Siekiera

Okładka książki Siekiera
Ludvík Vaculík Wydawnictwo: Stara Szkoła literatura piękna
290 str. 4 godz. 50 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Data wydania:
2015-09-28
Data 1. wyd. pol.:
2015-09-28
Liczba stron:
290
Czas czytania
4 godz. 50 min.
Język:
polski
ISBN:
9788394079048
Średnia ocen

                6,5 6,5 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Siekiera w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Opinia społeczności i

Siekiera



książek na półce przeczytane 2247 napisanych opinii 130

Oceny książki Siekiera

Średnia ocen
6,5 / 10
71 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
40
13

Na półkach: ,

Wyszeptana i ulotna historia o poszukiwaniu tożsamości i przynależności. Autor snuje opowieść o nieubłaganym losie w sposób poetycki i natchniony. Niezwykle aktualna, wymamrotana z siłą ryku, wizja przyszłości z przeszłości, bo przecież „ta era jest przychylnie nastawiona do głupszej połówki człowieka” Czy nie znajdujemy się we wszechobecnej idiotowni i zespołecznionej tępocie? Zdecydowanie tak. Piękna i przenikliwa ta Siekiera.

Wyszeptana i ulotna historia o poszukiwaniu tożsamości i przynależności. Autor snuje opowieść o nieubłaganym losie w sposób poetycki i natchniony. Niezwykle aktualna, wymamrotana z siłą ryku, wizja przyszłości z przeszłości, bo przecież „ta era jest przychylnie nastawiona do głupszej połówki człowieka” Czy nie znajdujemy się we wszechobecnej idiotowni i zespołecznionej...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

220 użytkowników ma tytuł Siekiera na półkach głównych
  • 136
  • 81
  • 3
52 użytkowników ma tytuł Siekiera na półkach dodatkowych
  • 37
  • 3
  • 3
  • 3
  • 2
  • 2
  • 2

Tagi i tematy do książki Siekiera

Inne książki autora

Ludvík Vaculík
Ludvík Vaculík
Czeski pisarz, felietonista i publicysta. Absolwent praskiej Wyższej Szkoły Polityki i Administracji (politologia i dziennikarstwo). Należał do najsłynniejszych pisarzy czeskich XX w. Autor manifestów politycznych, m.in. “Dwóch tysięcy słów”, którym przypisuje się miano kropli, która przelała czarę goryczy i spowodowała inwazję na Czechosłowację w 1968 roku. Znany był z kontrowersyjnych wypowiedzi i poglądów. Słynął również z licznych skandali erotycznych (ojciec dwójki nieślubnych dzieci). Ludvík Vaculík żył 88 lat. Wybrane publikacje książkowe: "Na farmě mládeže" (1958), "Dva tisíce slov" (1968), "Morčata" (1970, polskie wydanie: "Świnki morskie", Wydawnictwo Pan Slawista, 2009), "Český snář" (1980), "Nad jezerem škaredě hrát" (1996), "Hodiny klavíru" (2007). Żona: Marie "Madla" (do 06.06.2015, jego śmierć), 3 synów: Martin, Ondřej (ur.05.06.1954) oraz Jan; oprócz tego ze związku z Lenką Procházkovą miał 2 dzieci: córkę i syna.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Lord Mord Miloš Urban
Lord Mord
Miloš Urban
Książka, którą trudno zdefiniować. Niby kryminał retro, z elementami czarnego humoru i lekkimi wstawkami z zakresu erotyki, trochę powieść sensacyjna z tajnymi służbami. W tle rozgrywają się dwa ważne wydarzenia dla naszych południowych sąsiadów. Pierwsze to tzw. „asenizacja” Josefova, czyli dawnej praskiej dzielnicy żydowskiej, tu niezbyt pochlebnie przedstawiona. Drugie to ustawa językowa, zrównująca w Czechach język czeski z niemieckim, która przyczyniła się do upadku rządu cesarstwa habsburskiego, na czele którego stał nasz rodak, hrabia Kazimierz Badeni, raz wymieniony z nazwiska. Czesi są mu za to do dziś wdzięczni, ma nawet swoją ulicę w Pradze, nasi historycy rzadko się nim zajmują. Dzięki temu możemy łatwo datować czas akcji. W tych okolicznościach rozgrywa się akcja, w której niejako mieszają się dwa tropy. Pierwszy to morderstwa prostytutek i służących na terenie Josefova, wiązane z jakoby znaną z żydowskich legend postacią Mięska alias Kleinfleischa, zaś drugi to próby wtargnięcia austriackiej tajnej policji w szeregi czeskich konspiratorów narodowo-wyzwoleńczych. Oba nurty łączą postacie hrabiów Arco, tradycyjnie noszących na pierwsze imię Karol (Karel, Karl), zwracających się zatem do siebie drugim – tu Adi (od Adama) i Mani (od Emanuela). Pierwszy z nich to narrator, ale poza pochodzeniem i więzami rodzinnymi wiele ich łączy. Suchoty (powszechne wówczas), zwyczaj częstego korzystania z lokalnych domów publicznych oraz namiętność do pewnego heroicznego leku. Akcja rozwija się powoli i naprawdę trudno się wciągnąć przez większość książki. Tym bardziej, że pewne motywy ciągle się powtarzają, zaś fabuła wygląda tak, jakby autor nie potrafiłby się zdecydować, czy pisze kryminał czy powieść historyczną bądź sensacyjną. W końcówce przyśpiesza, by finalnie podać wszystko na talerzu. Tyle, że wcale nie jest smacznie, ani niesmacznie. Książka bardzo poprawna, ale nie zachęca do poznania innych dzieł autora,gdyby były przetłumaczone na polski. Oczekiwanego humoru niewiele, zwrotów akcji też, ale na plus należy zapisać Milosovi Urbanowi, że każda z postaci ma tam coś za uszami, a co za tym idzie, jak to u Czechów, wszyscy są bardzo ludzcy.
Aguirre - awatar Aguirre
ocenił na 6 2 lata temu
Aleja Narodowa Jaroslav Rudiš
Aleja Narodowa
Jaroslav Rudiš
Spowiedź czeskiego wykluczonego. Człowieka nie mieszczącego się w mainstreamie. Co gorsza, nie dającego przyszyć sobie łatki ani naziola, skina, ćpuna, nacjonalisty, bojownika aksamitnej rewolucji, przemocowca, pijaka, ale posiadającego mniej lub więcej cech zbieżnych z każdą z tych stereotypowych postaci. Książka jest krótka i pewne najciekawsze zwroty fabuły znajdują się bliżej końca. Aczkolwiek miłośnicy comfort reading books czy literackiego odpowiednika kina familijnego byliby zawiedzeni. Za to ciekawych przemyśleń nie brakuje od początku. Przy czym tylko z niektórymi z nich czytelnik może się zgodzić. Na pewno autor próbował oddać stan świadomości, sposób myślenia i język (dużo wulgaryzmów) osób z grupy tych, których na pewno nie można zaliczyć do beneficjentów zmian po roku 1989. I nie dlatego, ze wcześniej byli beneficjentami poprzedniego. A także przedstawić ich losy oraz to, jak sobie z tym wszystkim poradzili. Nie czyta się z przyjemnością, niewiele jest czeskiego humoru, miłośnicy „moczenia chusteczek” też nie mają co sięgać po lekturę „Alei Narodowej” (w oryginale Národní třída). Ta książka ma burzyć dobrostan zadowolonych ze swojej sytuacji czytelników, a przynajmniej zachwiać nim. Postacie są szare, nie ma bohaterów ani szwarccharakterów. Ale nie jest to też dzieło wybitne. Słabsze od „Grandhotelu” i "Czeskiego raju”. Dla miłośników literatury czeskiej i naszych południowych sąsiadów oraz zainteresowanych sytuacją społeczeństw z dawnego bloku. Co do wulgaryzmów ciekaw jestem, czy tłumaczka ulubione słowo Polaków rzeczywiście znalazła w oryginale tak często, czy też zastąpiła nim czeskie „vole”, które nie oznaczy tego samego słowa.
Aguirre - awatar Aguirre
ocenił na 6 7 miesięcy temu
Podróż na południe Michal Ajvaz
Podróż na południe
Michal Ajvaz
To się nazywa pulpowa fikcja. Sztuka opowiadania ma się dobrze – zdaje się tą książką mówić Autor, a skromny czytelnik może się tylko z nim zgodzić. Taki „Rękopis znaleziony w Saragossie” na miarę XXI wieku. Męczy mnie tylko pytanie, czy ta wspaniała postmodernistyczna zabawa stanowi sztukę dla sztuki, czy po prostu odzwierciedla naszą płynną nowoczesność... Główny wątek zaczyna się od pewnego morderstwa popełnionego w Pradze przez zabójcę przebranego za aktora przebranego za kantowską „Rzecz Samą w Sobie”. W pogoń za sprawcą rzucają się m.in. postacie symbolizujące „Formę Czystej Naoczności”, ”Apercepcję Transcendentalną”, „Materię Zmysłową” i inne najważniejsze pojęcia filozofa z Królewca (BTW: może naprawdę to miasto powinno być czeskie, zwłaszcza że swą nazwę zawdzięcza królowi na Hradzie Przemysłowi Ottokarowi II – dzielnemu krzyżowcowi w wyprawie Zakonu Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego na jakże uciążliwych Prusów). I od tego zabójstwa zaczyna się szalona postmodernistyczna jazda, a konkretnie podroż na południe „śladami znaków”. Imponuje mnogość wątków i swoboda przemieszczania się między nimi. Konia z rzędem temu, który nie pogubi się nieco (ja gubiłem się „bardziej nieco”) w poszczególnych narracjach, wykazujących zapewne zamierzoną tendencję do oszołomienia czytelnika. Intencjonalne musiało być także i to, ze nie każda opowieść będzie w równym stopniu interesująca dla każdego czytającego. A czegoż to nie ma w tych „szkatułkowych” powieściach, gdzie popkulturowe klisze rywalizują z wyrafinowaną filozoficzną narracją. Mnie zadziwiły wywody na temat nigdy nieistniejącego narodu ligdyjskiego; „powieść pasożytnicza”; powieść w drucie na dnie morza utrwalona, która staje się obiektem muzealnym, a potem – palimpsestem, by na koniec paść ofiarą dżungli, która zarasta ruiny muzealnego budynku; węgierska „medytująca mrówka”; sugestywny obraz miasta Meksyk, święcące teksty Mirandoli w Morzu Czarnym, żelki, z których ”promieniowała cicha groza”, Ważne znaczenie dla rozwiązania zagadki ma łacińska nazwa krętogłowa, mojego ulubionego ptaka, którego niełatwo dostrzec, ale jeśli ktoś ma takie szczęście jak ja, to jeszcze udaje się go wiele razy z blisko sfotografować…. Ale najbardziej przemówiła do mnie narracja z „Opowieści przeora”. Tam zaś myśl/hipoteza/pewność (?), że my, ludzie – wraz z całą biomasą świata - jesteśmy jedynie rozproszonymi komórkami żądnego krwi potwora o rodowodzie kosmicznym, który czeka na przepoczwarzenie, pożarcie nas i wylot w kosmos. A jedyną szansą na unicestwienie tego monstrum byłoby - cóż, przyjmijmy tę hiobową wieść z właściwą godnością – zbiorowe samobójstwo ludzkości, połączone z całkowitym zniszczeniem wszystkiego, co żyje na Ziemi. Gdyby zachował się choć jeden żywy organizm, oznaczałoby to jedynie odsuniecie narodzin monstrum na te marne kilka miliardów lat. Podróż dwójki bohaterów na południe to oczywiście figura podroży po prawdę, którą w końcu poznają – ale tylko o sprawcach dwóch zabójstw, nie o sobie. Sens tego epistemologicznego przedsięwzięcia podważa Autor, gdy z przekorą pisze, mrugając na boku do czytelnika: „Jedyną rzeczą, która zostanie, będzie banalne rozwiązanie pewnej detektywistycznej zagadki”, by natychmiast dodać: „A może podroż miała jeden rdzeń, ale tym rdzeniem była tylko pustka, a padające na rzeczy światło było cichym światłem pustki, blaskiem nicości”. PS Książka mogłaby jednak być krótsza o te powiedzmy 1/5, na czym jeszcze bardziej by tylko zyskała (dlatego 7/10). Chyba że pewne przemęczenie czytelnika znów było kolejnym postmodernistycznym zamiarem Ajvaza… …. I jeszcze cytaty, które wyrwane z licznych kontekstów niewiele pewnie powiedzą, ale być może zachęcą. …Apercepcja Transcendentalna potknęła się o wielką mutrę sterczącą z szyny i biadoliła, ze zwichnęła nogę w kostce, Formy Czystej Naoczności starały się udzielić jej pomocy, podczas gdy Materia Zmysłowa radziła policjantom, co powinni zrobić i bardzo ich tym irytowała. Dziewczyna z grupy kategorii Czystej Naoczności pobiegła ku jasnej plamie, rysującej się w ciemnej gęstwinie, i wróciła z kostiumem Rzecz Samej w Sobie, który uciekając, morderca tutaj najwyraźniej porzucił... …Wiele razy przekonałem się, że turysta, który za granicą natyka się na rodaka, uważa za swoje prawo, a nawet obowiązek, nawiązać z nim rozmowę i naprzykrzać mu się nieprzerwanym mówieniem o najnudniejszych kwestiach. Dlatego zawsze, kiedy w obcym kraju słyszałem czeskie słowa, natychmiast przedsiębrałem środki mające uniemożliwić rozpoznanie, skąd przyjechałem… …Tydzień po maturze zobaczył na pętli tramwajowej ogłoszenie mówiące, że Przedsiębiorstwo Komunikacyjne przyjmie dyspozytora ruchu, podniósł głowę i kiedy ujrzał oszkloną wieżyczkę, powiedział sobie, że tam mógłby mieć spokój, jedyną rzecz, której pragnął... …Czytał, co się da, chociaż wszystkie słowa w książkach zgasły i leżały teraz na stronach jak martwe owady… …Uświadomił sobie, że nie ma u siebie w domu książki, która by bez wyboru opisywała wszystko, co napotyka spojrzenie. …Mówił sobie, że tajemnica niedorostków nie musi być zawsze gorsza od tajemnicy ludzi dojrzałych i mądrych… …Na seminarium wbijały się w niego, z wyjątkiem oczu Rity, wyłącznie oczy wypełnione po brzegi nienawiścią. (…) Nie uciekał przed złymi spojrzeniami, patrzył na gromadę twarzy ściśniętych śmiertelną nienawiścią i czuł osobliwą rozkosz, nauczył się z przyjemnością kąpać w wyziewach obłędu i nienawiści… …Wiedział, że dla kobiety mężczyzna zdolny jest popełniać o wiele większe głupstwa niż udział w demonstracjach domagających się praw dla nieistniejącego ludu… …Cisza pustki pełna jest słów, zdań, opowieści (…) Pustka była tym, co na świecie najpełniejsze… …Uświadomiłem sobie, że najszczęśliwszymi chwilami w moim życiu były poranki w obcych miastach… …Pośród bogatych wdów z obu Ameryk modne stało się kupowanie kopii męża po jego śmierci (często w postaci z młodych lat); zdarzały się przypadki, w których kopia dostarczana była jeszcze zanim małżonek zdążył wyzionąć ducha, niekiedy więc po powrocie z pogrzebu na wdowę czekał koło kominka nowo narodzony i odmłodniały mąż ze szklaneczką sherry w reku… …Zauważyli, że ku głowie Miguela pochyla się nie tylko wiele szepczących ust, ale także sporo uważnie słuchających uszu… …Dla mnie zawsze odpychające były wszelkie książki obiecujące magię i tajemnicę, a ostatecznie za wszystkimi zagadkowymi portierami i parawanami pokazujące jaskrawo przybrany banał… …Musiała przez dwie godziny oglądać amerykański thriller, którego twórcy nawet nie próbowali przedstawić swego dzieła jako sztuki… ....Niektórym wojnom mądrzej jest pozwalać przez całe życie jedynie tlić się, zostawiać je niewygrane ani nieprzegrane… …Obaj nie przestali być nikim aż do śmierci… …Też myślałam, że wydarzenia muszą mieć koniec. Ale to bzdura. Nic nigdy się nie zamyka, koniec to tylko nasza iluzja… ...Czy jego uśmiech jest uśmiechem przebiegłego intryganta, czy nic niepojmującego głupca…?
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na 7 3 lata temu
Którędy szedł anioł Jan Balabán
Którędy szedł anioł
Jan Balabán
#literaturaosiedlowa ma się dobrze. zaryzykowałem to stwierdzenie, bo tym razem akcja dzieje się w Czechach, na ostrawskim osiedlu pośród hut i kopalń. bohaterowie przedstawieni przez autora żyją w szarej, burej i ponurej rzeczywistości zarówno współczesnej jak i tej dzikiej z lat dziewięćdziesiątych. ich codzienny byt w tym czarnym od smoły i pyłu węglowego mieście wydaje się nie mieć szans na poprawę. _______ to niewątpliwie #książka o miłości. przynajmniej ja ją tak zinterpretowałem. anioł chodzi ulicami miasta, wystarczy go spotkać by być szczęśliwym. no właśnie, wystarczy go spotkać. _______ bardzo podobały mi się industrialne fragmenty tekstu, które muszą pochodzić z jakiś biograficznych bądź podsłuchanych historii. np. "... Pracowała wtedy jako robotnica pomocnicza w zakładzie wzbogacania miału, gdzie brygadzista zwracał się do swoich podwładnych per "wy pizdy", a brud przenikał dosłownie wszędzie, nawet przez ubrania -  także do miejsc intymnych. Kiedy po zmianie trzysta kobiet rozbierało się do naga we wspólnej szatni, wyglądało to tak, jakby zebrał się tam tłum jakiś nieludzkich stworzeń, upstrzonych węglowymi cieniami po wewnętrznych stronach ud i pod piersiami. Niektóre miały menstruację, krew ciekła im po nogach, a one nic - popalały papierosy i opowiadały sprośne dowcipy." _______ #ksiazka napisana bardzo pięknym językiem i co z tego że jest smutna, melancholijna jak czeski serial "pustkowie". przeczytałem z przyjemnością i polecam!
Polubic_czytanie - awatar Polubic_czytanie
ocenił na 8 5 miesięcy temu
Palinka. Prozy z Banatu Matěj Hořava
Palinka. Prozy z Banatu
Matěj Hořava
Matej Horava, Czech z Moraw, przebywając w rumuńskim Banacie tęskni, choć na to wygnanie skazał się sam. Pejzaże wzgórz Banatu, tak różne od łagodności jego ojczystej ziemi, prowokują do wspominania, nasuwają raz za razem obrazy z przeszłości. Autor nawet umyślnie ich nie szuka, jest od tego bardzo daleki, to one go znajdują i nagle zjawiają się jak nieproszone, a wraz z nimi nostalgia, wyraźnie przez nas wyczuwana. Opowiadania w tym zbiorze są niedługie, niektóre króciuteńkie jak mgnienie oka, ot, impresyjki, łaskoczące przez chwilę powiekę zanim umkną znów, spłoszone przypadkowym dźwiękiem. Wczoraj i dzisiaj spotykają się wpół drogi i okazuje się, że wiele je łączy i do siebie przywołuje. Nic tu nie jest statyczne, niemrawe, wprost przeciwnie, zarówno obserwowane na bieżąco zjawiska, obiekty, osoby, jak i te przywoływane wspomnienia żyją, oddziałują, będąc w ciągłym ruchu. O części z nich można rzec: gwałtowne, nieposkromione, jak ogień i jego wzlatujące w górę iskry, czy te z rozpalanych w dzieciństwie ognisk, czy dającego obecnie ciepło i poczucie przytulności pieca, albo z płonących gwałtownie zboczy, które są jak „ocean płomieni przetaczający się po grzbietach wzgórz, celowo rozniecony przez ludzi, a jednak nie do opanowania…” A ile wokół barw, wręcz feeria kolorów, nie dająca odpocząć oczom, tworząca impresjonistyczne złudzenie przenikania plam, nakładania się na siebie fal świetlnych, które rzutują nie tylko na jeden zmysł wzroku, ale na wszystkie zmysły, wprawiając je w pomieszanie. Jak to jest z tymi migawkami z dzieciństwa, że pojawiają się z wszystkimi ulotnościami, znów pachną, brzmią, barwią się zupełnie jak niegdyś, w każdym szczególe. „Jesień, wiatr, pamięć, altanka, której pewnie od dawna nie ma; liście, które uległy rozkładowi, a przecież nigdy nie zginą; moje ręce maleją: dłonie są coraz mniejsze na tle czerwonego jaworowego liścia; a wiatr słucha, wiatr mnie słucha, wichrzy liście na moim zboczu: dawne liście z północy Czech, pochłonięte przez dzisiejszy banacki wiatr…” Autor nie tylko przywołuje obrazy, on na chwilę znów staje się tamtym małym chłopcem z płonącymi jesienną czerwienią liśćmi jawora w drobnych dłoniach. Rumuńska wieś, czeska wieś, tak inne przecież, ale obie odmalowane sensualnie, zmysłowo. To zasługa pióra autora, ale przecież oddaje on to, co go zachwyciło, co zostawiło odciśnięty ślad, który nie tylko nie wyblakł po latach, ale odżył z dawną mocą, jakby tylko wybudził się z chwilowego snu. Gdy autor opisuje dojrzewanie śliwek w sadzie, to widzimy i czujemy ich wzrastanie, formowanie się wokół pestki, pęcznienie i słodycz wypływającego śliwkowego soku, słyszymy jak lekko uderzają o ziemię, zrzucone z gałęzi mocniejszym podmuchem. Nic, tylko schylić się i skosztować. W tej prozie jest poezja. Śliwki dobre na palinkę, palinka znakomita na tęskne wspominanie, a także na rozmowy z ludźmi i z samym sobą. I autor pisze: „Pokażą się gwiazdy; nadejdzie górski, wrześniowy chłód: będę siedział, może zapadnę w lekki sen; będę śnił; i będę pił palinkę…” Zapewne z tej pięknej prozy każdy wyciągnie parę smaczków tylko dla siebie, a więc ockną się z leniwego letargu kolejne powidoki, lekko zamglone przez czas, nasze własne. Wszyscy wszak byliśmy kiedyś dzieciakami ganiającymi po wiejskich łąkach, wdeptującymi z krzykiem w krowie placki i podkradającymi kurom jajka. Przynajmniej ci z nas, którzy mieli jeszcze okazję widzieć prawdziwą wieś. Żarliwa, poetycka, empatyczna proza z Banatu wgryzła się we mnie, a ja poddałam się jej bez reszty. Jest w niej coś przyciągającego, jakaś prawda najgłębsza z najbardziej wewnętrznego miejsca w sercu wyciągnięta i tam też trafiająca. Opisując naturę, chwyta jej esencję, mówiąc o człowieku, przegląda go na wskroś, znajdując to, co ważne, nawet jeśli trzeba sięgnąć głębiej. Czy to staruszki, matka i córka, nie do odróżnienia, czy też rodzina Wojnerów – „złote zęby w ustach, wychudłe, zniszczone twarze, niemal identyczne twarze; zawsze mnie zadziwiało, z jaką siłą rysy poprzednich generacji przenoszą się tu na kolejne pokolenie, modelując je precyzyjnie i nieodwołalnie na własne podobieństwo (…)” Autor lubi nawiasy, średniki i dwukropki. Początkowo to dziwi, później widzimy, że ma swoje uzasadnienie nie tylko w „widzimisię” autora. To złudzenie, jakby jedno zjawisko pociągało następne, połączone z nim, a zarazem rozszerzające o jeszcze więcej sensów, znaków. Z przecinkami, czy wręcz kropkami, rozdzielającymi tekst na pojedyncze zdania, zgubiłby on swój naturalny, jedyny odpowiedni rytm. Okazuje się, że w różnych rejonach świata można poczuć się całkiem swojsko: te same bzy i akacje, stada owiec na zboczach, jesienna, lekko stęchła wilgoć, dźwięk harmonijki o kolorowych klawiszach… Ujęło mnie bardzo wyczulenie autora na szczegół, nawet drobniutki. Któż potrafi jeszcze tyle niuansów wydobyć z głosów niosących się po podwórku sąsiada, albo z twarzy okolicznych ludzi? Najpierw przeanalizować ich wyjątkowość, aby pod koniec uogólnić, wprowadzić pod wspólny mianownik. Dzięki tym podobieństwom nie tak łatwo uciec przed tym, o czym chce się zapomnieć. W najmniej spodziewanym momencie, wystarczy niewielki bodziec wywołujący i na człowieka spada cała jego przeszłość, choć przecież wcale tego nie pragnie. Zamknąwszy „Palinkę” ma się wrażenie, że autor w pełni świadomie odsłonił przed czytelnikami to, co dla niego najważniejsze, najintymniejsze. Pozwolił nam się poznać, zawierzył szczerze swoje myśli, obnażył cały smutek samotności i beznadziejność ucieczki, spotęgowane jeszcze przez surowe banackie warunki i dystans, jaki zwykli utrzymywać mieszkańcy. Możliwe, że uczynił tak z pragnienia podzielenia się z kimś ciężarem, by ten choć trochę zelżał, być może chciał dodać nam otuchy, poczucia, że jeśli mamy podobnie, to nie jesteśmy jedyni. Mam nadzieję, że stojąc tam, „pod rozłożystą morwą (…) na rozdeptanych morwach…”, wiedząc że jego słowa poszły w świat, między ludzi, podniesie jednak głowę, a może nawet prześle lekki uśmiech – nie jest tak źle, zderzyliśmy się z własnym życiem, a teraz idziemy dalej. Książkę przeczytałam dzięki portalowi: https://sztukater.pl/
jazzwoman - awatar jazzwoman
ocenił na 9 2 lata temu
Młyn do mumii Petr Stančík
Młyn do mumii
Petr Stančík
172/130/2025 Wyzwanie LC grudzień 2025 - Nagrodzona (Magnesia Litera, kategoria Proza, 2015) Ta książka zapewne nigdy nie dostałaby nagrody w Polsce. Na okładce nazywa się ją mistycznym porno-gastro thrillerem i te frywolne przygody głównego bohatera w różnych burdelach ("porno" to trochę przesada) zdyskwalifikowałyby powieść na amen. Ale Czesi nie mają z tym problemu. I bardzo dobrze, dzięki temu my też możemy tę książkę przeczytać. Jest to zwariowana powieść o praskim policjancie, który w 1866 roku ściga zabójcę. Czesi są w tym czasie częścią Austro-Węgier, ale powieść, zamiast pokazywać ich męczeństwo pod germańskim butem, ich próby wyzwolenia, ich nieszczęście wielowiekowe, skupia się na jedzeniu, piciu, bzykaniu i zjawiskach nadprzyrodzonych. Zapewne małolaty w szkołach średnich chętniej by po coś takiego sięgnęły, zamiast męczyć się nad Kordianem czy innymi Dziadami, dziś już niezrozumiałymi i niemożliwymi do polubienia. A tu mamy okłady z chrzanu na wypadnięty dysk, dobrotliwego fabrykanta, u którego dzieci pracowały tylko 12 godzin dziennie i dostawały tyle tytoniu ile tylko zdołały wypalić, zakompleksiałego Maksymiliana Habsburga, cesarza Meksyku oraz Ferdynanda I Habsburga Dobrotliwego, byłego cesarza austriackiego, który po abdykacji dożywa swoich dni za praskim zamku. A najważniejsze, że posterunek policji mieścił się na ulicy Bartolomiejskiej! Sto lat później urzędował tam mój ulubieniec, major Zeman z propagandowego czechosłowackiego serialu kryminalno-szpiegowskiego. I jakież oni jedli frykasy! W gościńcu Pod Dwoma Jezuskami były "wieprzowe ogonki bez kości, nadziewane gęsimi języczkami, przelane sosem ziołowym i podane z ziemniaczanymi jeżykami", a na deser wątroszanka, czyli świńskiej jelito wypełnione na zmianę wątrobianką i kaszanką. W malutkim paryskim bistro - delikatna potrawka z piersi nietoperza, podawana w skrzydłach tegoż, zapieczona z nutą calvadosu i szałwii. Błona skrzydeł nietoperza chrupała apetycznie... I jeszcze w Pradze rolada drobiowa: "do wypatroszonego indyka wkładano gęś, do niej kaczkę, a do niej jeszcze przepiórkę, a przestrzenie między ptakami wypełniano czterema różnymi nadzieniami - z indyczych, gęsich, kaczych i przepiórczych jaj. Całość potem przez dwa dni wędzono powoli nad bukowym dymem." I na deser pieczona słodka kiełbaska wypełniona wieprzową krwią, mieloną wątróbką, piernikiem i marcepanem. "Kiedy tylko kobiety przestaną musieć prać na tarze, zostanie im codziennie mnóstwo wolnego czasu. W odróżnieniu od mężczyzn kobiety nie potrafią zabijać czasu polowaniami lub kolekcjonowaniem różnych rzeczy, więc z nudów zaczną się sprzeciwiać mężczyznom, będą chciały mieć takie same prawa, kierować lokomotywami, kierować firmami, a nawet... (...) uprawiać politykę."
AgaGaga - awatar AgaGaga
oceniła na 9 3 miesiące temu
Czy jest ktoś, kto cię kocha? Kalin Terzijski
Czy jest ktoś, kto cię kocha?
Kalin Terzijski
"Bo kiedy nie ma miłości, co dalej..." aż chciałoby się zaśpiewać po przeczytaniu tej antologii. To studium ludzkiej natury w którym pierwsze skrzypce gra miłość. Ona jest koniem fabularnym dla każdej z 16 historii. Autor odziera ją do cna. Pokazuje wszystkie elementy składające się na uczucie, w głównej mierze gmerając w samotności, która często gdy to, co ważne nie jest odwzajemnione-uderza jak pięść. Towarzyszy bohaterom. Tu, Bułgaria dzięki postaciom została przedstawiona od "środka". Okazuje się, że być wypełnionym miłością jak przedwojenną wanną pragnie każdy, bez względu na status społeczny, stan posiadania. Jednak, to właśnie finanse często determinują możliwość zatrzymania jej przy sobie. Trzecioosobowa narracja pozwala przejrzeć się w bohaterach jak w tafli wody. Historie są zróżnicowane. Z pewnością dzięki temu każdy wyszarpnie z nich część swojego jestestwa. Lektura przypomina o momentach w których serce klękało, o pięknych i efemerycznych chwilach powodujących motyle w brzuchu. Dniach, które się pamięta do krwi... bo to co ważne, nie zostało odwzajemnione. Spójrzcie na okładkę. Odpowiedzcie, na tytułowe "Czy jest ktoś, kto Cię kocha", ale tak wiecie "prawdziwie". Dobijająca rzecz.Z trafnymi puentami dotyczącymi natury ludzkiej. Istoty tego, co w życiu powinno być najważniejsze. Jak nie lubię się w opowiadaniach, tak tu nad każdym zmuszona byłam się chwilę zatrzymać.
Efemerycznoscchwil - awatar Efemerycznoscchwil
ocenił na 7 5 lat temu

Cytaty z książki Siekiera

Więcej
Ludvík Vaculík Siekiera Zobacz więcej
Ludvík Vaculík Siekiera Zobacz więcej
Ludvík Vaculík Siekiera Zobacz więcej
Więcej