Popkultura potrafi zdziałać cuda, oj tak! I niby jest to zbiorowisko tworów powstałych dzięki ,,poruszeniu” rąk, myśli i czynu ludzkiego, mających służyć tylko i aż rozrywce, jednakże jest w niej coś, co sprawia, że może stać się ona źródłem życiowych inspiracji, zajmującym czas, a ujmującym ducha zajęciem z zakresu hobby, które daje tak samo dużo rozrywki, jak i czegoś uczy. Popkultura to ucieleśnienie – o ile tak to można nazwać – różnorodności: bo to, czy to co wybierzesz ma służyć tylko ,,zapchajdziura rozrywce”, czy stanowić dla ciebie coś dużo głębszego i ważniejszego, nie inaczej, zależy tylko od twoich decyzji, gustów i oczekiwań. To jest właśnie piękne w różnorodności ,,masówki” – owej rozrywkowej odmiany kultury cywilizacji, która w wielu aspektach zyskuje miano ,,pięknej”, ,,wdzięcznej”, a za enty lat w przód, kto wie, być może popkultura będzie bliska temu, co nam bliskie jest teraz w kulturze klasycznej, pięknej.
Popkultura nigdy się ,,nie zakończy!"; będzie trwać dotąd, dopóki żyć na Ziemi (lub gdzieś w kosmicznych koloniach ludzkości) będzie ,,ostatni człowiek na trzeciej planecie od Słońca”… ostatni ,,kulturowy Prometeusz”, ostatni stwórca. Nowej rzeczywistości i jakieś cudacznej teorii o multiświatach raczej nie odkryję, gdy wyrażę pewną opinię na temat konkretnego odłamu ,,masówki”, tak specyficznej, że od lat 80-tych XX wieku do dnia dzisiejszego rozkochał się w niej cały współczesny Świat. Chodzi rzecz jasna o popkulturę ,,Made In Japan”, której całkowite oddziaływanie na Cywilizację jest tak intensywne i specyficzne, że można śmiało stwierdzić:… tak, rozrywka z kraju kwitnącej wiśni potrafi przyciągnąć do siebie nawet tych totalnie jej ,,anty-na-wszystko-uczulonych" przeciwników i nastawionych konserwatywnie wobec jej ,,niby ogłupiającego ,przeuroczego a.k.a. w Kawai stylu”, działającego zgubnie na młodzież charakteru i celu powstawania, licznych sceptyków. I co istotne to właśnie manga oraz anime – dwa media, dwie formy japońskiej, mocno indywidualnej, oryginalnej i będącej czasami niczym samotna wyspa, dziedziny rozrywki wyróżnia się mocno w tym względzie. To właśnie poprzez japoński komiks czy anime wielu z rozkochanych potem w ichniejszej formie ,,masówki” geeków, staje się właśnie nimi, i to dla zakresu japońskich możliwości rozrywkowych; po prostu – od mangi lub anime co najmniej, sądzę, połowa sympatyków tychże treści zaczyna zapoznawać się z olbrzymimi ilościami tytułów serialowych, filmowych czy komiksowych bądź nowelowych w tymże przebogatym ,,Made In Japan” zakresie, aby potem wsiąknąć w ogólną historię, kulturowe dziedzictwo, obrzędy, obyczaje, wiarę, mistycyzm, okultyzm etc. i całą, całą resztą co ów wyspiarski kraj i jego naród sobą prezentują, co dla zbiorowości ludzkości tworzą i czym się między innymi wyróżniają. Nie skłamię (chyba!) jeśli stwierdzę odważnie, że od mangowo-anime realiów rozpoczyna się u wielu nerdów miłość i pokładanie do popkulturowej tradycji, do Japonii rzecz jasna swego rodzaju zaufania, obustronnej silnej więzi. Bo ci nasi Japończycy to takie… zbiorowisko ludzi, którzy w zakresie nawet i wydawać by się mogło prostej rozrywki, cóż, potrafią tworzyć nader piękne rzeczy, pisać wyjątkowe opowieści o licznych historiach, kreujących w ten sposób fantastyczne Uniwersa, połacie przestrzeni w nich zawarte, różne postaci, fantasmagoryczne istoty, ich światy, środowiska. Potrafią zdziałać praktyczne a nie tylko hipotetyczne cuda, dając gawiedzi w danym tworze, przykładowo, ekwiwalent dziesiątek średniej jakości amerykańskich komiksów.
I tu zatrzymajmy się na chwilę – to właśnie japoński komiks, rzecz jasna, zwany popularnie mangą jest jednym z najlepszych wyznaczników jakości i przepastnej wręcz różnorodności tego, co daje nam rozrywka prowadzona ,,pod szyldem” japońskiej swobody twórczej, której każdy z nas, szczególnie tych mocno popkulturowo szajbniętych pozytywnie nerdów, powinien doświadczyć (i na pewno już to zrobił) choć raz w życiu, w takiej właśnie ,,mangowej” konwencji. I Ja ponownie, po raz prawie że niezliczony ,,enty z kolei” wziąłem kolejną, nową – ot, pierwszy tom z świeżej dla mnie czytelniczo serii – odsłonę z danego tematycznie Uniwersum ,,na swą geekowską klatę" i zagłębiłem się w dość zbzikowany Świat magii i przeciętności zarazem, pisany przez, co sądzę, jakiegoś zbzikowanego i mającego jakby wyobraźnię ,,z piątej klepki” mangakę. Tym abstrakcyjnym wymiarem rozrywki, który i tym cholernie cudownym razem dała nam japońska narracja graficzna okazuje się ,,Mashle”, którego, no nie inaczej (ów artysta siądzie Wam w pamięci na dość długo. Oj, zobaczycie!) tym ,,skrejzolowanym” twórcą jest Hajime Koumoto – tajemniczy ,,Miszcz" o tajemniczej osobowości, i co ciekawe: znany w Polsce, i pewnie na ,,Zachodzie” również przeważnie tylko i wyłącznie z kreowania tejże właśnie ,,poprawnej i pełnej absurdów w innawym stylu” mangi, która to w swym pilotowym rozdaniu, które niniejszym omawiam i recenzuję, podkreśla – i tu wyrażę to po raz kolejny – to jak wspaniała, naturalna, odważna, niekonwencjonalna i kochająca łamać liczne schematy nazwijmy to ,,twórczo-wizyjno-społeczne” potrafi być spośród oceanu wszystkiego co w popkulturze tworzymy kultura masowa ,,Made In Japan”.
Kocham być popkulturowo nakręcony. Oglądam, czytam, wchłaniam, po prostu doświadczam to czego i co chcę, a nie wszystko ,,co nowe, łatwe i przyjemne, no bo to każdy ogląda, nawet Pan Janusz z trzeciego piętra". Nie chcę być jak inni, mam swój styl w podejściu do popkultury właśnie; ponad wszystko uwielbiam się nią jarać, choć rzecz jasna z umiarem. To dzięki pierwszemu tomowi ,,Mashle”, za co tej mandze i dwusezonowemu anime, które stworzono na podstawie całej (odpowiedniej do ilości danych rozdziałów) jej serii, a które to okazało się totalną ,,zajebiozą”, której – jeśli się jest otwartym na różnorodności w naszej popkulturowej pasji – nie da się w ,,krejzi” sposób nie szanować, mówię, wyrażam:... serdeczne i wielkie ,,dziękuję!”, doświadczyłem tegoż to właśnie ,,nakręcenia”. Chodzi o fakt nabycia tej zdrowej popkulturowej energii do działania, do ciągłego i ciągłego podtrzymywania pasji, do poszukiwania jeszcze szerszy i rozleglejszych połaci niezwykłości w ,,masówce”, które rozszerzą moje fanowsko-pasjowe horyzonty, dając przy okazji kolejne powody do zwyczajnej radości, do cieszenia się, z tego, że w ogóle posiada się ,,jakiekolwiek zainteresowania!”, że właściwy dla siebie sposób spędzania się z nimi czas wolny. Tak, to właśnie nasze niezwykłe, co mogę podkreślać to nawet i po raz fazylionowo-trylionowy, ,,Mashle” w pierwszym rozdaniu mangi, które doświadczałem przez ostatnie kilka dni, daje mi taki bagaż intymnych, ważnych dla mnie emocji. Bo była to tak samo porządnie śmieszkowa, ciekawa, pozytywnie irytująca oraz oryginalna jak dwie serie anime, które wydano w tym Uniwersum w przeciągu ostatnich 2,5 roku przygoda. To od tych dwóch sezonów zaczęła się moja prywatna podróż z ,,Mashle”, z opowieścią o jednym z najdziwniejszych, troszku absurdalnych, troszku zbyt ponadprzeciętnych Uniwersów w moich komiksowo-książkowo-serialowo-filmowych pasjach, z którymi się zetknąłem w ogóle! Owe ponad 20 odcinków o ,, odwróconych do góry nogami z tysiąc razy realiach przez duże M” (Ba!, mało powiedziane!) Masha Burnedeada (zwanego, co okaże się w trakcie oglądania serialu i zapewne czytania wielu tomów mangi pod rząd ,,grzybogłowym”) okazały się innawą, niecodzienną interpretacją, wersją opowieści o magii a'la Harry Potter w tle i temu podobne, wraz z sosem ,,mugolskich” supermocy na dokładkę, dość znacząco przypominających moce głównego ,,MC” w ,,One-Punch Manie”, wraz z jego ,,obojętnym” niekiedy na Świat dookoła i swoją ,,mega-heroiczną sytuację w pokićkanym Świecie” charakterem. Powiedzieć, że ,,działo się tu tyle, że była to ostra fabularno-komediowo-fantasy jazda bez trzymanki”, to tak jakby nic nie powiedzieć. Otrzymaliśmy śniadanie, obiad i deser wraz z kolacją dla geeków lubiących w anime całkowite sprzeczności, w którym potrafi się umieścić spójnie funkcjonujące w swej specyfice ,,wszystko!”; tak, dostaliśmy sporą potrawę na talerzu podanym nam przez Koumoto: bekę a'la One-Punch Man i Mob Psycho 100 w jednym wraz z niesamowicie inspirującą (choć nie aż tak wymiarową) postawą postaci Mashle’a, który mając w zanadrzu potężną fizyczną, cielesną siłę, jest w stanie przeciwstawić się złożonym właściwościom magii, i to w szkole (ba! W Świecie również) bazującej na jej istnieniu i możliwościach – w Instytucji, w której obecność Mashle’a jest pokierowana jego samodoskonaleniem się i chęcią stania się specjalnym ,,wybrańcem”, tylko po to aby ostatecznie zapewnić swojej rodzinie bezpieczeństwo i dach nad głową. I to anime tak właśnie mnie rozbroiło – ta dość dziwaczna zagrywka fabularna i cały konstrukt anime, jego wymiar, i to wręcz ,,totalistycznie”, co również w tak wyjątkowym rozdaniu, tak właśnie silnie wpłynął na mnie omawiany tom 1 mangowego ,,Mashle’a.
Mash Burnedead, w większości w odniesieniu do pilota komiksu Uniwersum, także podobnie ma się sytuacja w anime, to taka solidna oś/jądro dla fabuły, od której/ego rozwija się wszystko, co Koumoto kreuje w pierwszych rozdziałach mangi ,,Mashle”. Bo ,,Mash” robi całą tą opowieść niepewną, taką rozedrganą, niepoważną, ale i miejscami mającą w sobie coś z dramatu, ale jednak minimalnego. Już od pierwszych stron i dymków dialogowych, Mash daje się poznać jako ktoś kto jest oderwanym od rzeczywistości z jednoczesnym nieoderwaniem od niej... z jednoczesnym skupieniem na celu, jakim jest stanie się Boskim Wizjonerem, co w ostatecznym rozrachunku ma zapewnić mu solidną przyszłość i dobre powodzenie i zdrowie własnej rodzinie. Niepoważnie i zarazem zabawnie (bo to trafia w gusta ludzi jednak nastawionych na tego rodzaju podejście twórcze do kreacji postaci i całej fabuły) jest już od początku – prawie że tak samo jak w pierwszym epizodzie anime: przedstawienie świata, w którym rozgrywa się akcja ,,Mashle’a”, praw w nim rządzących, ogólnej specyfiki, której świadomość istnienia musi mieć widz i zarazem czytelnik, po czym… narrator przedstawia nam ,,tym czasem istniejącego w krainie Magii i cudownych czarów”, gdzieś na uboczu odróżniającego się od reszty ,,odmieńca”, Masha', co widać na kadrach: ładującego w komicznym tempie komiczne ilości ciężaru na sztandze, po czym zajadającego się po treningu ptysiem.
Cała ta zabawa z nadludzko silnym i nienormalnie indywidualnie podchodzącym do życia i tego tak ,,chwalącego się jaki niby to on jest suuuuper i w ogóle” wymiaru magów, który jest jego - co by nie było! - domem, trwa caaalutki tomik pierwszy. Przez pryzmat dziwnego ,,skrzywionego zwierciadła” osoby chcącej być sobą w sztucznie napompowanym i nalukrowanym świecie… wszystko tak sobie leci i leci – bo fabularnie głębi tu nie będzie. Zresztą sama grafika to potwierdza; to ona prowadzi grzecznie na smyczy scenariuszowe zamysły Koumoto. To większość wyolbrzymionego, anty-symetrycznego, poszarpanego, ale jakże tu pasującego stylu i techniki graficznej, przypominających mocny rys karykaturalny i jakby totalnie nieformalny, bez powagi, nawet gdy odrobinę jej potrzeba – wyjątkiem jest kilkanaście scenek, czy też kadrów na planszach, w których wyłania się skupienie naszego MC, i ta prawdziwa, ale ,,taka totalnie na serio!” jego powaga, wtedy gdy Mash załatwia sprawy siłą fizyczną, czy tego chce czy nie bądź jakąś słowną prostą ripostą; najczęściej rzecz jasna chodzi o pojedynki z jego udziałem, to wtedy ,,MC" wie, że musi dać z siebie wszystko: w grę wchodzi zostanie Boskim Wizjonerem i zdrowie oraz szczęście jego bliskich.
Fenomenem tego rodzaju, co jego adaptacja anime, ten pierwowzór Uniwersum ,,M", tom 1 mangi niestety nie jest, bo zabrakło tu kilku elementów: decydował ruch i kolor. Jednak i tak ta opowieść, cholibunia, dolała do pieca; zrobiła swoje i to wyjątkowo dobrze! A my fani, zobaczymy co będzie dalej, bo finisz mangi liznął trochę wspominanej powagi: animecholik tego Uniwersum wie jak zakończył się pojedynek ,,grzybogłowego" z Lancem. No to... co nam w takim razie ukażesz tomie 2? Czas zabrać się za jego lekturę!
Opinia
Ten tom jak dotąd miał chyba najzabawniejsze momenty. Biedny Takemitchi, współczuję mu pecha, ale nie mogłam niestety powstrzymać śmiechu.
I wreszcie jakiś godny, romantyczny element! Byłam usatysfakcjonowana, bo były naprawdę ładne ujęcia.
Ale nie zabrakło też dużo poważniejszych wątków. Jest niebezpiecznie i niektórzy muszą ponieść za to odpowiedzialność. Byłam tak zaangażowana w fabułę, że ledwo zaczęłam, a już skończyłam ten tom.
Powiem tak: jest coraz ciekawiej. Tym bardziej, że nowe postaci nieźle mieszają a inni bardzo cierpią.
Ten tom jak dotąd miał chyba najzabawniejsze momenty. Biedny Takemitchi, współczuję mu pecha, ale nie mogłam niestety powstrzymać śmiechu.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toI wreszcie jakiś godny, romantyczny element! Byłam usatysfakcjonowana, bo były naprawdę ładne ujęcia.
Ale nie zabrakło też dużo poważniejszych wątków. Jest niebezpiecznie i niektórzy muszą ponieść za to odpowiedzialność. Byłam tak...