cytaty z książek autora "Wasilij Ardamatski"
- Na wojnie drań rodzi się z tchórza. Pierwszą rzeczą, która mnie interesuje, jest, w jaki sposób dany osobnik dostał się do niewoli. Na przykład: przybiegł z własnej woli; rodacy wpakowali mu kulę w pośladek. Przeprowadzam z nim szczerą rozmowę o jego dawnym i przyszłym życiu - jeśli oczywiście nie przyjdzie mu zginąć, przed czym nie zabezpieczam. Z naszej rozmowy wynika, że najcenniejszą rzeczą na świecie jest własna skóra. No i klap! Pułapka chwyciła. Resztę wygrać można na skórze jak na harfie.
- Ale służąc panu również będzie tchórzem - zaoponował Aksel.
- Zaczyna wówczas działać bardzo prosta zasada. Osobnik wie, że będzie żył na grzesznej ziemi, jeśli będzie mi wiernie służył i wypełniał moje rozkazy. Wystarczy, że trochę nawali - koniec żywota. Ciągnie więc już po tym prostym torze jak lokomotywa we mgle. Nie, nie pułkowniku, proszę mi wierzyć: rosyjski drań cenny jest dla nas jak mało kto.
- Samobójstwem i bezdenną głupotą jest ocenianie sytuacji wojennej na podstawie oddanych miast. Staram się wpoić nawet w dowódców kompanii, żeby chcieli i umieli oceniać nie tylko to, co przed nosem, ale też i daleką perspektywą wojny. Panu też to radzę.
Charakter Rosjan stanowi dla Niemców zasadniczy problem. Najeźdźca przybywa z krytego dachówkami domu i z perspektywy ubikacji wyłożonej kafelkami patrzy na nasze chłopskie chaty, kryte słomianą strzechą, albo siedzi w kucki w ogrodzie i nie może zrozumieć, dlaczego rosyjski chłop mieszkający w nędznych chałupach idzie na śmierć w obronie tych nędznych chałup. Niemcy przegrają wojnę, ale i tak nie zrozumieją sedna sprawy.
- Dla nich ta wojna z nami jest beznadziejną klęską... Nie wzięli pod uwagę zasadniczego problemu: mogą nas zwyciężyć jedynie w tym wypadku, jeśli wybiją co do nogi całą ludność, a na to nie mają siły. Zresztą nikt tego nie potrafi. Nawet najmniejszego państwa nie można zniszczyć doszczętnie. Zanim napadli na nas, odnieśli kilka zwycięstw: Polska, Francja i tak dalej. I każdy z tych krajów jest dla Niemiec zalążkiem guza rakowatego, przy czym guz ten jest równocześnie polityczny, ekonomiczny, moralny i, rzecz jasna militarny.
Dmitrij Gładyszew przystawał na każdym skrzyżowaniu ulic, zaskoczony, rozglądał się wokół. Nigdy dotąd nie widział, by miasto było tak piękne i jednocześnie tak straszne. Surowe, przemarźnięte na wylot leningradzkie domy pokryły się rozbłyskującym tajemniczo szronem.
Dmitrij poczuł przeraźliwie ostro, jak bardzo ich kocha, jak bardzo są mu drodzy, jak ciężko widzieć, że są tak wychudzeni, zmęczeni, przybici. Niebieskie oczy matki, otoczone siecią zmarszczek i puszystymi rzęsami były teraz wilgotne i zapadnięte. Nabrały jakiegoś obcego wyrazu. "To wojna, jasne, że wojna" - pomyślał. Wojna była we wszystkim, co stanowiło ich życie: w oblodzonym oknie łzawiącymi od ciepła, w miarowym stuku metronomu w głośniku radiowym, w tym, że wciąż nieustannie rozmawiali o jedzeniu jako o rzeczy niezwykłej.
- Córko moja jedyna - powiedziała śpiewnie. - Nie takiego weseliska życzyłam ci, żeby goście siedzieli na łóżkach i żeby chleb był najlepszym jedzeniem. Ale jak już przyszła do ciebie miłość i upiększyła twoje straszne życie wśród trupów, życzę ci długiego życia w miłości i zgodzie. Opiszę ojcu wszystko, jak tu było, i jeszcze mocniej będzie bił faszystów. Mówi się, że nikt nie wybiera sobie chwili narodzin ani chwili śmierci. I kiedy miłość przyszła, trzeba wyprawić wesele. Bądźcie szczęśliwe, moje kochane dzieci.