Doreen Ilana Manaster 5,5

ocenił(a) na 223 tyg. temu Powieść "Doreen" Ilany Manaster jest dla mnie nieśmiesznym żartem. Na pierwszy rzut oka nic nie wskazywało na to jak do bólu słaba będzie to książka... A dodatkowo jest ona oparta na - o ironio - naprawdę genialnej powieści.
Po przeczytaniu paru rozdziałów zauważyłam, że "Doreen" nie jest oryginalną historią, a tworem opartym na "Portrecie Doriana Graya". Nie mam żadnych problemów z retellingami, a wręcz uwielbiam książki opowiadające w nowy sposób ważne dla literatury opowieści. Ale problem pojawia się, gdy retelling jest tak zły jak ten... Aż nie wiem od czego zacząć!
"Doreen" to "Portret..." w wersji "puste, samolubne, bogate dzieciaki". Wydawałoby się, że nawet retelling powinien nieść jakąś wartość, bo przecież głównie o to chodzi w pierwowzorze, ale nie... Tutaj wszystko jest płytkie do bólu, wyprane z wartości i jakiegokolwiek uroku. Podczas lektury czułam, jakby ta książka była napisana przez osobę, której przyszedł pomysł stworzenia "Portretu..." dla nastolatków i zabrała się do tego tego samego dnia - bez żadnego konkretnego planu, bez jakichkolwiek umiejętności i bez zaplanowania jakiegokolwiek przekazu... Najśmieszniejsze było dla mnie to jak wyniosła próbowała być to książka, a zwłaszcza postać Heidi. Ale pod tą wyniosłością na pokaz kryje się płycizna, tak płytka, że aż boli. Bo głównym wątkiem tejże powieści jest to, że kierowanie ludźmi dla swojego sukcesu i korzyści jest jak najbardziej w porządku, a najważniejszą wartością jest bycie pięknym, popularnym i doskonałym. Oczywiście, na końcu powieści mamy wnioski, które negują te przekazy, ale by do nich dotrzeć trzeba pochłonąć stek bzdur. Uważam, że dla młodszego, niedoświadczonego życiowo czytelnika sięgającego po to "dzieło", sama ta "podróż" przez powieść może być absolutnie krzywdząca.
Autorka za cel obrała sobie bazować na wydarzeniach z "Portretu...", co wyszło tragicznie, bo tworzyła sytuacje (które w "Portrecie..." miały sens i podłoże),które były pozbawione jakiejkolwiek logiki. Weźmy na przykład wątek miłości - była tu przedstawiona jako prawdziwa i wielka, by jednym wydarzeniem zmienić się w nienawiść, bez uzasadnień czy głębi. Bohaterowie mieli być okrutni, bo tak i już. No po prostu historia napisana na kolanie...
Nie mam zielonego pojęcia po co powstała "Doreen", bo niezależnie czy ktoś czytał "Portret..." czy nie, jest to zwyczajnie beznadziejna książka. Przez 90% powieści czytamy o zepsutych do szpiku kości bohaterach, których czyny nie mają sensu w ich własnej historii, ale mają takie być, bo przecież to retelling... Beznadziejna i szkodliwa. To taki koszmar dla czytelnika szukającego w literaturze głębi i wartości.