rozwińzwiń

Czereśnie prosto z drzewa

Okładka książki Czereśnie prosto z drzewa autorstwa Karol Ketzer
Okładka książki Czereśnie prosto z drzewa autorstwa Karol Ketzer
Karol Ketzer Wydawnictwo: Novae Res literatura piękna
208 str. 3 godz. 28 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Data wydania:
2013-04-19
Data 1. wyd. pol.:
2013-04-19
Liczba stron:
208
Czas czytania
3 godz. 28 min.
Język:
polski
ISBN:
9788377226063
„Czereśnie prosto z drzewa” to zbiór 10 opowiadań łączących w sobie sensację, fantastykę i współczesną obyczajowość z warstwą ukrytą – powłoką subtelnych pytań, na które czytelnik będzie musiał odpowiedzieć sobie sam. Wydaje się, że bez żadnej przesady można nazwać ten styl realizmem magicznym w wydaniu krwisto słowiańskim. Nie brakuje tutaj elementów klasycznych, znaków czasów, w których przyszło nam żyć, przeplatających się ze zdarzeniami oraz postaciami cudownymi.

Ciekawe konstrukcje składniowe, bogate słownictwo, nagromadzenie tropów, oryginalna pozycja, jaką zajmuje narrator oraz wiele odwołań do kultury zarówno wysokiej, jak i masowej czynią ze zbioru lekturę ciekawą, wciągającą, emocjonującą i niezapomnianą.
Średnia ocen
6,5 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Czereśnie prosto z drzewa w ulubionej księgarniiPorównywarka z najlepszymi ofertami księgarń W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl. Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki. Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Czereśnie prosto z drzewa

Średnia ocen
6,5 / 10
13 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Czereśnie prosto z drzewa

avatar
636
359

Na półkach: ,

Zbiór opowiadań. Po pierwszych opowiadaniach gotów byłem ocenić książkę na 9/10 (może dlatego, że czytałem w domku w górach, gdzie powietrze jest czyste i żyje się lepiej ;)),ale ostatecznie im dalej w książkę, a bliżej końca tym bardziej coś mi się nie podobało.

Trudno powiedzieć co dokładnie, może przekombinowane końcowe opowiadania, a może autorowi nie udało się zachować stałego poziomu ich oryginalności. Ostatecznie więc bardzo mocne 7/10 (można liczyć jako naciągane 8 na szynach).

Zbiór opowiadań. Po pierwszych opowiadaniach gotów byłem ocenić książkę na 9/10 (może dlatego, że czytałem w domku w górach, gdzie powietrze jest czyste i żyje się lepiej ;)),ale ostatecznie im dalej w książkę, a bliżej końca tym bardziej coś mi się nie podobało.

Trudno powiedzieć co dokładnie, może przekombinowane końcowe opowiadania, a może autorowi nie udało się...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
763
133

Na półkach: , ,

Sugestywny język i wcielanie się w kreatora nietuzinkowych myśli przez błyskotliwe igranie ze słowami, młodzi ludzie i konfrontacja części z nich z rzeczywistością o zacierających się granicach normalności. Ocieranie się o brutalność i szorstką codzienność z nieodzownymi wulgaryzmami w stopniu przyzwoitym i naturalnym, bogactwo prostoty zmieniające się w niebanalne porównania i ciągnące ku smacznej metaforyzacji. Niekiedy apetyczny, a niekiedy odrzucający rozkład psychologiczny postaci na części. "Czereśnie prosto z drzewa" to zbiór opowiadań kontrastowych, w których realizmu dotyka lekko fantastyka i swoje pięć minut zdobywa sensacja, spod liter przebija się poetycki klimat, bliżej nieokreśloną przestrzeń wypełniają rozmaite stosunki międzyludzkie na pierwszym planie, a na drugim planie... znajduje się to coś, pozostawione czytelnikowi do refleksji, jakby kwintesencja emocjonalności każdego opowiadania.

Zdradzanie fabuły krótkich opowiadań, które mają zaskakiwać na swoim niewielkim polu, byłoby jak przedwczesne zerwanie jeszcze niedojrzałego owocu. Zatem pokrótce, aby tylko delikatnie pobudzić na zachętę i nie narzucać kierunku interpretacji - kogo znajdziemy w nieoczywistej rzeczywistości Ketzera? Przez „Tylne drzwi” wejdziemy do życia praktykującej dziennikarki, której pali się grunt pod nogami i piętrzą się przed nią nowe obowiązki oraz buzujące uczucia. „Licentia poetica” to uzewnętrznienie pisarza, któremu w swoisty sposób zacierają się granice normalnej rzeczywistości. Odkryjemy co „Onomatopeje” mają wspólnego z porwaną prostytutką nieświadomą swojego daru i jej niestałymi klientami. Dobijemy „Do dnia” młodej pary wtrąconej w sytuację nierzeczywistą i przypominającą biblijną. Być może będziemy mieli chętkę wziąć „Kamienie” i rzucić nimi w chłopaka postępującego na opak, wbrew wymaganiom otoczenia i nadskakującego losu w wyjątkowo groteskowym i satyrycznym kawałku dobrej prozy, wyrzucającym na wierzch paradoksy i konsumpcjonizm. Tkwiąc w tematyce "Meteorytologii" z "aniołką stróżówką" możemy się zastanowić nad swoim postępowaniem w obliczu końca świata - który w owym światku literackim pojawił się jako zagrożenie pewne i nie do podważenia.

Oto klisze z opowiadań, które najbardziej przypadły mi do gustu swoją pomysłowością, trafnością i ostrością spostrzeżeń dotyczących realności w surrealistycznej otoczce różnej grubości. Pobudziły postaciami z różnych sfer, o silnych rysach i wyrazistym charakterze, za którymi przemawiają ich czyny i myśli, a nie zwykła opisowość. Wśród fabuł pozostałych opowiadań nie umiałam się odnaleźć i nie zaciekawiły mnie, nie umiałam znaleźć intrygującego punktu zaczepienia, który zatrzymał by mnie przy nich dłużej i z przyjemnością oddałabym się chwili zawieszenia nad tekstem. Mimo że na deser autor użyczył postaci swojego imienia i nazwiska - a może samego siebie?

Prawdziwy misz-masz charakterów, obdarzonych niezwykłością nadprzyrodzoną czy też skomplikowaną i hardą osobowością, trudno wyrazić w pośrednim i krótkim przedstawieniu, kiedy obracają się oni w światku na pół symbolicznym, metafizycznym i prowokującym do zamyślenia, na pół prostym i łatwym do rozszyfrowania. Kilkakrotnie można zadawać sobie pytanie: "Co autor miał na myśli?" Jednak nie wywołuje ono frustrującego uczucia, zniechęcenia ani przeświadczenia o przeroście formy nad treścią. W opowiadaniach Ketzera giętka forma, która wykorzystuje wiele środków artystycznych, jest siedliskiem mnóstwa odniesień do kultury wysokiej i niskiej, do wydarzeń i postaci, których czytelnicy znać powinni, koresponduje z treścią nienagannie. Całość jest ostrożnie przemyślana, pieczołowicie wypracowana, zróżnicowana tematycznie i oddana do interpretacji czytelnikowi. Powinna wypełnić jego głód refleksyjny i emocjonalny. "Czereśnie prosto z drzewa" to debiut zwiastujący początek bardzo dobrej i ciekawej drogi prozatorskiej - jestem ciekawa, dokąd zaprowadzą dalsze kroki autora.

Sugestywny język i wcielanie się w kreatora nietuzinkowych myśli przez błyskotliwe igranie ze słowami, młodzi ludzie i konfrontacja części z nich z rzeczywistością o zacierających się granicach normalności. Ocieranie się o brutalność i szorstką codzienność z nieodzownymi wulgaryzmami w stopniu przyzwoitym i naturalnym, bogactwo prostoty zmieniające się w niebanalne...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
260
229

Na półkach:

Skup makulatury zapewne cieszy się z nowego nakładu pseudoliteratury.

Skup makulatury zapewne cieszy się z nowego nakładu pseudoliteratury.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

29 użytkowników ma tytuł Czereśnie prosto z drzewa na półkach głównych
  • 15
  • 14
11 użytkowników ma tytuł Czereśnie prosto z drzewa na półkach dodatkowych
  • 7
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Czereśnie prosto z drzewa

Inne książki autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Warstwy, czyli obrazy miasta Grzegorz Kosson
Warstwy, czyli obrazy miasta
Grzegorz Kosson
"Warstwy, czyli obrazy miasta" Grzegorza Kossona to książka napisana szyfrem. Nie mam tu na myśli kwestii stylistycznej, bo ta, po zaakceptowaniu konwencji, jest nienaganna. Zakodowane są nazwy miejsc, zjawisk i nazwiska. Nie jest to Enigma, a w dobie Internetu złamanie kodu nie nastręcza problemów, jednak wymaga od czytelnika zaangażowania. W moim przypadku wysiłek nie poszedł na marne. Na potrzeby recenzji przedstawię parę elementów książki, które, mam nadzieję, ułatwią Wam decyzję o ewentualnej lekturze. Na początku zjednał mnie fragment o sekwojażu i ruksaku. Wywód o torbach podróżnych na przełomie wieków zamienia się w metaforyczną analizę tragicznych losów miasta, w którym mija czas spokoju (symbolizowanego przez starannie wykonany i solidny sekwojaż) i nastaje epoka zamętu, nagłej ucieczki i mozolnej tułaczki (prosty, workowaty, poręczny ruksak). Co więcej na podstawie tych dwóch... hm... narzędzi autor opisuje ewolucję języka, kształtującą go historię i przenikanie się kultur. Jak dla mnie, perełka. Oczywiście to tylko moja interpretacja. Jak na prozę z aspiracjami poetyckimi przystało, pomiędzy "Warstwami" prowadzi wiele tropów. Które jednak każdy musi odnaleźć sam. Rozbrajającym elementem książki są wątki autobiograficzne. O ile pierwsza część książki poetyką przypomina “Silmarillion” Tolkiena, to reszta jest osobistym rozliczeniem autora z miejscem, w którym dorastał. Przypomina, że każdy ma swój plac, górę, zieleniak, czy budkę z lodami, które wspomina z rozrzewnieniem. "Warstwy" to właśnie taki opis świata - subiektywny i baśniowy. Co więcej te “zwierzenia varsavianisty” przemawiają do mnie. Domyślam się kim są "jeźdźcy ze Wschodu i Zachodu". Dzięki wyszukiwarce internetowej znalazłem "Górę Cwila" i "pomnik Jeźdźca Chłopca". Nadal nie rozszyfrowałem “Generała Filizofa” i “Ostatnich Ogrodników”. Jednak nic straconego, mam wrażenie, że to dopiero początek podróży po poezji Kossona. "Jak oni mogą tu mieszkać? Myślała pewnie w duchu. Patrząc na zapalone światełka w blokach. Jedno palące się światełko oznaczało cztery samotne osoby. A zgaszone dwie." Takich smaczków jest więcej. To, co pierwsze przykuwa uwagę, ja opisuję na końcu. Jeśli miałbym znaleźć jeden powód, dla którego warto kupić książkę, to byłyby to prace współautora komiksów "566 kadrów" i "Mikropolis". Na okładkę i grafiki składają się zmontowane fotografie z przełomu XIX i XX wieku. Dennis Wojda odczytał je na nowo i zakodował, nadając im nowe znaczenie. (Swoją drogą, może warto zorganizować wystawę grafik z książki? Zimowy wieczór, przytulna kawiarnia, zdjęcia na sztalugach opatrzone fragmentami "Warstw". Byłoby pysznie!) Skąd mój entuzjazm dla prac Wojdy? Swojego czasu rozkoszowałem się lekturą książki o legionach Piłduskiego, pięknie wydanej, ozdobionej kolażami w podobnym stylu. Jak widać, motyw z Prousta, odnosi się nie tylko do wypieków. ;) Lektura "Warstw" skłania do takich "poetyckich" przemyśleń i właśnie za to autorowi i grafikowi należą się dzięki. I chociaż “Nowe bloki” Vienia nie współgrają mi z wrażliwością autora, to “pieśń o Warszawie” Kossona kupuję bez mrugnięcia okiem. Zresztą. Co będę gadał. Sami podyskutujcie z autorem. 11 lutego będzie miał spotkanie autorskie w jednym z warszawskich empików (tak przynajmniej twierdzi facebook). Ja się wybieram. czytacz
czytacz - awatar czytacz
ocenił na812 lat temu
Listy do młodego pisarza Mario Vargas Llosa
Listy do młodego pisarza
Mario Vargas Llosa
Nigdy nie chciałam i nadal nie chcę zostać pisarzem, więc nie zmartwiłam się pierwszymi słowami autora w tej książce, że "nie jest to podręcznik sztuki literackiej – jej prawdziwi pisarze uczą się sami, bo nikt nikomu nie wytłumaczy, jak się tworzy dzieło – co najwyżej pomoże zdobyć umiejętność pisania i czytania". Natomiast zawsze, odkąd pamiętam, chciałam być dobrym czytelnikiem. Miałam tylko problem z określeniem zawartości i granic tego pojęcia. No bo, co to właściwe znaczy być dobrym w odbiorze tego, co napiszą inni? W przeciwieństwie do piszących, poradników dla czytelnika, o ile mi wiadomo, nikt jeszcze nie napisał. Świat przyjął powszechny standard, że czytelnikiem się jest lub nie. Mało kto zastanawia się nad tym (udało mi się wysłuchać tylko jednej wypowiedzi na ten temat, nieżyjącego już krytyka literackiego),a tym bardziej nie rozpisuje się, JAKIM się jest tym odbiorcą. I nie mam tutaj na myśli profesjonalistów, jakimi są krytycy literaccy, ale całe rzesze odbiorców, dla których i z myślą, o których pisarze tworzą, dla których dają się zjadać przez wewnętrznego solitera (właśnie takich zapomnianych słów używa autor) oraz mitycznego katoblepasa, tak sugestywnie przedstawionych zwierzęcych odpowiedników powołania i doświadczeń życiowych w pierwszych dwóch esejach, czyniących z pisarzy niemalże męczenników sztuki pisarskiej. Dlatego bardzo ucieszyło mnie jedno zdanie noblisty: "Być może zapamiętałym czytelnikom powieści posłuży do czegoś wiedza, że za zmyślonymi przygodami, które ich poruszają, rozpalając wyobraźnię, kryje się nie tylko intuicja, fantazja, inwencja twórcza tudzież odrobina szaleństwa, ale także wytrwałość, dyscyplina, porządek, strategia, chwyty i przemilczenia, cała skomplikowana struktura budująca i utrzymująca w napięciu fikcję". To były ożywcze słowa, kojące odwieczną tęsknotę mojej czytelniczej duszy za samookreśleniem się. Słowa, które mnie zauważyły. Mnie, zwykłego, przeciętnego czytelnika. Bo i może są to listy do pisarza, jak określił swoje dwanaście esejów autor, ale dla mnie było to bliskie spotkanie pisarza ze swoim czytelnikiem, ze mną, które zawsze rozpoczynał od ciepłego zwrotu – "Drogi Przyjacielu". Każdego z nich słuchałam trochę jak wykładu, a trochę jak rozmowy (czasami domyślał się moich pytań, odpowiadając na nie),otwierających przede mną osobisty i intymny świat człowieka umiejącego oczarować słowem. Pozwalający zajrzeć do swojego serca i sanktuarium powstawania jego powieści. Pomógł mi nie tylko nazwać to, co do tej pory określałam własnymi słowami, usystematyzować wiedzę na temat struktury powieści, której poświecił pięć esejów, zwrócić uwagę na stosowane przez pisarzy środki nadające siłę przekonywania (wiedza dostępna każdemu studentowi literaturoznawstwa i kierunków pokrewnych),ale przede wszystkim opowiedział mi o czynniku X (wiedza niedostępna na żadnej, nawet najbardziej prestiżowej uczelni). Tajemniczym składniku, który wymyka się rozumowi oraz nawet najbardziej sumiennej i trafnej krytyce literackiej. Nieuchwytnym czynniku spajającym całą strukturę powieści, nadającym jej zniewalający czytelnika urok. O kluczu otwierającym poziom emocji niedostępny racjonalizmowi, w którym najistotniejszą rolę odgrywa "intuicja, wrażliwość, domyślność, a nawet przypadek – wymykające się sieci, choćby o najbardziej gęstych okach, krytycznego badania". Na co "przemądrzalcy wymyślają niezliczone określenia na określenie czegoś, co każdy czytelnik chwyta bez najmniejszego problemu". I za te słowa jestem autorowi niezwykle wdzięczna. Za docenienie zwykłego, szarego, przeciętnego czytelnika. Ba! Za podkreślenie jego wyjątkowości emocjonalnej, która dzieła z poprawną strukturą powieści skazuje na zapomnienie (wystarczy wymienić, chociażby wielu laureatów literackiej nagrody Nobla),a kiepskie warsztatowo powieści wstawia na półkę kultowych. Sam pisarz zresztą nie ukrywa własnych sympatii i antypatii literackich, nawet wobec tych znanych i uznanych przez krytykę literacką, wymieniając z nazwiska tych, których uważa za miernych twórców. Pozwoliło mi to zrozumieć na przykład fenomen bardzo krytykowanej sagi Zmierzch czy dychotomię odbioru twórczości Paulo Coelho i wysnuć jeden wniosek – każdy czytelnik ma swojego pisarza, a każdy pisarz swojego odbiorcę. Różnica w tych zależnościach jest tylko ilościowa, a ilość, w tym przypadku, nie świadczy o jakości. W literaturze nie obowiązują prawa demokracji i zasady statystki. Słuchałam tego człowieka i czułam, jak cały dotychczasowy chaos zaczyna się powoli porządkować, nabierać sensu i określonego kształtu, który wyłaniał się w miarę czytania i wynotowywania najważniejszych haseł na skrawku papieru, który ostatecznie przybrał bardzo skomplikowaną formę podobną do metaplanu. Te pozorne bazgroły są dla mnie bardzo, bardzo klarowne, a pod każdym słowem kryje się mnóstwo treści. Dobrze je zapamiętałam, bo wszystkie listy czytałam dwa razy, inne trzy, niektóre więcej, a przy pierwszym i ostatnim zgubiłam rachubę. I wiem, że będę do nich wracać, kiedy znowu się pogubię w czytelniczych doznaniach i rozterkach. Byłam taka dumna z tego naszkicowanego przeze mnie planu, odnoszącego się do merytorycznej warstwy esejów, dopóki nie przeczytałam pożegnalnego zdania – "Drogi Przyjacielu, chcę Ci powiedzieć, żebyś zapomniał o wszystkim, co przeczytałeś w moich listach na temat formy powieściowej, i wreszcie zabrał się do pisania powieści". W moim przypadku „do czytania powieści”, w którym czynnik X jest najważniejszy, a moje merytoryczne notatki już mniej. Jednak nie posłucham się mojego mentora. Nie wyrzucę ich. Będę je trzymała na biurku wśród innych ważnych fiszek, by w chwilach zagubienia i zapomnienia, przypomnieć sobie, co jest najważniejsze podczas czytania powieści, czym się kierować wchodząc w ich wykreowaną rzeczywistość i jak potem porównywać je z innymi powieściami i ich odbiorem przez innych czytelników, pielęgnując w sobie bezcenny czynnik X. To pozycja obowiązkowa dla: – Pisarzy (pisanych dużą literą),którzy chcą zrozumieć istotę powołania i talentu, – pisarzy, którzy chcą się dowiedzieć, dlaczego mała ilość wielbicieli nie świadczy o jakości ich twórczości, – krytyków literackich ku pamięci, że „rozum i szkiełko” to nie wszystko, – czytelników, którzy mogą nareszcie odpowiedzieć sobie na dwa nieśmiertelne pytania: dlaczego opowieść mnie pochłonęła, chociaż była o niczym oraz jak nazywa się to coś, czego zabrakło mi w powieści?, – blogera piszącego o książkach, który chce pisać zgodnie z własnym sumieniem, nie krzywdząc przy tym powieści i jej autora, – studenta literaturoznawstwa i kierunków pokrewnych, żeby wiedzą nie oślepili duszy, – wykładowców, żeby pokazać, że wykłady nie muszą być nudne, – i wreszcie dla każdego, komu wydaje się, że pisanie, czytanie i pisanie o tymże czytaniu to tylko rozrywka. naostrzuksiazki.pl
Maria Akida - awatar Maria Akida
oceniła na94 lata temu
Krótka historia o istocie umierania Michał Staroszczyk
Krótka historia o istocie umierania
Michał Staroszczyk
Są ludzie, którzy grzebią w przeszłości, zadają pytania i starają się szukać odpowiedzi i tacy, którzy nie zastanawiają się zbytnio, a po prostu cały czas idą do przodu i nie oglądają się za siebie. Nie wiem, która opcja jest lepsza (druga jest pewnie mniej frustrująca),ale osobiście należę do pierwszej grupy. Jest taki temat, który szczególnie mnie interesuje i być może dlatego sięgnęłam po książkę “Krótka historia o istocie umierania”. Może autor dostrzegł coś, czego ja nie dałam rady? Musiałam to sprawdzić. Prolog jest ciężki, niepokojący i trudny do przebrnięcia. Nie chodzi o to, że jest nudny/kiepsko napisany/ma opisy przyrody/jest koszmarnie długi i ma milion przypisów. To tylko kilka stron, ale dobitnie przedstawiają stan człowieka, który MUSI pogodzić się z nagłą stratą najbliższych. Salwator rozpacza po śmierci swojej żony i dziecka. Nie wiemy co się stało, ale to nie jest istotne. Ważna jest ogromna dawka bólu, która jest nie do wytrzymania. Główny bohater, licząc na poprawę swojego stanu, pakuje swoje rzeczy i wyjeżdża. Jedyny możliwy wybór w takiej sytuacji, to oczywiście nieznane wcześniej, totalne odludzie. Salwator wybrał bardzo klimatyczne miejsce, w dodatku takie, o którym Internet milczy. Kolejne zdania sprawiły, że poczułam lekki klimat horroru, ale to pewnie z powodu mojego zamiłowania do tego typu filmów. Nieco bardziej schowałam się pod kołdrę (jak zwykle i na wszelki wypadek) i kontynuowałam czytanie. Kim są nienaturalnie uprzejmi ludzie i jaką tajemnicę skrywają? Dlaczego uważają, że to miasteczko wybiera sobie mieszkańców, a nie odwrotnie? I co w tym wszystkim robi miejscowy ksiądz, który nie podpisuje się pod żadną konkretną religią? W mojej głowie pojawiały się różne teorie: miasto umarłych, sekta, wampiry, kosmici, inne wymiary… Uprzedzam – wszystkie były błędne, co bardzo mnie ucieszyło, bo nie ma nic gorszego od samodzielnego rozwiązania zagadki w połowie książki. Chciałabym wspomnieć o pozostałych zaskoczeniach, ale to oznaczałoby kolejną czytelniczą zbrodnię tzn. zdradzenie treści i popsucie zagłębiania się w tekst. W związku z tym – z ciężkim sercem nie dodaję już ani słowa. Na pewno mogę stwierdzić, że autor miał dobry pomysł na fabułę i zgrabnie wszystko opisał. Szkoda, że książka jest tak krótka – poszczególne wątki i postacie aż proszą się o rozwinięcie, ale z drugiej strony tytuł (“Krótka historia…”) broni się przed tą uwagą. Ostatecznie, niektórzy lubią sami dopowiedzieć to, czego nie było w tekście. Wyobraźnia to dobra rzecz, a książka powinna inspirować i zachęcać do przemyśleń. Temat śmierci i żałoby jest właściwie nieskończony, bo każdy może mieć własne odczucia, przeżycia. Chodzi o coś, czego tak naprawdę nie możemy sprawdzić, a potem powiadomić innych, że jest tak albo tak. W przypadku “Krótkiej historii o istocie umierania” warto zaznaczyć, że rozwój wydarzeń opiera się o psychologiczny schemat przeżywania żałoby. Każdy z nas kogoś stracił lub widzieliśmy kogoś, kto musiał sobie z tym poradzić. Książka Michała Staroszczyka nie odpowiada na pytania, ale z całą pewnością przedstawia podejście, które warto sobie przemyśleć, a może nawet spróbować zastosować w kryzysowej sytuacji. Alicja Sikora
Bookeriada - awatar Bookeriada
oceniła na711 lat temu
Historie, w których nic się nie dzieje Igor Kulikowski
Historie, w których nic się nie dzieje
Igor Kulikowski
Igor Kulikowski stworzył historie, w których, jak podaje tytuł, nic się nie dzieje. Owszem, nie znajdziemy w nich nadzwyczaj rozbudowanych akcji, nie przeczytamy o niezwykłych przygodach jeszcze bardziej niezwykłych bohaterów, nie będziemy trzymani w napięciu do ostatniej strony – nic z tych rzeczy! Autor poszedł całkiem inną, co nie znaczy, że gorszą drogą… Celebracja życia, radość z małych rzeczy, szacunek wobec odmienności innych ludzi, wobec ich własnych wyborów…, to tylko nieliczne przykłady, których owe historie dotyczą. Opowiadania, które nam autor “zaserwował”, mają bowiem na celu pokazanie, jak bardzo każda chwila jest ulotna, jak szybko wszystko przemija i jak bardzo śmierć jest nieuniknionym końcem każdego z nas. Niby każdy o tym wie, nie każdy jednak potrafi się z tym zmierzyć. Ludzie myślą, że są niezniszczalni, że śmierć ich nie dotyczy, że umierają tylko starzy i niepotrzebni już na tym świecie… Zapominają jednak, że kiedyś sami tacy będą i to nawet szybciej, niż się im wydaje. Czas leci nieubłaganie. Nie ma litości dla nikogo. Nie wszystkim też ofiaruje swoje “usługi” tak długo, jak by tego chcieli. Dlatego też autor napomina, by się na chwilę zatrzymać, by znaleźć sens w tym, co się już ma, w tym, co jest wokół, by tak nie pędzić, bo nie będzie powrotu. Dzieciństwo, smak niewinności, poczucie bezpieczeństwa, nieskończoności… to wszystko mija i zostają jedynie wspomnienia. Dorastanie zawsze wiąże się ze stratą. Trzeba się z tym pogodzić, ale i umieć czerpać z tych pięknych, dawno minionych chwil. Autor pokazuje w swych tekstach również ogrom i piękno przyrody, wszechświata… Zestawia z nimi człowieka, którego “wielkość” pozostawia wiele do życzenia. Ludzie potrafią być bardzo okrutni, drwią z inności, narzucają “prawdę”, mówią, co jest dobre, a co złe, ustalają granice…, przez co wiele “niedopasowanych” osób, chcąc nie chcąc, wybiera samotność. “Historie, w których nic się nie dzieje” to książka, którą można, a nawet należy sobie dawkować. To pozycja, do której sięgniemy, kiedy będziemy potrzebować wyciszenia, zatrzymania się… Igor Kulikowski posługuję się metaforycznym, niemal poetyckim językiem. Co ważne, czytając jego zbiór, sama niejednokrotnie “odpływałam” w rozmyślania na temat życia, mojej osoby, sensu tego wszystkiego, co się wokół mnie i innych dzieje… A więc misja spełniona. Bo autor zmusza do refleksji. Filozofuje i nas również do tego zachęca. Książka na dłużej. http://napieknej.wordpress.com/2014/04/10/historie-w-ktorych-nic-sie-nie-dzieje-igor-kulikowski/
Marta Murzyn - awatar Marta Murzyn
ocenił na612 lat temu
Rura Anatolij Krym
Rura
Anatolij Krym
Czy potraficie wymienić tytuł jakiejkolwiek polskiej powieści politycznej – nie musi być dobra – z ostatnich kilku lat? Nie martwcie się, ja również – może z wyjątkiem „Żywiny” Rafała A. Ziemkiewicza – miałem z tym problem. Czy nasza scena polityczna jest tak nudna i przewidywalna, że nie dostarcza rodzimym pisarzom ciekawych tematów, inspiracji? A może także ludzie pióra, jak gros społeczeństwa, mają już zwyczajnie dosyć popisów wybrańców narodu? Tymczasem na Zachodzie, a zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, ten gatunek literatury ma się dobrze. Ba, nawet sami politycy nierzadko sięgają po pióro… Nie wiem, jak rzecz ma się za naszymi wschodnimi granicami, ale sądząc po tym, że wydawane są u nas „ichnie” książki, tego typu literatury w księgarniach za Bugiem nie powinno brakować. Najświeższym przykładem może być właśnie „Rura” Anatolija Kryma. Ukrainiec jest nie tylko prozaikiem, ale także popularnym w swojej ojczyźnie dramaturgiem i scenarzystą filmowym. Po kilku latach pracy w telewizji postanowił związać swoją przyszłość wyłącznie z pracą twórczą. W naszym kraju ukazały się dotychczas „Opowiadania o żydowskim szczęściu” i wybór dramatów pod tytułem „Testament cnotliwego rozpustnika”. Sztuki Kryma grywane są nie tylko na scenach ukraińskich i rosyjskich, ale także w Bułgarii, Polsce, Niemczech i we Włoszech. Pierwsza powieść Kryma ukazuje się nad Wisłą nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka. Wydawca wykonał swoją pracę jak należy, więc nie ma sensu skupiać się nad przecinkami postawionymi w niewłaściwych miejscach. Przejdźmy do akcji. Głównym bohaterem i narratorem jest Sława Kandyboczka, niegłupi prawnik mający to szczęście, że jest dalekim krewnym prezydenta Ukrainy Stiepana Sopronowicza Goculenki. Przez więzy krwi już stosunkowo niedaleka droga do spokojnej i przede wszystkim intratnej posadki w kancelarii głowy państwa. Między produkowaniem nikomu niepotrzebnych analiz, przemówień i opracowań jest masa czasu na „uszczęśliwianie” rozlicznych sekretarek – żyć, nie umierać! Czar pryska, gdy na Ukrainie dochodzi do przewrotu. W parlamencie posłowie prują do politycznych przeciwników seriami z karabinów, a na ulice wyjeżdżają czołgi. Sława – wraz ze swoim mocodawcą, jego prawą ręką, proprezydencką aż do bólu deputowaną i dwójką opozycjonistów, którzy (nie)przypadkowo znaleźli się w czasie puczu w gabinecie prezydenta – ucieka do… tytułowej rury służącej do przesyłu gazu. Skąd w pałacu głowy państwa wejście do gazociągu? Mniejsza z tym, ważne, że można nim dostać się do bezpiecznej Polski, a stamtąd poinformować świat o bezprawnym pozbawieniu Goculenki władzy. Uciekinierzy zabierają ze sobą kilkanaście milionów dolarów w charakterystycznych dla targowisk kraciastych torbach. Jak wielkie będzie zaskoczenie naszych bohaterów, gdy w rurze znajdą nie tylko gaz. Spotkają tam starszego lejtnanta KGB, od trzydziestu lat – nieświadom upadku Związku Radzieckiego – nadal pilnującego gazociągu przed wrogami ludu, Żydami i reakcjonistami, który w końcu zostanie ich przewodnikiem, Cyganów handlujących czym się da i proprezydenckiego oligarchę, który kilka miesięcy wcześniej zaginął w tajemniczych okolicznościach. W ręce świty Goculenki wpadnie też dokument o tajemniczym kryptonimie „BB”, którego ujawnienie może wywołać trzecią wojnę światową. Nie jest to powieść polityczna sensu stricto. Raczej – jak słusznie zauważa wydawca – satyra z gatunku political fiction, o lekkim purnonsensowym zabarwieniu. Postacie są nakreślone grubą kreską, ale nie na tyle przerysowane, żeby w ich cechach charakteru nie odnaleźć przywar prawdziwych polityków z pierwszych stron gazet i telewizyjnych wiadomości. Zdaniem wspomnianego już wydawcy, autor kpi ze sceny politycznej naszego wschodniego sąsiada sprzed wybuchu pomarańczowej rewolucji. Moim skromnym zdaniem nic bardziej mylnego – Goculenko do przesady zafascynowany wszystkim co ukraińskie (a zwłaszcza starymi żelazkami i garnkami) jest wzorowany na Juszczence, Żanna Władimirowna na Julii Tymoszenko, a tytułowa rura to nic innego jak czytelne nawiązanie do „wojen gazowych” toczonych między Kijowem a Moskwą. Nie wiem, jakie są sympatie polityczne autora, ale Krym pisze wyłącznie po rosyjsku, a stąd już krok do popierania obozu Wiktora Janukowycza (tak, wiem, że myślę stereotypowo…). Główni aktorzy pomarańczowej rewolucji znikli z ukraińskiej sceny politycznej praktycznie równie skutecznie co bohaterowie powieści. Na pewno przesadzam, ale zdecydowana większość pisarzy za wschodniej granicy to świetni gawędziarze. Jeśli dodamy do tego bujną wyobraźnię, plastyczny język i zgoła oniryczne motywy, otrzymamy charakterystyczny styl, nie zmieniony od czasów carskich, przez lata sowietyzacji i ostatniego, „zdemokratyzowanego” dwudziestolecia. Anatolij Krym po trosze kontynuuje tradycje Bułhakowa i innych mistrzów rosyjskojęzycznej prozy. To oczywiście nie ta sama liga, ale kilka scen w „Rurze” jest wyjątkowo „smacznie” podanych. Zakończenie może trochę rozczarowuje, może jest zbyt fiction. Ale gdyby książkę potraktować tylko jako satyrę, to jest jak najbardziej na miejscu. Jeśli chcecie się dowiedzieć, dokąd gazociąg z kancelarii prezydenta Ukrainy doprowadził bohaterów powieści, to ich tropem również wejdźcie do „Rury”. Tylko pamiętajcie, że trzeba się ciągle schylać i przyzwyczaić do oparów gazu (czyt.: absurdu)…
mitobrave - awatar mitobrave
ocenił na62 lata temu
Kierunkowy 22 Daniel Kot
Kierunkowy 22
Daniel Kot
Warszawa i estetyka rapu są mi obce, ale nie roczniki ’90. Zatem przynależność pokoleniowa chyba wystarczająco uprawnia mnie do wypowiedzi na temat książki Kierunkowy 22 Daniela Kota (rocznik ’91). Szczególnie, że w internecie pojawiają się głosy sugerujące, że to o nas – urodzonych po 1989 roku. Muszę przyznać, czuję się w towarzystwie tej prozy znajomo. Jak na bardzo nudnej imprezie. Ten stu stronicowy zbiór krótkich opowiadań odkrywa oczywistości. Impreza (czy też może powinnam napisać raczej „melanż”),brak kasy, przelotne kontakty z płcią przeciwną i złamane serca, jointy, alkohol i kac, i poczucie bezsensu, i dławienie w gardle/w sercu, gdy wszystko dogorywa o świcie, marzenie o jakimś innym, lepszym życiu – byle nie tym, co tu i teraz. Tylko to wszystko przecież jest stare jak świat, żadne novum, żadna specyfika pokolenia. Czy był kiedyś na świecie taki czas, gdy ludzie nie pili? Gdy kac przebiegał lżej albo inaczej? Śmiem wątpić. Może i łatwo rocznikom ’90 jest się z tymi opowiadaniami utożsamić – sytuacje i dialogi są codzienne, jakby zaczerpnięte prosto z ulicy, autobusu czy klubu, ale żadnej diagnozy tutaj nie ma. Jest opisany wyłącznie stan rzeczy. Brak uzasadnień, sugestii odpowiedzi na pytanie: „dlaczego?”. Mało też, w gruncie rzeczy, tej rocznikowej specyfiki, kolorytu, pokoleniowych doświadczeń, śladu oglądania tych samych dobranocek. Bohaterowie, razem z wspólnym dla wszystkich tekstów narratorem włącznie, są niewyraźni, mało charakterystyczni, mdło uniwersalni. Rzeczywistość jest jak wieczny, dokuczliwy listopad i naprawdę chciałoby się tylko położyć na podłodze i załamać. To wszystko jest jakoś prawdziwe i nieobce, tym większy wzbudza żal, że nie zostało pogłębione. Literacko nie jest niestety lepiej. Podział tekstu na dwie części, wyróżniane innym fontem – jako wewnętrzny i zewnętrzny świat narratora – jest mało oryginalny. Ta pierwsza płaszczyzna nie zaznacza się niczym szczególnym – jest jak przeciętna wypowiedź produkowana w tramwaju z okazji powrotu z męczących zajęć i pełna wulgaryzmów, które nikogo nie szokują ani nie porażają, raczej nudzą. Druga, mająca przełamać konwencję i ukazać tęsknotę narratora za inną rzeczywistością, za głębią – jest w smutny sposób sentymentalna i naiwna. W opowiadaniach można znaleźć mnóstwo jawnych lub ukrytych cytatów – Pezet, Eldo, Paktofonika, wiersze Joanny Lech – stają się one podpórkami dla tekstu i trudno oprzeć się wrażeniu, że (biorąc pod uwagę szczupłą objętość opowiadań Kota) jest on niesamodzielny, a cytaty zawierają najwięcej treści. Opis rzeczywistości w Kierunkowym 22 jest powierzchniowy – życie jest szalenie proste, pieniądze i dziewczyny znajdują się same, przed wszystkimi konsekwencjami udaje się uciec. W historiach imprez i włóczenia się nocą po mieście królują niepodzielnie powszechnie znane klisze z filmów i powieści, a ich modyfikacje polegają wyłącznie na tym, że standardową kartę kredytową używaną do formowania ścieżek towaru zastępuje legitymacja studencka. Ważna dla tej książki jest na pozór Warszawa – wielkie miasto, które trzeba było oswoić po przybyciu na studia. Gdzieś w tle pobrzmiewa ciche oskarżenie miasta, że to ono coś zniszczyło, znieczuliło w narratorze. Na okładce, autora i tytuł otaczają cztery warszawskie Pałace Kultury z iglicami skierowanymi groźnie do środka. Cała ta złowieszczość stolicy to jednak również klisza i to mocno wytarta. Histeryczny, maksymalnie wsłuchujący się w siebie narrator, bojący się o własne zdrowie, ale jeszcze bardziej panikujący przed wizytą u lekarza, użalający się nad sobą bezustannie i analizujący choćby ten fakt, że jest w wieku najlepszym dla rozwoju chorób psychicznych, wydaje się nawet niezdolny do porządnego szaleństwa, przyzwoitego imprezowania. Jest w tym wszystkim jakoś zbyt poprawny. Taki też jest ten zbiór opowiadań. Modnie, zgodnie – zero przekroczeń. Aleksandra Byrska
Bookeriada - awatar Bookeriada
oceniła na711 lat temu
Murzynek B. Artur Daniel Liskowacki
Murzynek B.
Artur Daniel Liskowacki
Lubię literaturę polską. Sięgam nie tylko po książki znanych autorów, ale także po nazwiska całkiem mi obce. I choć niekiedy zdarzają mi się rozczarowania, to jest ich zdecydowanie mniej niż tych miłych chwil spędzonych w towarzystwie ciekawych bohaterów, mądrych historii skreślonych na kartach powieści naszych inteligentnych, rodzimych twórców. Takie właśnie było moje spotkanie z panem Arturem Danielem Liskowackim: prozaikiem, poetą, eseistą i autorem słuchowisk radiowych oraz utworów dla dzieci, publicystą i krytykiem teatralnym. Tytułowy Murzynek B. (B jak... Bambus? Bohater? Bambo?) mieszka w jednym z większych miast P. (wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują na Polskę i Szczecin jako miejsce akcji). Jest w trudnym okresie dojrzewania, budowania swojej tożsamości i odpowiadania sobie na pytania: kim jestem, skąd pochodzę i dokąd zmierzam. W jego przypadku jest to jednakże trudniejsze niż w środowisku jego rówieśników, bo skóra B. ma ciemny kolor, co sprawia iż oczy wielu zwrócone są właśnie na niego... Jak sam przyznaje: "Murzynów widzi każdy. Oczywiście, z wyjątkiem Murzynów. On widzą jedynie to, że inni ich widzą". Jego matka, Barba, jest Polką, zaś ojciec-Anthony Onouora pochodzi z Afryki (kontakt z synem ogranicza się do sporadycznych telefonów kilka razy w roku, z których i tak nic nie wynika). Murzynek B. ma jednego przyjaciela - Macieja Maja (nazywanego Majem) i praktycznie na tym kończy się jego życie towarzyskie. Trudno się dziwić, iż jest zakompleksiony, przewrażliwiony i zastraszony skoro od najmłodszych lat doświadcza wielu przykrości wynikających z odmiennego koloru skóry. W przedszkolu dzieci nie chcą go trzymać za rękę, w szkole kolega ma psa o imieniu Murzyn, pan od wuefu mianuje go następcą Olisadebe, a koledzy na boisku wołają na niego Kali albo Wal Sie Bubu. Będąc na wycieczce szkolnej w muzeum na Wałach Chrobrego, ogląda rekonstrukcję wioski z afrykańską chatą i otrzymuje propozycję, by do niej wszedł, by klasa mogła zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie z jakże adekwatnym 'eksponatem'! Na ulicy słyszy dowcipy o Murzynach, spotyka policjantów-rasistów i chuliganów, ostrzegających go, by nie zbliżał się do białych kobiet. Wciąż prześladuje go paniczny strach, że go gonią, że obserwują, że bić będą na każdym kroku... By być zawsze gotowym do ucieczki, nie spożywa alkoholu. Nie jada także bananów i nie pija mleka (w dzieciństwie wylewał je do babcinej doniczki z kwiatkiem). Próbując odnaleźć siebie w tym nieprzychylnym mu świecie, szuka swych korzeni, przygląda się sobie i swoim przodkom, próbuje dogłębnie zrozumieć siebie. No i znajduje - dowiaduje się, że oprócz tego iż jest Murzynem, jest także Żydem, czyli w jego języku Mużydem. Czy może być gorzej? Struktura powieści jest skomplikowana: liczne przeskoki z jednego do drugiego wydarzenia w życiu Murzynka B., urwane wątki, notatki i dygresje na różnorodne tematy spisane przez samego bohatera, odważny (niepozbawiony wulgaryzmu) język, momentami przechodzący w młodzieżowy slang, grę słowem, pełną literackich nawiązań i kulturowych cytatów (np. "Dlaczego czarne, czarna rozpacz, czarny poniedziałek na giełdzie, czarna owca, czarna polewka (co to musiało być za gówno),czarna magia, czarny humor? Pytanie, co Murzyn ma najbardziej białego? Odpowiedź: pana"),czyli totalny miszmasz trudny do ogarnięcia. Ale właśnie z tego chaosu słów i natłoku zdarzeń wyłania się pełen obraz naszej polskiej rzeczywistości, w której tak chętnie dyskutuje się o dyskryminacji, ale nic się z nią nie robi, gdzie stereotypy świecą triumfy, a na szydzenie z drugiego człowieka dostaje się milczące przyzwolenie... Proza Liskowackiego przesycona jest mocnymi słowami i dobitną treścią, bo "Murzynek B." nie jest lekturą lekką, ale trudną, bolesną, gorzką i uświadamiającą wiele nam, Polakom. Warto zaznaczyć, że kolejne rozdziały książki rozpoczynają poszczególne zdania z wierszyka Juliana Tuwima "Bambo". Mimo iż całość dotyczy Czarnego, czy jak kto woli Murzyna, Niggera, niewolnika (wszystkie określenia pochodzą od autora) to nie miejmy złudzeń - Liskowacki pod czarnym kolorem skóry ukrywa także inne, napiętnowane w naszym kraju i poza nim odmienności... Chce nas leczyć z ksenofobii, piętnuje rasizm, ale i pokazuje, że każdy z nas w dowolnej chwili i miejscu może się stać 'obcym' i być narażonym na podobne 'represje'. Może stać się Murzynkiem B. niezależnie od tego, ile pigmentu ma w swojej skórze... Jeśli macie ochotę na błyskotliwą, ironiczną, bardzo inteligentną, napisaną żywym językiem, naznaczoną trudną, nielinearną, aczkolwiek konsekwentnie prowadzoną narracją, powieść, traktującą o sprawach ponadczasowych, nieobcych żadnemu człowiekowi niezależnie od koloru skóry, wyznania, czy poglądów politycznych to "Murzynek B." jest tą właściwą lekturą, której warto poświęcić trochę czasu... Opinia opublikowana na moim blogu: http://mojaksiegarnia.blogspot.com/
Ines - awatar Ines
ocenił na714 lat temu
Horror Vacui Katarzyna Gondek
Horror Vacui
Katarzyna Gondek
Lęk przed pustką - komuż z ludzi nie zdarzyło się nim dręczyć? W końcu dobrze mieć w życiu cel, poczucie sensu, bycia spełnionym... U Normy (a może Nory...),bohaterki tej książki, jest on jednak czymś więcej, jest bardziej dosłowny i namacalny. Na początek dostajemy w książce smutny, przerażający, rozrywający serce obraz rodziny dysfunkcyjnej pokazany oczami dziecka, zmuszonego sobie w takich warunkach radzić. Ojciec - pijak, matka - zdająca się pławić w roli ofiary, a w tym wszystkim mała dziewczynka, przymusowy widz tego nieprzeznaczonego dla małych oczu przedstawienia. Norma chciałaby uciec z tego szamba. Mogłaby do szkoły, do rówieśników, ale tam również nie czeka jej nic dobrego. Kiedy więc w domu rodziny pojawia się tajemnicza staruszka, dziewczynka lgnie do niej, jakby instynktownie upatrując w jej pomarszczonym ciele ukojenia. Droga przez kontakt z umierającą babką prowadzi ją do nieznanego dotąd świata własnego wnętrza, w którym może wreszcie poczuć się bezpieczna. Historia dzieje się na dwóch płaszczyznach. Jedną z nich jest ponura rzeczywistość Normy w jej rodzinnym domu. Druga to kolorowy świat wyobraźni dziewczynki, który stworzyła sobie, by ratować się przed zalewającym ją zewnętrznym złem. Prawda miesza się tu z fikcją w sposób wywołujący zawroty głowy. Niemalże w każdym zdaniu można doszukać się głębszego sensu. "Horror vacui" to opowieść do głębi realistyczna, wręcz raniąca. Jednocześnie przybiera postać niezwykłej baśni. Nie jest to jednak baśń o księżniczkach i białych rumakach. To pełna skrajnych emocji opowieść o istotach, które są dobre i złe zarazem. Które chcą wykorzystać i pomóc, skrzywdzić i uratować... Płakałam nad losem Normy. Kibicowałam jej, by odnalazła siłę na powrót do "zwykłego" świata, pełna obaw, czy nie lepiej będzie jednak dać jej święty spokój i zostawić w bezpiecznej, wewnętrznej krainie. Odrzucenie, samotność, poczucie beznadziei, a wreszcie chęć wyrwania się z tego świata, znalezienia lepszego miejsca - do czego może doprowadzić trwanie w pustce? Czytajcie, jeśli nie boicie się spotkania z niewyobrażalnym bólem istnienia.
PaniBookietowa - awatar PaniBookietowa
oceniła na71 rok temu
Skandynawska wieża Babel. Studium udręki szwedzkiego urzędnika Jerzy Stypułkowski
Skandynawska wieża Babel. Studium udręki szwedzkiego urzędnika
Jerzy Stypułkowski
"(...) rutyna jest dla intelektu niczym buldożer, co niszczy wszystko, tłamsi, rozbija w drzazgi i zamienia w puder – i w końcu zostaje jedynie pustka". Wpisując w internetową wyszukiwarkę hasło "urząd", wyskakująca ilość znalezionych wyników może nas nieco przytłoczyć. Różnorodne urzędy, o wszelakiej specjalizacji, tworzą biurokratyczną strukturę państwa, i jak się okazuje nie tylko naszego. Szwecja - jeden z krajów skandynawskich, z którym nieodłącznie kojarzy się nam dobrobyt i postęp cywilizacyjny, również zalicza się do tego kręgu, bowiem i tam biurokratyczna maszyna dosięga ram absurdu. A co najgorsze, dosięga miejsca niemal świętego – biblioteki. Jerzy Stypułkowski to gdańszczanin, mieszkający od ponad trzydziestu lat w Sztokholmie, gdzie ukończył studia na kierunkach historia literatury, informatyka i bibliotekoznawstwo. Autor przez wiele lat wykonywał zawód bibliotekarza w National Library of Sweden, na chwilę obecną natomiast zajmuje się pisaniem. W 2002 r. wydał powieść pt. "Decyzja". Polak, mieszkający w Szwecji, nazwany przez autora wyłącznie jedną literą – K. jest urzędnikiem. Urzędnikiem pracującym w bibliotece. Szefem urzędu jest Runar - despota dla którego pracownicy potrafią zrobić dosłownie wszystko. Bohater opisuje swoją codzienną rzeczywistość, naznaczoną absurdem, marazmem, rutyną i udręką. K. niczym bohater "Procesu" Kafki nie potrafi wyrwać się z paradoksów urzędniczego świata. "Skandynawska wieża Babel. Studium udręki szwedzkiego urzędnika" to proza niełatwa. Obyczajowo-satyryczno-groteskowy wymiar książki, zmusza bowiem czytelnika do poważnego zagłębienia się w historię K. Bohater ten, jako outsider w swoim środowisku, przedstawia swoimi oczami wszelkie negatywne zjawiska pojawiające się w państwowym urzędzie: kult szefa, lizusostwo, rutyna, nikomu niepotrzebna biurokracja i schematyczność. W oczach K. praca w urzędzie działa destrukcyjnie na indywidualizm i kreatywność, wystawiając na piedestał służalczość i konformizm. Cały ten obraz potraktowany został przez autora nieco satyrycznie, co niewątpliwie daje się zauważyć, Stypułkowski bowiem dość bezpośrednio obnażył absurdy biurokratycznego życia. Niewątpliwie, po lekturze książki w pamięci czytelnika pozostanie kilka wymownych, paradoksalnych i nieco ironicznych obrazów pracy urzędnika, typu sprawa kabli wychodzących z podłogi, czy projekt mycia samochodu szefa. Po lekturze książki jestem skłonna nawet uwierzyć, że większość absurdów sytuacyjnych, jakie autor przytoczył miało swoje odzwierciedlenie w skandynawskiej rzeczywistości. W tej materii chyba nic mnie nie już zdziwi. Dzieło Stypułkowskiego to bardzo obszerne (liczące ponad pięćset stron) studium ludzkiej psychiki, która wtłoczona na ponad dwadzieścia lat w pewne ramy i schematy, nie potrafiła się z nich wyrwać. Co ważne, to studium psychologiczne w dużej mierze samego autora, który jak sam przyznaje - książka to rezultat jego osobistych doświadczeń. Trudno również nie odczuć wrażenia, jakoby K. stanowił alter ego Stypułkowskiego, na co wskazuje biografia autora i tożsama do niej treść fabuły. Oprócz warstwy dotykającej absurdów urzędniczej pracy, czytelnik otrzymuje również dość pesymistyczny obraz człowieka, który nie potrafi odnaleźć się w swojej emigracyjnej rzeczywistości. Liczne dygresje dotyczące przeszłości, rozważania i refleksje, budują dość specyficzny klimat historii K. W tej książce nie liczcie bowiem na wartką akcję, nagłe zwroty fabularne, czy trzymającą w napięciu zagadkę. Wręcz przeciwnie, Stypułkowski bardzo powoli kreuje świat urzędnika i człowieka uwikłanego w machinę biurokracji. Akcja toczy się bardzo niespiesznie, podkreślając często kondycję emocjonalną głównego bohatera. Okładkę książki zdobi reprodukcja obrazu Pietera Bruegla pt. "Mała Wieża Babel", która oczywiście wraz z tytułem posiada swój symboliczny wymiar. Wymiar, trzeba podkreślić trafny, bowiem po lekturze dzieła autora, praca w urzędzie jawi się jako zajęcie powodujące jeszcze większy zamęt, nie przynoszące żadnych pozytywnych rezultatów, sztuka sama w sobie. Czy tak jest w rzeczywistości? Trudno w tym przypadku nie zgodzić się z autorem. Jeśli więc macie ochotę na nietuzinkową, słodko-gorzką historię przypadku homo biurocraticusa, zachęcam do lektury. "Forma była dla nich wszystkim. Poza formą nie istniało nic". http://www.subiektywnieoksiazkach.pl
Wioleta Sadowska - awatar Wioleta Sadowska
oceniła na811 lat temu

Cytaty z książki Czereśnie prosto z drzewa

Więcej

Jeśli chodzi o Darwina, nie miał do końca racji, ponieważ przodkami ludzi, a przynajmniej mężczyzn, nie były małpy, lecz psy. Złapane w szczęki szczerzącej kły ewolucji kundle, zadzierające nogę przy każdym napotkanym drzewie, najlepszą kość zakopują na później.

Jeśli chodzi o Darwina, nie miał do końca racji, ponieważ przodkami ludzi, a przynajmniej mężczyzn, nie były małpy, lecz psy. Złapane w szczęki szczerzącej kły ewolucji kundle, zadzierające nogę przy każdym napotkanym drzewie, najlepszą kość zakopują na później.

Karol Ketzer Czereśnie prosto z drzewa Zobacz więcej
Więcej