Miło się to czytało i piekło przy tym szarlotkę. TO taka właśnie idealna książka do ciasta i herbatki. Niezobowiązująca, dobrze napisana, jeśli chodzi o ten gatunek, nie jakaś głęboka, choć pod koniec próbuje aspirować do jakichś niby poważniejszych przemyśleń, ale tylko próbuje. Fajna amerykańska literatura dla kobiet.
Mamy tu toksyczną przyjaźń od dzieciństwa, zakompleksioną singielkę, miłosny trójkąt i nagłe otwarcie oczu na to, że trzydziestka na karku, więc może czas wreszcie zacząć żyć zamiast wegetować. Typowe, sprawdzone, skuteczne motywy.
Wątek toksycznej przyjaźni zrobiony dobrze i całkiem wiarygodnie. Dobrze pokazane, jak można uwikłać się w fatalną relację z przyjaciółką, o której to relacji wszyscy myślą, że jest idealna i nawet ty sama nie zdajesz sobie sprawy, że ktoś cię tu regularnie robi w trąbę, czasem rzucając ci ochłapy uznania, które usypiają twoją czujność.
Wątek romantyczny, no, wystarczający. Facet taki pimpon, ale honor czy odpowiedzialność nie były niczyją cechą. Ogólna zasada panowała taka: jak robisz coś złego, to się z tym kryj, jak najdłużej odwlekaj moment skonfrontowania się z rzeczywistością, a jak już się wyda, to się będziesz martwić. A seks jest tam jak Amol – czasowo pomaga na wszystko. Ale czy właściwie nie jest to prawda?
Mocno na minus to, że jasno określony morał książki jest taki: jak ktoś cię źle traktuje, to nic złego się nie stanie, jeśli zrobisz mu to samo. I oczywiście to jasne, że wszystkim jest przykro, bo to wszystko w sumie smutne, ale masz prawo do szczęścia, co nie? A że moim zdaniem jednak nie, to miałam moralny zgrzyt. I według mnie Dexter nie był porządnym mężczyzną, a wręcz żałosnym, ale nie będę uzasadniała dlaczego, bo może ktoś chciałby przeczytać i wyrobić sobie własne zdanie. Inna rzecz, że oni tam wszyscy byli siebie warci.
W ogóle to było o ludziach po trzydziestce, a dramy były takie, jakbym czytała o studentach. Ale to jest, tak sądzę, znak naszych czasów, że później dorastamy. Myślę, a nawet jestem pewna, że są środowiska, gdzie ludzie tak właśnie żyją. Wprawdzie w Polsce kojarzę to bardziej ze studentami, ale tak rzeczywiście bywa. Nie wiem, czy autorka chciała pokazać jako problem, czy jako normalne i w porządku to przeciąganie młodości i uciekanie przed dorosłością. Niezależnie od jej intencji dobrze to widać – i to też działa na plus.
Trafne wstawki o słyszeniu w głowie głosu matki, nawet gdy jest się trzydziestoletnią, dobrze zarabiającą kobietą. I całkiem realne przedstawienie singielki w paczce, w której już wszyscy kogoś mają. Wiecie, nie było w tym żadnej wielkiej psychoanalizy, ale po prostu było to do rzeczy. I podobało mi się, że autorka nie przesadziła z erotyzmem ii nie zrobiła z tego soft porno, tylko pozostawiła w granicach romansu.
Dałam książce 6/10, bo przyjemnie się to czytało, było trochę poczucia humoru i dało się z zainteresowaniem śledzić losy Rachel i reszty. Po prostu nie można tego traktować zbyt poważnie.
Jest też książka „Coś niebieskiego” z perspektywy Darcy, tej złej, toksycznej, ale jednak podwójnie zdradzonej przyjaciółki. Może przeczytam. Najbardziej ciekawi mnie, czy udało się autorce poprowadzić narrację z perspektywy Darcy, zachowując jej charakter z pierwszej części, czy też, uczyniwszy ją narratorką, zmieniła jej naturę.
Miło się to czytało i piekło przy tym szarlotkę. TO taka właśnie idealna książka do ciasta i herbatki. Niezobowiązująca, dobrze napisana, jeśli chodzi o ten gatunek, nie jakaś głęboka, choć pod koniec próbuje aspirować do jakichś niby poważniejszych przemyśleń, ale tylko próbuje. Fajna ame...
Rozwiń
Zwiń