cytaty z książki "Oczy uroczne"
katalog cytatów
A teraz… teraz to sobie myślę, że najważniejsze, żeby człowiek miał w życiu kogoś takiego, przy kim nie musi otwierać ust, jeżeli nie chce.
- [...] najważniejsze, żeby człowiek miał w życiu kogoś takiego, przy kim nie musi otwierać ust, jeżeli nie chce. Kogoś takiego, komu nawet nie musi niczego tłumaczyć, bo ten ktoś po prostu wie. Rozumie. I niczemu się nie dziwi. [...] Nie ma takiego nieszczęścia, z którego nie dałoby się wygrzebać we dwoje, skarbeńku. Tylko musi trafić swój na swego. Swój na swego.
Wszystko, co ujarzmiamy, prędzej czy później próbuje wyrwać się spod naszej kontroli...
- Odżinko, kupimy szobje konszole?- dobiegło go jeszcze, gdy wreszcie ruszyli.
- Bazylku, przecież my nawet nie mamy telewizora.
- To mosze choczasz pada?
- A na co ci pad bez konsoli?
- No fjesz. Do szymulaczji.
- Symulacji czego?
- No... no pszeczesz, że konszoli!
-Pogódż sze ż tym. Ja jesztem czortem, a ty jesztesz podatny na me mroczne fpłyfy. To szilnejsze ot czebje.
-W sensie, że jestem takim twoim...no, tym tam... przydupasem?
-Pszytupasz. Pszytupasz...-powtórzył Bazyl, delektując się słowem szeleszczącym mu w ustach.-Tak.Podoba mi sze to szłofo, trafnje ottaje szkomplikofany charakter naszych sztoszunków.
- [...] Przyświeca im najbardziej ludzkie z uczuć.
- Strach?
- Miłosierdzie. Sęk w tym, wiło, że ludzkie miłosierdzie, gdy nie ma żadnego przewodnika, może zaślepić równie łatwo co gniew. I wtedy pragnienie czystego, nieskalanego dobra przeistacza się w paniczną ucieczkę przed cierpieniem. Nawet matka, gdy próbuje uchronić młode przed wszelkim cierpieniem tego świata, bez względu na cenę, potrafi wyrządzić mu większą krzywdę, niż byłby zdolny wyrządzić świat. Nie z głupoty, podłości czy strachu, choć tak chciałoby się myśleć, choć tak byłoby łatwiej. Czyni tak z miłosierdzia. Nie pozwala mu biec. Nie pozwala mu walczyć. Nie pozwala mu płakać. Nie pozwala mu...
- [...] Żyć.
... kiedyś mi się wydawało, że bez dzieci nie ma rodziny. Nie ma sensu! A teraz… teraz to sobie myślę, że najważniejsze, żeby człowiek miał w życiu kogoś takiego, przy kim nie musi otwierać ust, jeżeli nie chce. Kogoś takiego, komu nawet nie musi niczego tłumaczyć, bo ten ktoś po prostu wie. Rozumie. I niczemu się nie dziwi. – Pomarszczona dłoń pani Kusej raz jeszcze zacisnęła się czule na dłoni Ody. – Nie ma takiego nieszczęścia, z którego nie dałoby się wygrzebać we dwoje, skarbeńku. Tylko musi trafić swój na swego. Swój na swego.
Instynkt i skromne doświadczenie podpowiadały mu zgodnym głosem, że nic tak nie buduje poczucia bliskości jak wspólne spożywanie wysoko przetworzonej żywności.
A takje... takje... no fjesz... sze on jom bardżo, a ona jego ne bardżo, ale potem on pożnaje innom i ta pjerfsza dosztaje szpażmóf ż fraszenja, i otkryfa, że to była miłoszcz i że treasz fszysztko f piż... żnaczy, że fszysztko sztraczone i fszyszczy umszemy, a potem sze okażuje, sze ta inna to jeszt szosztra kużynki prababki czotecznej sztryjka ot sztrony szonszada ż parteru i tak naprafde to jego nicz ż njom ne łonczy, a po drodże szom momenty i fszyszczy żyjom krótko i neszczenszlifje, sza hajsz babky balujoncz...?
Ludzie chętnie uciekają w przesądy, by w ich cieniu ukryć się przed prawdą jak przed słońcem w upał. Prawda ich pali, bo nie pasuje do ich wizji świata, a przede wszystkim wizji samych siebie. Oczywiście, wizji pięknej, spójnej i obiektywnej (...) Przyczyn osobistych klęsk i niepowodzeń szukają wszędzie wokół, zamiast stawić czoło własnej głupocie czy nieudacznictwu. To nie ja, ja sobie niezasłużyłem. To świat. To los!
Bardziej niż zwykle przypominał wtedy Michałce wczesnego Freddiego Mercur'ego-jeszcze bez wąsów ,za to z włochatą klatą w pełnej krasie, tylko skompresowanego mniej więcej tak do metra dwudziestu. Michałko z trudem uwolnił się od wizji małego czorta pląsającego we frywolnym fartuszku, z odkurzaczem w łapce i pieśnią na paszczy. Tyle że w przeciwieństwie do oryginału śpiewał I Want to Break Free z wyraźnym szkockim akcentem, co dodatkowo potęgowało efekt grozy.
Fakt, płanetnik nie był jednym z tych mężczyzn, którzy na widok plamy na koszuli wpadają w panikę i gubią się w drodze do pralki niczym Odyseusz na kursie do Itaki.
Osobiście odrzuca mnie myśl o upersonifikowanej sile wyższej, która wedle własnego widzimisię rozstawia nas jak piony na szachownicy, a my nie dość, że nie mamy żadnego wpływu na to, jaki ruch wykonamy w swojej turze, to jeszcze musimy co roku wyprawiać kinderbal jej pierworodnemu, żeby mu nie było przykro.
Otóż nie, pani Gieniu, nie mam chorej tarczycy. Nie mam też okresu, menopauzy ani innej huśtawki hormonów, jak przyjęło się zakładać, ilekroć kobieta się o coś złości, choć to przecież nieładnie. Mam po prostu dość.
A przy tym ludzie lubią myśleć o sobie, że są kimś lepszym niż w rzeczywistości. Widzieć siebie przez różowe okulary. Owszem, czasem narzekają na swoje niedostatki, ale robią to wyłącznie w nadziei, że ktoś natychmiast zaprzeczy i będą mogli dalej żyć w błogiej ułudzie. Nie potrafią znieść dysonansu, muszą wybrać stronę i wierzyć, że wybrali tę dobrą.
- I mjało paszcze i żemby, i było takje... takje... takje f piżdu!
- BAZYLU!!! - zakrzyknęli zgodnie i wiła, i płanetnik. i lekarz zresztą taż, chociaż sam nie wiedział dlaczego.
- Ne? Ne f piżdu?... No że ogromne było takje. I czałe czarne, ż łapami i że szponami, i ż rogami, i długmimi i żakrentaszofymi, o, takimi, fjuuu, fjuuu...
Czekałam. Wierz mi, czekałam długo i cierpliwie aż w końcu ludzie w swym zadufaniu uznali, że są bezpieczni. Że już nic im nie grozi w ich nowoczesnym, higienicznym, starannie uporządkowanym świecie. Na pewno nie ze strony zapomnianej od dawien dawna Zarazy. Wiesz co? Nie tylko uchulili mi drzwi, wręcz zaprosili mnie do środka. Nie musiałam nawet pukać. Nowy przesąd, który sami wyhodowali na pożywce ze złudzeń, niewiedzy i strachu przesłonił im prawdę, która chroniła ich przede mną tak długo i tak skutecznie. I oto jestem.
Sobotni poranek bez naleśników z dżemem w jego oczach uchodził za profanację weekendu i wstęp do moralnego upadku ludzkości. Nieludzkości też.
Pomału, niepostrzeżenie stawał się dla niej tym rodzajem przyjaciela, który nic nie powie, za to podczas huraganu stulecia przejedzie sto kilometrów do najbliższej cukierni i z powrotem, bo chociaż sam unika cukru, to wie, że w każdy drugi czwartek miesiąca lubisz zjeść pączka z różą do popołudniowej kawy.
I że pączek hiszpański to nie pączek.
Milczeli zatem, swobodnie i niewymuszenie, bez wyrzutów sumienia, że wypadałoby coś powiedzieć, zanim zrobi się naprawdę niezręcznie, i sącząc gorącą kawę, patrzyli na zielony las. Jak dwoje całkiem zwyczajnych ludzi.
Mały czort odwrócił głowę i spojrzał na wiłę ze sceptycyzmem, podkreślonym przez blask latarki, który oświetlał jego pysk od bródki strony.
Bez względu na położenie geograficzne obchody najważniejszych świąt zawsze oznaczają jedzenie. Jedzenie wypada najpierw przygotować, co nieodmiennie skutkuje wzmożoną częstotliwością występowania obrażeń, ze szczególną nadreprezentacją oparzeń, ran ciętych, tłuczonych oraz, o dziwo, postrzałowych. Dopiero gdy odpowiednie rytuały są już odprawione, bóstwa obłaskawione, a krewcy krewni znów poza zasięgiem broni palnej, przychodzi pora na prozaiczną niestrawność.
Za objęciami, których nigdy nie ma się dość. Zapachem. Głosem niestrudzenie nucącym kołysanki, póki ostatnie myśli nie odpłyną i opadną powieki. Czułym dotykiem, który przegania potwory i koszmary nocy. Za śmiechem, za łzami dumy i smutku, za dziesiątkami tych najdrobniejszych momentów, niepozornych okruchów, które na zawsze spajają matkę z dzieckiem. I to właśnie ta tęsknota wypalała teraz w duszy Ody ranę większą niż stare żelazo.
Nie ma takiego nieszczęścia, z którego nie dałoby się wygrzebać we dwoje, skarbeńku. Tylko musi trafić swój na swego. Swój na swego.
Nie znosiła kłamać. Ot, kolejne komplikacje po wychowaniu: kłamią wyłącznie ludzie tchórzliwi i słabi, tak zawsze powtarzał jej ojciec. A ona zawsze była tą silną. Tą odważną.
Florystka w kwiaciarni przez kwadrans z rozpaczy łkała w paczkę rafii, po tym jak klient zażądał kompozycji świątecznej z wikliny, mchu islandzkiego i juty, metrowej choinki z ekologicznego sianka na plastrze drewna brzozowego, ale bez korników, chyba że z wolnego wybiegu, oraz świec z wosku pszczelego od pszczół z chowu bezklatkowego, a wszystko to miała mu zapakować w złotą organzę w gwiazdki, koniecznie antyalergiczną, bezzapachową i wolną od GMO.
Na dobę przed godziną zero nikt już nie bawił się w ceregiele. Pot i łzy rosiły klepisko na stoiskach z żywymi choinkami, gdzie toczyły się nieustanne bitwy o ostatnie drzewka. Sklepowe półki pustoszały przy akompaniamencie popiskiwań terminali płatniczych i bolesnych pojękiwań, które wyrywały się raz po raz z coraz to innych gardeł.
Sprzedawczyni ze sklepu ze słodyczami tymczasem tłumaczyła się gęsto z zawartości mleka w mlecznej czekoladzie, a w zabawkowym na rogu rozgrywały się sceny gorszące, z udziałem dorosłych i ostatniego pudełka księżniczkowych klocków, różowo-brokatowego obiektu pożądania każdej siedmiolatki w promieniu stu kilometrów.
Ludzie mijali się w dzikim pędzie, objuczeni, zagonieni i zestresowani nadchodzącym czasem radości i pokoju na ziemi.
(...) ludzie lubią myśleć o sobie, że są kimś lepszym niż w rzeczywistości. Widzieć siebie przez różowe okulary. Owszem, czasem narzekają na swoje niedostatki, ale robią to wyłącznie w nadziei, że ktoś natychmiast zaprzeczy i będą mogli dalej żyć w błogiej ułudzie. Nie potrafią znieść dysonansu, muszą wybrać stronę i wierzyć, że wybrali tę dobrą. Więc idą w zaparte. Nie, ja nie jestem gruby, ja nie przywiązuję wagi do cielesności. Nie, ja nie jestem miękki, ja ciągle szukam swojej drogi. Nie, ja nie jestem niedouczony, ja myślę alternatywnie. I tak dalej, i tak dalej… Szukają wymówek i pretekstów, zamiast spojrzeć w lustro i pogodzić się z tym, co widzą. Na nowo ukonstytuować siebie.