Długo ważyłam na szali moją ocenę tej książki. Rozważałam wszystkie jej wady i zalety i obracałam w myślach. Ostatecznie wyszła mi 5 i to tylko ze względu na drugą część, która w mojej opinii jest dużo lepsza od pierwszej oraz piękne językowo fragmenty, o czym w dalszej części recenzji.
Już sam tytuł nietuzinkowy. Przyswoiłam sobie znaczenie słowa "wsobny" – taki, który koncentruje się bardziej na własnych problemach i potrzebach niż na kontaktach z innymi ludźmi i otaczającym światem.
Gawęda mnie zmyliła, bo spodziewałam się przyjemnej opowieści, z życiem i humorem, a otrzymałam filozoficzne rozważania "tarnowskiej przybłędy” na jakiejś zapadłej wsi w stylu mądrości głoszonych przez znaną trójkę pijaczków z serialu „Ranczo”. Choć te było przynajmniej zabawne.
Poleciłabym autorowi pod rozwagę bardziej oszczędny styl Hemingwaya: prostotę i minimalizm, oszczędność słów oraz większą bezpośredniość. Wydaje mi się, że byłoby to z korzyścią dla czytelnika.
Przykro mi, ale zdania po 16 linijek (policzyłam!) to jednak dla mnie za dużo. Czytając, lubię wracać do pięknych zdań i rozkoszować się nimi, ale nie lubię być do tego zmuszana przez gubienie sensu w plątaninie wypowiedzi.
Momentami piękny język to drugi powód, dla którego ocena nie jest jeszcze niższa.
Małe perełeczki, zdania, które umilały mi czytanie, np. "Cisza, tylko odgłos moich wytrąconych kroków jako ścieżka dźwiękowa zagubienia".
Galeria osobliwych postaci, z których każda wydaje się wykraczać poza ogólnie przyjętą normalność. Dominują promile i pokręcone osobowości, zakotwiczone w tym swoim siermiężnym losie i pogodzone z nim. Sterani życiem, zwyczajni szarzy ludzie, ale to ich przytłoczenie odarło ich już z wszelkich marzeń i inspiracji. I pomiędzy nimi narrator, którego wypowiedź: "Bo nie ma nic gorszego, niż taka kieszonkowa, podręczna, przydomowa filozofia, która wykracza poza jego rozmach i woń obornika". Ale taką filozofię właśnie uprawia na kartach tej książki.
Zresztą pytanie o normalność wydaje mi się przewodnim tematem obydwu części książki.
(...) pomiędzy ludźmi powyginanymi na swoje niepowtarzalne sposoby".
Trochę nie rozumiem zamysłu połączenia tych dwóch zupełnie różnych części w jednej książce.
Nie lubię męczyć się przy książce, a czytanie szczególnie pierwszej części po prostu mnie nużyło.
Nie jest łatwo oceniać w ten sposób książkę, bo rozumiem, że każda kosztuje autora sporo pracy. Przykro mi, ale chyba nie jestem odpowiednim odbiorcą tej książki. Nie mogę jednak postąpić wbrew swoim odczuciom i ocenić jej wyżej.
Dziękuję za egzemplarz otrzymany do recenzji.
Długo ważyłam na szali moją ocenę tej książki. Rozważałam wszystkie jej wady i zalety i obracałam w myślach. Ostatecznie wyszła mi 5 i to tylko ze względu na drugą część, która w mojej opinii jest dużo lepsza od pierwszej oraz piękne językowo fragmenty, o czym w dalszej części recenzji.
Już sam tytuł nietuzinkowy. Przyswoiłam sobie znaczenie słowa "wsobny" – taki, który...
„Podgóry, posesja sąsiada, i taki, nieco utemperowany, rozmach lata (…)”, atmosfera luźna, nastrój najczęściej mierzony w promilach, chybotliwy, spojrzenie za to wyostrzone, błyszczące niebolesną ironią, trafną jak diabli w tym piekiełku. „Wsobne gawędy grzywackie” można odebrać jako udany mariaż sowizdrzalskiego bajania z kroniką wypadków sąsiedzkich, komediodramat, obyczajową satyrę wspartą wyższym kunsztem ekwilibrystyki narracyjnej i gimnastyki artystycznej słowa w rytm discopolowej hulanki.
Już same portrety bohaterów opowieści Krzysztofa Hubera sieją w naszych głowach zamęt, bo to nie wiadomo, czy im współczuć, czy też potraktować z żartobliwą pobłażliwością. Są lekko, a częściej nawet solidnie, zawianymi przedstawicielami szarego tłumu naszych rodaków, zwyczajnych ludzi przytłoczonych codziennością, z liczbą przywar większą niźli zalet, pogodzonymi z faktem, że marzenia zwykle pozostają nieosiągalne, zaś odpowiednia ilość bimbru pozwala przymknąć na to oczy.
„Bartoszek – człowiek umiarkowanie pogodny, a właściwie smutny i nieszczęśliwy, schorowany, pokurczony, skarłowaciały nieborak, który za wszelką cenę starał się wymykać swojej biedzie” i nie zauważać braku szans u Ireny, kelnerki z Malinowej Odysei, w której kochał się beznadziejnie. Nadmiernie konsumujący, by wytrzymać smutny los grabarza Andrzejko, to tłukący żonę, to znów dający jej dowody gorących uczuć, co z grubsza wyglądało podobnie. „Stefan… człowiek, któremu udało się przepić swoje imiona” i na zawsze pozostał już IdącymKoziołkami. Oni i wielu jeszcze innych tworzą ten nieuporządkowany, faktycznie mocno wsobny świat upojeń i rojeń, który sprawia wrażenie delirycznego panopticum o powykrzywianych karykaturalnie proporcjach, z jednej strony sugerując konsekwencje upojenia piwnicznymi specjałami, z drugiej zaś umyślne schronienie się w tej stworzonej przez siebie ostoi przed znacznie bardziej pomieszaną rzeczywistością na zewnątrz.
Miesza się więc ta śmieszność z makabreską, czułość z przemocą, i jakoś tak dziwnie do siebie przylegają, nie wadząc sobie, niczym owe święte obrazki i krucyfiksy, fragmenty upolowanej zwierzyny, a dodatkowo wyzierający „z gara na blasze starego, kaflowego, chlebowego pieca (…) rozłupany czerep świńskiego łba” w zabałaganionej piwnicy u kopidoła-grabarza. Bo trzeba zauważać to, co ważne i poważne, pełne sensów i znaczenia, ale zarazem nie przegapić ani jednego ziarenka przedniego dowcipu, który stanowi skuteczne i zdrowe remedium, przywracając rzeczom stosowny balans. „Że coś jest śmieszne samo z siebie, to należy się temu poddawać, a nie zastanawiać nad własnymi dysfunkcjami w obszarze rozumienia i pojmowania”. Charakterystyka wioskowego środowiska, nieubłaganie punktująca jego niedzielnokościółkowe, polakierowane fryzury i garnitury wyciągnięte z szaf, byle jak odprasowane, podwórkowe pijaństwo pod kawałek zagrychy, rzężącą maszynę do lodów obleganą przez hałaśliwą dzieciarnię, mocno odbiega od wszystkiego, co dotąd dane nam było poznać. Mam tutaj na myśli formę, jaką wybrał autor, ów język w celowy, szyderczy sposób mocno zawikłany, na miarę zawianego inteligenta, rozbudowane w labirynt złożoności zdania, naprzemiennie naszpikowane to interesującą stylizacją słownictwa, wręcz barokowo, kunsztownobogatego, ornamentacyjnie wybujałego, to znów zwyczajnymi knajackimi przekleństwami przeplecione. To także mowa, którą można śmiało określić jako wsobną, pełniąca określoną, istotną rolę w opowieści, choć z pewnością nie ułatwiająca lektury, za to idealnie uosabiająca splątanie świata, jego sprzeczności i niekonsekwencje „całej naszej podręcznej otuliny bytu, ojczyzny kieszonkowej, jedynej poślubionej, wiecznej tęsknoty, wobec której to i śmierć zdaje się fraszką”.
Przy kielichu, albo zgoła samej flaszce toczą się rozmowy filozoficzno-historyczno-polityczne na wolnomyślną nutę, zeskrobujące narodowo-patriotyczną ornamentykę patosu dzisiejszej nowomowy, by odsłonić brzydotę skrywanego pod nią fałszu. Alkohol i zaufane towarzystwo sprzyjają szczerości i soczystości opinii.
Na ile zmieniło się życie w trakcie transformacji ustrojowej, czy nie zmarnowaliśmy aby szans, na które tak się cieszyliśmy? To ciekawy i nietypowy spacer w przeszłość, z latarką w ręku, oświetlającą zabałaganione kąty, dzielący, niczym w życiowym bilansie, na „winien” i „ma” wygrzebane z pajęczyn wspomnienia, artefakty, nadzieje, rozczarowania i zwycięstwa. Gawędy grzywackie może i wsobne, bilans już jednak jak najbardziej powszechny. Są więc na Podgórach rozmowy wszelakie i osobowości niezwykłe, jak niemal wszędzie, tutejsi dziwacy, autochtoni wrośnięci w tę ziemię i do niej upodobnieni, przyjezdni, jak nasza „tarnowska przybłęda”, po czasie już prawie swoi, zaakceptowani pod Grzywacką Górą, przytuleni.
Psychiatryk, w którym poznajemy jednego z pacjentów, Tadka Ogładę, to nic innego, jak przytulisko dla tych, których przeżuł i wypluł świat zewnętrzny, jednak w jakimś stopniu jest też jego odzwierciedleniem, zmultiplikowanym, pociągniętym grubym, czarnym flamastrem. Tam łóżka czekają na osobników przegranych, rozbitych przez życie, tych, którzy uciekli z niego w osobliwą imaginację, będącą w ich pojęciu rzeczywistością. „A w którym to momencie właściwie kończy się tkliwa, uduchowiona melancholia, a depresja zaczyna, co to ją należy farmakologią i całym tym Mendelejewem przeganiać? I polować na te serotoniny, dopaminy i nurzać się w tych endorfinach, na pohybel zmorom i demonom wszelakim, co to ich istnienie jest ogólną konfiguracją stworzenia?” Oddziały szpitala psychiatrycznego mieszczą w sobie dostatecznie liczną próbkę ludzkich przypadków, byśmy, z niejaką pomocą empatycznego Tadka Ogłady, mogli przeprowadzić studium psychologiczne polskiej rzeczywistości poprzez przeanalizowanie konkretnych życiowych sytuacji, potknięć i upadków osób nazbyt wrażliwych, by się na jej powierzchni utrzymać i dryfować z nurtem zmian.
Tę część książki, co prawda smutniejszą i mocno refleksyjną, uważam za znacznie bardziej zwartą, przejmującą i przemyślaną, choć być może jest to moje skrzywienie zawodowe jako psychologa klinicznego. Dostrzegłam tutaj samą prawdę, delikatność i podatność na zranienie, obnażone i wystawione bezwstydnie na publiczny osąd i nasze, społeczne wyrzuty sumienia,. W tej części ironia przygarnia do siebie ciepłe nuty, łagodnieje i staje się bardziej wyrozumiała, co jednak w żadnym razie nie oznacza marnej ckliwości, a raczej wyrozumiałość poznania. Obraz szpitalnego uniwersum jest przy tym ostry i dynamiczny, zjadliwy i chwilami przerażający, pokazuje jednak po prostu bezradność i oszołomienie człowieka szukającego ratunku w meandrach własnego umysłu, a jego wytwory w postaci omamów, obsesyjnych myśli i delirycznego podniecenia, nie są tak znowu różne od tego, co już wcześniej zaobserwowaliśmy na sielskiej wsi na Podgórach. To dwie strony zwierciadła, wobec których pozostajemy podobnie nieuzbrojeni, pozwalając się im przez siebie przetaczać Dlatego nie dziwimy się nawet przez chwilę słowom Tadka, które powinny stać się puentą tej recenzji, a zarazem wstępem do szerszej dyskusji:
„A dokąd mam się spieszyć? Do normatywnego świata? Pomiędzy normalnych ludzi? Zwariowałeś? Oni to są dopiero pojebani…”
„Podgóry, posesja sąsiada, i taki, nieco utemperowany, rozmach lata (…)”, atmosfera luźna, nastrój najczęściej mierzony w promilach, chybotliwy, spojrzenie za to wyostrzone, błyszczące niebolesną ironią, trafną jak diabli w tym piekiełku. „Wsobne gawędy grzywackie” można odebrać jako udany mariaż sowizdrzalskiego bajania z kroniką wypadków sąsiedzkich, komediodramat,...
Niby tarnowska przybłęda a język giętki i plastyczny jak u wielkomiejskiej, niedawno przeze mnie poznanej i podziwianej za styl Zyty Rudzkiej. Sposób wypowiedzi Hubera jest tak niepowtarzalny, a zdania tak wielokrotnie złożone, że gdyby je kroić to jak pnie drzew wieloletnich, wydadzą plastry o średnicy niebagatelnej i słojach sękami przekleństw sowicie poprzerywane. Bimber - to jeszcze tę literaturę z wyżej wymienioną łączy i konsekwencją tegoż będąca, obyczajowa swoboda.
Nie rozstrzygając szczerości wypowiedzi, w onirycznej i baśniowej umieszczonych formule, w kategoriach odwagi czy głupoty a traktując te dwie jak siostry, czyli dopełnienie, a nie alternatywę dodać należy kolejne - wrażliwość, inteligencję i talent, dzięki którym...
Czytelniczka małomiasteczkowa i grzeczna jak kanadyjska pensjonarka znajdzie odniesienie do ulubionej lektury z dzieciństwa, jak i fragment piosenki, śpiewany przez jej nieżyjacego Męża jeszcze w szkole podstawowej, który przyczyną był wzywania rodzica. Książka pełna jest także autorskich myśli wartych zapamiętania. "Tuż za nią, w odstępie - zdaje się - nieskończoności ramion, które nierzadko bywają alegorią wszechświata, ale także minimalistycznym wzorem odstępu (...)" To dla mnie najlepsza próbka tego pięknego stylu.
Dużo też ważnych pytań wyłowić może ten, kto na słowa czyha i czytając filtruje je przez swojego ducha.
"W ogóle na jakiej podstawie pustka może rzucać się w oczy? Czy właściwie ma jakiś kształt?" Nie dość, że kształt to często nawet twarz - wspomnienia.
Konstatacja pojawia mi się taka - z pojedynczą łzą - że samotni rodzimy się i tacy też umieramy.
I na koniec - na miejscu lub może nie- Wojtyła, bo w książce i do niego pojawia się książkowe, nomen omen (to też Autor lubi) odniesienie.
A zresztą kto samozwańczej wariatce zacytować zabroni.
"Stopy szukają w trawie - jest ziemia.
Owady drążą zieleń i słońca kołyszą strumień.
Stopy ścierają bruk, bruk ściera stopy na przemian.
Nie ma patosu. Jest myśl nie domówiona w tym tłumie."
Niby tarnowska przybłęda a język giętki i plastyczny jak u wielkomiejskiej, niedawno przeze mnie poznanej i podziwianej za styl Zyty Rudzkiej. Sposób wypowiedzi Hubera jest tak niepowtarzalny, a zdania tak wielokrotnie złożone, że gdyby je kroić to jak pnie drzew wieloletnich, wydadzą plastry o średnicy niebagatelnej i słojach sękami przekleństw sowicie poprzerywane. Bimber...
„To, że tworzymy różnorakie, rosochate, skomplikowane figury algebraiczne, to matematycznie wszyscy się tak samo redukujemy. Do zera. To uczucie statyczności i własnego ciężaru, nietrwonionego na rowerkach bez kółek. To swobodne uprawianie rozrywki przy okazji poznawania. Nazwijmy to turystyką. Uprawianie turystyki przy okazji rozrywki to zupełnie mniej rzetelna jakość bytu...”
„Wsobne gawędy grzywackie i inne opowieści” to wyprawa za granicę przynależnej wspólnoty, wędrówka ku krzywiźnie zwierciadeł i doskonałe alibi na rozchwianie i życiową mitręgę.
Główny bohater niczym kaskader życia znajduje się na progu rzeczywistości. Z każdym dniem zmierza się ze swoją eklektyczną naturą i próbą „przygarniania nieużytecznego balastu codzienności”. Pozwala sobie w sposób wyrafinowany ”podróżować pomiędzy rzeczywistością a ułudą bezszelestnie i zgrabnie”. Przeważnie zdany na łaskę „mgiełki i muśnięcia niezauważalnego podmuchu obecności”.
Na powieść składa się wiele atutów: język, narracja i styl zapisu, choć ciężki, ale wyrafinowany, historie są ciekawe i w powieści występuje przeogromna ilość postaci, ale przede wszystkim ta nieopisana wrażliwość, która mimo otoczki i różnych sytuacji, które przytrafiają się bohaterom, nadaje im człowieczeństwa i prawdziwości. Można się wśród nich odnaleźć, nie odstraszają nas. Przede wszystkim czarny humor, to największy plus tych opowieści, zwłaszcza w pierwszej części, ponieważ najtrudniej napisać książkę, która wywołuje śmiech. To nie jest prosta sprawa. Jest bardzo mało książek zabawnych.
Tematy, które porusza Krzysztof Huber w swojej książce są bardzo trudne i osobiste, a przede wszystkim smutne, ale w sposób jaki nakreśla bohaterów stwarzając sytuacje absurdalne lub podsumowania niektórych przemyśleń, sprawia że trzeba się po prostu z tego śmiać. Bardzo trudno o taką formę przekazu w powieściach, dlatego to ujmuje, bo tekst stał się bardziej spójny fabularnie.
Druga część od samego początku wywiera wiele emocji, to smutna opowieść, ale towarzyszy jej bardzo delikatnie ten trafnie nadany humor. Tadek Ogłada, niczym bohater Leopold Bloom z „Ulissesa” J. Joyce`a przybliża nam swoją wędrówkę, próbuje odnaleźć się w realiach ośrodka, w którym się znalazł, prowadzi nie tylko siebie, ale i czytelnika poprzez swoje przemyślenia i wnikliwą obserwację otoczenia oraz odnoszenia się do samego siebie i innych, choć niekiedy znosi go to wszystko razem wzięte na manowce, i nie wie już czy się zgubił czy odnalazł i w którą stronę jest do tej wydumanej realności, normalności i czy właściwie tam chce zmierzać.
W trzeciej części nie mamy konkretnego bohatera, ale sytuacje, które prowadzą poprzez całkowicie odmienne realne postaci ku jakiemuś rzetelnemu wyjściu, obrazują nam krótkie opowieści, w których narrator był, jest lub być może będzie. Zmierza on ku dalszemu życiu, bez względu na to czy warto czy nie warto zabrać się pierwszym transportem do rzeczywistości, bowiem przydałoby mu się spróbować.
Każda z części powieści napisana została inną formą narracji, od rwanych beskidzkich opowieści, w których „ja” występuje w pierwszej osobie, w których dominuje chaos, który odzwierciedla jakąś przeszłość, nabyte doświadczenie i próbę zgłębienia tego, co się przydarzało bohaterowi, ku czemu zdąża poprzez drugą część opowiadaną przez narratora w trzeciej osobie, który obrazuje i podąża za swoim bohaterem, jakby był obserwatorem i podąża za Tadkiem Ogładą niczym operator kamery. Jest to część najbardziej linearna. Natomiast forma zapisu trzeciej części pokazuje, to czego nie wiemy, coś nowego, co ma się wydarzyć lub zdarza i stawia najwięcej niewypowiedzianych zapytań. Do tego jest napisana innym językiem, wyrafinowanym, gdzie zdania wyrażają żywe, twarde i mocno ugruntowane zamierzenia bohatera w sposób subtelny i unikalny pierwszorzędnym językiem, jakby zupełnie ktoś inny nakreślił te historie.
Absurd sytuacyjny, czarny humor i subtelnie prowadzona narracja sprawiają, że odnajdujemy się w krzywym zwierciadle. To ogromne atuty „Wsobnych gawęd i innych opowieści”.
Powieść została napisana z wielką wrażliwością, pomimo użytych wielu niecenzuralnych słów, które swoją drogą pasują bardzo w konkretnych miejscach i sytuacjach, które czynią powieść uczciwą względem czytelnika. Każdy czytelnik z łatwością będzie potrafił docenić i odnaleźć w tej książce to, czego sam próbuje się dowiedzieć o swoim życiu i otoczeniu. Czym jest normalność i czy warto do niej dążyć.
Powieść bawi i smuci, i samo w niej życie, bohaterowie mimo wszystko są przekonywający i barwnie przedstawieni, fabuła wciąga, przyjemnie się czyta, z satysfakcją, bo nie ocenia, nie uwłacza i nie poucza nikogo, a to są najważniejsze atuty dobrze napisanej prozy.
Można powiedzieć, że pod tym względem jest bardzo uniwersalna i napisana z przymrużeniem oka.
„Ci wszyscy zagonieni z zewnątrz powinni kiedyś dostrzec, że do normalności tak łatwo jest przywyknąć”.
„A w miejscach straceń
Słowa tulą
Się do znaczeń”.
„To, że tworzymy różnorakie, rosochate, skomplikowane figury algebraiczne, to matematycznie wszyscy się tak samo redukujemy. Do zera. To uczucie statyczności i własnego ciężaru, nietrwonionego na rowerkach bez kółek. To swobodne uprawianie rozrywki przy okazji poznawania. Nazwijmy to turystyką. Uprawianie turystyki przy okazji rozrywki to zupełnie mniej rzetelna jakość...
Długo ważyłam na szali moją ocenę tej książki. Rozważałam wszystkie jej wady i zalety i obracałam w myślach. Ostatecznie wyszła mi 5 i to tylko ze względu na drugą część, która w mojej opinii jest dużo lepsza od pierwszej oraz piękne językowo fragmenty, o czym w dalszej części recenzji.
Już sam tytuł nietuzinkowy. Przyswoiłam sobie znaczenie słowa "wsobny" – taki, który koncentruje się bardziej na własnych problemach i potrzebach niż na kontaktach z innymi ludźmi i otaczającym światem.
Gawęda mnie zmyliła, bo spodziewałam się przyjemnej opowieści, z życiem i humorem, a otrzymałam filozoficzne rozważania "tarnowskiej przybłędy” na jakiejś zapadłej wsi w stylu mądrości głoszonych przez znaną trójkę pijaczków z serialu „Ranczo”. Choć te było przynajmniej zabawne.
Poleciłabym autorowi pod rozwagę bardziej oszczędny styl Hemingwaya: prostotę i minimalizm, oszczędność słów oraz większą bezpośredniość. Wydaje mi się, że byłoby to z korzyścią dla czytelnika.
Przykro mi, ale zdania po 16 linijek (policzyłam!) to jednak dla mnie za dużo. Czytając, lubię wracać do pięknych zdań i rozkoszować się nimi, ale nie lubię być do tego zmuszana przez gubienie sensu w plątaninie wypowiedzi.
Momentami piękny język to drugi powód, dla którego ocena nie jest jeszcze niższa.
Małe perełeczki, zdania, które umilały mi czytanie, np. "Cisza, tylko odgłos moich wytrąconych kroków jako ścieżka dźwiękowa zagubienia".
Galeria osobliwych postaci, z których każda wydaje się wykraczać poza ogólnie przyjętą normalność. Dominują promile i pokręcone osobowości, zakotwiczone w tym swoim siermiężnym losie i pogodzone z nim. Sterani życiem, zwyczajni szarzy ludzie, ale to ich przytłoczenie odarło ich już z wszelkich marzeń i inspiracji. I pomiędzy nimi narrator, którego wypowiedź: "Bo nie ma nic gorszego, niż taka kieszonkowa, podręczna, przydomowa filozofia, która wykracza poza jego rozmach i woń obornika". Ale taką filozofię właśnie uprawia na kartach tej książki.
Zresztą pytanie o normalność wydaje mi się przewodnim tematem obydwu części książki.
(...) pomiędzy ludźmi powyginanymi na swoje niepowtarzalne sposoby".
Trochę nie rozumiem zamysłu połączenia tych dwóch zupełnie różnych części w jednej książce.
Nie lubię męczyć się przy książce, a czytanie szczególnie pierwszej części po prostu mnie nużyło.
Nie jest łatwo oceniać w ten sposób książkę, bo rozumiem, że każda kosztuje autora sporo pracy. Przykro mi, ale chyba nie jestem odpowiednim odbiorcą tej książki. Nie mogę jednak postąpić wbrew swoim odczuciom i ocenić jej wyżej.
Dziękuję za egzemplarz otrzymany do recenzji.
Długo ważyłam na szali moją ocenę tej książki. Rozważałam wszystkie jej wady i zalety i obracałam w myślach. Ostatecznie wyszła mi 5 i to tylko ze względu na drugą część, która w mojej opinii jest dużo lepsza od pierwszej oraz piękne językowo fragmenty, o czym w dalszej części recenzji.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toJuż sam tytuł nietuzinkowy. Przyswoiłam sobie znaczenie słowa "wsobny" – taki, który...
„Podgóry, posesja sąsiada, i taki, nieco utemperowany, rozmach lata (…)”, atmosfera luźna, nastrój najczęściej mierzony w promilach, chybotliwy, spojrzenie za to wyostrzone, błyszczące niebolesną ironią, trafną jak diabli w tym piekiełku. „Wsobne gawędy grzywackie” można odebrać jako udany mariaż sowizdrzalskiego bajania z kroniką wypadków sąsiedzkich, komediodramat, obyczajową satyrę wspartą wyższym kunsztem ekwilibrystyki narracyjnej i gimnastyki artystycznej słowa w rytm discopolowej hulanki.
Już same portrety bohaterów opowieści Krzysztofa Hubera sieją w naszych głowach zamęt, bo to nie wiadomo, czy im współczuć, czy też potraktować z żartobliwą pobłażliwością. Są lekko, a częściej nawet solidnie, zawianymi przedstawicielami szarego tłumu naszych rodaków, zwyczajnych ludzi przytłoczonych codziennością, z liczbą przywar większą niźli zalet, pogodzonymi z faktem, że marzenia zwykle pozostają nieosiągalne, zaś odpowiednia ilość bimbru pozwala przymknąć na to oczy.
„Bartoszek – człowiek umiarkowanie pogodny, a właściwie smutny i nieszczęśliwy, schorowany, pokurczony, skarłowaciały nieborak, który za wszelką cenę starał się wymykać swojej biedzie” i nie zauważać braku szans u Ireny, kelnerki z Malinowej Odysei, w której kochał się beznadziejnie. Nadmiernie konsumujący, by wytrzymać smutny los grabarza Andrzejko, to tłukący żonę, to znów dający jej dowody gorących uczuć, co z grubsza wyglądało podobnie. „Stefan… człowiek, któremu udało się przepić swoje imiona” i na zawsze pozostał już IdącymKoziołkami. Oni i wielu jeszcze innych tworzą ten nieuporządkowany, faktycznie mocno wsobny świat upojeń i rojeń, który sprawia wrażenie delirycznego panopticum o powykrzywianych karykaturalnie proporcjach, z jednej strony sugerując konsekwencje upojenia piwnicznymi specjałami, z drugiej zaś umyślne schronienie się w tej stworzonej przez siebie ostoi przed znacznie bardziej pomieszaną rzeczywistością na zewnątrz.
Miesza się więc ta śmieszność z makabreską, czułość z przemocą, i jakoś tak dziwnie do siebie przylegają, nie wadząc sobie, niczym owe święte obrazki i krucyfiksy, fragmenty upolowanej zwierzyny, a dodatkowo wyzierający „z gara na blasze starego, kaflowego, chlebowego pieca (…) rozłupany czerep świńskiego łba” w zabałaganionej piwnicy u kopidoła-grabarza. Bo trzeba zauważać to, co ważne i poważne, pełne sensów i znaczenia, ale zarazem nie przegapić ani jednego ziarenka przedniego dowcipu, który stanowi skuteczne i zdrowe remedium, przywracając rzeczom stosowny balans. „Że coś jest śmieszne samo z siebie, to należy się temu poddawać, a nie zastanawiać nad własnymi dysfunkcjami w obszarze rozumienia i pojmowania”. Charakterystyka wioskowego środowiska, nieubłaganie punktująca jego niedzielnokościółkowe, polakierowane fryzury i garnitury wyciągnięte z szaf, byle jak odprasowane, podwórkowe pijaństwo pod kawałek zagrychy, rzężącą maszynę do lodów obleganą przez hałaśliwą dzieciarnię, mocno odbiega od wszystkiego, co dotąd dane nam było poznać. Mam tutaj na myśli formę, jaką wybrał autor, ów język w celowy, szyderczy sposób mocno zawikłany, na miarę zawianego inteligenta, rozbudowane w labirynt złożoności zdania, naprzemiennie naszpikowane to interesującą stylizacją słownictwa, wręcz barokowo, kunsztownobogatego, ornamentacyjnie wybujałego, to znów zwyczajnymi knajackimi przekleństwami przeplecione. To także mowa, którą można śmiało określić jako wsobną, pełniąca określoną, istotną rolę w opowieści, choć z pewnością nie ułatwiająca lektury, za to idealnie uosabiająca splątanie świata, jego sprzeczności i niekonsekwencje „całej naszej podręcznej otuliny bytu, ojczyzny kieszonkowej, jedynej poślubionej, wiecznej tęsknoty, wobec której to i śmierć zdaje się fraszką”.
Przy kielichu, albo zgoła samej flaszce toczą się rozmowy filozoficzno-historyczno-polityczne na wolnomyślną nutę, zeskrobujące narodowo-patriotyczną ornamentykę patosu dzisiejszej nowomowy, by odsłonić brzydotę skrywanego pod nią fałszu. Alkohol i zaufane towarzystwo sprzyjają szczerości i soczystości opinii.
Na ile zmieniło się życie w trakcie transformacji ustrojowej, czy nie zmarnowaliśmy aby szans, na które tak się cieszyliśmy? To ciekawy i nietypowy spacer w przeszłość, z latarką w ręku, oświetlającą zabałaganione kąty, dzielący, niczym w życiowym bilansie, na „winien” i „ma” wygrzebane z pajęczyn wspomnienia, artefakty, nadzieje, rozczarowania i zwycięstwa. Gawędy grzywackie może i wsobne, bilans już jednak jak najbardziej powszechny. Są więc na Podgórach rozmowy wszelakie i osobowości niezwykłe, jak niemal wszędzie, tutejsi dziwacy, autochtoni wrośnięci w tę ziemię i do niej upodobnieni, przyjezdni, jak nasza „tarnowska przybłęda”, po czasie już prawie swoi, zaakceptowani pod Grzywacką Górą, przytuleni.
Psychiatryk, w którym poznajemy jednego z pacjentów, Tadka Ogładę, to nic innego, jak przytulisko dla tych, których przeżuł i wypluł świat zewnętrzny, jednak w jakimś stopniu jest też jego odzwierciedleniem, zmultiplikowanym, pociągniętym grubym, czarnym flamastrem. Tam łóżka czekają na osobników przegranych, rozbitych przez życie, tych, którzy uciekli z niego w osobliwą imaginację, będącą w ich pojęciu rzeczywistością. „A w którym to momencie właściwie kończy się tkliwa, uduchowiona melancholia, a depresja zaczyna, co to ją należy farmakologią i całym tym Mendelejewem przeganiać? I polować na te serotoniny, dopaminy i nurzać się w tych endorfinach, na pohybel zmorom i demonom wszelakim, co to ich istnienie jest ogólną konfiguracją stworzenia?” Oddziały szpitala psychiatrycznego mieszczą w sobie dostatecznie liczną próbkę ludzkich przypadków, byśmy, z niejaką pomocą empatycznego Tadka Ogłady, mogli przeprowadzić studium psychologiczne polskiej rzeczywistości poprzez przeanalizowanie konkretnych życiowych sytuacji, potknięć i upadków osób nazbyt wrażliwych, by się na jej powierzchni utrzymać i dryfować z nurtem zmian.
Tę część książki, co prawda smutniejszą i mocno refleksyjną, uważam za znacznie bardziej zwartą, przejmującą i przemyślaną, choć być może jest to moje skrzywienie zawodowe jako psychologa klinicznego. Dostrzegłam tutaj samą prawdę, delikatność i podatność na zranienie, obnażone i wystawione bezwstydnie na publiczny osąd i nasze, społeczne wyrzuty sumienia,. W tej części ironia przygarnia do siebie ciepłe nuty, łagodnieje i staje się bardziej wyrozumiała, co jednak w żadnym razie nie oznacza marnej ckliwości, a raczej wyrozumiałość poznania. Obraz szpitalnego uniwersum jest przy tym ostry i dynamiczny, zjadliwy i chwilami przerażający, pokazuje jednak po prostu bezradność i oszołomienie człowieka szukającego ratunku w meandrach własnego umysłu, a jego wytwory w postaci omamów, obsesyjnych myśli i delirycznego podniecenia, nie są tak znowu różne od tego, co już wcześniej zaobserwowaliśmy na sielskiej wsi na Podgórach. To dwie strony zwierciadła, wobec których pozostajemy podobnie nieuzbrojeni, pozwalając się im przez siebie przetaczać Dlatego nie dziwimy się nawet przez chwilę słowom Tadka, które powinny stać się puentą tej recenzji, a zarazem wstępem do szerszej dyskusji:
„A dokąd mam się spieszyć? Do normatywnego świata? Pomiędzy normalnych ludzi? Zwariowałeś? Oni to są dopiero pojebani…”
„Podgóry, posesja sąsiada, i taki, nieco utemperowany, rozmach lata (…)”, atmosfera luźna, nastrój najczęściej mierzony w promilach, chybotliwy, spojrzenie za to wyostrzone, błyszczące niebolesną ironią, trafną jak diabli w tym piekiełku. „Wsobne gawędy grzywackie” można odebrać jako udany mariaż sowizdrzalskiego bajania z kroniką wypadków sąsiedzkich, komediodramat,...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNiby tarnowska przybłęda a język giętki i plastyczny jak u wielkomiejskiej, niedawno przeze mnie poznanej i podziwianej za styl Zyty Rudzkiej. Sposób wypowiedzi Hubera jest tak niepowtarzalny, a zdania tak wielokrotnie złożone, że gdyby je kroić to jak pnie drzew wieloletnich, wydadzą plastry o średnicy niebagatelnej i słojach sękami przekleństw sowicie poprzerywane. Bimber - to jeszcze tę literaturę z wyżej wymienioną łączy i konsekwencją tegoż będąca, obyczajowa swoboda.
Nie rozstrzygając szczerości wypowiedzi, w onirycznej i baśniowej umieszczonych formule, w kategoriach odwagi czy głupoty a traktując te dwie jak siostry, czyli dopełnienie, a nie alternatywę dodać należy kolejne - wrażliwość, inteligencję i talent, dzięki którym...
Czytelniczka małomiasteczkowa i grzeczna jak kanadyjska pensjonarka znajdzie odniesienie do ulubionej lektury z dzieciństwa, jak i fragment piosenki, śpiewany przez jej nieżyjacego Męża jeszcze w szkole podstawowej, który przyczyną był wzywania rodzica. Książka pełna jest także autorskich myśli wartych zapamiętania. "Tuż za nią, w odstępie - zdaje się - nieskończoności ramion, które nierzadko bywają alegorią wszechświata, ale także minimalistycznym wzorem odstępu (...)" To dla mnie najlepsza próbka tego pięknego stylu.
Dużo też ważnych pytań wyłowić może ten, kto na słowa czyha i czytając filtruje je przez swojego ducha.
"W ogóle na jakiej podstawie pustka może rzucać się w oczy? Czy właściwie ma jakiś kształt?" Nie dość, że kształt to często nawet twarz - wspomnienia.
Konstatacja pojawia mi się taka - z pojedynczą łzą - że samotni rodzimy się i tacy też umieramy.
I na koniec - na miejscu lub może nie- Wojtyła, bo w książce i do niego pojawia się książkowe, nomen omen (to też Autor lubi) odniesienie.
A zresztą kto samozwańczej wariatce zacytować zabroni.
"Stopy szukają w trawie - jest ziemia.
Owady drążą zieleń i słońca kołyszą strumień.
Stopy ścierają bruk, bruk ściera stopy na przemian.
Nie ma patosu. Jest myśl nie domówiona w tym tłumie."
Niby tarnowska przybłęda a język giętki i plastyczny jak u wielkomiejskiej, niedawno przeze mnie poznanej i podziwianej za styl Zyty Rudzkiej. Sposób wypowiedzi Hubera jest tak niepowtarzalny, a zdania tak wielokrotnie złożone, że gdyby je kroić to jak pnie drzew wieloletnich, wydadzą plastry o średnicy niebagatelnej i słojach sękami przekleństw sowicie poprzerywane. Bimber...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to„To, że tworzymy różnorakie, rosochate, skomplikowane figury algebraiczne, to matematycznie wszyscy się tak samo redukujemy. Do zera. To uczucie statyczności i własnego ciężaru, nietrwonionego na rowerkach bez kółek. To swobodne uprawianie rozrywki przy okazji poznawania. Nazwijmy to turystyką. Uprawianie turystyki przy okazji rozrywki to zupełnie mniej rzetelna jakość bytu...”
„Wsobne gawędy grzywackie i inne opowieści” to wyprawa za granicę przynależnej wspólnoty, wędrówka ku krzywiźnie zwierciadeł i doskonałe alibi na rozchwianie i życiową mitręgę.
Główny bohater niczym kaskader życia znajduje się na progu rzeczywistości. Z każdym dniem zmierza się ze swoją eklektyczną naturą i próbą „przygarniania nieużytecznego balastu codzienności”. Pozwala sobie w sposób wyrafinowany ”podróżować pomiędzy rzeczywistością a ułudą bezszelestnie i zgrabnie”. Przeważnie zdany na łaskę „mgiełki i muśnięcia niezauważalnego podmuchu obecności”.
Na powieść składa się wiele atutów: język, narracja i styl zapisu, choć ciężki, ale wyrafinowany, historie są ciekawe i w powieści występuje przeogromna ilość postaci, ale przede wszystkim ta nieopisana wrażliwość, która mimo otoczki i różnych sytuacji, które przytrafiają się bohaterom, nadaje im człowieczeństwa i prawdziwości. Można się wśród nich odnaleźć, nie odstraszają nas. Przede wszystkim czarny humor, to największy plus tych opowieści, zwłaszcza w pierwszej części, ponieważ najtrudniej napisać książkę, która wywołuje śmiech. To nie jest prosta sprawa. Jest bardzo mało książek zabawnych.
Tematy, które porusza Krzysztof Huber w swojej książce są bardzo trudne i osobiste, a przede wszystkim smutne, ale w sposób jaki nakreśla bohaterów stwarzając sytuacje absurdalne lub podsumowania niektórych przemyśleń, sprawia że trzeba się po prostu z tego śmiać. Bardzo trudno o taką formę przekazu w powieściach, dlatego to ujmuje, bo tekst stał się bardziej spójny fabularnie.
Druga część od samego początku wywiera wiele emocji, to smutna opowieść, ale towarzyszy jej bardzo delikatnie ten trafnie nadany humor. Tadek Ogłada, niczym bohater Leopold Bloom z „Ulissesa” J. Joyce`a przybliża nam swoją wędrówkę, próbuje odnaleźć się w realiach ośrodka, w którym się znalazł, prowadzi nie tylko siebie, ale i czytelnika poprzez swoje przemyślenia i wnikliwą obserwację otoczenia oraz odnoszenia się do samego siebie i innych, choć niekiedy znosi go to wszystko razem wzięte na manowce, i nie wie już czy się zgubił czy odnalazł i w którą stronę jest do tej wydumanej realności, normalności i czy właściwie tam chce zmierzać.
W trzeciej części nie mamy konkretnego bohatera, ale sytuacje, które prowadzą poprzez całkowicie odmienne realne postaci ku jakiemuś rzetelnemu wyjściu, obrazują nam krótkie opowieści, w których narrator był, jest lub być może będzie. Zmierza on ku dalszemu życiu, bez względu na to czy warto czy nie warto zabrać się pierwszym transportem do rzeczywistości, bowiem przydałoby mu się spróbować.
Każda z części powieści napisana została inną formą narracji, od rwanych beskidzkich opowieści, w których „ja” występuje w pierwszej osobie, w których dominuje chaos, który odzwierciedla jakąś przeszłość, nabyte doświadczenie i próbę zgłębienia tego, co się przydarzało bohaterowi, ku czemu zdąża poprzez drugą część opowiadaną przez narratora w trzeciej osobie, który obrazuje i podąża za swoim bohaterem, jakby był obserwatorem i podąża za Tadkiem Ogładą niczym operator kamery. Jest to część najbardziej linearna. Natomiast forma zapisu trzeciej części pokazuje, to czego nie wiemy, coś nowego, co ma się wydarzyć lub zdarza i stawia najwięcej niewypowiedzianych zapytań. Do tego jest napisana innym językiem, wyrafinowanym, gdzie zdania wyrażają żywe, twarde i mocno ugruntowane zamierzenia bohatera w sposób subtelny i unikalny pierwszorzędnym językiem, jakby zupełnie ktoś inny nakreślił te historie.
Absurd sytuacyjny, czarny humor i subtelnie prowadzona narracja sprawiają, że odnajdujemy się w krzywym zwierciadle. To ogromne atuty „Wsobnych gawęd i innych opowieści”.
Powieść została napisana z wielką wrażliwością, pomimo użytych wielu niecenzuralnych słów, które swoją drogą pasują bardzo w konkretnych miejscach i sytuacjach, które czynią powieść uczciwą względem czytelnika. Każdy czytelnik z łatwością będzie potrafił docenić i odnaleźć w tej książce to, czego sam próbuje się dowiedzieć o swoim życiu i otoczeniu. Czym jest normalność i czy warto do niej dążyć.
Powieść bawi i smuci, i samo w niej życie, bohaterowie mimo wszystko są przekonywający i barwnie przedstawieni, fabuła wciąga, przyjemnie się czyta, z satysfakcją, bo nie ocenia, nie uwłacza i nie poucza nikogo, a to są najważniejsze atuty dobrze napisanej prozy.
Można powiedzieć, że pod tym względem jest bardzo uniwersalna i napisana z przymrużeniem oka.
„Ci wszyscy zagonieni z zewnątrz powinni kiedyś dostrzec, że do normalności tak łatwo jest przywyknąć”.
„A w miejscach straceń
Słowa tulą
Się do znaczeń”.
„To, że tworzymy różnorakie, rosochate, skomplikowane figury algebraiczne, to matematycznie wszyscy się tak samo redukujemy. Do zera. To uczucie statyczności i własnego ciężaru, nietrwonionego na rowerkach bez kółek. To swobodne uprawianie rozrywki przy okazji poznawania. Nazwijmy to turystyką. Uprawianie turystyki przy okazji rozrywki to zupełnie mniej rzetelna jakość...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to