rozwińzwiń

Bezkrwawe łowy

Okładka książki Bezkrwawe łowy autorstwa Włodzimierz Puchalski
Okładka książki Bezkrwawe łowy autorstwa Włodzimierz Puchalski
Włodzimierz Puchalski Wydawnictwo: Nasza Księgarnia flora i fauna
114 str. 1 godz. 54 min.
Kategoria:
flora i fauna
Format:
papier
Data wydania:
1953-01-01
Data 1. wyd. pol.:
1953-01-01
Liczba stron:
114
Czas czytania
1 godz. 54 min.
Język:
polski
Książka znanego polskiego przyrodnika,dokumentująca jego "bezkrwawe łowy" polskiej przyrody za pomocą aparatu fotograficznego.
Średnia ocen
7,0 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Bezkrwawe łowy w ulubionej księgarniiPorównywarka z najlepszymi ofertami księgarń W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl. Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki. Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Bezkrwawe łowy

Średnia ocen
7,0 / 10
38 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Bezkrwawe łowy

avatar
201
17

Na półkach:

Książka, która się "zestarzała". Jak dla mnie cudnie się zestarzała. Świadomie użyłam tu cudzysłowu. Bo tak może być odbierana, czarno białe nie zawsze dopracowane na dzisiejsze standardy technicznie zdjęcia, archaiczny styl pisania, no i najważniejsze FOTOGRAFOWANIE GNIAZD Z PISKLĘTAMI (oburz i inne gromy ).Jako ptasiarz średniozaawansowany wiem że NIE WOLNO zbliżać się do lęgowisk jednak czytam też dokonania i biografie. Puchalski był przede wszystkim fotografem jak i filmowcem. Był dzieckiem swoich czasów ( urodził się w 1908 ) kiedy nawet nie myślano o wprowadzeniu prawa dokładnie określającego strefy ochronne dla gatunków zagrożonych, PTAKI nawet np szpaki czy kwiczoły JEDZONO, polowano na różne ptactwo masowo i nie było to zabronione. Więc patrzenie na dokonania Puchalskiego że były pod tym względem złe bo był za blisko gniazd , napawa mnie tylko smutkiem że mało kto widzi jak ogromny obiektyw ma twórca. Jak na moje oko jakaś ogniskowa 1000. Czy ktoś kto trwał w bezruchu wiele godzin czekając na wylęgnięcie młodych piskląt mógł je straszyć jak obecni niektórzy birdwatcherzy - nie . Czy ktoś kto nazywał ptaki rozśpiewanymi klejnotami przyrody mógł chcieć je skrzywdzić - nie. I być może przybliżając zharatanym psychicznie wojną ludziom jak wrażliwe są miejsca lęgu i jak wygląda opieka ptaków nad potomstwem dokonywał przemiany w ludzkich umysłach, że nie są to tylko ptaki ale że aż ptaki. I teraz są potrzeby obserwowania również lęgnięcia się piskląt i dużo większe i łatwiejsze możliwości. I są tacy Puchalscy którym wolno i nawet trzeba umożliwić pokazanie tego bo w żaden sposób nie naruszą dobrostanu ptaków czy zwierząt. A abstrahując nie każdy ptak będzie bał się ludzi. Wiele z nich oswaja się z obecnością człowieka. Nawet te najbardziej "strachliwe". I jeszcze jedno. Większość ptaków to nie ptaszki czy ptaszyny przedstawiane na słodziutkich obrazeczkach ( ciumkanie nad " biednymi ptaszkami" i ich wszechobecna antropomorfizacja nie jest właściwa) tylko małe, zajadłe, piękne i ciekawe killerki. Poczytajcie o sikorkach.

Książka, która się "zestarzała". Jak dla mnie cudnie się zestarzała. Świadomie użyłam tu cudzysłowu. Bo tak może być odbierana, czarno białe nie zawsze dopracowane na dzisiejsze standardy technicznie zdjęcia, archaiczny styl pisania, no i najważniejsze FOTOGRAFOWANIE GNIAZD Z PISKLĘTAMI (oburz i inne gromy ).Jako ptasiarz średniozaawansowany wiem że NIE WOLNO zbliżać się...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
92
14

Na półkach:

Jeśli ktoś ma jakiekolwiek pojęcie na temat etyki fotografii przyrodniczej, to zrozumie dlaczego ta książka nie jest "dobra".

Jeśli ktoś ma jakiekolwiek pojęcie na temat etyki fotografii przyrodniczej, to zrozumie dlaczego ta książka nie jest "dobra".

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
946
227

Na półkach: , ,

Książka jest albumem z niezwykłymi fotografiami Włodzimierza Puchalskiego, które posegregowano w zależności od "łowów", na które się wybrał. Każdy rozdział poprzedza króciutki wstęp omawiający wyprawę. Zdjęcia są magiczne - piękno polskiej przyrody utrwalone na kliszach już niespotykane...

Książka jest albumem z niezwykłymi fotografiami Włodzimierza Puchalskiego, które posegregowano w zależności od "łowów", na które się wybrał. Każdy rozdział poprzedza króciutki wstęp omawiający wyprawę. Zdjęcia są magiczne - piękno polskiej przyrody utrwalone na kliszach już niespotykane...

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

81 użytkowników ma tytuł Bezkrwawe łowy na półkach głównych
  • 47
  • 32
  • 2
22 użytkowników ma tytuł Bezkrwawe łowy na półkach dodatkowych
  • 12
  • 3
  • 3
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Bezkrwawe łowy

Inne książki autora

Włodzimierz Puchalski
Włodzimierz Puchalski
Polski przyrodnik, fotograf i autor filmów dokumentalno-przyrodniczych. Pochodził z ziemi lwowskiej. Absolwent Akademii Rolniczej w Dublanach. Przed II wojną światową pracował na Politechnice Lwowskiej. Wtedy też mniej więcej nakręcił swój pierwszy film przyrodniczy. W czasie wojny pracował jako leśniczy. Jeden z organizatorów Krakowskiego Instytutu Filmowego. Autor około 18 filmów przyrodniczych i około 20 publikacji książkowych. Nazywa się go ojcem polskiej fotografii przyrodniczej. Co ciekawe, wszystkie jego zdjęcia i filmy są czarno-białe, ponieważ Puchalski był daltonistą. Włodzimierz Puchalski zmarł podczas kręcenia filmu "Lato na Wyspie Króla Jerzego" na Antarktyce. Wybrane publikacje książkowe autora: "Wyspa kormoranów" (Nasza Księgarnia, 1954),"W krainie łabędzia" (Nasza Księgarnia, 1956),"Rok w puszczy" (Sport i Turystyka, 1960),"Przyroda Polski w fotografii Włodzimierza Puchalskiego" (Arkady, 1969),"Zwierzęta z dalekich stron" (Sport i Turystyka, 1973).
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Wojna, wojna, wojenka Stanisław Kosicki
Wojna, wojna, wojenka
Stanisław Kosicki
Nie jestem zachwycony - opisy z lat okupacji są bardzo fajne i żywe i to w sumie jest najbardziej wartościowa część książki. Fajne są też opisy tego jak autor przyglądał się walkom frontowym, autor wspomina o samowoli (m.in. swojej),rozstrzeliwaniu dywersantów w 39 etc co też jest plusem. Fajne są opisy uzbrojenia oddziału (włoskie pm to nieco rarytas),ilości uzbrojenia i amunicji etc bo autor wcale nie cierpiał na braki w uzbrojeniu czy amunicji - twierdzi, że nosił przy sobie ponad 500 szt amunicji do Stena (9 mm waży 12g co by dawało 6 kg łącznie, plus 4 kg na broń i magazynki) - co wydaje mi się przesadą zważywszy na resztę oporządzenia, pistolet w kieszeni etc. Autor jest też bardzo dobry gdy idzie o opisy i postacie, żywy, barwny, czyta się ciekawie. Natomiast sama walka z 1 października 1944 - mimo talentu do opisów pozostawia wiele do życzenia. ok autor wdział tylko wycinek i dopóki relacjonuje tylko to to wszystko jest w porządku ale już pojedynek z niemieckim porucznikiem na pm jest jakiś taki mało wiarygodny, a już scena w której autor wkłada z powrotem zawleczkę w granat bo uzgodnił z Niemcem, że będą używać tylko PM to no cóż moim zdaniem wytwór wyobraźni - byc może taki pojedynek ogniowy miał miejsce ale raczej nie w formie w jakiej zostało to tu przekazane. w stresie nasze zdolności motoryczne obniżają się a więc trafienie w małą dziurkę małym pręcikiem w środku strzelaniny raczej nie wchodzi w grę. Nie wchodzi w grę to, że nikt po stronie niemieckiej nie zainteresował się wybiciem połowy kompanii wojska i tego gdzie oni są i co robią - ot pozwolono sobie postrzelać bohaterowi i lejtnantowi w próżni. No i sama zawleczka - autor miał mieć dwa trzonkowce niemieckie i jakieś granaty rodzimej produkcji. W przypadku Stielhandgranate u spodu trzonka wykręca się porcelanową kulkę na końcu sznurka, szarpie się sznurek i jak najszybciej rzuca granat. Filipinki (ET-40) mają zapalnik uderzeniowy, Sidolówki miały zapalnik tarciowy, skąd więc zawleczka? Czytało się dobrze i nie jest to złe ale mam wrażenie, że czasem więcej tu fantazji niż pamięci.
Ignac - awatar Ignac
ocenił na67 lat temu
Głupie pytania. Krótki kurs filozofii Jan Hartman
Głupie pytania. Krótki kurs filozofii
Jan Hartman
Dla mnie, która niestrudzenie „drąży” istotę świata, a nawet daleko poza nim, zadając mnóstwo pytań, ten tytuł podziałał na mnie, jak płachta na byka. Miałam ogromną ochotę zripostować go złośliwie – nie ma głupich pytań, są tylko głupie odpowiedzi. I pierwsze, co zrobiłam, to szybciutko zajrzałam do wstępu, mając nadzieję, że autor i filozof, a więc człowiek myślący, wytłumaczy się z tego prowokującego, jak dla mnie, tytułu. I co się okazało? Dokładnie dlatego taki tytuł, ponieważ jest filozofem, który ma cudowny dar mnożenia, dzieląc. Podobnie było z „głupimi pytaniami”, jak asekuracyjnie ujął je w cudzysłowie, będące takimi dla tych, którzy je już przeanalizowali i znaleźli odpowiedzi, stając się fundamentem wiedzy podstawowej do rozmyślań i poszukiwań na wyższym poziomie. Już profesjonalnym. Jednak są i tacy, dla których one nie są głupie. Są ważne i istotne, bo jeszcze pozostające bez odpowiedzi. Autor należący do tych pierwszych zechciał podzielić się swoją wiedzą z tymi drugimi. A dokładniej napisał tak – „Głupie pytania” raczej nie padają już w filozofii, bo od dawna wiemy dokładnie, na jakie odpowiedzi one pozwalają i jak je przekształcić w pytania bardziej trafne (acz mało efektowne). Nie znaczy to jednak, że nie warto do „głupich pytań” powracać. Przecież wciąż wielu ludzi stawia je sobie tak, jak w dawnych wiekach. A w kolejnym rozdziale dodaje – Pytanie, jak papier, wszystko zniesie. Można bezkarnie pytać o wszystko, byle jeszcze w pytaniu utrzymała się jakaś resztka sensu. Tyle że współczesny człowiek ma mniej czasu na stawianie ich sobie, a tym bardziej na samodzielne, często żmudne, poszukiwanie rozwiązań. Dla niego jest właśnie ta książka. Dopiero po tak uspakajającym mnie wstępie, określającym jej charakter, jako powrót do „przedprofesjonalnych” korzeni filozofii, zajrzałam z ogromną ciekawością do spisu treści, zastanawiając się nad „kanonem głupich pytań Hartmana” (a może i reszty filozofów?) oraz ludzi poszukujących na nie odpowiedzi. Było ich osiem. Każde poprzedzone fotografią obrazu nawiązującego tematycznie do zagadnienia. Na pierwszym miejscu „pytanie pytań”, które mnie nie zaskoczyło, bo odpowiedź na nie determinowała wybór akceptowanej odpowiedzi budującej bazę określonego światopoglądu i mającej wpływ na powstawanie kolejnych zapytań. I tutaj autor podzielił czytelników na trzy grupy – Kto po prostu wierzy głęboko, ten o istnienie Boga nie pyta. Kto wierzy, lecz chce swą wiarę oświecić wiedzą, ten tak naprawdę nie o istnienie Boga zapytuje (bo tego jest pewien),lecz jedynie o to, czy rozum zdolny jest istnienie Boga udowodnić. Kto zaś nie dowierza, tego żaden dowód intelektualny nie uspokoi. Należąc do grupy drugiej, byłam w komfortowej sytuacji, bo posiadając określony światopogląd, a więc i odpowiedzi na wiele pytań, w tym na prezentowany „kanon”, mogłam już nie szukać, nie pracować mozolnie nad tworzeniem podstaw lub ich uzupełnianiem czy modelowaniem od nowa, czując się, jak aktywny uczestnik trudnych warsztatów, ale przyglądać się jak obserwator, ogółowi wiedzy filozoficznej na zadane pytania. A tę autor przytaczał obficie, szczodrze dzieląc się nią, powołując się na najważniejsze nurty filozoficzne i ich przedstawicieli, szkoły i ich twórców oraz spadkobierców na przestrzeni wieków. Od starożytności po wiek obecny. Nie pozostawiając jej jednak bez własnego komentarza i przemyconego, osobistego oglądu zagadnienia, bo jak sam przyznał w Zakończeniu – W końcu przedstawiłem w niej nie tylko rozmaite istotne zagadnienia filozoficzne, tak jak się one z grubsza prezentują na tle tego wszystkiego, co się udało myślącej ludzkości wymyślić (a cudów tu nie ma i być nie może, bo jesteśmy tylko ludźmi),lecz również pewne filozoficzne stanowisko – własne stanowisko. Kolejność stawianych pytań nie była przypadkowa. Ich porządek narzuciła logika ich wynikania. Fundamentalne pytanie o Boga determinowało zapytania o wartości w życiu – miłość, dobro, prawdę, wolność oraz o narzędzia etyczne do ich przejawiania lub nie, które ja nazywam wolną wolą i sumieniem. Dopiero z tak uświadomionej wiedzy albo wspólnie ustalonej prawdy, można było przejść do dwóch ostatnich pytań, z których jedno stało się bardzo znane z zadania go premierowi Donaldowi Tuskowi – jak żyć? Abstrahując od tematu – proponuję Premierowi zaopatrzyć się w ten tytuł i rozdawać go każdemu o to go pytającemu. W końcu jest premierem, a nie filozofem. Nie wiem, co na to autor, który przecież w opozycji do PO stoi, angażując się w Twój Ruch Janusza Palikota. Wygląda na to, że niechcący napisał poradnik wspierający konkurencję polityczną. A wracając do tematu – dwoma ostatnimi rozdziałami autor mnie zaskoczył! Byłam przygotowana na pozostawienie mnie w zawieszeniu, na dokonanie własnego wyboru na podstawie osobistych poglądów. Nic z tego! Te dwa ostatnie rozdziały były najsilniej przeniknięte poglądami autora, bo o ile we wcześniejszych budował wszechstronny obraz stanu wiedzy filozoficznej, z którego mogłam przebierać, wybierać, uznawać, odrzucać czy nie akceptować, o tyle tutaj delikatnie narzucał pogląd, jak człowiek powinien żyć i urządzać świat wokół siebie. I to jest zabieg świadomy, a nawet umyślny, bo jak napisał – Chociaż więc książkę tę napisałem jako zawodowy filozof, mający w pracy inne zmartwienia niż „nieśmiertelność duszy”, napisałem ją nie tylko dla myślącej publiczności, lecz również dla samego siebie. I w tym zacytowanym zdaniu kryją się dwa kruczki, ostatecznie określające typ odbiorcy publikacji. Pierwszym jest „zawodowy filozof”. To, co dla zawodowego filozofa może być przystępnie i przyjemne podane, dla przeciętnego człowieka już nie. Z jednej strony starał się, by była ona możliwie łatwa w odbiorze, ograniczając erudycję i język naukowy do minimum. A i to minimum, czyli pojęcia niepowszechne lub w ogóle niewystępujące w mowie potocznej, objaśniał chętnie i za każdym razem (nie trzeba było sięgać po słownik),by tekst był jak najbardziej przejrzysty, chcąc spełnić deklarację złożoną we wstępie – …obiecuję, że ta książka będzie nadawała się do czytania. A z drugiej strony machał do mnie drugi z kolei kruczek ukryty w cytowanym wcześniej zdaniu pod wyrażeniem – „dla ludzi myślących”. A precyzując – dla średniozaawansowanych . Te dwa ostatnie wyrazy dodałabym obowiązkowo do podtytułu widniejącego na okładce, czyli dla tych, którzy oprócz tego, że myślą, przeczytali w swoim życiu jeden podręcznik z historii filozofii, poznając jej podstawowe pojęcia jak byt, atrybut czy absolut i przynajmniej otarli się o „rozbieranie” zdań zgodnie z zasadami, jakimi rządzi się nauka logiki, by podołać takim, jak te w książce – Głuchy „niepomny” byt, irrealnie bytujący bez świadectwa żywego przedstawienia w subiektywnym horyzoncie doświadczenia pojedynczego ja, stanowi, mówiąc po heglowsku, „określona nieokreśloność”, czyli niewyczerpane źródło nawarstwiających się i różnicujących treści myślenia. Jednak autor nie zostawiał czytelnika samego z takimi zdaniami. Chętnie podpowiadał, upraszczając – Inaczej mówiąc, skończone już życie wciąż przejawia się we wspólnym Świecie, za pośrednictwem niekończących się interpretacji jego śladów. Czyli w ostatecznej interpretacji mojej, przekładając to na język powszechnie zrozumiały, myśl zawarta w pierwszym, enigmatycznym zdaniu brzmi – żyjemy tak długo, jak długo żyje pamięć o nas. Poprzeczka postawiona wysoko, ale dla tych średniozaawansowanych, do pokonania, a satysfakcja intelektualna bezcenna i gwarantowana. I w tym sensie autor obietnicy dotrzymał z naddatkiem! To dlatego każdy rozdział czytałam z przerwą, dozując je sobie według klucza – jeden na jeden dzień. I nie wieczorem. Wybierałam specjalny czas po południu na specjalne rozważania. Traktowałam tę czynność jak gimnastykę umysłu albo jak „przerwę w życiu”, bo według autora życie przecież nie jest myśleniem. Myślenie jest raczej przerwą w życiu niż jego integralną częścią. Nie było łatwo! Niektóre zdania lub fragmenty tekstu czytałam wielokrotnie, wiedząc, że muszę je zrozumieć, by pójść dalej. Poznawałam stan wiedzy w pigułce, doszukując się lub rozpoznając w nim kręgosłup mojego światopoglądu i jego miejsce w całości filozofii. Było fascynująco intelektualnie! To nie romanse czy powieści erotyczne topią mój mózg w endorfinach, ale właśnie takie książki. Dla mnie najlepsze afrodyzjaki dla umysłu! naostrzuksiazki.pl
Maria Akida - awatar Maria Akida
oceniła na75 lat temu
Wychowawcze czary-mary. Odzyskaj spokój w domu i ciesz się z posiadania dziecka Thomas W. Phelan
Wychowawcze czary-mary. Odzyskaj spokój w domu i ciesz się z posiadania dziecka
Thomas W. Phelan
O wielu lat razem ze znajomymi podczas spotkań nasze rozmowy schodzą na dzieci. Temat przyjemny i bardzo trudny, bo i praca z małymi ludźmi nie jest łatwa. Łączy nas jedno: osoby bijące dzieci powinny być bite przez pracodawców i wszystkich napotkanych, którym ich zachowanie się nie spodoba. Z wielkim zainteresowaniem śledzimy kolejne poradniki dotyczące wychowania dzieci i zwracamy uwagę na te, które zapewniają nas o wychowaniu świadomego obowiązków społecznych dorosłego. Idealne życie może i kojarzy się z wczasami, zabawą i wielkim luzem, ale jest ono nierealne, ponieważ każdy z nas staje przed różnymi wyborami, za które poniesie odpowiedzialność. Decyzja o metodach wychowawczych jest jedną z poważniejszych. Można ulec modzie anarchii, w której dziecko robi, co chce i my zawsze mu przyklaskujemy w imię budowania jego samo zachwytu. Wszystko do czasu, aż ta metoda nie obróci się przeciwko nam. Można też wychowywać w poczuciu odpowiedzialności, istnienia granic, ale z wielką miłością i koniecznością traktowania innych jak ludzi, którzy też mają uczucia i potrzeby. „Wychowawcze czary – mary” to poradnik, który wskaże rodzicom drogę do szczęśliwego rodzicielstwa, którego (jak wszystkiego w życiu) trzeba się nauczyć. Bardzo ważną sprawą jest tu podejście rodzica: jego profesjonalizm do własnej roli, czyli odkrycie, że to nie dzieci są problematyczne, ale my mamy troszeczkę za mało umiejętności, a to z odrobiną własnych chęci da się zmienić. Thomas W. Pelan wyjaśnia nam na czym w skrócie polegają uniwersalne metody: „Ciepło i życzliwość oznacza dbałość o potrzeby emocjonalne i fizyczne dzieci. Oznacza to zapewnienie i pożywienia, bezpieczeństwa, ciepła, dobrego przyodziewku i dopilnowanie, aby były dobrze wyspane. Ciepło i życzliwość odnoszą się również do pozostawania wrażliwym na uczucia dzieci: dzielenie z nimi radości z pozyskania przyjaciela, pocieszanie ich, kiedy spotka je jakaś strata, słuchanie ze współczuciem, kiedy skarżą się na niesprawiedliwość ze strony nauczyciela, a także cieszenie się ich towarzystwem. Być ciepłym i życzliwym to także lubić – nie tylko kochać –swoje dziecko. Druga z ważnych cech rodzicielskich – wymagający i stanowczy – jest tu rozumiana w pozytywnym sensie. Dobrzy rodzice mają oczekiwania względem swoich dzieci. Oczekują od nich dobrego zachowania w szkole, okazywanie szacunku dorosłym, przykładania się do nauki, podejmowania dodatkowych wysiłków i uprzejmości w kontaktach z przyjaciółmi. Oczekują też przestrzegania reguł, liczenia się z innymi ludźmi i czasem zmierzenia się ze sprawami, które są dla nich trudne i przerażające. Innymi słowy, dobrzy rodzice wymagają od swoich dzieci, aby stawiały czoła życiowym wyzwaniom (a – jak wiemy- takich sytuacji nie brakuje) oraz przestrzegały zasad i ograniczeń odnoszących się do ich zachowania”. Thomas Phelan prezentuje bardzo prostą metodę wychowawczą polegającą na niemoralizowaniu, nieprawieniu kazań itd., co zaoszczędza rodzicom nerwów. Dla mnie najważniejsze jest to, że podobnie jak ja jest on zwolennikiem nieużywania przemocy na dzieciach. Bicie, szarpanie, krzyki czy obrażanie muszą zniknąć z repertuaru metod dyscyplinujących. Jeśli nie jesteśmy przekonani do tego, że bez nich się obejdzie to przypomnijmy sobie różne sceny z ulicy, sklepów czy placów zabaw, gdzie rodzicom puszczają nerwy. Ja zawsze na takie jednostki patrzę z politowaniem i zniesmaczeniem. Nawet, jeśli „tylko” krzyczymy udowadniamy, że mamy problem ze swoimi emocjami i jeśli nie potrafimy się z nimi uporać sami to jest szereg specjalistów, którzy nam pomogą. Możemy też sięgnąć po „Wychowawcze czary - mary” i próbować samodzielnie zmienić swoje podejście do dzieci (i nie tylko). Metoda wydaje się bardzo prosta. Polega na odliczaniu do trzech. Gdy dziecko robi coś złego mówisz "raz", kiedy dalej nie zmienia swojego zachowania mówisz "dwa", a przy "trzy" stosujemy karę „przerwy”. W realizacji metody mogą przeszkodzić emocje. Jak sobie z tym poradzić? Autor daje nam wiele wskazówek. Bardzo ważną częścią książki jest ta omawiająca wzmocnienie więzi z pociechami. Samo dyscyplinowanie nie odniesie sukcesów, jeśli dziecko i rodzice nie będą się wzajemnie lubić. Do tego trzeba czasu i zaangażowania. Książkę polecam wszystkim osobom, które mają kontakt z dziećmi: od rodziców przez nauczycieli po ciotki i wujków.
AnnaSikorska - awatar AnnaSikorska
oceniła na811 lat temu

Cytaty z książki Bezkrwawe łowy

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Bezkrwawe łowy