Na samym wstępie serdecznie dziękuję Ani za tę pożyczoną mi, piękną książkę, a także wciągającą wymianę refleksji nad jej treścią :)
Historia danego miejsca - wsi, miasta, czy regionu - powstaje w dwoistym procesie. Z jednej strony ukształtowana zostaje przez wielkie wydarzenia, determinujące losy szerokich zbiorowości, czy grup społecznych, z drugiej zaś - wpływają nań przeżycia i doświadczenia jednostek, osadzone głęboko w klimacie ich rdzennego środowiska. Te fakty, ujęte w porywające opowieści, konstytuują znakomitą perspektywę poznawczą zarówno w aspekcie historiograficznym, jak też na płaszczyźnie etnograficznej, ze względu na szczegółowy i precyzyjny opis danego mikrokosmosu zjawisk politycznych, społecznych, egzystencjalnych, bądź obyczajowych o unikalnej specyfice.
Relacja Marii Rydlowej jest wyjątkowa i niepowtarzalna, na skutek bardzo osobistej, gawędziarskiej, bogatej w anegdoty narracji. Opiewa dzieje Krakowa oraz wsi Bronowice Małe przez pryzmat losów autochtonicznej mieszkanki tego regionu na tle wielkiej, choć dramatycznej, bolesnej historii naszej Ojczyzny i całego narodu polskiego.
Tę autentyczną i swobodną retrospekcję zróżnicowałbym na trzy zasadnicze poziomy: deskrypcję personalnych dziejów autorki, a równocześnie głównej bohaterki opowieści, komemoracje rodziny, bliskich, przyjaciół i znajomych Marii Rydlowej z czasów dzieciństwa, młodości, a także dojrzałego życia, wreszcie rekonstrukcję obrazów Krakowa i Bronowic Małych z minionego świata.
Temat główny tej niezwykłej publikacji stanowią naturalnie fascynujące i wielokrotnie zaskakujące wątki biograficzne Marii Rydlowej, jednakże dużo uwagi, zwłaszcza w początkowych rozdziałach, poświęca autorka również wspomnieniom Bronowic Małych, które wzbudziły u mnie szczególne zainteresowanie. Wieś ta, jeszcze z lat 20. i 30. ubiegłego stulecia, zapamiętana została przez Marię Rydlową, jako rodzina i bezpieczny dom. Tak bliski stosunek do tegoż miejsca, lokalnych mieszkańców, wyrażony w powyższych określeniach, znamionuje bardzo silną identyfikację autorki ze rdzennym środowiskiem. Komemoracje Marii Rydlowej z rzeczonego okresu, bardzo detaliczne, zróżnicowane, zaprezentowane niejako obrazowo, kreują fascynującą opowieść, w której każdy szczegół i epizod wykazują odrębny urok.
Zasadniczne filary mikrostruktury społecznej Bronowic Małych stanowiły kościół i karczma. Ogniskowały one najsilniej zajęcia ludzi, stąd każde z tychże miejsc wzbudza mnóstwo wspomnień w pamięci autorki. Jakkolwiek mieszkańcy jej rodzinnych stron uczęszczali na nabożeństwa do oo. Reformatów w Bronowicach Wielkich i oo. Misjonarzy na Czarnej Wsi, ze względu na brak świątyni w Bronowicach Małych, wpływ kościoła na autochtoniczną społeczność pozostawał bardzo wyrazisty, zaś polegał przede wszystkim na religijnym wychowaniu, zarówno w domu, jak też w szkole. W dobie barbaryzacji systemu oświaty, prymitywnej, laickiej seks-edukacji jakże wielką tęsknotę za dawnymi obyczajami wzbudzają te komemoracje.
W 1867 roku na terenie rodzinnej wsi Marii Rydlowej wzniósł niejaki Jakub Susuł, wyorawszy w polu garnek dukatów, skromną kapliczkę, jakkolwiek ilość pieniędzy wystarczała na budowę okazałego kościółka. Być może taki czyn Susuła zapobiegłby uciążliwej, z racji rozluźnionej relacji do wiary, laicyzacji wsi, determinowanej brakiem miejscowej świątyni, nie mniej przywołuje autorka bardzo piękne obrazy młodzieży dekorującej tę kapliczkę, a także dzieci z kromkami chleba, zdążających na wieczorne nabożeństwa w tym przybytku, spędziwszy bydło i gęsi do obór.
Sporą dozę humoru zawierają barwne i ciekawe retrospekcje Marii Rydlowej związane z karczmą. Ponieważ na terenie Bronowic Małych nie istniał dawniej żaden kościół, znacznie częściej zaglądali mężczyźni właśnie do owej gospody. Tutaj balował kulawy Błażej, stąd Marszałek Polski i Francji, Field Marshall Wielkiej Brytanii Ferdinand Foch zajumał solniczkę ku ogromnemu bulwersowi karczmarza Stanisława Konarskiego. Wspomnienia te czytałem z uśmiechem i szczerym ubawem, jakkolwiek podobnych, pełnych humoru anegdot, np. o komentarzu francuskiego oficera do sukni Jadwigi Rydlowej: "O la la, piękna sunia", czy też o "bosym urzędniku" Antonim o wyjątkowo urzękającej optyce biurokracji, który spał z roboczą teczką na przykopie, znajdzie czytelnik w tej wciągającej książeczce znacznie więcej.
Na nieco niższym poziomie społecznej struktury Bronowic z dzieciństwa i młodości Marii Rydlowej stały dom i szkoła. Rodzinne ognisko domowe zapamiętała Autorka, jako dobrze zagospodarowane, podporządkowane ścisłym regułom oraz ustalonej hierarchii wartości. Bardzo istotny aspekt reminiscencji Rydlowej w tej sferze stanowią relacje z bliskimi, osobliwie z babcią, matką i ojcem. Szczególnie wspomnienia babci są, w mojej opinii, wzruszające. Babcia nauczyła małą Marię miłości do ludzi oraz zwierząt, zawsze stawała w obronie wnuczków, mimo powikłanych stosunków z matką Rydlowej. Bez wątpienia osoby babci dotyczą najczulsze wspomnienia autorki.
Od wczesnego dzieciństwa Maria i reszta rodzeństwa uczone były dojrzałej i odpowiedzialnej samodzielności, tak bardzo zaniedbywanej w dzisiejszych czasach, gdy młodzi "wychowują się sami" na bezmyślnych grach komputerowych i plotkarskich portalach internetowych. Ojciec, wykształcony, zaangażowany w politykę i działalność samorządową, rzadko bywał w domu. W konsekwencji dzieci przejmowały dużą frakcję obowiązków domowych, pomagały też w zagrodzie. Dyscypliny wśród potomstwa pilnowała matka, bardzo zapracowana, lecz kochająca, która często miewała pretensje do męża o jego nieobecność. Ich osobowości były zupełnie przeciwstawne - on wyrozumiały, ona - stanowcza. On pochodził z uboższej rodziny, ona była córką bogatych gospodarzy. Mimo ich sporów, Rydlowa uważa rodzinny dom za ciepły, przyjazny, mily i zadbany. W bardzo ciekawych retrospekcjach przedstawia ojca szyjącego dzieciom buty, bądź wyłączonego przy lekturze "Chłopów", niby nastolatek przed konsolą, standardowe metody wychowawcze matki - tzw. kandziarkę, a także rodzinne zwierzę - konia Dorkę, bardzo mądrą, pracowitą, przywiązaną do ludzi oraz ziemi, którą orała długimi godzinami. W refleksji autorki nad domem zachwyca i wzrusza najbardziej jedność między ludźmi, a ich małą Ojczyzną. Maria Rydlowa należy do autochtonicznej społeczności regionu obejmującego Bronowice i Kraków, toteż jej relacja jest znacznie ciekawsza od opisu badacza zewnętrznego, podejmującego próbę rozumienia tego mikrokosmosu.
O edukacji dzieci decydował ojciec, przeto w rodzinie panowała większa troska o wykształcenie chłopców. Dziewczęta utrzymywali, natomiast ich mężowie. Dziś również występuje podobny model nauki, przy czym decydują o nim dzieci, a nie rodzice. Przypadek Rydlowej był nieco odmienny, dlatego obdarza ona czytelnika wieloma interesującymi, a niejednokrotnie bardzo zabawnymi retrospekcjami z czasów uczniowsko-studenckich. Barwne i wciągające są wspomnienia szkoły powszechnej w Bronowicach Małych oraz gimnazjum i liceum im. Józefa Joteyko przy ul. Podwale 6 w Krakowie.
Dywagacje Marii Rydlowej w tym temacie są bardzo ciekawe, ze względu na niezwykły opis placówki dydaktycznej w jej rodzinnej wsi, która znacząco odbiega od dzisiejszej koncepcji tej instytucji. Szkoła powszechna w Bronowicach Małych usytuowana była w kamiennym budyneczku, jakże różnym od współczesnych, betonowych molochów oświatowych z kratami w oknach, kamerami CCTV i żelaznymi płotami, jeszcze chwilowo bez elektronicznych zamków, niby małe więzienia. Była ona dostępna literalnie dla wszystkich, wszak w pustych izbach sypiali regularnie rozmaici włóczędzy, budzeni znienacka przez młodzież. Szkolne przygody, uczniowskie wygłupy odtwarza autorka z niezwykłą dynamiką, nieskrępowanie wzmiankuje również temat kontrowersyjny w obecnych czasach pedagogiki bezstresowej, wdrażanej w poprawnych politycznie instytucjach oświatowych, a mianowicie kary fizyczne stosowane przez nauczycieli, wymierzane m.in. linijką, czy też piórnikiem. Bardzo istotny aspekt programu edukacyjnego stanowiła także nauka Kościoła. Reminiscencje takich imponderabiliów, pozornych drobiazgów dobitnie uzmysławiają czytelnikowi rozmach różnic między współczesnością, a okresem młodości Rydlowej.
Retrospekcja autorki dotyczy w największej części czasów II Rzeczypospolitej, zaprezentowanych niezwykle urzekająco. Styl narracji Rydlowej rozbudza fascynację i podziw dla tejże epoki naszej historii, jest wyjątkowy, z racji silnego oddziaływania na wyobraźnię czytelnika poprzez obrazy literackie, tak mnogo wprowadzane przez autorkę. Widzi ona chłopów w niebieskich kaftanach i obdartych sukmanach, pracujących na dawnych polach, słyszy ich gwarę, spory, które rozstrzygał jej ojciec - przewodniczący Komisji Rozjemczej, dostrzega kobiety w kolorowych chustach siedzące przed chatami. Uniwersum dziecięcych reminiscencji, chwilowych impresji, drobnych zdarzeń, malowniczych pejzaży, zabaw i obowiązków, radości oraz smutków uchwyconych na zawsze w pamięci odtwarza Rydlowa z werystyczną precyzją, a równolegle zestawia z teraźniejszością - chwastami porastającymi niegdysiejsze uprawy, jeśli nie trwają nań inwestycje deweloperskie. W sercu zachowała ona Bronowice i Kraków doby II Rzeczypospolitej, lecz dookoła dostrzega już współczesność. Już na wstępie poddaje krytyce wpływ nowoczesnych technologii na rozpad interpersonalnych relacji. Ich dezintegracja poprzedza dyspersję klimatu międzyludzkich więzi właściwego dawnym Bronowicom.
Najdłuższy rozdział tej poruszającej opowieści poświęcony został rodzinie autorki. Opisuje ona szczegółowo losy bliskich, rodziców i rodzeństwa, także na tle ważnych wydarzeń historycznych, które znacząco ukierunkowały przyszłość każdej z przywoływanych osób. Jej reminiscencje znakomicie oddają nastroje oraz klimat psychologiczny ludzi w powikłanych momentach dziejowych Polski, m.in. w początkowym okresie komuny. Mimo bardzo osobistych wspomnień stanowiących największą część treści książki, niejednokrotnie poszerza Rydlowa perspektywę narracji na deskrypcje makrospołecznych zjawisk, istotnych zdarzeń, czy generalnych charakterystyk danych epok.
Swoistą cezurą, wyznaczającą granicę między światami dzieciństwa i dojrzałości Marii Rydlowej jest wrzesień 1939 roku. Tragiczne i bolesne wydarzenia związane z tą przełomową datą relacjonuje autorka przez pryzmat personalnych doświadczeń, podawanych w prostej, dosłownej manierze narracyjnej - dramatycznej, lecz pozbawionej patetycznych ozdobników i górnolotnych zwrotów. Te przeżycia, wyświetlone w pierwszoosobowej perspektywie, bardzo mocno uzmysławiają ogrom rozpaczy, bólu, trudu i okrucieństwa owych czasów.
Z tego okresu pochodzi jedno z najpiękniejszych, moim zdaniem, wspomnień Rydlowej, a mianowicie dzień przysięgi w Armii Krajowej, zapamiętany zresztą przez autorkę, jako jeden z najpiękniejszych w jej życiu. Wstąpiwszy do AK została wcielona do zgrupowania "Żelbet", w którym służyła jako łączniczka. Mimo ponurego pesymizmu spowijającego lata 1939-1945 nie utraciła Rydlowa młodzieńczych fantazji oraz energii. Dla niej ów czas stanowił okres walki, odwagi oraz nadziei. Wszystkie zadania Rydlowej w AK zostały opisane wartko i dokładnie, zaś działalność wojskowa autorki dobiegła końca z dekonspiracją we wczesnym PRL.
Osobiste dzieje Rydlowej są dramatem w miniaturze skomplikowanego i niejednoznacznego procesu przejścia przemijającego świata do zupełnie nowej, niezrozumiałej i obcej rzeczywistości komuny - ubeckich prześladowań, aresztów i zsyłek. Pomimo tak poważnych niebezpieczeństw nie ustało zaangażowanie autorki w obronę żołnierzy Armii Krajowej już na płaszczyźnie zawodowej, przed paszkwilami czerwonych.
Jakkolwiek zbiór wspomnień autorki zatytułowany został "Moje Bronowice Mój Kraków" opisy tychże miejsc stanowią zaledwie tło dla biograficznych komemoracji Rydlowej, które zdecydowanie dominują w treści książki. Mimo takich proporcji dzieje Bronowic Małych i Krakowa nie zostały wcale zaniedbane, zaś są świetnie skorelowane z historią nakreśloną przez autorkę. Równocześnie jej retrospekcje nie podlegają porządkowi chronologicznemu. Wydarzenia z lat 20. i 30. minionego wieku przeplata epizodami z epoki PRL, unikając równocześnie pułapki monografii historycznej. W bardzo wzruszającej opowieści Marii Rydlowej występują też liczni bohaterowie, których wspomina zawsze od najbardziej ludzkiej strony - ich przeżyć, postaw, wzajemnych relacji z nimi w różnych momentach życia.
Wśród tychże osób na szczególne wzmianki zasługują panie Helena Rydlowa i Teresa Kulczyńska. Pierwsza z tych kobiet, teściowa autorki o bardzo wysokim autorytecie pomiędzy żołnierzami Armii Krajowej oraz członkami mikołajczykowskiego PSL, wzruszyła mnie niezwykłą syntezą weredycznego charakteru i dobrego serca, ofiarności oraz wrażliwości, litością dla potrzebujących i predylekcją do bezkompromisowej artykulacji nawet bolesnej prawdy. Jej mąż, Zdzisław Rydel, wierny bonapartysta, biegły w Kodeksie Napoleona oraz monografiach persony oraz epoki cesarza Francuzów, bardzo przypomina mi wspaniałego Ignacego Rzeckiego, bohatera noweli "Lalka" Bolesława Prusa.
Druga z wymienionych kobiet, Teresa Kulczyńska, wybitna pielęgniarka, współtwórczyni nowoczesnego pielęgniarstwa wraz z Hanną Chrzanowską, była dla Marii Rydlowej niejako "przyszywaną" babcią. O ich silnej więzi świadczą przede wszystkim tęsknota autorki za jej radą, obecnością i aprobatą, a także komemoracje licznych drobnych, a istotnych chwil. W Teresie Kulczyńskiej podziwia Rydlowa skromność, empatię, uczciwość, a także religijność, która dziś stanowiłaby bardzo użyteczny wzorzec. Broniła ona prawdy i niosła pomoc pokrzywdzonym, nawet wśród wrogów, ze zjawiskową tolerancją. Niezmiernie inteligentna władała biegle językami angielskim, niemieckim i francuskim, imponowała znajomością dzieł polskich pisarzy oraz literatury zagranicznej. Dyskusje z Teresą Kulczyńską kojarzy Rydlowa ze znakomitymi ćwiczeniami intelektualnymi. W dzisiejszych czasach bardzo potrzebujemy takich osobowości, jak panie Helena Rydlowa i Teresa Kulczyńska.
Na kartach książki Marii Rydlowej wielokrotnie występują dygresje do "Wesela" Stanisława Wyspiańskiego. Wynikają one z personalnej fascynacji Młodą Polską po stronie autorki, wyrażoną również w wyborze pseudonimu "Maja" (od hinduskiej bogini ułudy) na czas służby w Armii Krajowej, jak też z bliskiego związku z rodziną Rydlów, przede wszystkim małżeństwa z Jackiem Rydlem, wnukiem Lucjana Rydla, czyli słynnego Poety z dramatu wielkiego twórcy polskiego. Bardzo atrakcyjne są reminiscencje "piątków u Rydlów", polegających na debatach kulturalnych, społecznych i politycznych, które wspominał z sentymentem Stanisław Wyspiański. Mi nasunęły asocjacje z obiadkami czwartkowymi w warszawskim Pałacu na Wodzie w Łazienkach Królewskich.
Udana twórczość biograficzna, retrospekcyjna stanowi duże wyzwanie, które wymaga określonych predyspozycji psychologicznych autora. Zbiór wspomnień Marii Rydlowej, znakomicie dopełniony ciekawym posłowiem autorstwa jej syna, Jana Rydla, przypomina bardziej swobodną opowieść o wartkiej akcji, licznych punktach zwrotnych, wątkach zarówno wzruszających i dramatycznych, jak też rozbrajających i humorystycznych. Styl narracji Marii Rydlowej oddziałuje na czytelnika w całej gamie emocji. Niektóre retrospekcje autorki, zwłaszcza z czasów młodości, czytałem z nostalgią i śmiechem, inne z powagą i drżącymi dłońmi.
Najistotniejsze w jej historii są drobiazgi, subtelności egzystencji Bronowiczan i Krakusów, przykładowo piękne wspomnienia wspólnych świąt. Te detale - nazwiska ludzi, nazwy miejsc, obyczaje i pejzaże z rodzinnych stron odtwarza autorka z niezwykłą starannością i dokładnością, a przecież dotyczą one bardzo odległej przeszłości. Równocześnie jej narracja jest niezmiernie impresyjna - bogata w iście liryczne obrazy, jak wiejski gwar i zabawy dzieci w Bronowicach Małych, rechot żab wśród nieistniejących już stawów, widoki chat porozrzucanych po pagórkach.
Przyznam szczerze - przed lekturą tej książki wiedziałem o Bronowicach Małych tyle, co o wiosce kanibali w głębokim Paragwaju, nie znałem nawet lokalizacji tej wsi na mapie, lecz opowieść Marii Rydlowej wzbudziła we mnie niezwykłe wrażenie afiliacji do fantastycznej i czarującej społeczności Bronowiczan, a także ochoczy zamiar wizyty w tym miejscu. Poprzez tak osobistą i barwną manierę literacką Marii Rydlowej nie tylko czytelnik obserwuje jej prywatny świat "przez dziurkę od klucza", lecz otwiera ona drzwi na oścież i radośnie zaprasza wszystkich do środka.
OPINIE i DYSKUSJE o książce Wygrasz jak przegrasz. Autobiografia
Bardzo fajnie, ciekawie napisane. Obszerne (mała czcionka).
Napisane z lekkością i przyjemne w czytaniu, choć nie o głupotach, tylko o rzeczach istotnych.
Warto przeczytać i warto do tego wrócić - mimo, że na dalszą metę, trochę dołujące, ze względu na klimat "walki z wiatrakami".
Może nawet warto kupić tę książkę i mieć...?
Bardzo fajnie, ciekawie napisane. Obszerne (mała czcionka).
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNapisane z lekkością i przyjemne w czytaniu, choć nie o głupotach, tylko o rzeczach istotnych.
Warto przeczytać i warto do tego wrócić - mimo, że na dalszą metę, trochę dołujące, ze względu na klimat "walki z wiatrakami".
Może nawet warto kupić tę książkę i mieć...?
Nie przypuszczałam,że Joanna Szczepkowska tak dobrze pisze,chociaż powinnam się spodziewać,że ma ku temu genetyczny talent,wszak jej dziadkiem był wielki pisarz Jan Parandowski.Szczepkowską zawsze uważałam za bardzo dobrą aktorkę,od dawna jednak nie widziałam jej w telewizji,Po przeczytaniu tej książki już wiem dlaczego.Słyszałam tylko, nie raz, o jej kontrowersyjnych zachowaniach i wypowiedziach głoszonych przez Gazetę Wyborczą i dziennikarzy rządowych mediów. Teraz poznałam drugą stronę tego medalu.Można się było tego spodziewać,że jak to bywa w takich niedojrzałych demokracjach jak nasza, przez niekonwencjonalność i odwagę mówienia tego co myśli, naraziła się postkomunistycznemu establishmentowi i ci ją wykasowali z przestrzeni medialnej.W książce poznałam kobietę niepokorną,odważnie idącą pod prąd zamiast łatwo płynąć z głównym nurtem,nieprawdopodobnie wręcz pracowitą i twórczą,a przy tym ogromnie wrażliwą .Czytając targały mną silne emocje,bo odkrywałam,że mam bardzo podobny typ wrażliwości,jak Ona.Tak jak i Ona nie umiem nigdzie przynależeć (przynależę tylko do rodziny).Tak jaki i dla Niej,dla mnie też,każda moja próba przystania do jakiejś organizacji,formalnej czy nieformalnej grupy ludzi kończyła się niepowodzeniem.Tak jak i Ona nikomu nie pozwalałam się podporządkować,sama też nie potrafiłam nikogo sobie podporządkować,bo,tak jak i Ona, jestem zbyt wrażliwa i nie potrafiąca walczyć o swoje.Może też mam ADHD,bo mam zawsze bałagan na biurku i w szafach.Nie jestem jednak aktorką i nie potrafię nią być,bo nie umiem udawać kogoś innego niż jestem.Dziwię się też,że Ona została aktorką,bo powinna zostać pisarką.A pisząc felietony do czasopism w czasie wolnym od pracy w teatrze nie wykorzystuje w pełni swojego talentu pisarskiego.Za Szczepkowską oczywiście ciągnie się sława odwołania komunizmu w Polsce 4 czerwca 1989r.Twierdzi,że zrobiła to spontanicznie,ale wielu ówczesnym na świeczniku historii naraziła się wysuwając przed szereg,czego, jak twierdzi, nigdy jej nie darowali. A tak w ogóle to według mnie komunizm,jako ustrój społeczny to może i wtedy się skończył,ale w mentalności pokolenia ludzi którzy w nim zostali wychowani trwa ciągle do dziś.Bardzo emocjonalna jest to książka,a na dodatek tak wciągająca,że nie można się oderwać.Dla mnie niczym najlepszy thriller.
Nie przypuszczałam,że Joanna Szczepkowska tak dobrze pisze,chociaż powinnam się spodziewać,że ma ku temu genetyczny talent,wszak jej dziadkiem był wielki pisarz Jan Parandowski.Szczepkowską zawsze uważałam za bardzo dobrą aktorkę,od dawna jednak nie widziałam jej w telewizji,Po przeczytaniu tej książki już wiem dlaczego.Słyszałam tylko, nie raz, o jej kontrowersyjnych...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toJako aktorki pani Joanny nie znam, natomiast czytałam jej felietony jak i "Fragmenty z życia lustra". Szanuję autorkę jako wierną swoim przekonaniom osobę, która z niezwykłą wnikliwością i mądrością patrzy na otaczający nas świat. Książka pochłonęła mnie bez reszty w dwa krótkie wieczory nie odstępowałam na krok szczęścia i dramatów tak wspaniałej osoby. To, że mam również podobny typ charakteru (nie idę po trupach do celu, nie wykorzystuję innych a nawet ich błędów by sobie przysporzyć korzyści, wolę się wycofać niż bić się o to co mi się nawet należy)pozwoliło mi jeszcze bardziej zrozumieć emocje P. Joanny.
Nie ukrywam też, że po lekturze tej książki zmieniłam opinię o znanych ludziach z showbiznesu, którzy zatracają granice prawdy, żerują na skandalu i dbają tylko o swój poklask.
Jako aktorki pani Joanny nie znam, natomiast czytałam jej felietony jak i "Fragmenty z życia lustra". Szanuję autorkę jako wierną swoim przekonaniom osobę, która z niezwykłą wnikliwością i mądrością patrzy na otaczający nas świat. Książka pochłonęła mnie bez reszty w dwa krótkie wieczory nie odstępowałam na krok szczęścia i dramatów tak wspaniałej osoby. To, że mam również...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toJestem pod ogromnym wrażeniem tej książki jak i postaci p. Szczepkowskiej.
Jest to przykład osoby, która idzie przez życie zgodnie ze swoimi zasadami, nie potrafiąca żyć w kłamstwie.
Tak trzymać.
Jestem pod ogromnym wrażeniem tej książki jak i postaci p. Szczepkowskiej.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toJest to przykład osoby, która idzie przez życie zgodnie ze swoimi zasadami, nie potrafiąca żyć w kłamstwie.
Tak trzymać.
Mam ogromną słabość do pisarki Joanny Szczepkowskiej, szczególnie lubię "Fragmenty...". Nie podejmuję się wydania opinii o autobiografii (tej i żadnej innej),chyba nie mam prawa do oceny czyjegoś życia. Tę przeczytałam jednym tchem.
Mam ogromną słabość do pisarki Joanny Szczepkowskiej, szczególnie lubię "Fragmenty...". Nie podejmuję się wydania opinii o autobiografii (tej i żadnej innej),chyba nie mam prawa do oceny czyjegoś życia. Tę przeczytałam jednym tchem.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toCzytałem od rana. Na umówione spotkanie nie poszedłem. Przełożyłem na następny dzień. Czytałem nawet w wannie, chyba 3h. Tyle czasu w wannie jeszcze w życiu nie spędziłem. Przy kolacji niestety było dosyć głośno. Nie przeszkadzało mi to. Czytałem z przerwami na dwie rozmowy telefoniczne. Po północy skończyłem. Przejmująca i smutna opowieść o Nas. Znakomicie napisana. O dziennikarzach i o tych co myślą że są celebrytami i o innych znanych osobistościach które nie potrafią się zachować w sytuacjach najprostszych. Poza tym p. Joanna ma niezwykły dar uruchamiania u innych emocji, często nawet zazdrości. Co ciekawe nie tylko u kobiet. Nie, nie będę "streszczał" tekstu. On świetnie broni się sam. Dawno już nie "pożarłem" tak lektury.I być może jest to mój największy błąd, cóż... Pani Joasiu, przy Pani prokurator Teodor Szacki jest tylko przemiłym emerytem. I nic to, że postać jest wymyślona przez Miłoszewskiego. Ważniejsze że Panią znakomicie się czyta a nie jest to kryminał choć w pewnych momentach... Pozdrawiam !!!
Czytałem od rana. Na umówione spotkanie nie poszedłem. Przełożyłem na następny dzień. Czytałem nawet w wannie, chyba 3h. Tyle czasu w wannie jeszcze w życiu nie spędziłem. Przy kolacji niestety było dosyć głośno. Nie przeszkadzało mi to. Czytałem z przerwami na dwie rozmowy telefoniczne. Po północy skończyłem. Przejmująca i smutna opowieść o Nas. Znakomicie napisana. O...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to