednotunelowym, płaskim widzeniem świata przez ,,sportową dziurką do klucza, ale kimś z prawdziwym sercem”.

Fakt faktem, nie samym ,,Kapitanem Tsubasą” w mangach dedykowanych sporcie i ciągłemu fizycznemu rozwoju człowiek żyje. Oj nie. I przyznam się szczerze, lofciam fanowsko tego rodzaju ,,sportówki”, które już na wstępie, co zrobił m.in. sam mangowy Tsubasa, o którym mowa, prezentują całą swoją treścią coś dużo więcej niż ,,taką tam sobie” dwuwymiarową, obrazkową historię: lepiąc z gliny po prostu coś naprawdę totalnie urzekającego, oryginalnego, i tak jak podkreślałem powyżej, życiowo inspirującego. I stało się, udało mi się natrafić, częściowo przypadkowo, częściowo z racji poszukiwań czegoś w zawodowych rozgrywkach sportowych czy wyścigach samochodowych egzotycznego na pewną mangę z omawianego nurtu, potem w końcu ją kupić, i ostatecznie z radością i końcowym podziwem dla tytułu przeczytać ją i dodać do swej sportowo-fanowskiej kolekcji. Rzecz jasna chodzi o pierwszy tom ,,Initial D” autorstwa Shuuichiego Shigeno – komiksu, o którym powiedzieć, co zabrzmi troszku paradoksalnie, że jest typową ,,sportówką”, to jakby niedopowiedzenie. Bo pilot tej ,,ścigałkowej” mangi to coś więcej niż sport i ciągły samorozwój – to opowieść o dążeniu do sportowo-wyścigowo-driftowej perfekcji, na którą jednak… trzeba sobie zasłużyć, dla której trzeba walczyć o każdą chwilę uwagi, o odpowiedni moment, aby zabłysnąć i tchnąć w ducha sportowego rozwoju przepotężną iskrę nadziei i życiowej mocy. Zresztą, na ponad 420 stronach polskiego wydania tomu no.1 ,,Initiala”, za które to odpowiada najsłynniejsza ,,mangowo-wydawnicza” na naszym rodzimym rynku firma, J.P. Fantastica, i to wydania drukowanego na dość miękkim i elastycznym papierze z solidną miękką okładką i wpasowującą się w jej graficzny styl na całej strukturze kolorową, o barwie ,,opalonej pomarańczy”, obwolutą, którą dzieli na połowie długość fantastycznie zaprojektowany wąski pasek grzbietu z dziarsko wklejonym tu napisem ,,Initial D”, nazwiskiem autora i tą ,,jedynką”, określającą start tak niesłychanej wyścigówkowo-sportowej mangi, dominuje historia zwykłego, naprawdę dość typowego ,,noname’a”, który w wyniku pewnego splotu okoliczności zyskuje życiowy cel i chęć ciągłego w nim nietypowego sportowego (w końcu to drift, a to też jakby nie patrzeć rodzaj sportu) rozwoju oraz wysokooktanowa wojna driftowa: walka w motorsporcie ulicznym o najwyższe osobnicze cele, w tym również o szacunek, rozgłos, o nabycia statusu ,,untamed” – kogoś niezwyciężonego, niepowstrzymanego, nietykalnego, pozbawionego lęku i strachu przed byciem ,,wiecznie tym drugim” mistrza.

,,Initial D" w mandze startuje jako taka mieszanina sprzeczności – ktoś tak normalny jak Takumi obracający się w tak przeciwnym jego introwertycznemu charakterowi ekstremalnym środowisku, robiący z tego rodzaju wyzwania i próby (a tego po nim po prostu nie widać!): sposób na życie, na pójście określonym szlakiem rozwoju, to rzecz niesłychana, coś paradoksalnego, niczym nieoczekiwana inspiracja dla samych ,,sportówek” w mandze. I co ciekawe, w trakcie, a najbardziej po lekturze pilota ,,Initial D”, można dojść do wniosku, że nie trzeba tu żadnych piłkarzy, koszykarzy, golfistów etc., aby w komiksowych sportowych narracjach przedstawić naprawdę potężny emocjami, losami postaci i tempem narracji dość ambitny ,,sportówkowy” tytuł. I żeby było ciekawie… prezentowane są tu godne ,,boostowania” mocy i energii pojedynków na murawie boiska piłkarskiego, parkietu do koszykówki, czy pola golfowego wyzierające z kadrów licznych sportowych mang, momenty. I są to te to uliczne pojedynki, te dzikie wręcz wyznaczniki tajemniczego półświatka w obrębie motorsportu, którym jest przepełniony testosteronem i piskiem opon drift. Przez całe ,,bite” ponad 420 stron niepatyczkującej się z niczym, wrzucającej powoli coraz wyższy bieg i intensywniejsze obroty ,,czytelniczego silnika” mangi otwierającej Świat ,,Initial – D”, w którym dominuje ekspresyjny drift, same momenty, nazwijmy to, ,,wyścigo-rywalizacji"... nie trwały długo – to, sądzę, sama fabuła prowadziła do ich ,,finiszowania”, to wątki motorsportowe były tu zwieńczeniem jakiejś małej historii najczęściej niepozbawionej suspensu (i to okazało się dość intrygujące, jak na ,,ścigałkową sportówkę”),owijającej się tematycznie wokół sylwetki naszego ,,MC”, Takumiego, jego najbliższych kumpli, legendę driftu, czyli jego ojca, oraz powoli wyłaniających się, dojrzewających jako rasowych dla Takumiego rywali, braci Takahashi. I to jest w tej opowieści, a to dopiero tom 1, bardzo dobrym rozwiązaniem, zważywszy na fakt, że oglądana równolegle przeze mnie wersja animowana ,,Initiala” zwana ,,First Stage” w niektórych elementach fabularnych i graficznych nie dorównuje oryginałowi, czyli nieoczekiwanie pierońsko dobrej mandze!

Drift w wydaniu Shigeno to prawdziwy, nie biorący jeńców na pokład, bardziej dziki i nieokrzesany, naturalny rodzaj sportu, egzystujący sobie gdzieś na uboczu we własnym mikrokosmosie relacji, osiąganych rezultatów, specyficznego rodzaju sławy. Dostałem na tacy, jako formę naprawdę sytego posiłku, do którego nie trzeba mi było ,,zapchajdziurowej” dokładki, rodzaj sportu, opowiadanego przez naturalne, awanturnicze życie ,,ulicy”, bezsennych miast lub wielkich metropolii – tę naturalność okoliczności i świata przedstawionego czuć wręcz w niniejszym wydaniu ,,totalistycznie!”. A zasługą tego jest m.in. odpowiedni rodzaj indywidualnie podchodzących do swoich pasji dość oryginalnych postaci, także odpowiedni rodzaj stosowanego słownictwa, jak m.in. nazywanie wyczynowo uprawiających drift ,,ścigantami”, czy określanie najszybszego wozu w stawce dość luźno ,,starą 86-tką rozwożącą Tofu”, oraz wtłoczenie odpowiednich ,,momentów” lub okoliczności dla samych wydarzeń, jak ów ciekawy motyw szklanki wody, którą stawiano do auta prowadzonego np. przez Takumiego, którą proponował mu jego ojciec. Przechylenie się naczynia podczas gwałtownych skrętów ,,86-tką" do granicy wylania się wody, decydowało o zachowaniu balansu driftu i płynnej jeździe.

Rysunek w pilocie ,,Initiala" może i nie jest bardzo ,,bajkowy” i super dokładny, ale ma on bardzo dziki, jakby ,,plemienny” dla życia ulicy i driftu styl: szarpnięcia, pociągnięcia, nierówna podaż czarnych odcieni, no i te ,,plastusiowe” mordy bohaterów, które równie dobrze mogłyby momentami być jednym wielkim memem. Tak, czarno-biały typowo japoński styl graficzny opowiada tu ,,za tysiąc barw za jednym zamachem”, czyli wypisz wymaluj: ,,kreska” z perspektywy upływu czasu od daty debiutu tejże serii na rynku w Japonii a potem na świecie ma idealny vibe oldschoolu, ale zarazem energię godną pozazdroszczenia. Tak, do tej pory wydawało mi się, że o ,,sportówkach” w mandze wiem sporo. Ale… w momencie zakończenia lektury pilota ,,Initiala” musiałem zmienić swoje zdanie w tym względzie, oj musiałem. I z graniczną cierpliwością czekam na kupno tomu drugiego i jego lekturę.

Nie da się nie szanować tego rodzaju tworów popkultury, czy to filmu aktorskiego lub serialu, albo i animacji: od tradycyjnej amerykańskiej, aż po niestandardowe podejście ,,rysunkowego kreślenia rzeczywistości”, rodem z Europy, a także i z kraju kwitnącej wiśni, które to charakteryzują się naturalnym i bardzo inspirującym podejściem do sportu, do intuicyjnego kreowania i...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
11320
330

Na półkach: , , ,

To jest naprawdę tragiczna maga - jedna z najgorszych, jakie czytałam: naiwna ramota, pełna nieśmiesznych żartów, koślawego fanserwisu i w dodatku główna bohaterka nie ma nosa. Fabuła wieje nudą. Nie rozumiem tak wysokiej oceny na LC. Zdecydowanie lepiej przeczytać serię Oh! My Goddess!

To jest naprawdę tragiczna maga - jedna z najgorszych, jakie czytałam: naiwna ramota, pełna nieśmiesznych żartów, koślawego fanserwisu i w dodatku główna bohaterka nie ma nosa. Fabuła wieje nudą. Nie rozumiem tak wysokiej oceny na LC. Zdecydowanie lepiej przeczytać serię Oh! My Goddess!

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

99 użytkowników ma tytuł Initial D 1 na półkach głównych
  • 68
  • 31
54 użytkowników ma tytuł Initial D 1 na półkach dodatkowych
  • 23
  • 15
  • 5
  • 3
  • 2
  • 2
  • 2
  • 2

Inne książki autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Kapitan Tsubasa #1 Yoichi Takahashi
Kapitan Tsubasa #1
Yoichi Takahashi
Kapitan Tsubasa Tom 1. W latach 90. codziennie z niecierpliwością wyczekiwałem kolejnego odcinka Kapitana Jastrzębia, tak jak każdy z moich ówczesnych kolegów. Później graliśmy jeszcze w Tsubasę na Pegazusie. Była to tekstowa przygodówka, w całości po japońsku 🙂. Już samo to pokazuje, jak ogromnym fenomenem była ta seria w moim dzieciństwie. Po tylu latach pojawiło się więc pytanie: czy manga Kapitan Tsubasa jest jeszcze w stanie wzbudzić we mnie jakiekolwiek emocje? O rany, tak! I to jakie. Ta kultowa manga to oczywiście historia chłopca, który pragnie zostać najlepszym piłkarzem na świecie. Tsubasa Ōzora, bo o nim mowa, już od najmłodszych lat wykazuje się niezwykłym talentem do futbolu. Od pierwszego tomu bije niesamowity optymizm, który momentalnie zaraża czytelnika. W dzisiejszych czasach jest to lektura wręcz nietypowa. Bohaterowi wszystko od początku się udaje, a on sam przez cały czas pozostaje uśmiechnięty i zadowolony. I wiecie co? Przy tej szarówce za oknem takie podejście jest czymś absolutnie wspaniałym. Ale jak to! Zapytacie, nie musi on brnąć przez porażki z zaciśniętymi zębami, by coś osiągnąć? Ano nie musi! Jasne, wszystko jest tu przerysowane, jednak ciepło i pozytywna energia, jakie biją z tej historii, to czyste złoto. Na koniec nie sposób nie wspomnieć o rewelacyjnie nakreślonych postaciach oraz świetnych, dynamicznych ilustracjach, które doskonale oddają emocje boiskowej rywalizacji. Perełka, po prostu. Mangę możesz zarobaczyć na moim Instagramie: Lukkegeek https://www.instagram.com/p/DTcV3tQDF4J/?igsh=czhzdjU5djh0bWs2
LukkeGeek - awatar LukkeGeek
ocenił na93 miesiące temu
Akira - edycja specjalna tom 6 Katsuhiro Ōtomo
Akira - edycja specjalna tom 6
Katsuhiro Ōtomo
Mam problem z zakończeniem serii, a przez to z całą (całym?) Akirą, bo to jest dobra historia i ciekawe postacie, ale jednocześnie tyle tu jest niezamkniętych wątków i pewnych luk fabularnych, że nie można nad tym przejść do porządku dziennego. Cały czas ubolewam nad tym, że w historii większy nacisk niż na filozofię ostatecznie postawiono na wojsko i ciągłe potyczki. Nie do końca rozumiem motywacje wielu osób i stronnictw, a przydałoby się nadać temu tło. O co w sumie chodziło dzieciakom? Jaka naprawdę była moc Akiry i Tetsuo? Co chciała osiągnąć Miyako? Skąd moce u Kei i paru innych osób spoza laboratorium? Itd., itp. Z jednej strony te rzeczy gdzieś delikatnie są wspomniane, ale to więcej domysłów niż rzeczy powiedzianych wprost. Końcówka była całkiem poruszająca i uważam, że na gruncie emocji i wrażeń Akira dobrze działa, ale cały czas mi tu czegoś nie starcza. Może to mi brakuje pewnych umiejętności interpretacyjnych, ale wolałabym jednak, żeby większość kwestii była jakoś wyjaśniona, choćby nadal bardziej mgliście niż wprost. Można oczywiście spojrzeć na całość, jak na pewne zwierciadło japońskiego społeczeństwa, jego lęków, aspiracji, potrzeb, w tym zwłaszcza odniesienia do Hiroshimy i Nagasaki (mamy tu kilka eksplozji wyglądających jak po atomówce, w tym na samym początku). Wydaje się jednak, że jest to tylko jeden ze sposób, na jaki można Akirę analizować, ale absolutnie nie najważniejszy ani jedyny. PS Zaskakuje mnie, jak mało w sieci jest interpretacji i dyskusji nt. mangi. O filmie można znaleźć sporo, a jest on jednak pewną interpretacją i wycinkiem z mangi, który absolutnie nie wyczerpuje wszystkiego, co autor chciał przekazać.
Weronika - awatar Weronika
oceniła na77 miesięcy temu
Samotny wilk i szczenię #2. Kazuo Koike
Samotny wilk i szczenię #2.
Kazuo Koike Goseki Kojima
Nigdy nie mówi więcej, niż trzeba. Cel swojej misji zachowuje w tajemnicy do końca. Po co go zdradzać? Nie może przecież dać przewagi przeciwnikowi, bo to może przechylić szansę na niepożądaną stronę. To Ogami Ittō, zabójca, który podąża ze swoim synem ścieżką demonów w sześciu drogach i czterech formach narodzin. Drugi tom mangi "Samotny wilk i szczenię" w każdej odsłonie (czyli w każdym epizodzie) oferuje coś innego. Tylko w teorii mamy podobną konstrukcję, ale po prawdzie każda przygoda to nowy pomysł na narrację. I nie ma tu słabych stron. Ewentualnie "Pół maty, jedna mata, pół garści ryżu" trochę odstaje od reszty - jest moim zdaniem przekombinowany, chociaż samo wyjście z pomysłem na opowieść o Sakonie, sprzedawcy głowy, jest już genialne. Struktura tego tomu? Nieprzewidywalna i zaskakująca, zarówno w prezentacji samych opowieści, jak i w graniu na emocjach. Wiemy, że Ogami Ittō jest niepokonany. Wiemy, że cykl mangi "Samotny wilk i szczenię" to cykl długi, intensywny w swoich opowieściach. Wiemy też, że Ittō nie raz i nie dwa razy stanie do walki ze srogimi przeciwnikami, ale zawsze sobie poradzi. I tutaj tkwi siła opowieści, bo pomimo tej wiedzy, dzięki niezwykłemu kunsztowi twórców - to Kazuo Koike (scenariusz) i Goseki Kojima (rysunki) - mimo wszystko zastanawiałem się, czy samuraj wyjdzie bez szwanku z opresji. Tak za każdym razem funkcjonuje narracja. Autorzy w wyśmienity sposób budują napięcie, tworzą fundamenty pod niezwykłe starcie, które w finale jest nieuniknione. Chociażby zawarty w tym tomie epizod "Zimowy wiatr dmący przez bambusowy mur" (co za piękny tytuł!) - gdy Ittō konfrontuje się z trójką braci Sasaki, wokół których zbudowana jest legenda (stoją za nią konkretne obrazki, akcja i prezentacja umiejętności),zacząłem się martwić. Może podejdzie inaczej do sprawy? Może uratuje się fortelem? Zlecenia są bowiem różne, a drugi tom pokazuje, że Ittō owszem, oferuje usługi, ale nie każda misja to krwawe rozdanie (vide epizod "Dziewka i dziwka"). Zatem są krwawe pojedynki, do Ittō strzelają z broni palnej, samuraj staje w obronie słabszej osoby (i nawet nie ma takiego zlecenia). To tom, który pogłębia rys psychologiczny - wiemy o bohaterach więcej. Daigoro żyje w swoim dziecięcym świecie, ale bacznie obserwuje, towarzyszy dzielnie w podróży, a jednocześnie jest tym fantastycznym dzieciakiem, który ze swoim szczerym i rozbrajającym „Tuś” stanowi delikatny element, niczym przeciwwagę dla brutalnego świata. Ale jest coś jeszcze. Po przeczytaniu pierwszego tomu sądziłem, że tak to właśnie będzie z "Samotnym wilkiem". Będziemy dostawać przygodę za przygodą, każda będzie oczywiście budować bohaterów, dodawać im cech, zbliżać nas do nich. Wciąż nie znaliśmy początku tej drogi. Co sprawiło, że na twarzy Ittō jest takie zacięcie? Co sprawiło, że podjął się takiej fuchy? W drugim tomie, w opowieści "Biała droga do raju pomiędzy dwoma rzekami", mamy wgląd w ten dramatyczny i tragiczny zarazem moment w życiu samuraja. Ja znałem te wydarzenia z filmu "Samotny wilk i szczenię I: Miecz zemsty" (1972, Kenji Misumi). Teraz mogłem sprawdzić, jak bardzo Misumi był wierny oryginałowi. Wierny był, ale zapewniam, że nawet widzowie zaznajomieni z filmową adaptacją przeżyją w pełnym napięciu te krwawe wydarzenia z narodzin Samotnego wilka. Wybitna lektura.
Patryk Karwowski - awatar Patryk Karwowski
ocenił na826 dni temu
Samotny wilk i szczenię #1. Kazuo Koike
Samotny wilk i szczenię #1.
Kazuo Koike Goseki Kojima
Po raz pierwszy "Samotny wilk i szczenię" zaczął ukazywać się w odcinkach w japońskim "Manga Action" 10 września 1970 roku. Kazuo Koike (scenariusz) i Goseki Kojima (ilustracje) przedstawili w mandze historię samotnego ronina Ogami Ittō i jego syna Ogami Daigorō. Oboje przemierzają feudalną Japonię, zatrzymują się okazjonalnie, bo, jak głosi napis na małej doczepionej do wózka fladze, samuraja można wynająć, a dziecko na chwilę wypożyczyć. W jakim celu? Cóż, to samuraj, posiada niezwykłe umiejętności szermiercze, opanował śmiercionośne style walki. Można na przykład zlecić mu zabójstwo (najczęściej). A syn? Ot, chociażby samotna napotkana matka na drodze chciałaby ukoić swoje smutki i wtulić się w Daigorō w nadziei na chwilowe chociaż oddalenie się trosk. To działa w obu przypadkach. "Samotny wilk i szczenię" to z jednej strony klasyczna opowieść drogi, a jej kronikarski styl to ciąg krótkich epizodów podzielonych na części. W każdej dochodzi do konfrontacji, a autorzy kreślą przy okazji krajobraz ówczesnej Japonii. I jest to fascynujące pod wieloma względami. Raz, że mamy wgląd w całą strukturę działania kraju (podział administracyjny, siła zarządców mierzona wartością dochodu wioski, również szereg niestosownych zachowań jak te korupcjogenne). Dwa, że na tym tle (również fantastycznym jeżeli chodzi o szkice, architekturę, naturę, stroje),w dość ponurym okresie, tylko jedno jest pewne - siła i umiejętności szermiercze zabójcy. Goseki Kojima nie potrzebuje wiele miejsca, by umieścić potężny ładunek emocjonalny w ciasnych kadrach. De facto kilka centymetrów przekątnej robi za całą sztalugę. I mamy tam wszystko, od spokoju i napięcia, przez czujność i przygotowanie do starcia, po furię gdy ruch i dynamika podkreślone długimi krechami zawsze zwiastują ciąg brutalnych efektów. Walki Ittōi rozciągają się maksymalnie na kilka plansz, nierzadko jesteśmy świadkami rozczłonkowanych ciał, zastygnięte w kadrach kończyny to zawsze finał starć. Daigorō przeważnie siedzi bezpieczny w niewielkim oddaleniu. To, co mnie uderzyło przy pierwszym tomie podzielonym na 11 rozdziałów (432 strony pełne gwałtu i przemocy, chociaż zdarza się wiele melancholijnych fragmentów) to to, w jaki sposób autorzy, na przestrzeni tych 11 rozdziałów, budują relację między ojcem i synem. Krwawe epizody oczywiście wypełniają treść mangi, ale to co ważne, dzieje się obok pojedynków, knowań, czy też po prostu obok tej podróży. Obserwujemy tę cichą relację, miłość ojca do syna jest niezaprzeczalna. Samuraj zawsze dba o bezpieczeństwo i dobry rozwój swojego dziecka, ale to samo dziecko jest niezrównanym kompanem! To prawdziwy pełnoprawny duet, szermierz i jego syn, który nierzadko przechyla szalę zwycięstwa w ich stronę! Daigorō najczęściej odwraca uwagę, może sprowokować przeciwnika. Podstawą zleceń jest najczęściej jakieś zabójstwo, ale żeby dotrzeć do celu, samotny wilk i szczenię, muszą albo uzbroić się w cierpliwość, albo wykorzystać elementy strategii. Taktyczne więc podejście do zadań stanowi połowę (albo więcej!) sukcesu. A do tego zawsze potrzebne jest szczenię. Mały wilk, to wciąż wilk. To stwierdzenie pada w mandze kilka razy i nietrudno w to uwierzyć w trakcie lektury. Świetna rzecz, wciąga jak dobry serial, w którym zawsze oczekuje się podobnych punktów. Ale to nie nudzi, Kazuo Koike ma świetne pomysły, obok pojedynków przemyka dużo prawdy o ludzkiej naturze. Tom pierwszy to też nieustanne balansowanie pomiędzy elementami gwałtownymi, zabawnymi, a tymi z natury smutnymi, które najczęściej wiążą się z kiepską sytuacją napotkanych postaci. Świetna rzecz.
Patryk Karwowski - awatar Patryk Karwowski
ocenił na85 miesięcy temu
Dragon Ball Super #15: Moro - pożeracz światów Akira Toriyama
Dragon Ball Super #15: Moro - pożeracz światów
Akira Toriyama Toyotarou
Ten tom powinien być czystą satysfakcją, bo okładka obiecuje dokładnie to, czego się spodziewam, Goku w opanowanym ultra instynkcie kontra Moro, a jednak podczas czytania mam w głowie więcej tarcia niż triumfu, bo seria robi kilka decyzji, które są jednocześnie efektowne na stronie i podejrzane na poziomie sensu. Pierwsze wrażenie jest czytelne, rozkład walki jest prosty, kadry często idą w duże, szerokie ujęcia, żeby pokazać dominację ruchu i to, że Goku w tej formie porusza się inaczej, bardziej „płynnie”, z mniejszą ilością zbędnych gestów, co rysunkowo wygląda dobrze, bo ciało ma spójny kierunek, a przejścia między ujęciami nie gubią osi, tylko prowadzą wzrok jak po sznurku, ale im dłużej trwa ta przewaga, tym mocniej drażni mnie klasyczny nawyk Goku, czyli karmienie przeciwnika fasolką z założeniem, że skoro jest silniejszy, to może sobie pozwolić na „uczciwą” walkę. Fabularnie rozumiem, po co to jest, ma podbić stawkę i zrobić miejsce na zwrot, ale jako zachowanie postaci zaczyna mi się robić nudne i naiwne, bo to jest schemat, na którym on albo ktoś obok zawsze płaci, i tu też czuję, że to nie trzyma się kupy, bo w tej sadze zagrożenie jest zbyt drapieżne, zbyt bezwzględne, żeby takie rozdawanie oddechu miało sens. Druga rzecz to kopiowanie mocy, a dokładniej możliwość sięgania po umiejętności anioła przez Moro dzięki temu, co przejął przez Seven-Three, i to jest dla mnie w tym tomie największy zgrzyt, bo narzędzie, które działało jako sprytna kradzież pakietu technik, nagle zaczyna zahaczać o poziomy, które powinny stać poza tym mechanizmem, i w mojej głowie od razu pojawia się równia pochyła, skoro da się anioła, to równie dobrze dałoby się kopiować kolejne absoluty, Wielkiego Kapłana, Beerusa, a nawet wyżej, i wtedy cały system świata robi się dziurawy. Dlatego cieszę się, że sam komiks w końcu to domyka i potwierdza, że pełne „pójście na skróty” jest niemożliwe, bo inaczej skala przestałaby cokolwiek znaczyć, a stawka zamieniłaby się w loterię mechanik. W tym wszystkim dostaję jednak dwa motywy, które naprawdę mnie kupują, po pierwsze Uub, bo jego wejście ma smak dobrego mostu, zaskakuje świeżością i daje nadzieję na rozwinięcie, nawet jeśli mam z tyłu głowy, że anime ustawia to inaczej, z tym klasycznym poznaniem na turnieju Tenkaichi Budokai, ale jako impuls na dalszą drogę to jest bardzo trafione, bo otwiera przyszłość bez dokładania kolejnej formy. Po drugie przejście między sagą Moro a tym, co idzie dalej, jest zrobione wyjątkowo sprawnie, sceny u Zenō mają lekko zabawny ton, który nie rozwala napięcia, tylko daje oddech, a potem prawdziwym majstersztykiem jest spięcie wątków postacią Seven-Three, bo to jest ten rodzaj łącznika, który nie wygląda jak doklejka, tylko jak konsekwencja wcześniejszych decyzji. Wprowadzenie Granoli też wypada dobrze, bo wreszcie dostaję wojownika, którego profil jest inny, bardziej snajperski, lepsza technika przy relatywnie słabszej surowej sile, co daje potencjał na sceny o precyzji, a nie tylko o przepychaniu, a przy okazji dostaję kawałek historii Saiyan pod rządami Freezera w dawce, która mnie nie męczy, bo nie mam ochoty na setny „filer” o tym samym, wolę, kiedy to jest podane jako tło, które pcha motywację, a nie jako nostalgia dla nostalgii. Najbardziej jednak trzyma mnie na końcu obietnica rozdzielenia dróg głównych bohaterów, Beerus jako nauczyciel Vegety to świetny ruch, bo nagle robi się wyraźny podział, uczeń boga i uczeń anioła, dwie filozofie siły, dwie metody, i wreszcie przestaję patrzeć na nich jak na duet, który goni tę samą metę innymi krokami. Ten tom jednocześnie mnie wciąga walką i wytrąca schematem fasolki oraz zbyt szerokim użyciem mechaniki kopiowania, ale na szczęście zostawia po sobie mocne zaczepienie na następny etap, mocniejsze niż samo „kto był silniejszy”.
Bob - awatar Bob
ocenił na71 rok temu
100 rzeczy do zrobienia, zanim zostanę zombie #1 Haro Asou
100 rzeczy do zrobienia, zanim zostanę zombie #1
Haro Asou Koutarou Takata
„Nie muszę już chodzić do pracy? Życie jest piękne!!!” Wersja animowana mnie urzekła, musiałam więc wreszcie sięgnąć po mangę. Pierwsza część „100 rzeczy do zrobienia, zanim zostanę zombie” wciągnęła mnie w przewrotną historię, w której apokalipsa zombie brzmi niczym spełnienie wszystkich marzeń. Scenariusz autorstwa Haro Aso oraz ilustracje Kotaro Takaty świetnie pokazują, jak wiele w życiu zależy od punktu widzenia. Akira od trzech lat pracuje w firmie swoich marzeń. Nie sypia po nocach, przełożony go wykorzystuje, robi nieludzkie ilości nieodpłatnych nadgodzin, a kobieta, w której się zadurzył, okazała się kochanką szefa. Gdy jednak znajduje się na skraju wypalenia życiowego, oglądając bzdurne programy w zagraconym mieszkaniu, staje się cud. Na ulicę wychodzą zombie, dzięki czemu nie musi wcale wracać do pracy. Przygoda życia się zaczyna – wreszcie ma czas na to, by żyć i robić to, na co od dawna miał ochotę. Uwielbiam równie nietypowe konwencje, które od razu przykuwają uwagę. Zombie i wyścig po marzenia na zwędzonym z ulicy Harleyu ma w sobie sporo uroku. Zwłaszcza gdy tak silnie kontrastuje z pozostałymi ludźmi, walczącymi już wyłącznie o przetrwanie. Bohater intryguje, wręcz nie sposób mu nie kibicować. Przebija z niego skrajny optymizm, którego każdy czasem potrzebuje w życiu. Jak lekka lektura odciągająca od prozaicznych zmartwień, tytuł ten sprawdza się znakomicie. Zwłaszcza przy takiej dawce humoru przeplatającego te bardziej poważne momenty. Całkiem podobają mi się rysunki. Są zgrabne, przejrzyste i świetnie oddają klimat całej opowieści. Na uwagę zasługują również drobne nawiązania do innych znanych historii o zombie (przynajmniej mam nadzieję, że nasuwające mi się skojarzenia z „Resident Evil” były świadomymi decyzjami, a nie wyłącznie moją wyobraźnią). Design postaci wypada ciekawie – wydają się proste, jednak mimo tego zdecydowanie wyróżniają się z tłumu innych mangowych bohaterów. Pierwsza dawka apokaliptycznych emocji za mną – nie mogę się doczekać dalszych losów Akiry i jego przyjaciół! Tomik ten zaczyna z przytupem: otrzymuje aż 8/10. Jeśli jeszcze nie znacie tego tytułu, śmiało sięgnijcie po animację, film lub po prostu stanowiącą pierwowzór mangę. Naprawdę warto!
KrukNagrobny - awatar KrukNagrobny
ocenił na81 rok temu

Cytaty z książki Initial D 1

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Initial D 1