cytaty z książki "Matka bez wyboru. O kobietach, które opuściły swoje dzieci"
katalog cytatów
Przyjęło się myśleć, że dla prawidłowego rozwoju dziecka niezbędna jest obecność matki jako takiej, ale to stereotypowe podejście. Tak naprawdę dla dziecka liczy się obecność ważnego dorosłego. Bo można żyć w pełnej rodzinie, w której rodzice nie wypełniają obowiązków rodzicielskich, być głęboko nieszczęśliwym i spędzić lata na terapii. A można też żyć w rodzinie, w której jest tylko jeden rodzic, obojętnie, czy matka, czy ojciec, i mieć zabezpieczone wszystkie potrzeby kontaktu emocjonalnego, i być w dorosłym życiu zdrowym psychicznie.
To pokazuje, że ona nie miała siły do życia rodzinnego. Miała za to siłę do odchodzenia.
Nie mogła się od nas oddalić fizycznie, bo leżałyśmy obok, więc próbowała się odseparować mentalnie.
Celem mamy, jak po latach przyznała, było "żebyśmy były odchowane i oddane pod opiekę mężom". To był, według niej, kres jej misji jako matki. I to się dokonało, zatem uznała, że może odejść.
To był człowiek cierpiący, który nie potrafił poradzić sobie z tym, co się w nim kłębi. Moim zdaniem to nie była reakcja wynikająca z autyzmu, tylko z tego, że świat mojego syna odrzucił.
Wychowanie dziecka z niepełnosprawnością to mieszanka heroizmu, znoju, poczucia winy, przetykana chwilami dumy i cienkimi niteczkami nadziei.
Nienawidzę stereotypu Matki Polki. To określenie jest haniebne, ściąga kobiety w dół niczym kotwica. Jakiekolwiek odstępstwo od powszechnego wyobrażenia matki obraża rodzinę, prowadzi do destrukcji i patologii. Kobieta musi spełniać się w swojej roli, mieć same przymioty. Jej atrybutami mają być opiekuńczość, wrażliwość, troska, cierpliwość, zorganizowanie, zaradność. I oczywiście musi wiernie trwać przy boku męża i mu służyć. Jej potrzeby są spychane na kolejne miejsca, siódme, dziesiąte. Cały ciężar obowiązków, zarówno technicznych, jak i emocjonalnych, spoczywa na jej barkach. Dlaczego, do cholery?!
W 2023 roku policja wypełniła 62 170 formularzy "Niebieska Karta - A", a liczba osób, co do których zachodziło podejrzenie, że są dotknięte przemocą, wynosiła 77 832. Z tego 51 631 ofiar stanowiły kobiety,
17 039 - osoby małoletnie, 9161 - mężczyźni.
Zawsze znajdą się tacy, którzy chętnie osądzą. Internet pełen jest fachowców od cudzego życia. Wyznawców zero-jedynkowego podejścia: "Matka nigdy się nie poddaje", "Matka to lwica, walczy do końca", "Matka musi myśleć tylko o dzieciach, stawiać je na pierwszym planie". A ojciec? Zdarza mu się stosować przemoc, przedkładać życie zawodowe nad rodzinne czy wyjść po zapałki i już nigdy nie wrócić. Zdarza się.
Terapia mnie uratowała. Znalazłam w sobie dość siły, aby wreszcie postawić granicę. Gdybym tego nie zrobiła, dalej byłabym ofiarą, a mój syn moim oprawcą. Zbyt mocno wszedł w buty ojca. Dałabym mu tym samym przyzwolenie, nauczyła, że tak wolno traktować matkę i kobiety w ogóle.
W pewnym momencie zorientowała się, że zaczyna patrzeć na synów jak na oprawców. Małych katów, dręczycieli. Widziała w nich kopię ojca. Wyzwiska i obelgi wysypywały się z nich równie gładko. Wyśmiewanie było codziennością. Deprecjonowanie na porządku dziennym.
Potrzeba drugiej rewolucji. Pierwsza pozwoliła kobietom wyjść z domów na rynek pracy. Druga musi spowodować powrót mężczyzn na łono rodziny.
Mąż, który mianował się hegemonem, stał się miarą wszechrzeczy. Karmił dzieci własną nienawiścią do kobiety, która nie była posłuszna, nie taka, jak chciał, która próbowała zerwać się z jego coraz krótszej złotej smyczy. Napychał im uszy jednostronną prawdą pełną jadu, niechęci i wściekłości.
I Alusia grzecznie wszystko zamiatała pod dywan. Upychała tam deficyty czasu, bliskości i miłości. Rodzice się starali, ale doba była zbyt krótka dla dwójki dzieci, w tym jednego ciężko chorego.
Niedługo później zaczęła się zmagać z presją rodziny, życzliwych babć, cioć: "Alusia, szybko wychodź za mąż, miej dziecko". Jakby była odpowiedzialna za pustkę, która powstała po śmierci brata, i miała ją wypełnić ciążą, nowym słodkim bobasem. Żeby jej rodzice wyskoczyli z otchłani tragedii i przedzierżgnęli się z rodziców w żałobie w spełnionych dziadków. Nowy dzidziuś ukoi ból, wypełni ubytki, zaspokoi potrzeby i przytuli samotne ramiona.
Jest takie porzekadło, że człowiek w kryzysie wspina się po drabinie, aby odkryć, że drabina jest oparta o niewłaściwą ścianę. Marta odkryła, że jej drabina jest nie tyle oparta o niewłaściwą ścianę, ile po prostu ona spadła z niej z hukiem, uparcie wspinając się po zbutwiałych stopniach, żeby ostatecznie zdać sobie sprawę, że nie tędy droga. Uważa jednak, że nie była na tyle mądra, aby to odkryć samodzielnie. Potrzebowała wstrząsu.
W dupie ma takie kochanie. Miłość to czyny, nie słowa. "Niech nie mówi, a robi". Czujesz się kochany, jak jesteś bezpieczny, zaopiekowany. Jeśli wiesz, że możesz na kogoś liczyć. A jeśli tego wszystkiego nie ma, to co jest? Pustka. Ta pustka była niczym studnia, do której nawet jeżeli wpadały okruchy miłości i pozornej uwagi, to spadały na dno z cichym pluskiem. Potem zostawało tylko głuche echo. Jak po telefonie, który kiedyś odebrał.
Z rodziny pozostały wolne elektrony. Zabrakło spoiwa, które mogłoby w jakikolwiek sposób utrzymać przy sobie bliskie osoby, bez znaczenia był fakt, że kiedyś mieszkały razem i tworzyły podstawową komórkę społeczną, jaką jest rodzina. Bo nie chodzi o wspólny dach ani o miejsce przy stole, do którego zasiadali podczas wspólnych posiłków. Ani też o uśmiech wymuszony na potrzeby zdjęcia. Chodzi o więzi, kontakty, które w tamten świąteczny dzień jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przestały istnieć. Po rodzinie została czarna dziura, która zassała jej członków i rozsypała po firmamencie życia, mapie miasta. Ale nie tknęła animozji, uraz, obwiniania, złości.
Intuicyjnie czuję podział na kobiety, które odeszły, bo tak chciały, i te, które nie miały wyboru. Ale niekiedy granica jest nieoczywista, płynna, jedno nakłada się na drugie. Oczywiście, w obu tych przypadkach odejście jest mniej lub bardziej świadomą decyzją, choć towarzyszą jej pozornie wykluczające się przesłanki: wolna wola, ratowanie siebie, przymus albo sytuacja totalnie bez wyjścia.
Spotykam też kobiety, które są u kresu wyczerpania czy niewydolności do tego stopnia, że mają poczucie, że albo się zabiją, albo uciekną i się uratują; pomijam tu nieleczone choroby psychiczne, nieleczone depresje, jakieś objawy schizofreniczne, które zaburzają ogląd. Z tej perspektywy uważam, że nie każde porzucenie jest irracjonalne. Czasami kobieta ratuje w ten sposób samą siebie, bo już więcej nie uniesie, nie ma siły, wypaliła się, nie ma energii, aby mierzyć się ze wszystkimi dramatami w jej życiu, obowiązkami, oczekiwaniami i presją społeczną.
Jak wynika z badań Konrada Piotrowskiego, odsetek rodziców żałujących posiadania dzieci jest stosunkowo podobny w Polsce, Niemczech czy Wielkiej Brytanii. I zatrważająco wysoki. Brytyjskie badania pokazują, że liczba niezadowolonych może zbliżać się nawet do piętnastu procent rodziców, zwłaszcza młodych, mających jeszcze małe dzieci. W Polsce około trzynastu procent rodziców żałuje podjęcia decyzji o posiadaniu potomstwa. Oznacza to, że nawet jeden na ośmiu ankietowanych uważa, że rola rodzica nie jest dla niego. Gdyby przeliczyć to na jednostki, prostą drogą doszlibyśmy do wniosku, że w Polsce liczba rozczarowanych rodzicielstwem sięga nawet kilku milionów osób.
Nas, rodziców dzieci niepełnosprawnych, zjada od środka jedna myśl: "Obyśmy zdążyli przed śmiercią zadbać o przyszłość naszych dzieci". W Polsce nie ma prawnych zabezpieczeń, żeby taki rodzic mógł spokojnie umrzeć, mając pewność, że świat się o jego dziecko zatroszczy.
Bycie rodzicem to praca. Nieodpłatna, nielimitowana godzinowo, wymagająca dwudziestoczterogodzinnej dyspozycyjności. To pełne zaangażowanie, bez widoków na dodatkowe korzyści - premię, awans, pochwałę od szefa, trzynastkę. Bez pensji, pakietów medycznych, ubezpieczeniowych czy sportowych. A zasoby rodzicielskiej energii, wytrzymałości psychicznej, fizycznej i emocjonalnej nie są niewyczerpane. Na ich miejsce przychodzi rodzicielskie wypalenie.
Krystyna była z tym sama i kompletnie bezradna. Instytucje, które powinny jej pomóc, zawiodły ją. Miała poczucie ciągłej walki. Ale de facto zmagała się z brakiem nadziei, przeciążeniem i zmęczeniem.
- Kiedyś Andrzej złamał nogę i stracił przytomność. Wtedy nagle poczułam, jak bardzo go kocham. Bo w tym ferworze przestałam myśleć o uczuciu do mojego dziecka.
Osądzanie innych nierzadko przychodzi nam zbyt łatwo. Nie siedzimy w cudzej skórze, nie słyszymy myśli, nie przeżyliśmy tego samego, co oni, nie znamy ich doświadczeń, lęków ani ograniczeń. I choć spoglądanie z zewnątrz na cudze życie i obce wybory daje, oczywiście, swego rodzaju szerszy obraz, nigdy nie jest to obraz kompletny.
Odpowiedzialność za zbudowanie dobrej i bezpiecznej więzi spoczywa na rodzicach. Nigdy na dziecku. Bez względu na to, czy ono ma pięć, dziesięć czy dwadzieścia pięć lat, rodzic wciąż jest za tę więź odpowiedzialny.. On ma być dla dziecka, a nie odwrotnie. Popularne powiedzonko o szklance wody na starość jest krzywdzące i wadliwe z założenia. Wychowujemy dzieci dla świata, a nie dla siebie.
To była tylko fasada. Nawet nie wiadomo, kiedy westalka opuściła ten dom i doprowadziła do wygaśnięcia domowego ogniska. A może nigdy jej tam nie uświadczyli i nie było komu o to ognisko zawalczyć? Dom był de facto tyglem, w którym pod pokrywką pozorów gotowały się emocje i kipiał lęk. Nie widać było tego na pierwszy rzut oka. Bohaterowie tej opowieści byli dobrymi aktorami wystarczająco długo, żeby do czasu pamiętnego listu matki nikt z otoczenia się nie zorientował, nie domyślił, że prawda dalece odbiega od powszechnego wizerunku. Wszyscy woleli milczeć, a może po prostu bali się mówić. Fundamenty tego domu wypchane były po brzegi złem, agresją i kłamstwami.
Bo co nam się pojawia w głowie na hasło MATKA?
Matka to ostoja. Przystań. Ta z otwartymi ramionami, zawsze skorymi przytulić i zapewnić ukojenie. Gotowa do poświęceń. Jedyna i dana od początku do końca. Na zawsze. Ta, która wyrzeknie się "ja" w imię "ono". Ta, która ofiarowuje, składa siebie na ołtarzu macierzyństwa. Ubrana w szaty Matki Polki, uwieczniana przez poetów i malarzy. Kobieta symbol. Poczciwa królowa. Strażniczka domowego ogniska. Piastunka. Z piersiami pełnymi mleka. Matka okrywająca pieluszką. Matka piorąca, gotująca, odkurzająca. Matka na miejscu. Matka na podorędziu. Matka w domu. Matka na przyszłość. Matka zamiast. Matka pomimo. Matka do końca. W tym ujęciu matka to bastion patriarchatu, pełniący funkcję mitu społecznego. Twierdza nie do zdobycia, broniona przez same kobiety.
Jednak moje bohaterki nie "porzuciły" swoich dzieci, bo tak po prostu się znudziły. Nie spotkałam żadnej kobiety, która zostawiła dzieci i rodzinę z powodu subiektywnego kaprysu. Z tyłu, w mroku, za każdym razem kryło się obiektywne wielopoziomowe zło, podskórne tragedie, na które kobieta nie zawsze miała wpływ. Dlatego ostatecznie książka, mająca w zamierzeniu opowiadać o kobietach odchodzących czy porzucających potomstwo, tak naprawdę stała się książką o rodzinie, która z różnych powodów źle funkcjonuje.
Pisanie o kobietach, które odchodzą od swoich dzieci, nie jest zatem zaproszeniem do palenia ich na stosie. Jest zaproszeniem do zauważenia zjawiska i do dyskusji o równouprawnieniu płci. Ale także o funkcjonowaniu naszych rodzin i w tym kontekście również szerzej - o braku kompetencji rodzicielskich, przemocy i braku równości w związkach, używkach, chorobach. I przede wszystkim o samotności matek pozostających często bez wsparcia i pomocy nie tylko najbliższych, ale także systemu pomocy społecznej.