Serce w klatce

Okładka książki Serce w klatce
Witold Biengo Wydawnictwo: Oficyna Gdańska literatura piękna
536 str. 8 godz. 56 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Tytuł oryginału:
Serce w klatce
Data wydania:
2015-01-01
Data 1. wyd. pol.:
2015-01-01
Liczba stron:
536
Czas czytania
8 godz. 56 min.
Język:
polski
ISBN:
9788364180293
Średnia ocen

                6,0 6,0 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Serce w klatce w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Serce w klatce

Średnia ocen
6,0 / 10
1 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
281
220

Na półkach:

Format wydania (2go) przyciągnął moją uwagę. A7 rzadko się zdarza, szczególnie przy objętości ponad pięciuset stron. Druga kwestia nie bez znaczenia - wydawnictwo non-profit, na rzecz Gdańska. Tyle.
Rzecz dzieje się w Gdańsku, w jeden z majowych weekendów. Nie lubię streszczać fabuły, zatem zakończę.
Polecam ku leniwej lekturze, bez zobowiązań. Trochę to młodzieżowy kryminalik/powieść przygodowa, ale poprawnie napisany z ciekawą fabułą. Naiwnie fajny. Bohatera, "profesora" z liceum, którego uwodzi niezwyjłej urody uczennica można polubić podobnie jak kilku jego znajomych.
W swoim gatunku powieść nad którą można się pochylić.

Format wydania (2go) przyciągnął moją uwagę. A7 rzadko się zdarza, szczególnie przy objętości ponad pięciuset stron. Druga kwestia nie bez znaczenia - wydawnictwo non-profit, na rzecz Gdańska. Tyle.
Rzecz dzieje się w Gdańsku, w jeden z majowych weekendów. Nie lubię streszczać fabuły, zatem zakończę.
Polecam ku leniwej lekturze, bez zobowiązań. Trochę to młodzieżowy...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

30 użytkowników ma tytuł Serce w klatce na półkach głównych
  • 16
  • 13
  • 1
16 użytkowników ma tytuł Serce w klatce na półkach dodatkowych
  • 9
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Inne książki autora

Witold Biengo
Witold Biengo
Znany pod pseudonimem Witold Biengo. Autor dwóch popularnych powieści kryminalnych: "Bardzo długi czerwiec" (wyd. 1984) oraz "Serce w klatce" (wyd. 1987).
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Śmierć w hotelu Margaret Millar
Śmierć w hotelu
Margaret Millar
Seria „Z jamnikiem” cieszyła się w PRL-u sporą popularnością. Wydawnictwo Czytelnik prezentowało w niej powieści kryminalne i fantastyczne z całego świata, Chandlera, Christie, czy chociażby Zeydlera-Zborowskiego. Margaret Millar nie była wówczas największą gwiazdą, ale parę przyzwoitych powieści napisała. Choćby taką Śmierć w hotelu. Początek nie jest zbyt skomplikowany. Amy Kellogg wraz ze swoją przyjaciółką, Wilmą Wyatt, wyjeżdża na urlop do Meksyku. Wilma okazuje się niezbyt sympatyczną towarzyszką. Wiecznie niezadowolona, roszczeniowa i pozbawiona taktu, irytuje ludzi dookoła. Wydaje się osobą zrażoną do świata i niepotrafiącą docenić jego piękna. W dodatku nadużywa alkoholu. Nie trwa to długo, bo Wilma pewnego dnia wypada z balkonu i rozbija sobie głowę o chodnik. Trup na miejscu. Mąż Amy, Rupert, szybko przyjeżdża na miejsce, by udzielić wsparcia zszokowanej i przerażonej żonie. Tydzień później wraca do San Francisco, ale bez małżonki. Jej bliskich informuje, że Amy wyjechała do Nowego Jorku, by otrząsnąć się i nabrać dystansu do całej tej historii. Jednak jej brat, Gill, nabiera podejrzeń. Postanawia wynająć detektywa, bo nie może uwierzyć, że jego ukochana siostra tak po prostu wyjechała, nie zadzwoniwszy wcześniej do domu. No właśnie, w dzisiejszych czasach taki problem rozwiązałoby się szybko. Telefon, e-mail i sprawa jasna. Akcja książki toczy się kilkadziesiąt lat temu, w dobie telefonów stacjonarnych, a Amy najwyraźniej ich unika. Czy na pewno jest w Nowym Jorku? A może Rupert z jakichś powodów ją zabił? Śmierć w hotelu oferuje zagadkę, która zostaje rozwiązana dopiero na końcu powieści. Autorka skutecznie myli tropy i podpuszcza czytelnika. W dodatku sprawnie kluczy pomiędzy tajemnicą a psychologiczną analizą bohaterów. Kto lubi takie podejście w miejsce prostej i szybkiej akcji, będzie z tej książki zadowolony. Więcej recenzji: https://zdalaodpolityki.pl/category/ksiazka/ Zapraszam do współpracy autorów i wydawców!
Michał Zacharzewski - awatar Michał Zacharzewski
ocenił na 6 2 lata temu
Stabilne życie Roberta K. Andrzej Gerłowski
Stabilne życie Roberta K.
Andrzej Gerłowski
Stabilne życie Roberta K”. to powieść kryminalna, która mnie rozczarowała. Gdy zacząłem ją czytać miałem nadzieję, że za chwilę się rozwinie, wciągnie i w końcu wypuści mnie ze swych kryminalnych objęć, ogłuszonego od nadmiaru wrażeń. Niestety, nim na dobre się rozkręciła już nastąpił koniec. Do tego jeszcze koniec tak niedopracowany i kiepsko wykonany, że miałem wrażenie jakby pisarz Andrzej Gerłowski doszedł do wniosku, że już mu się nie chce pisać, machnął ręką na niedorobiony tekst a potem zaniósł go do wydawnictwa i powiedział – róbcie co chcecie, bo ja już mam dość tego pisania. A oni w Krajowej Agenci Wydawniczej, wtedy, gdy przyniósł im tę książkę, gdzieś koło 1979 roku podrapali się po głowie i powiedzieli, że może powieść nie jest za dobra, lecz gdyby z niej zrobić film to by coś z tego wyszło… I tak zaczęła się wielka kariera kiepskiego kryminału, który stał się klasykiem PRL-owskiego filmu kryminalnego. Trzeba było do słabo napisanej powieści dołożyć porucznika Borewicza i sukces gwarantowany. W ten oto sposób, na podstawie „Stabilnego życia…” w 1982 roku powstał 14 odcinek serialu „07 zgłoś się” zatytułowany „Hieny”. Te Hieny, ten odcinek? – zapytają znawcy serialu i miłośnicy rozlicznych talentów Sławka Borewicza. Przecież to niemożliwe, żeby książka, na której oparto ten film była zła… Niestety jest możliwe. Mamy tu do czynienia z tym osobliwym przypadkiem, kiedy autor powieści ma świetny pomysł, ale nie potrafi go sprzedać, więc opisuje tak jak potrafi, w nudny, nieciekawy sposób, zarzynając swoim brakiem talentu własną książkę. A przy tym działa w sposób bardziej zdecydowany niż morderca w jego powieści. Dopiero gdy zabierze się za książkowy tekst dobry scenarzysta wychodzi prawdziwy majstersztyk. No dobrze wieszam psy na książce, ale wymądrzać się może każdy. Poprosimy więc o dowody – powiedziałby obrońca. Proszę bardzo, oto one. Moim zdaniem jest to powieść kryminalna, którą zabił sam autor, swoim niechętnym do niej stosunkiem. No bo jak inaczej powiedzieć, jeśli mniej więcej po pięciu stronach książki już można zauważyć, że pisarzowi się nie chciało pisać. „Robert znał Lidkę krótko, ale miał do niej zaufanie, aczkolwiek noc, podczas której się poznali nie wskazywały, że Lidka jego zaufanie zdobędzie.” – zaczyna autor swoją opowieść od razu wprowadzając zagadkę kryminalną, bo czytelnik już od tego momentu nie wie, czy Robert ufał tej Lidce czy nie ufał? Taki trochę niepewny siebie ten Robert, bo i z podejściem do ludzi nie do końca pewny swego, czyli trochę niepewny. „Tego lata w ośrodku było szczególnie dużo gości, a to z powodu znakomitej pogody. Wśród personelu rozpanoszyło się nawet drobne łapownictwo przy wynajmie sprzętu wodnego. Robert zwymyślał kogo trzeba, ale poza jego plecami personel łapówki brał nadal. Przestał więc zwalczać tę niewielką plagę, bowiem nie lubił nieskutecznych działań.” Skoro nie lubił to po co działał? A do tego jeszcze, Robert Kępski nie przepadał za swoimi gośćmi. Bo jako właściciel ośrodka wczasowego położonego nad jeziorem musiał spotykać się z gośćmi choć miał do tego niechętny stosunek. „Był trochę zmęczony natłokiem gości ich wymaganiami i okazywanym mu koleżeństwem. Stali bywalcy żądali nieraz, żeby spożywał z nimi kolację i pił wódkę.” No i jak tu lubić takich natrętów? No to, zapyta któryś przenikliwy czytelnik o co temu Robertowi chodziło? Był twardy czy miękki, ufał Lidce czy nie ufał, lubił klientów czy nie lubił? Na te pytania nie znajdziemy odpowiedzi w całej książce, bo jeśli chodzi o rysowanie postaci to w zasadzie tyle. Owszem widzimy, że potrafi dać w mordę szantażyście, sterroryzować Lidkę na łódce, żeby wymusić od niej podpis pod wekslem, mającym gwarantować jej lojalność, swoją drogą w filmie to chyba najlepsza scena zagrana doskonale przez duet Szapołowska–Fronczewski, ale nic więcej na temat głównego bohatera już się nie dowiemy. Trochę więcej dowiadujemy się za to o głównej bohaterce Lidce Doreckiej, którą pierwszej nocy, gdy zaczyna się akcja powieści Robert ratuje z łap swojego kumpla Franka Zwolińskiego. Ten w jednym z domków ośrodka wypoczynkowego „Konik biały” chce dziewczynie zrobić krzywdę. Ona krzyczy głośno, Robert przychodzi z pomocą, a Franek wyjeżdża na motorze. A co robią potem? „Miała odkryte piersi i Robertowi przypomniała się romanca hiszpańska, w której kobiece piersi mają dzióbki jak ptaszęta. Powiedział Lidce kilka słów romancy. – Pocałuj – poprosiła. Znowu dotknęła palcem barku. Robert pocałował to szczególnie bolące miejsce. Potem całował usta, piersi Lidki, a następnie wziął ją. Była jeszcze lepsza niż mówił Franek.”Dodać należy, że ów płomienny romans zaczyna się w chwili, w której Franek, ten który odjechał na motorze właśnie ginie na nieodległej autostradzie. Następnego dnia, gdy od komendanta miejscowego posterunku MO sierżanta Rolki oboje dowiadują się że Franek, czyli jej dotychczasowy partner nie żyje dochodzi do kłótni z Robertem.„I wygarnęła mu co o nim myśli, iż bardziej niż śmierć Franka obeszło go, że komendant zajął się sprawą, że milicja dojdzie, że ona Lidka, spała z nim, że w związku z tym ona, Lidka ma prawo podejrzewać, że jest zimny i wyrachowany. Ale kłótnia nie staje na przeszkodzie dalszemu romansowi, w którego trakcie okazuje się, że to dziewczyna jest wyrachowana. Przy tym jest inteligentna, bo potrafi opowiadać przy stole ciekawostki na temat polowania na małpy, cytuje Rimbaud’a, a poza tym dużo czyta, miedzy innymi książkę z przysłowiami na każdą okazję. Poza tym w powieści występuje jeszcze kilka postaci drugoplanowych, które kręcą się po ośrodku, czyli stróż, dwie panny lekkich obyczajów, recepcjonistka, badylarz erotoman i bandyta ze swoją dziewczyną w którym od początku czuje się potencjalnego bandytę. Wszyscy oni są kompletnie pozbawieni właściwości a jedynie co robią to swoim pojawieniem się nieco popychają akcje do przodu. Za to ona idzie leniwie i opornie jakby się nic nie działo. I jest jeszcze ratownik, Borewicz bez ikry Borewicza, o którym czytelnik nie wie, że jest milicjantem, ale każdy kto oglądał film od razu będzie w nim szukał cech milicyjnego superbohatera. Niestety nie ma w nim niczego za co tak wielbiciele serialu cenią swojego. Bronek-ratownik nie jest ani błyskotliwy, ani szarmancki i do tego jeszcze bez poczucia humoru. Słowem kolejny papierowy bohater tej książki. Do tego wszystkiego dochodzi kolejny słaby element, który sprawia, że powieść nie pozostawia w głowie czytelnika żadnych kolorowych obrazów. Chodzi o to, że jest niemal całkowicie pozbawiona opisów otaczającej bohaterów rzeczywistości. Nic nie wiemy na temat ośrodka wypoczynkowego i patronującego mu „Konika białego”, ani jeziora nad którym leży i lasów która, najprawdopodobniej je otaczają. Nie wiemy, jak wygląda okolica, nie mówiąc już o takich drobiazgach jak ulice i budynki w sąsiednim miasteczku, wystrój knajp czy urzędów. Wszystko to jest niejakie, bezbarwne i nie dające najmniejszej szansy czytelniczej wyobraźni. I jeszcze jedna rzecz, szczególnie mnie męczyła podczas lektury – język dialogów, jest sztywny i pozbawiony polotu. Niezależnie od tego czy mówi milicjant, badylarz czy stróż, wszyscy oni posługują się taką samą, suchą, zwyczajną, szkolno-urzędniczą polszczyzną. – Otrzymałem intratną ofertę – mówi Robert do Lidki. – Najczęściej warunki i otoczenie powodują że kobiety stają się łatwe – twierdzi komendant Rolka. – U mnie, zapamiętaj, nie popełnia się rzeczy zdrożnych – Robert strofuje swoją pracowniczkę. – Niech ten ktoś, u licha, zrobi z tym porządek! – Dorecka do szatniarza. A jak z intrygą kryminalną, zapyta ktoś kto nie czytał książki i nie oglądał filmu? Czy choć ona się broni? I tu muszę powiedzieć z pełnym przekonaniem, że to najmocniejsza strona całej książki. Pomysł na stworzenie burdelu w ośrodku wypoczynkowymi i próbę przejęcia go przez grupę przestępczą, jest całkiem niezłym pomysłem na kryminał, wyrastającym nawet nieco z ram epoki. Doskonale by się sprawdził w latach dziewięćdziesiątych. Ale tu w konfrontacji z milicjantem ratownikiem i komendantem Rolką przestępcy nie mają szans. Tylko, że nie maja tych szans już a’ priori. Bo ani ratownik – tajniak, ani komendant posterunku nie robią nic, żeby doprowadzić sprawę do szczęśliwego końca, tylko gadają o tym co trzeba by zrobić i co zauważyli niepokojącego. Nie, przepraszam przesadziłem, w zasadzie to jest tu jedna misternie przeprowadzona milicyjna akcja, która zmusza pewna podejrzaną do pójścia do biblioteki… Poza tym milicjanci wykazują się wyjątkową nieudolnością, do tego stopnia, że nikt z nich nie wpada na pomysł by zlecić badania daktyloskopijne sztyletu którym zabito, choć później pewną podejrzaną cześć garderoby prześwietlają promieniami podczerwonymi by ustalić, że mimo prania jest tam krew ofiary… No dobra. Więcej nic nie powiem. Przeczytajcie sami, potem obejrzyjcie film i porównajcie. Mówi się, że z …byle czego, bicza nie ukręcisz. A Krzysztofowi Szmagierowi się udało.
Ryszard Ćwirlej - awatar Ryszard Ćwirlej
ocenił na 6 7 miesięcy temu
Nagła śmierć kibica Jerzy Edigey
Nagła śmierć kibica
Jerzy Edigey
Nie ukrywam – po Nagłą śmierć kibica sięgnąłem głównie z powodu brydża. Od jakiegoś czasu rozwijam cykl „Literacki brydż” i w książkach, także kryminalnych, tropię wszelkie wątki związane z tą pasją. Sam tytuł powieści może w pierwszej chwili sugerować sportowe emocje rodem ze stadionu piłkarskiego, ale tutaj chodzi o inny rodzaj gorączki – tę, która towarzyszy rozgrywce brydżowej, kiedy stawką jest choćby wielki szlem. Muszę przyznać, że lektura wciągnęła mnie bardziej, niż się spodziewałem. To klasyczny kryminał w duchu Agathy Christie – zamknięte grono podejrzanych, każdy z własnymi motywami, a nad wszystkim czuwa pułkownik milicji z czasów PRL Adam Niemiroch, przypominający trochę Herculesa Poirota. Sama konstrukcja fabuły też jest bardzo „poirotowska”: po dynamicznym wstępie akcja zwalnia i przenosi się głównie do trzech pomieszczeń, gdzie kolejne przesłuchania odsłaniają nowe tropy. Najbardziej urzekł mnie oczywiście pierwszy rozdział – towarzyski brydż u profesora Wojciechowskiego, pełen emocji i napięcia. A emocje te są mi bardzo bliskie. Moi rodzice także grywali towarzysko w brydża i do dziś pamiętam ich radość, gdy udało się wylicytować i wygrać wielkiego szlema. Tak wielką, że zapis tej pamiętnej rozgrywki… przenieśli aż na sufit! 🙂 Dlatego z uśmiechem czytałem o atmosferze przy stole, o kibicowaniu i o konflikcie, który wybucha, gdy ktoś nie wytrzymuje i podpowiada graczowi – bo któż z brydżystów nie zna takich sytuacji? W sobotnie popołudnie w willi profesorstwa Wojciechowskich na Ochocie odbywa się brydżowo-towarzyskie spotkanie; oprócz gospodarzy w domu przebywa jeszcze osiem osób: kardiolog Witold Jasieńczak z żoną Krystyną, adwokat Leonard Poturycki z małżonką Janiną, dawny uczeń gospodarza docent Stanisław Lechnowicz z narzeczoną aktorką Mariolą Boweri oraz dwaj naukowcy spoza Warszawy – profesor Andrzej Badowicz i przybysz z Londynu, profesor Henryk Lepato. Podczas jednej z rozgrywek nie biorący w niej udziału i kibicujący docent Stanisław Lechnowicz podpowiada jednemu z graczy, co nie podoba się pozostałym; między brydżystami dochodzi do ostrego spięcia. I właśnie w tym napięciu – przy kartach, wśród znajomych, w pozornie bezpiecznym świecie brydżowych wieczorów – pada trup. Najpierw wygląda na zawał, ale sekcja zwłok szybko pokazuje, że to cyjanek w kieliszku koniaku odebrał docentowi życie. Mamy więc klasyczne „kto zabił?” i zamknięty krąg podejrzanych. Całość czyta się bardzo dobrze – to lektura i dla miłośników kryminału, i dla tych, którzy choć trochę liznęli brydża. A dla mnie – kolejny piękny przykład na to, że brydż potrafi być świetnym literackim motywem.
Wituary Stachnik - awatar Wituary Stachnik
ocenił na 8 7 miesięcy temu
Testament królowej Nefertite Jerzy Głowacki
Testament królowej Nefertite
Jerzy Głowacki
W warszawskiej willi znalezione zostaje ciało profesora Sulimy - znanego odkrywcy i egiptologa. Ciało leży obok marmurowego sarkofagu, który 3 miesiące wcześniej sprowadzono do Polski z Egiptu celem dokładnych badań (zainteresowanie naukowców wzbudziła przede wszystkim ukryta w sarkofagu tulejka zawierająca informacje na temat miejsca ukrycia skarbu królowej Nefertite - zaszyfrowana, rzecz jasna). W sprawę wydaje się zamieszany asystent profesora, który zarazem jest narzeczonym jego pięknej córki (która z kolei wpada w oko prowadzącemu sprawę kapitanowi...). W celu rozwiązania sprawy kapitan rusza do Egiptu, gdzie udając dziennikarza instaluje się wśród współpracowników zamordowanego profesora. Książka zawiera wszystko co niezbędne dla klasycznego kryminału: zagadkowe zabójstwo, tajemniczy manuskrypt, kiełkujące uczucie, odrobinę egzotyki, szczyptę historii Egiptu i klimat archeologicznego obozu z różnorodnymi typami naukowców (a ponad tym wszystkim wieje doprowadzający do szaleństwa pustynny wicher Chamsin...). Czyta się więc ją miło i przyjemnie przez całe 180-kilka stron. Ostatnie 40 stron jest zdumiewająco słabe. Akcja nagle przyspiesza, dialogi zaczynają brzmieć sztucznie, a wszystko zaczyna trącać jakimś średnio udanym kinem akcji. Ogólnie odnieść można wrażenie, że autorowi znudziło się pisanie książki i jak najszybciej starał się domknąć wszystkie wątki. Reasumując - byłam gotowa dać 8 gwiazdek, ale końcówka zjechała na maksymalnie 4, a więc powiedzmy, że średnio 6
filak - awatar filak
ocenił na 6 9 lat temu
Skazałeś ją na śmierć Władysław Krupiński
Skazałeś ją na śmierć
Władysław Krupiński
- Mamo, kryminała! - powiedziałem z poważnym tonem. Po jakimś czasie mama dała mi pewną książkę, którą wyjęła ze swojej małej domowej księgarni. Była ona dosyć mała i pod względem wielkości, jak i pod względem grubości. Została wydana w 1984 roku i kosztowała jakoś 60 złoty na tamte czasy. Wiem to wszystko, bo tak pisało na tylnej stronie książki. "Dzikie białko" trochę mnie odstraszyło od czytania kryminałów, ale czemu miałem na jednej pozycji zaprzestać wgłębiania się w tajemnicze historie morderstw? Dałem jeszcze jedną szansę i owa szansa została doskonale wykorzystana. Pomogła przy tym książka Władysława Krupińskiego "Skazałeś ją na śmierć". Czasy PRL-u. Kapitan Mirski od jakiegoś czasu jest na wybrzeżu. Hans Jurgen, pomocnik maszynisty statku, zaginął w tajemniczych okolicznościach. Ostatni raz widziano Go z pewną kobietą. Maria Olimpska, bo tak nazywała się ta pani, znika również bez śladu. Kapitan Mirski rozpoczyna śledztwo z nadzieją na szybki koniec postępowania. Jak to powiedział sam kapitan: śledztwo niby takie proste, a rozwiązanie zagadki jest bardzo trudne. Może dokładnie tak nie powiedział, ale coś podobnego do tego, co napisałem. I rzeczywiście tak było. Wszystko zaczęło się mieszać i coraz cięższe stawało się wyjaśnianie sprawy zaginięcia dwóch osób. Po kilku tygodniach w oddalonym od wybrzeża o kilkaset kilometrów lesie, odnaleziono ciało kobiety, a zaraz potem na terenie budowy maszyn zostały znalezione szczątki mężczyzny w marynarce. Podejrzenie pada na inżyniera, który jest zatrudniony w miejscu, gdzie znaleziono szczątki mężczyzny. Kapitan Mirski od samego początku ma ciężki orzech do zgryzienia i mimo pomocy sporej ilości osób oraz wielu nowych poszlak ma problem z wyjaśnieniem tej zagadki. Czy i w jaki sposób należy wiązać śmierci dwóch osób? Czy byli to zaginięci Hans Jurgen oraz Maria Olimpska? Czy uda się Mirskiemu rozwikłać się tę skomplikowaną zagadkę? "Skazałeś ją na śmierć" to bardzo dobry kryminał, który napisany jest bardzo prostym językiem. Mówię to szczerze, bo przeczytałem ją w około godziny, no może troszeczkę ponad. Ale nie ma się co dziwić, ponieważ ma zaledwie 137 stron, lecz Władysław Krupiński napisał tak przejrzyście tę książkę, że czułem się, jakbym przeczytał długą powieść. Od samego początku autor wciągnął nas w tajemniczą historię zaginięcia Hans'a Jurgen'a. Niby wszystko wydaje się proste po pewnym czasie, ale zakończenie wszystkie przypuszczenia bierze w łeb. Jest to interesująca książka, która potrafi trzymać w napięciu. Obroty wydarzeń oraz nowe poszlaki, które z mozolnym trudem zostają zdobyte przez kapitana Mirskiego pozwalają, żeby czytelnik mógł sam poprowadzić swoje śledztwo. Nie jestem wielkim specem od kryminałów, bo to jest moja druga książka z tej kategorii, ale historia przeżyta w powieści Władysława Krupińskiego bardzo zmieniła mój pogląd co do tego typu książek. Dzikie białko nie spełniło moich oczekiwań i nie czułem żadnej grozy, ani gęsiej skórki podczas czytania. "Skazałeś ją na śmierć" wywarło na mnie ogromne wrażenie i do tej pory czuje emocje, które miałem podczas czytania. Także wielki ukłon dla pisarza, bo nigdy w życiu nie czytałem tak krótkiej książki, która jest prosto napisana i potrafi mnie tak wciągnąć. Autor nie rozpisywał się zbytnio z opisami i szedł do sedna od początku, bez żadnych ceregieli. Chwała mu za to!
Sarenkasarna - awatar Sarenkasarna
oceniła na 7 14 lat temu

Cytaty z książki Serce w klatce

Więcej
Witold Biengo Serce w klatce Zobacz więcej
Więcej