Wolność"-powtarzalismy raz za razem, nie potrafiąc jej ogarnąć. Tyle razy wypowiadaliśmy to słowo podczas tych wszystkich lat, gdy o niej marzylismy, że w końcu utraciło ono swoje znaczenie. Wciąż nie byliśmy w stanie objąć umysłem naszej nowej rzeczywistości, nie mogliśmy uwierzyć, że naprawdę jesteśmy wolni.
Prócz demiralizacji, będącej wynikiem gwałtownego wyzwolenia się spod psychicznego nacisku, jeszcze dwa inne czynniki mogły stanowić zagrożenie dla postawy byłego więźnia: rozgoryczenie i rozczarowanie, jakie często odczuwam po powrocie do swego dawnego życia.
Choć niektórzy psychologowie utrzymują, że sens i wewnętrzne wartości to nic innego, jak zwykłe "mechanizmy obronne, reakcje pozorowane oraz przejawy sublimacji", to jeśli o mnie chodzi, nie byłbym gotów żyć dla samych "mechanizmów obronnych", podobnie jak nie miałbym ochoty umierać za swoją "reakcję pozorowaną".
Ich wola poszukiwania sensu osłabła, a jej miejsce zajęło dążenie do natychmiastowej przyjemności.
... prawdziwa przyczyna ich śmierci była jedna i zawsze ta sama: utrata nadziei.
Żyj tak jakbyś żył po raz drugi, i tak, jakbyś za pierwszym razem postąpił równie niewłaściwie, jak zamierzasz postąpić teraz...
Dwaj więźniowie zwierzyli się współtowarzyszom z zamiaru odebrania sobie życia. Obaj posłużyli się typowym argumentem – że niczego już od życia nie oczekują. Trzeba im było uświadomić, że to życie nadal oczekuje czegoś od nich i że w przyszłości czeka ich konkretny sens do wypełnienia.
Człowiek może zachować resztki wewnętrznej wolności, niezależności myśli, nawet w warunkach tak koszmarnego psychicznego i fizycznego stresu.
Żyj tak, jakbyś żył po raz drugi, i tak, jakbyś za pierwszym razem postąpił równie niewłaściwie, jak zamierzasz postąpić teraz!
Przyjmowanie cierpienia, które nie jest konieczne to masochizm a nie heroizm.
My, którzy wróciliśmy z piekła, zawdzięczając to wielu szczęśliwym zbiegom okoliczności lub wręcz cudom - jakkolwiek by je nazwać - my wiemy: najlepsi z nas stamtąd nie powrócili.
Żaden człowiek nie powinien osądzać innych , jeśli sam całkowicie szczerze nie odpowie w głębi serca na pytanie, czy w podobnych okolicznościach nie postąpiłby tak samo.
[...] nie traktuję powodzenia mej książki jako osobistego sukcesu ani osiągnięcia, lecz raczej jako potwierdzenie duchowej nędzy naszych czasów; skoro setki tysięcy ludzi sięgają po książkę, której tytuł wyraźnie nawiązuje do kwestii sensu życia, musi być to dla nich niezwykle aktualny i palący problem.
Pokuszę się w tym miejscu o następującą analogię: z ludzkimi cierpieniem jest jak z gazem. Jeśli wpuścić pewną jego ilość do zamkniętego pomieszczenia, gaz wypełni je w sposób równomierny i całkowity, bez względu na jego rozmiary. Podobnie cierpienie całkowicie ''wypełnia'' duszę i świadomość człowieka, bez względu na to, czy cierpimy ogromnie, czy tylko trochę. Dlatego to ''rozmiar'' ludzkiego cierpienia jest pojęciem najzupełniej względnym.
Szczęście po prostu musi samo do nas przyjść i to samo dotyczy sukcesu: sukces „przydarza się” nam, kiedy o niego nie zabiegamy. Trzeba słuchać, co nam podpowiada sumienie, a następnie realizować jego nakazy zgodnie ze swoją najlepszą wiedzą. Dopiero wtedy przekonacie się, że na dłuższą metę - powtarzam: na dłuższą metę! - sukces przychodzi właśnie do tych, którzy o nim nie myśleli.
Nagle poraziła mnie pewna myśl: po raz pierwszy w życiu objawiła mi się prawda po tylekroć wplątana w pieśni przez poetów i ogłaszana najwyższą mądrością przez filozofów, a mianowicie, że miłość jest najwyższym i najszlachetniejszym celem, do jakiego może dążyć człowiek.
Najbardziej bolesną rzeczą w biciu jest zamierzona obraza, jakiej jest ono wyrazem.
Miałem poczucie, że oglądam znane mi z dzieciństwa ulice, place i domy oczyma zmarłego, który powrócił z zaświatów i z góry obserwuje wymarłe miasto".
Przenikliwy dźwięk gwizdka lokomotywy sprawiał upiorne wrażenie: był niczym wołanie o pomoc, wyraz współczucia maszyny dla nieszczęsnego ładunku, jaki przyszło jej wieźć na zatracenie".
Koniec końców, zamiast pytać o sens swojego życia, człowiek powinien uświadomić sobie, że to on sam jest adresatem tego pytania. Inaczej: życie każdemu z nas stawia pytania, a jedynym sposobem, aby mu odpowiedzieć, jest odpowiadać za swoje życie, być za nie odpowiedzialnym.
Powiedziałem moim towarzyszom - którzy leżeli nieruchomo, choć od czasu do czasu dawało się słyszeć pojedyncze westchnienia - że bez względu na okoliczności życie ludzkie nigdy nie traci sensu i na ten nieskończony sens życia składają się także cierpienie i umieranie, nędza i śmierć.
Siedziałem i spoglądałem na łagodne zielone pagórki i błękitniejące w oddali wzgórza Bawarii – malowniczy widoczek w ramie z drutu kolczastego.
(...) nie posiadaliśmy teraz niczego z wyjątkiem naszych nagich ciał, ogołoconych nawet z włosów; jedyną rzeczą, której nam nie odebrano, była - dosłownie - nasza naga egzystencja".
Początkiem wszelkich prób wskrzeszenia w człowieku jego wewnętrznej siły musiało być wskazanie mu jakiegoś celu w życiu. Słynne słowa Nietzschego – „Ten, kto wie, dlaczego żyje, nie troszczy się o to, jak żyje” – mogłyby stanowić myśl przewodnią wszystkich psychoterapeutycznych i psychohigienicznych zabiegów kierowanych do więźniów obozu koncentracyjnego.
Istnieją natomiast sytuacje, o których można powiedzieć, że kiedy brakuje słów, jedno tylko słowo to już za wiele.
Pojąłem wówczas sens największej tajemnicy, której rąbka uchylają przed nami dzieła najwybitniejszych poetów, myślicieli i duchownych: droga do zbawienia człowieka wiedzie poprzez miłość i sama jest miłością.
Zwykle dostrzegamy jedynie rżysko przemijania, ignorujemy zaś pełne spichlerze przeszłości.
Gdyby ktoś nas zapytał, na ile prawdziwe jest słynne zdanie Dostojewskiego, który beznamiętnie twierdził, iż człowiek jest istotą zdolną przyzwyczaić się absolutnie do wszystkiego, odparlibyśmy: "Tak, człowiek może przyzwyczaić się do wszystkiego, lecz nie pytajcie nas, jak to się dzieje".
Z ludzkim cierpieniem jest jak z gazem. Jeśli wpuścić pewną jego ilość do zamkniętego pomieszczenia, gaz wypełni je w sposób równomierny i całkowity, bez względu na jego rozmiary. Podobnie cierpienie całkowicie „wypełnia" duszę i świadomość człowieka, bez względu na to, czy cierpimy ogromnie, czy tylko trochę. Dlatego też „rozmiar" ludzkiego cierpienia jest pojęciem najzupełniej względnym. Z tego też powodu najbardziej banalna rzecz może stać się przyczyną olbrzymiej radości.
Widać zatem wyraźnie, że podstawą zdrowia psychicznego jest pewien stopień napięcia - rozdźwięk pomiędzy tym, co już osiągnęliśmy, i tym, co jeszcze musimy osiągnąć, albo tym, kim jesteśmy, a kim być powinniśmy.