Kaszel

Okładka książki Kaszel autora Walter Vogt,
Okładka książki Kaszel
Walter Vogt Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy Seria: Biblioteka Jednorożca literatura piękna
128 str. 2 godz. 8 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Seria:
Biblioteka Jednorożca
Tytuł oryginału:
Husten
Data wydania:
1971-01-01
Data 1. wyd. pol.:
1971-01-01
Liczba stron:
128
Czas czytania
2 godz. 8 min.
Język:
polski
Średnia ocen

6,1 6,1 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Kaszel w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Kaszel

Średnia ocen
6,1 / 10
12 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Kaszel

avatar
506
188

Na półkach:

LITERACKI KASZEL

www.milczenieliter.pl
***
Podobno właściciele upodabniają się do swoich psów (lub odwrotnie). Kto wie, czy tak samo nie dzieje się z tytułami książek?

Idąc tym tropem, stwierdzić można (jednak z pewną ostrożnością),iż opowiadania Vogta mają wiele wspólnego z kaszlem:
-suche i konkretne w treści,
- pozostawiają po sobie pewien dysonans, swoistą literacką flegmę, którą trzeba odkrztusić,
- w większości krótkie.
Zazwyczaj dotyczą medycyny, lekarzy, pracy zawodowej. Czytamy o leczeniu, operacjach, odchodzeniu z pracy i śmierci. Wydaje mi się, że właśnie odchodzenie (w różnej postaci) jest tutaj tematem przewodnim, z którym autor chciał się zmierzyć.

Vogt wykonał solidną lekarską robotę. Książka momentami zmusza do zastanowienia, czasem na chwilę zaintryguje, ale na dłuższą metę nie nadaje się do ponownego wykorzystania. Zupełnie jak recepta.
Hmmm.

LITERACKI KASZEL

www.milczenieliter.pl
***
Podobno właściciele upodabniają się do swoich psów (lub odwrotnie). Kto wie, czy tak samo nie dzieje się z tytułami książek?

Idąc tym tropem, stwierdzić można (jednak z pewną ostrożnością),iż opowiadania Vogta mają wiele wspólnego z kaszlem:
-suche i konkretne w treści,
- pozostawiają po sobie pewien dysonans, swoistą literacką...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
404
282

Na półkach: , ,

ŚMIERĆ PO SZWAJCARSKU

„Kaszel” szwajcarskiego pisarza Waltera Vogta (1927-1988) jest zbiorem dwunastu krótkich form prozatorskich. Z pewnością jest to jedno z najciekawszych moich literackich odkryć ostatnich tygodni. Niespecjalnie wierzę w telepatię, ale Vogt umarł zaledwie miesiąc i pięć dni po moich narodzinach– kto wie, którędy biegną żyły wodne, więc może akurat któraś z berneńskich zahaczyła podówczas o południową Polskę – tak, czy inaczej bardzo mi przypadły do gustu te nieoczywiste, krótkie prozy.

Książka nosi podtytuł „Opowiadania prawdopodobne i nieprawdopodobne”, który jest kluczem do zrozumienia poetyki używanej przez Szwajcara. Choć najłatwiej byłoby ulec pokusie zamknięcia opowiadań Vogta w szufladzie o nazwie „literatura grozy”, kwestia klasyfikacji jest w tym przypadku o wiele bardziej skomplikowana. Groza w literaturze bywa bowiem nader często dopasowywana do lichej konstrukcji fabularnej, obliczona na najtańszy efekt. Tymczasem u Vogta w sposób wyjątkowo jaskrawy daje się odczuć brak jakiejkolwiek oczywistości. Opowiadania Szwajcara rozgrywają się w trudnej do eksploracji przestrzeni pomiędzy prawdopodobnym a nieprawdopodobnym. Ich mocno zakorzeniona w surrealizmie groza jest bardziej sugestywna i przejmująca właśnie dlatego, że wyrasta z pozornej codzienności. Jakby to, co nieprawdopodobne było nieodłączną częścią prawdopodobnego – Vogt zaś z góry skazuje czytelnika na porażkę w próbach dostrzeżenia momentu przejścia z jednej rzeczywistości do drugiej.

Próbując porównać prozę Waltera Vogta do bardziej znanych literackich zjawisk, można sobie wyobrazić tło akcji jakby wprost wyjęte z opowiadań Antoniego Czechowa, przedstawiające ludzi przeciętnych, niczym szczególnym się nie wyróżniających – a wszystko to przetworzone przez niepokojące wizje wyobraźni i bizarność, jak u Olgi Tokarczuk.
Do tego jeszcze daje się odczuć w „Kaszlu”, zaczerpnięte od Franza Kafki poczucie zaszczucia jednostki, jej nieważkość, nieistotność, psychiczną klaustrofobię. Zwłaszcza w otwierającym ten zbiór opowiadaniu tytułowym – Feliks Wieder, którego nazajutrz po dniu jego czterdziestych pierwszych urodzin zaczął nawiedzać uporczywy kaszel jest, jak już zauważył jeden z moich przedmówców, bardzo podobny do bohatera opowiadania Kafki pt. „Przemiana”. Odpowiedź na pytanie o wartość zwykłego człowieka w prozie Vogta kryje się na przykład w opowiadaniu pt. „Pani Marsden” – w którym bohaterka „hochsztaplerka, której zdolności graniczyły z genialnością”, stała bywalczyni domów dla obłąkanych – połknęła już szóstą łyżkę stołową w swojej „karierze”. Puenta tej miniatury jest wymowną repliką, wypowiedzianą przez podającą do stołu zakonnicę: „– Szkoda łyżki”.

Szwajcarski prozaik powołuje do życia całe spektrum sugestywnych postaci, istną galerię osobliwości, zwłaszcza wśród lekarzy. Mamy tu zatem między innymi: chirurga, który nie odróżnia lewej strony od prawej i operuje na chybił-trafił, albo niejakiego doktora Niliusa, który ma cokolwiek nieortodoksyjne podejście do przysięgi hipokratejskiej, celowo pozostawiając pacjentom chore organy, a usuwając te zdrowe, zanim nastąpi przerzut. Ale nie tylko wśród lekarzy wszechobecna jest – mamy tu również seryjnego mordercę, który rozjeżdża ludzi samochodem, bo chce, by ludzkość wyginęłą i podążającego jego śladem, zafascynowanego nim prokuratora. Jest także postapokaliptyczna opowieść o ostatnich ludziach na Ziemi. Groteska miesza się tu z horrorem w bardzo nierównych proporcjach.

Klimat stworzony przez Szwajcara jest jednak niepowtarzalny. Szpitale psychiatryczne wydają się bowiem scenerią tak wielokrotnie już opisywaną we wszelkiego rodzaju literaturze, że przypominającą wręcz talię zgranych kart. A jednak Vogtowi udało się opisać to miejsce w taki sposób, że nawet nie musnął swoim piórem banału. Jak chociażby w jednym z najlepszych utworów w tym zbiorze, „Problem potrzeby”, gdzie łóżka w szpitalu, „hotelu snów”, wobec chwilowego braku pacjentów zapełnia się pracownikami, tak że „narzuca się wprost konieczność rozbudowy”.

Tak, jak między dwiema rzeczywistościami, Vogt z łatwością dokonuje przejść między życiem a śmiercią. Wiele jest trupów w tych dwunastu prozach, które złożyły się na „Kaszel”. Większość opowiadań Vogta nie kończy się happy endem i nierzadko jest to oczywiste już od pierwszych ich słów. Drugoplanowym, choć przecież najważniejszym bohaterem zdecydowanie jest tutaj śmierć. Nawet jeśli ostatecznie którejś z postaci udaje się jej uniknąć, (jak w opowiadaniu „Mistrz piekarski nie może umrzeć”),ocalone życie staje się jakąś „antyśmiercią”. Odnoszę wrażenie, że dopiero po lekturze opowiadań Vogta, zaczynam rozumieć, co miała na myśli Emily Dickinson, gdy pisała w jednym z wierszy (podaję w przekładzie Krystyny Lenkowskiej): „Żyjemy po szwajcarsku – /Tak cicho – i Chłodno – /Aż przypadkiem /Alpy Zasłon nie zaciągną/ I popatrzymy dalej!”. Jeśliby dodać do powyższego, że Rafał Wojaczek w jednym ze swoich wierszy porównał śmierć do, „Alp Światła”, może udałoby się nieco zbliżyć do istoty rzeczy. Opowiadania Vogta mogłyby dziać się wszędzie na świecie, pozornie sielankowa Szwajcaria jest tylko dekoracją. Wiele wizji, przedstawionych przez szwajcarskiego prozaika swoją siłą przypomina halucynacje, wywołane zmęczeniem na stromym stoku, czy śnieżną ślepotą. Mam pełną świadomość faktu, że są to bardzo odległe interpretacyjne meandry, ale, proszę mi wierzyć, Walter Vogt nie pozwala czytelnikowi na korzystanie z najprostszych ścieżek.

Poza omawianym tu zbiorkiem, jedyna książka Vogta jaka ukazała się w polskim przekładzie to „Ja, nieśmiertelny” – zapis wewnętrznego monologu starego lekarza, ordynatora kliniki w Bernie. Już na podstawie tego krótkiego opisu można wysnuć wniosek, że Vogt w swojej pisarskiej ścieżce był konsekwentnie wierny tematyce szpitalnej. Sam przecież był lekarzem psychiatrą, długie lata pracował również jako radiolog. A zaczął pisać dość późno – już po trzydziestce, jak podają źródła – w wyniku długiej choroby. „Kaszel” (w oryginale „Husten”) to jego debiutancka książka. Przepuszczenie dobrze znanej pisarzowi, lekarskiej rzeczywistości przez sito niedomagającego umysłu pozwoliło na stworzenie jedynego w swoim rodzaju, oryginalnego świata, sytuującego się na pograniczu jawy i koszmaru.

Jedyny mankament zbioru opowiadań Vogta polega na tym, że ilość tej prozy jest wprost aptekarska lub też, że jest – by konsekwentnie trzymać się szpitalnej metaforyki – niczym płyn z kroplówki skapujący do żyły. Cała książeczka liczy sobie bowiem zaledwie 128 stron minus spis treści i ilustracje. „Kaszel” został opublikowany przez PIW w ramach popularnej na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych serii „Biblioteka Jednorożca”, gdzie każdy minimalistycznie wydany tomik był pieczołowicie ilustrowany – za stronę wizualną omawianej książki odpowiadał znakomity grafik i karykaturzysta Andrzej Czeczot.

Warto czasem wyłowić taką perłę spomiędzy wieprzy, zanurzyć głowę w strumień cudzej jaźni. Pozwolić kroplom surrealizmu, by nieśpiesznie spływały do wewnątrz naszej czytelniczej świadomości. Zupełnie nie dziwi mnie fakt, że mój egzemplarz „Kaszlu” zakupiony w jednym z zaprzyjaźnionych antykwariatów, upstrzony jest gdzieniegdzie bordowymi plamkami, przypominającymi krew. Z całą pewnością, w miarę jak zbliżałem się do końca lektury opowiadań Waltera Vogta, coraz bardziej uświadamiałem sobie, że coś zaczyna mnie drapać w gardle.

ŚMIERĆ PO SZWAJCARSKU

„Kaszel” szwajcarskiego pisarza Waltera Vogta (1927-1988) jest zbiorem dwunastu krótkich form prozatorskich. Z pewnością jest to jedno z najciekawszych moich literackich odkryć ostatnich tygodni. Niespecjalnie wierzę w telepatię, ale Vogt umarł zaledwie miesiąc i pięć dni po moich narodzinach– kto wie, którędy biegną żyły wodne, więc może akurat...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
1557
944

Na półkach: , ,

Sięgnięcie po nieznanego mi autora jakim jest Herman Vogt było przypadkiem. Książęczkę jaką zauważyłem wzbudziła moje zainteresowanie nie tylko tytułem Kaszel, ale podtytułem Opowiadania prawdopodobne i nieprawdopodobne. Wtedy stało się jasne, że mogę dostać coś ciekawego i może mającego wspólnego z opowieściami z dreszczykiem. Nie byłem tego do końca pewny, ale zawsze była szansa na taką książkę. Dlatego mnie ciekawiło i chciałem przeczytać.
Zawarte w zbiorze opowiadania poruszają się po różnej tematyce, ale najczęściej występuje w nich szpital psychiatryczny, bohater odznaczający się jakąś ułomnością i próba wyjaśnienia takiego stanu rzeczy. Już w pierwszej historii dostajemy na pozór normalną opowieść o kaszlu. Wiadomo jak może się skończyć, lecz podczas czytania ma wrażenie się, że jest w tym coś groteskowego i karykaturalnego w dziejących się wydarzeniach. Pozostałe opowiadania są również utrzymane w takim klimacie. W normalność z pozoru rzeczywistość wkrada się pewna groźba i tajemnica. W zbiorku na przykład znajdziemy opowieść na pozór kryminalną i przewrotną zarazem. Ukazaną w groteskowy sposób historie bohatera, bogatego, który poluje na ludzi i prokuratora badającego jego przypadek. Takich krótkich i dłuższych historii mamy bardzo dużo i trzeba przyznać im, że posiadają specyficzny klimat niepokoju, nieraz niesamowitości z powodu wydarzeń i samych zakończeń. W tych opowieściach bohater jest przedstawiony najczęściej jako osoba z pozoru normalna, ale wchłonięta przez system staje się tylko trybikiem w maszynie, która gna do przodu. Jej przygody obierają groteskową formę i nie wiadomo do końca co będzie się z nią działo. Sięgnięcie najczęściej po motywy szpitala psychiatrycznego lub w ogóle szpitala i badań nad czymś powoduje przedstawienie świata bohatera w sposób dziwny i niejako tajemniczy. Dlatego podczas czytania bardzo spodobał mi się klimat i sposób opowiedzenia historii.
Kaszel nie jest długą książką, bo ma tylko ponad sto stron, które czyta się szybko. Nawet opowiadania tam zawarte nie są długie i mają od dwóch stron po kilka stron. Pochłania się w zastraszającym tempie i nie wiadomo kiedy już jest po czytaniu. Styl autora jest oszczędny, wyważony, bez zbędnych udziwnień, operujący prostymi zdaniami, które mają za zadanie stworzyć aurę dreszczyku i tajemnicy, co udaje się dobrze. Bardzo przypadł mi do gustu pomimo niekiedy braku rozbudowania po części opowiadań. Zwięzłość wypowiedzi i możliwości kreacji świata ma swoje wady oraz zalety. W przypadku tych historii nie można odmówić autorowi niczego, bo stworzył ciekawe i klimatyczne opowieści. Krótkie i nie nudzące. Klimatem przypominały mi innego autora jakiego czytałem. Groteska miesza się w nich z fantastyką i wszystko zostało podlane klimatem z dreszczykiem. Chodzi oczywiście o Kafkę, którego miło wspominam i uwielbiam czytać. Dlatego podczas czytania nieraz myślałem o nim zapoznając się z historiami jakie dostałem w wykonaniu Hermana Vogta. Świat lekarzy w zamieszczonych opowiadaniach zostaje przedstawiony w krzywym zwierciadle i jest pełny absurdów. Sięgając po książkę Kaszel dostałem zbiór w klimatach kafkowskich, gdzie za zasłona normalności kryje się coś tajemniczego i dziwnego. W swoich opowieściach zabiera nas autor w świat nierealny i niezwykły, za którym kryje się groza i normalność. Jest pełny absurdów i groteski. Wybierając ją nie miałem pojęcia, ze dostanę taką fajna książkę i szkoda trochę, ze historie nie są bardziej rozbudowane, ale chyba właśnie w prostych środkach wyrazu tkwi siła zamieszczonych w zbiorze opowiadań. Byłem jej ciekawy i nie zawiodłem się podczas czytania, bo miło spędziłem nie tylko czas przy niej, ale również przyjemnie i szybko się czyta. Dobra książka dla lubiących kafkowski klimat, który cały czas jest obecny i dziwnych wydarzeń wkraczających w normalna rzeczywistość. Chętnie przeczytam jeszcze coś autora jeśli dostanę w swoje ręce, bo jestem ciekawy czy otrzymam również takie historie.

Sięgnięcie po nieznanego mi autora jakim jest Herman Vogt było przypadkiem. Książęczkę jaką zauważyłem wzbudziła moje zainteresowanie nie tylko tytułem Kaszel, ale podtytułem Opowiadania prawdopodobne i nieprawdopodobne. Wtedy stało się jasne, że mogę dostać coś ciekawego i może mającego wspólnego z opowieściami z dreszczykiem. Nie byłem tego do końca pewny, ale zawsze była...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

24 użytkowników ma tytuł Kaszel na półkach głównych
  • 13
  • 11
16 użytkowników ma tytuł Kaszel na półkach dodatkowych
  • 9
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Kaszel

Inne książki autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Grzybojad Sergio Galindo
Grzybojad
Sergio Galindo
No proszę, cóż za zbieg okoliczności. Nie minęły dwa tygodnie odkąd skończyłem czytać "Wichrowe wzgórza", a tu całkiem przypadkiem w moje ręce trafia opowiadanie nieznanego w Polsce meksykańskiego pisarza, w którym punkt wyjścia wydaje się niemal identyczny jak ten w powieści Emily Bronte. Relacja dwójki bohaterów nie jest co prawda tak burzliwa i dramatyczna jak ta Heathcliffa i Katarzyny, ale w połączeniu z towarzyszącymi jej wydarzeniami może być dla czytelnika wcale nie mniej emocjonująca. W "Wichrowych Wzgórzach" dominował klimat niepokoju, wynikającego z nieprzewidywalnych zachowań bohaterów o dzikim temperamencie oraz subtelnej obecności zjawisk nadprzyrodzonych, typowych dla powieści gotyckiej. W "Grzybojadzie" zaś stale towarzyszy nam atmosfera snu i baśniowości, której każdy z nas zapewne niekiedy doświadcza zaraz po przebudzeniu, po tym jak śniły mu się rzeczy niby to normalne, ale jednak nie do końca lub też nienormalne całkowicie. Spuszczenie z łańcucha lamparta hodowanego przez pana domu dla jednych w tym opowiadaniu jest rzeczą budząca wielkie przerażenie, a dla innych czymś najnormalniejszym w świecie. Tytułowe grzybojady to osoby wynajmowane do próbowania nieznanych grzybów, by w razie czego to one się zatruły, a nie ich gospodarze. Pani domu spędza przed lustrem swojej toaletki długie godziny na układaniu fryzur, z których żadna nigdy nie jest taka sama. Są to rzeczy, które mogą mieć miejsce w prawdziwym życiu, ale bardziej prawdopodobne jest, że pojawią się raczej w naszych snach. Taki jest właśnie "Grzybojad" Sergio Galindo, króciutkie, pięknie napisane, niemal idealne opowiadanie. Jego jedyną wadą jest chyba tylko to, że jest właśnie tak krótkie. Myślę, że nie przesadzę ze stwierdzeniem, że gdyby autor rozwinął zawarte w nim wątki do rozmiarów powieści, to jego dzieło mogłoby być dla niego tym samym, czym dla Gabriela Garcii Marqueza było "Sto lat samotności".
SenioritaPięknyLolo - awatar SenioritaPięknyLolo
ocenił na830 dni temu
Śmierć Horna Christoph Hein
Śmierć Horna
Christoph Hein
Wyobraźmy sobie małe miasteczko na prowincji NRD w latach 50. XX wieku. Szarość i monotonia determinują codzienne życie mieszkańców. Atmosfera jest gęsta od wszechobecnej kontroli władzy i donosicielstwa. Wszelkie przejawy niezależności i indywidualizmu są tłumione, a inność spotyka się z ostracyzmem. Tytułowy Horn, historyk i naukowiec, zostaje zesłany do małego miasteczka na stanowisko kustosza muzeum regionalnego. Po kilku latach pracy Horn popełnia samobójstwo. Powieść skonstruowana jest w dość oryginalny sposób. Składa się z relacji pięciu różnych osób, mieszkańców miasteczka. Każdy z nich znał Horna i wspomina o nim z własnej perspektywy, ujawniając strzępki jego życia i osobowości. Stopniowo przed czytelnikiem wyłania się obraz skomplikowanego człowieka, który zrażony życiem nie potrafi odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Oprócz tytułowego Horna, autor kreśli ekspresywne portrety bohaterów. Ich historie przepełnione są depresją, melancholią, samotnością i rozczarowaniem. Każdy z nich boryka się z własnymi problemami i skrywa sekrety, które stopniowo ujawniają się w trakcie powieści. Książka opowiada również o mechanizmach władzy i kontroli w totalitarnym państwie. Hein ukazuje, jak system wpływa na życie ludzi, ogranicza ich wolność i prowadzi do tragedii. "Śmierć Horna" to wielowątkowa i poruszająca historia o ludziach uwikłanych w mroczną rzeczywistość NRD. Nie miałam wysokich oczekiwań, jednak książeczka zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie. Mimo depresyjnego klimatu powieść jest barwna i wciągająca. @chlod_listopada
chłód_listopada - awatar chłód_listopada
oceniła na81 rok temu
Świat się kończy... Hervé Bazin
Świat się kończy...
Hervé Bazin
Kontynuacja "Żmii w garści" opisuje dalsze losy bohatera, który wkracza w dorosłość i próbuje sobie ułożyć życie na przekór knowaniom nikczemnej rodzicielki. Wraz z latami traci on, niestety, werwę i energię młodego urwisa, gotowego do walki i buntu, miast tego przygniata go codzienność i troska o chleb. Sama antagonistka okazuje się zaś nie tak demoniczna jak to się przez pryzmat dziecięcych oczu wydawało: jej zło jest tak prozaiczne, że zasługuje raczej na litość niż gniew. I jak autor to opisuje, strąca to ją z piedestału złej bogini, godnej heroicznej walki. Koniec końców zamiast dążeć do faktycznej kary lepiej jest pozostawić ją, aby się dusiła we własnej złości, jak i spróbować znaleźć szczęście we własnym życiu rodzinnym. W pewien sposób można uznać to, za znanym przysłowiem, za najlepszą zemstę, wydaje się jednak, że przegrali na tej wojnie wszyscy: tak bohater, pokiereszowany i spustoszony, jak i jego bracia, którzy wyrośli na żałosnych, małych dupków oraz sama jędzopa, siejąca truciznę w zasadzie po nic. I ten gorzki wydźwięk unosi się nad książką, brakuje tego awanturniczego wydźwięku optymistycznego, młodocianego buntu, jaki można było zaobserwować w części poprzedniej. Jest to teraz pozycja daleko bardziej obyczajowa. Całość stała się gorzka i smak ten pozostawia raczej przykre wrażenie, co i odzwierciedla sama ocena, niższa niż u poprzedniczki.
Tartaruga - awatar Tartaruga
oceniła na64 lata temu
Dżamila Czingiz Ajtmatow
Dżamila
Czingiz Ajtmatow
Lubię akcje czytelnicze za to, że zachęcają mnie do sięgnięcia do literatury z rejonów, na które inaczej pewnie nie zwróciłabym uwagi. Tym razem w literacką podróż udałam się do Kirgistanu. "Dżamila" to nowelka rozgrywająca się na stepach na granicy Kirgisko-Kazchskiej, wśród pracujących w kołchozie potomkach nomadów. Wydarzenia poznajemy przy pomocy pierwszoosobowej relacji artysty. Punktem wyjścia opowieści jest namalowany przez niego obraz, przedstawiający widok z dzieciństwa. Nowelka ma mocno nostalgiczny klimat. Mężczyzna wspomina bowiem dzieciństwo, a konkretnie jednej krótki okres związany ze swoją bratową — tytułową Dżamilą. Nie chcę zdradzać fabuły, bo utwór jest krótki. Powiem więc jedynie, że opowieść kręci się wokół wspomnianej kobiety i mężczyzny, który przybywa do wioski. Trzeba przyznać, że jest to książka mocno retro. Fragmenty o pracy w kołchozie, gdzie każdy pracuje z zapałem, z dzisiejszej perspektywy są trochę koślawe. "Dżamila" broni się jednak ciekawym przedstawieniem dziecięcej psychiki. Opisy życia na stepie mają sporo uroku i uczą o tym, jak wygląda(ło) życie w aule. Sam wątek uczuciowy mnie nie porwał, ale chyba nie ma w tym nic dziwnego. Rzecz w końcu ma około 90 stron i wszystko dzieje się bardzo szybko. Nie jest to literatura wybitna, ale z powodzeniem przybliża nieznany większości z nas świat. https://www.instagram.com/kiczcock/
PaniKiczcock - awatar PaniKiczcock
ocenił na61 rok temu
Słodkie oczy Maciej Karpiński
Słodkie oczy
Maciej Karpiński
Lektura na jeden wieczór, jakieś niecałe dwie godzinki. A czytało się tę książkę - nowelę właściwie - tak, jakby mogło się oglądać dobrą polską komedię z lat 70-tych czy 80-tych. Mamy tu bowiem wszystko, czego do takiej komedii potrzeba: głównego bohatera, inżyniera Krzysztofa Kowala, odnoszącego sukcesy zawodowe i cieszącego się udanym pożyciem małżeńskim, dumnego właściciela fiata 126p w kolorze malinowy pomidor; jego żonę Martę, kobietę nowoczesną i postępową; sekretarkę Basię, zapatrzoną w inżyniera i najpewniej się w nim podkochującą... a do tego jeden przypadkowy splot okoliczności, skutkujący pojawieniem się pewnej pięknej, długonogiej dziewczyny z prowincji, może niezbyt rozgarniętej, ale bardzo nieustępliwej. Przez którą życie Krzysztofa - zarówno osobiste, jak i zawodowe - wywraca się do góry nogami... co dobrze oddaje poniższy cytat: "Otóż, jak koledzy wiedzą, sympozjum ma charakter szkoleniowy, a nawet naukowy (...) Uczestnikom zapowiedziano wyraźnie, że (...) nie zabieramy ze sobą żon, dzieci ani, prawda, innych osób typu narzeczone czy innego rodzaju towarzystwo. (...) Niestety, już pierwszego dnia sympozjum ta robocza atmosfera została zakłócona. Do obecnego tu kolegi inżyniera Kowala przybyła osoba płci żeńskiej, prawdopodobnie nieletnia, która zamieszkała z inżynierem w domku campingowym. Mamy tu do czynienia z kilkoma poważnymi wykroczeniami ze strony inżyniera: po pierwsze - złamanie obowiązujących na naszym sympozjum zasad, po drugie - urąganie dobrym obyczajom i sianie zgorszenia, po trzecie - no cóż, ale to już jest właściwie nie nasza sprawa, utrzymywanie stosunków z osobami nieletnimi. (...) Inżynier Kowal, który urządził sobie zamtuz z domków campingowych naszego pięknego ośrodka wczasowego, posiada żonę oraz dwoje małych dzieci. Ja myślę, proszę państwa, że wszelkie komentarze są tu zbyteczne, bo fakty mówią same za siebie." Nowelka jest naprawdę zabawna i bardzo przyjemna w odbiorze. Na pewno spodoba się miłośnikom komedii z czasów PRL, ale myślę że nie tylko. Po przeczytaniu zrobiłam małe internetowe dochodzenie i odkryłam, że istnieje również film pod tym samym tytułem, ze scenariuszem autora książki, gdzie w postać inżyniera wcielił się Witold Pyrkosz. Rzecz ciekawa i zapewne film też warto obejrzeć. A nowelkę obowiązkowo przeczytać :) Polecam!
Ynka - awatar Ynka
oceniła na75 lat temu
Pomocnik Bernard Malamud
Pomocnik
Bernard Malamud
Brooklyn, Nowy Jork, lata 50. XX wieku. Przenosimy się w czasie i przestrzeni do nowojorskiej dzielnicy biedoty, do podupadającego sklepu spożywczego prowadzonego przez żydowskich imigrantów z Rosji, w wietrzny listopadowy ranek wciągamy do sklepu ciężkie skrzynki z mlekiem, przesypujemy bułki z torby do drucianego kosza, sprzedajemy jedną z nich za trzy centy siwowłosej Polce, zapalamy grzejnik gazowy, parzymy kawę w sczerniałym emaliowanym garnku, liczymy skromne dochody, zastanawiamy się, gdzie podziała się nasza młodość, dlaczego zmarnowaliśmy życie i jak przetrwać do pierwszego, czekamy na klienta, choć nie nadchodzi i uśmiechamy się ponuro przeglądając żydowską gazetę, jednym słowem, dzielimy troski i aspiracje bohaterów powieści. „Tyle się spodziewał po Ameryce, a dostał tak mało.” Jest w tej książce sporo biedy, cierpienia i trosk, ale niewątpliwie jest to powieść wysokiej duchowej urody, dodająca otuchy moralnej, a do tego czyta się świetnie, dlatego cenię, szanuję, uważam, admiruję i wysoko stawiam, Bernard Malamud, amerykański pisarz pochodzenia żydowskiego, wychowany na Brooklinie w rodzinie imigrantów z Rosji, wierzy, podobnie, jak Dostojewski, że szansę na odkupienie win ma największy nawet grzesznik i ta wiara jest w tym utworze czytelna, jest „zbrodnia”, jest „kara” i jest „nadzieja na odkupienie win”, jest także napięcie pomiędzy światem duchowym a materialnym, tak charakterystyczne dla najważniejszych dzieł Marca Chagalla oraz mnóstwo refleksji o tym, jak trudno jest zmienić kierunek życia. Powieść spodoba się czytelnikom czułego i niepomnego uraz serca. Książka wydana w roku 1957. „- Moja mama pyta - powiedziała prędko - czy pan mógłby jej dać na kredyt do jutra funt masła, bochenek żytniego chleba i małą butelkę octu jabłkowego. Kupiec znał matkę. - Nie będzie więcej kredytu. Dziewczynka wybuchnęła płaczem. Morris dał jej ćwierć funta masła, chleb i ocet. Odnalazł na podniszczonym kontuarze, obok kasy, pokreślone ołówkiem miejsce i dopisał liczbę pod pozycją „Pijaczka”. Suma ogólna wyniosła teraz dwa dolary i trzy centy, których nie miał nadziei nigdy zobaczyć. Ale Ida zrzędziłaby, gdyby zauważyła nową kwotę, więc zmniejszył sumę do jednego dolara i sześćdziesięciu jeden centów. Jego spokój - ta odrobina spokoju, jaką miał - wart był czterdzieści dwa centy.” Przewrotnie rzecz ujmując, można zaryzykować stwierdzenie, że jest to powieść również o tym, że z wiekiem spada zapotrzebowanie na zysk, a rośnie na święty spokój. ; )
Jeanne - awatar Jeanne
ocenił na81 rok temu
Upadek Jerycha Artur Lundkvist
Upadek Jerycha
Artur Lundkvist
Tytułowe opowiadanie serwuje nam sugestywne sceny biblijnej przemocy. Doświadczana przez izraelskich zwiadowców przyjemność obcowania z ladacznicą Rahab, wrogość mieszkańców Jerycha oraz okrucieństwo i bezwzględność żołnierzy Jozuego okazują się misternym planem Boga, który rezerwuje sobie srebro i złoto zdobyte na grabieży. Starcy, kobiety i dzieci, a nawet niemowlęta giną z rąk siepaczy nie znających zmiłowania. Przywołując wątki biblijne autor pozostaje wierny nazwom, imionom i kolejności zdarzeń opisanych w Księdze Jozuego, a trąby jerychońskie, które jak w Biblii pojawiają się siedmiokrotnie, zdają się brzmieć jeszcze bardziej złowrogo. Mury rozpadają się dzięki Bożej interwencji rozumianej jako zgranie w czasie przenikliwych dźwięków trąb z trzęsieniem ziemi. Zwycięzcy wdzierają się do miasta, ucinają głowy i przebijają ciała, ślizgają się w rozlanej krwi, a kobiety walczą jak tygrysice chroniąc dzieci własnym ciałem, rzucają się żołnierzom do stóp, rozdzierają szaty i kładą się przed nimi otwierając łona. Lundkvist nie oszczędza czytelnikowi obrazów rzezi i zdaje się pytać o Boga, który jest zleceniodawcą tych wszystkich ludzkich tragedii i którego nie złości słabość żołnierzy do pięknej ladacznicy, ale fakt, że izraelita Akan, z pokolenia Judy, ukradł Mu dwieście szeklów srebra, złotą płytkę i cenny płaszcz. Za popełnioną zbrodnię ukamienowano z rozkazu Boga, czyli pokrzywdzonego, całą jego rodzinę. Niektórzy mogliby zapytać, dlaczego słowo „Bóg” nadal piszę wielką literą. Wierzę, że to ludzka ograniczoność zszargała Jego Imię i przypisała Mu intencje krwiopijcy, że to interpretatorzy historii i przekaziciele Jego woli, niedosłyszeli, zafałszowali obraz Boga, przerobili Jego niezrozumiałe po ludzku działania na przyziemne interesy chciwców i zboczeńców. Jak to możliwe, że Bóg przemawiał słowami ludzi, których poglądy bliższe były szatańskiej zawziętości, a miłość do wroga była dla nich niewybaczalną słabością? Autor opowiadania „Upadek Jerycha” nic nie przekręca, nic istotnego nie dodaje. Mówi wprost i dosadnie to, co redaktor biblijny przemilczał lub złagodził. To nie jest obraz Boga, jaki poznaliśmy w osobie Jezusa z Nazaretu. Czy ludzie czasów Jozuego poszliby za Bogiem pełnym litości i bogatym w miłosierdzie, wyśmianym i ukrzyżowanym? Z pewnością nie.
WojciechZmudzinskiSJ - awatar WojciechZmudzinskiSJ
ocenił na68 lat temu
Krótki list na długie pożegnanie; Pełnia nieszczęścia Peter Handke
Krótki list na długie pożegnanie; Pełnia nieszczęścia
Peter Handke
Trzy opowieści austriackiego awangardzisty Petera Handke – każda bez upiększeń w akcie demonstracyjnej wrogości wobec fabuły. Trzeci tekst o matce sięga wyżyn empatii… Na szczęście fabuła sama w sobie nie jest dla mnie najważniejsza, to i narracja Noblisty do mnie przemawia. Tylko próg wejścia na tyle wysoki, że komuś bardzo się może obniżyć próg wyjścia. Już po paru stronach i nawet nie na drugi rzut oka oczywistą oczywistością jest, że Handke to ktoś, kto z natury lubi prowokować, epatować (czy tylko mieszczanina?),dystansować się od innych, być kompletnie osobnym. A to może prowadzić w różne miejsca. Czy może zatem dziwić, że po latach odnajdzie się on jako adwokat „pro bono” serbskiego zbrodniarza wojennego, ale i "pokojowego", Slobodana Miloševicia… Pierwsze dwie części tej książki z 1972 r. dotyczą pobytu Autora w USA. To umiarkowanie antyamerykańska treść w superamerykańskiej formie, czyli powieści drogi. Autor mieszka w typowych hotelach (z obowiązkową Biblią w szufladzie biurka) i niemalże cały czas jest w ruchu, taki ówczesny biegun. To głównie, jeśli nie przede wszystkim, relacja z banalnej codzienności w banalnym kraju, jak wynika z narracji. Zapis kolejnych dni może nużyć, co jest zamierzonym chwytem, skoro narrator czyli autor silnie odczuwa sztuczność, a nawet i fałszywość istnienia. Dlatego, a może mimo to, skupia się niemal wyłącznie na sobie. Jedną z jego cech są natręctwa… „Tak bardzo odzwyczaiłem się od samego siebie, że nie wiedziałem teraz, co z sobą zrobić”. „Będąc sam ze sobą, czułem się niepotrzebny”. „Najchętniej bym się zbił, tak byłem sobą znudzony”. „Zbliżałem się do wszystkiego, co tylko możliwe, i ledwie doszedłem, traciłem na to ochotę”. „Jak to się dzieje, że akurat mnie opowiadano zawsze różne historie? pomyślałem. Przecież chyba było widać po mnie, że z góry się na to nie zgadzam. A mimo to stale opowiadano mi najgłupsze różne historie z takim spokojem, jak gdyby nie sposób było sobie wyobrazić, że wysłucham ich inaczej niż jako zaufany wspólnik”. W tej realistycznej, ale tez i lekko odrealnionej części, występuje również wątek znienawidzonej i nienawidzącej byłej żony narratora czyli autora. Raz nasyła ona na niego zbirów, a kiedy indziej znów razem odwiedzają reżysera Johna Forda. Wiele tu odnalazłem wspólnego z moim ulubionym Thomasem Bernhardem, starszym od Handkego o 11 lat (wydaje się do niego nieco podobny, zwłaszcza w „szarganiu świętości”, choć jednak nie dorównuje mu w „ojkofobii” - czyje to ulubione słowo?). Wycofanie z życia i niechęć do niego niemal takie, jak u autora niezapomnianego „Wymazywania”: „Jak daleko sięgnę pamięcią, byłem jakby urodzony do lęków i przerażeń”. Albo taki cytat: „Jesteś obserwatorem doświadczeń, nie ich uczestnikiem. Zachowujesz się, jak gdyby świat stanowił przykrą niespodziankę, specjalnie dla ciebie. Więc przypatrujesz się tylko uprzejmie, jak stopniowo wszystko wychodzi na jaw; wmieszać się to byłaby przecież nieuprzejmość”. „Mówicie zawsze +ja+, a jednak czujecie się pochlebieni, gdy weźmie się was za kogoś innego”. Bardzo mi odpowiadają liczne tu imiesłowy uprzednie, tak rzadko już dziś używane w coraz bardziej ubożejącym języku polskim (bo mój ulubiony czas zaprzeszły dawno już przeszedł był do zamierzchłej historii). Amerykańską rzeczywistość Autor odbiera jednoznacznie negatywnie (co mnie nie dziwi: bylem tam, nie tęsknię - a już zwłaszcza teraz...). „- W Ameryce nie chodzi się na spacery – powiedziała Claire. – „Jeździ się samochodem albo siedzi przed domem w bujakach. Kto wałęsa się, ot tak sobie, bez celu, zwraca na siebie uwagę”. „Prawie już nie zauważała natury, lecz sztuczne znaki i przedmioty cywilizacji przyjmowała za naturę”. „Umysłowo chorzy w Europie przemawiają na ogół formułkami religijnymi, umysłowo chorzy tutaj, choćby mówili tylko o jedzeniu, zaczynają nagle deklamować jak katarynki nazwy bitew wygranych przez naród”. „Nie widziałem w Ameryce bodaj nikogo, kto byłby w czymś zatopiony”. W pełni podzielam autorską ocenę ulubionego napoju Amerykanów (a może nie tylko ich): „Spróbowałem czknąć; pomogła mi coca-cola”. I jeszcze reakcja Europejczyka na tamtejsze „jedzenie”: „Poczułem głód, ale gdy popatrzyłem potem na jadłospisy przed restauracjami, głód minął”. Trzecie opowiadanie „Pełnia nieszczęścia” to fascynujące wspomnienie o matce (rocznik 1920, z pochodzenia Słowence),która z choroby i biedy popełniła samobójstwo. Ten tekst „łatwiejszy” od tamtych dwóch – to wybitny rys psychologiczno-socjologiczny jej zwykłego, tak mało, za mało znaczącego życia. Emocje syn pozostawia raczej na boku. „Nigdy nie mówiła o sobie, a i mnie nigdy nie przyszło na myśl, że można coś o niej powiedzieć. Rozmawialiśmy więc o mnie albo o rzeczach za oknem, to była nasza jedyna możliwość okazywania sobie czułości”. Urodziła się na austriackiej wsi w czasach powszechnego ubóstwa. „Jedyne ich mienie, odświętne ubranie, składano wraz z nimi do grobu”. Życie mocno patriarchalne. „Wszelkie manifestowanie kobiecej odrębności uchodziło w tym wiejsko-katolickim otoczeniu za zuchwałość”. Poza Kościołem nie ma życia. „Chodzili do spowiedzi po to tylko, żeby temu, kto zostawał w domu, przypomnieć o jego grzechach”. Polityka? „Jako radny gminy reprezentuje małą podupadłą partię, która w oparciu o wielką przeszłość marzy o wielkiej przyszłości”. To wciąż czasy przednowoczesne, choć lata już 50., 60. „Wciąż jeszcze istniał dość śmieszny podział dóbr na to, co konieczne, pożyteczne i luksusowe. Konieczne było wówczas tylko jedzenie; pożyteczny – opał na zimę, cała reszta była luksusem”. Życie pozornie wyglądało na wspólnotowe, ale to oczywiście dyktat niewyróżniania się niczym. „Po jednostkowej indywidualności nie pozostawał żaden niemal ludzki ślad; +indywiduum+ zresztą to było słowo znane tylko jako wyzwisko”. Matka jednak odważnie łamie patriarchalne schematy – wyjeżdża do „miasta”, wychodzi za mąż za nazistę („Nie stali się sobie obcy; nigdy bowiem nie byli sobie naprawdę bliscy”),takie to ówczesne marne życie. „Stała się więc niczym, nie mogła tez stać się niczym więcej, tego nie trzeba było jej nawet przepowiadać”. Nie było w jej życiu wiele miejsca na uczucia. „Mąż, do którego nic już nie docierało, i dzieci, do których jeszcze mało co docierało”. „Zrobiła się drażliwa i ukrywała to z lękliwą, wymuszoną godnością, spoza której przy najmniejszej przykrości natychmiast wyzierała panicznie bezbronna twarz. Bardzo łatwo było ją poniżyć”. „Nie była samotna, co najwyżej odczuwała pewną połowiczność”. „Czytała książki tylko jako historie z przeszłości, nigdy jako marzenia o przyszłości”. „Chętnie by sobie umarła, ale bała się umierania”. „W liście, który poza tym zawierał tylko zarządzenia co do pogrzebu, napisała mi na końcu, że jest bardzo spokojna i szczęśliwa, iż wreszcie zaśnie w pokoju. Ale ja jestem pewien, że to nieprawda”. „To nieprawda, że pisanie mi pomogło”. Nielekka to literatura, ale kto powie, że daleka od życia...? Czuje się raczej zachęcony do kolejnych książek Autora.
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na71 rok temu
Sen Azrila Julian Stryjkowski
Sen Azrila
Julian Stryjkowski
Azril powraca na jedną noc w rodzinne strony. Co go do tego skłoniło, przecież nie było go tu wiele lat… Być może śmierć żony, której nie kochał, uruchomiła w jego sercu jakiś żal, wyrzuty sumienia, i pragnie przebłagać Boga, prosić go o wybaczenie. W końcu mamy pokutny czas, miesiąc elul, kiedy pobożni Żydzi dokonują podsumowania, modlą się jeszcze żarliwiej niż zwykle, pragną zbliżyć się do Jahwe i uzyskać jego łaski w Sądny Dzień – dzień pojednania. Może to sprawi, że Azril doczeka się męskiego potomka, którego los mu poskąpił. Dowiadujemy się też, że Azril nie chce długo trwać we wdowieństwie. Ma nadzieję znaleźć tutaj kandydatkę na żonę i, faktycznie, intensywnie wypytuje o niezamężne dziewczęta. A może bezpośrednim bodźcem do podróży jest sen sprzed kilku dni, w którym ojciec przykazał mu stanowczo: „Idź”, a między nieżyjącym już ojcem, a Azrilem pozostało parę niezałatwionych spraw i nieprzebaczonych win. Jak i w poprzednich częściach „cyklu galicyjskiego” Julian Stryjkowski znajduje paralele z wątkami biblijnymi, z postacią Abrahama, Mojżesza, z judaistycznymi wierzeniami i obrzędami. Nie czuję się kompetentna, by ten aspekt powieści rozwijać, choć jednocześnie bardzo tego żałuję i z pewnością postaram się nadrobić moje poznawcze zaległości. Skupię się więc tymczasem nad osobistym odbiorem powieści, jednej z lepszych, jakie ostatnio czytałam. Azril jawi się nam od samego początku jako człowiek nieco „na bakier” z wiarą, skupiony na życiu doczesnym, zapominający o religijnych obowiązkach. Być może teraz właśnie przyszedł dla niego czas refleksji bardziej ogólnych i duchowych. Wędrując ulicami nie widzianymi od wielu lat Azril „Poznawał dawne parterowe domki, ogródki, krzaki, pachnące kwiaty, wiosną inne, latem inne.” Powrót bywa trudny, ale zarazem potrafi też wywołać prawdziwe wzruszenie. Wszystko wydaje się sporo mniejsze, jakby z latami kurczyło się na podobieństwo starzejącego się człowieka. Azril jednak również, ku własnemu zdumieniu, zostaje rozpoznany. Wędrówka Azrila przez miasto jest naznaczona emocjami, przed oczy napływają wspomnienia, on sam zaś rozgląda się dookoła, zastanawiając się, cóż mógł znaczyć jego sen, cóż za list, i do kogo adresowany, wręczał mu w nim ojciec, gdy rozkazał iść. Przed siebie? W celu? „Samo tylko chodzenie, tysiące lat trwa to chodzenie i nie widać końca. W nagrodę za wszystkie nieszczęścia Bóg zrobił nas duchem ziemi.” Żydowska historia jest przecież sama w sobie drogą, ucieczką, poszukiwaniem, ale też doskonaleniem siebie poprzez zmaganie się z trudnościami oraz hołubieniem w sobie marzenia o lepszym, szczęśliwszym życiu, na które zasłużyć można cierpieniem, cierpliwością i przestrzeganiem boskich przykazań. Łączą się tutaj prawda historyczna, mit oraz symbolika, silnie do nas przemawiając. Ponieważ czasy biblijne przywoływane są tutaj równie często, co powidoki dzieciństwa Azrila, jego późniejsze małżeństwo i równoległy związek z drugą kobietą (tutaj znów odniesienie do Abrahama),a na to nakładają się jeszcze wrażenia z odbywanego obecnie nocnego spaceru, to atmosfera robi się dość magiczna, jakby tej konkretnej nocy czas przestał istnieć, jakby jego kontinuum zapętliło się i pomieszało, by ukazać Azrilowi jego miejsce w żydowskim losie i świecie, umocnić go w przekonaniu, że nic tu nie jest przypadkowe, że Bóg dalej, jak przed wiekami, wyznacza ludzkie ścieżki, wystawia na próbę wiarę i posłuszeństwo człowieka. „Zdarza się, że Bóg opuszcza swój naród, ale naród swego Boga nie opuszcza.” To taka specyficzna powieść drogi, na której Azril spotyka różne postacie, przypadkowe, a może wcale nie. Toczy z nimi rozmowy o sobie, o swoim ojcu i o Bogu, o życiu i o śmierci, a każda z nich ma swoją wagę. Przerzucając się cytatami z Biblii, z Tory i jej komentarzy, definiują Boga, człowieka, ich intencje i wzajemne zależności, a także sens tułaczki i cierpienia żydowskiego narodu, jego diaspory wśród obcych. I nie zgadzają się ze sobą, dyskusja niekiedy robi się burzliwa, a dla nas wielce pouczająca. Dzięki niej poznajemy ów specyficzny sposób argumentacji, mentalność narodu wybranego. Klaustrofobicznie małe, zapewne specjalnie też anonimowe, by mogło być każdym ciasnym i pogrążonym w stagnacji podobnym miejscem, miasteczko, pogrążone w ciemności nocy oświetlonej zaledwie rąbkiem księżyca, zdaje się być nawiedzone przez duchy przeszłości i religijne zapamiętanie. Nie dość, że Jom Kippur, to jeszcze spore grono chasydów zgromadzonych wokół cadyka z Rajszy, który tutaj właśnie postanowił odbyć pielgrzymkę i nagle się rozchorował. „Tłum chasydów, czarny jak chmura. Stłoczeni, posuwali się w stronę bóżnicy. Nieśli niezapalone świece. Nad pochodem płynęło w powietrzu białe łóżko.” Idzie też, mozolnie i uparcie, niemal się przy tym nie poruszając, stary niemal jak sam czas, w otępiennej mgle pewny tylko tego, że iść musi, reb Mendele, a z nim Azril i Ojwedie. To noc marszu, noc tajemnicy, noc spotkania ludzi z ludźmi, ludzi z Bogiem, przeszłości z czasem dzisiejszym, ortodoksji z umiarkowaniem, ale też Azrila z samym sobą, w trudnej prawdzie. To noc, w której szczególnie silnie wybrzmiewa ta, dla nas egzotyczna i nie do końca zrozumiała, żydowska mistyka, zastygła w oczekiwaniu, w przekonaniu, że co ma nadejść, przyjść musi. Julian Stryjkowski znów odmalował świat, którego już nie ma, w który możemy się zanurzyć tylko dzięki jego narracyjnemu talentowi i sile naszej wyobraźni. Książkę przeczytałam dzięki portalowi: https://sztukater.pl/
jazzwoman - awatar jazzwoman
ocenił na82 lata temu
Noc poślubna Dezső Kosztolányi
Noc poślubna
Dezső Kosztolányi
Każde duże miasto ma swój charakterystyczny zapach. Budapeszt ma zapach kawy zbożowej, Wiedeń - ciastek, Berlin - dymu, Warszawa - palonego cukru, Madryt - czekolady, Bruksela - wanilii, Londyn - łoju, Paryż natomiast miał zapach topionego masła. Tego nie cierpiał. [s. 257] Lubię przewrotność Dezső Kosztolányiego. Dała się już zauważyć w Ptaszynie, a w opowiadaniach ze zbioru Noc poślubna widać ją jeszcze wyraźniej. Trzeba być małym złośliwcem, żeby panu młodemu zakłócić weselną zabawę bólem zęba albo oszczędnemu studentowi kazać ćwiczyć francuski podczas rozmów z subiektem ze sklepu pasmanteryjnego. Trzeba lubić dokuczać bliźnim, żeby zakpić z damy domagającej się recenzji jej wypieszczonego rękopisu albo żądnego wrażeń Węgra skazywać w Paryżu wyłącznie na rozczarowania. Kosztolányi czasem posuwa się jeszcze dalej – jest nadal przewrotny, ale przybiera poważną minę i bez cienia uśmiechu pastwi się nad swoimi bohaterami. Biedaków pozbawia nadziei na poprawę losu, wrażliwców doświadcza szaleństwem, dzieci straszy śmiercią. Robi się ponuro i paskudnie, tymczasem po kilku stronach autor funduje czytelnikowi następną niespodziankę, znowu niekoniecznie wesołą. Ta zmienność nastrojów i tematów jest niewątpliwie dużą zaletą zbioru, będącego autorskim wyborem tłumaczy. Najciekawsze były dla mnie opowiadania, w których autor odziera bohaterów ze złudzeń i pokazuje, że spełnione marzenia nie zawsze satysfakcjonują. Przeciwnie, sprawiają zawód. I jakkolwiek w Nocy poślubnej nie znajdziemy wielkiej psychologii, można wnioskować, że Kosztolányi wiele w życiu widział i słyszał. Inna możliwość jest taka, że po prostu miał dryg do pisania krótkich i zajmujących historyjek. Są przyjemnie staroświeckie. http://czytankianki.blogspot.com/2016/05/kolacja-la-dezso-kosztolanyi.html
czytankianki - awatar czytankianki
ocenił na69 lat temu

Cytaty z książki Kaszel

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Kaszel