Kilka tygodni z życia bogatych, rozpieszczonych dzieciaków z Los Angeles, które zabijają czas narkotykami, imprezami, przypadkowym seksem i prostytucją (męską). Fabuła równie powierzchowna, co bohaterowie. Suchy, ekonomiczny styl językowy potęguje wrażenie dystansu (całość zaczyna się od wielokrotnie później powtarzanej wzmianki o dystansie). Dialogi sztuczne, ale pewnie miało to podkreślać sztuczność i obłudę tych ludzi. Porównania z Fitzgeraldem i Hemingwayem zdecydowanie na wyrost. Jaką głębię mają na myśli apologeci tej książki - nie bardzo wiadomo, chyba że chodzi o to jedno zdanie na końcu o rodzicach tak niespełnionych i głodnych, że zjadają własne dzieci. Dziś taka powieść skończyłaby w koszu większości redakcji wydawniczych. No ale Ellis był nastolatkiem, kiedy to pisał, i pewnie stąd ten brak literackiego otrzaskania. Dopiero później się rozkręcił (patrz: "American Psycho"), choć w gruncie rzeczy cała jego twórczość opowiada o tych samych ludziach i sytuacjach.
Kilka tygodni z życia bogatych, rozpieszczonych dzieciaków z Los Angeles, które zabijają czas narkotykami, imprezami, przypadkowym seksem i prostytucją (męską). Fabuła równie powierzchowna, co bohaterowie. Suchy, ekonomiczny styl językowy potęguje wrażenie dystansu (całość zaczyna się od wielokrotnie później powtarzanej wzmianki o dystansie). Dialogi sztuczne, ale pewnie...
Klasyk. Wciąż zaskakujący. I to na każdym poziomie. Powieść, w której nie można znaleźć choćby jednej fałszywej nuty. Tekst, który choć ukazał się przed czterdziestu laty wciąż uwodzi swoją śmiałością, zwięzłością oraz głębią. Ale przede wszystkim nowoczesnością, bo choć język zmienia się ostatnio bardzo gwałtownie i powieści sprzed lat dwudziestu trącą myszką, ta powieść sprawia wrażenie pisanej dzisiaj. Na dodatek jest to tekst debiutanta, i to nie byle jakiego – Bret Easton Ellis zaczął pisać „Mniej niż zero” jako dziewiętnastolatek, książka ukazała się, gdy miał lat dwadzieścia jeden.
Zawsze mi się wydawało, że najwybitniejszą powieścią Ellisa jest „American Psycho” – obraz młodych królów życia w społeczeństwie szału totalnej konsumpcji. Obraz z premedytacją przerysowany, bawiący się typowo amerykańską figurą seryjnego mordercy. Bawiący się, bo rzeźnia, w którą zaczyna się zmieniać głównego bohatera – młodego maklera w jednym z czołowych banków inwestycyjnych z Wall Street – ukazana jest z wisielczym poczuciem humoru. Ta powieść to doskonały i wciąż aktualny fresk epoki „wielkiego żarcia”. Bo przecież Patrick Bateman (oczywiście bez jego rysowanej grubą kreską pasji) oraz jego znajomi to starsze wcielenie współczesnej kadry menadżerskiej z wielkich korporacji. Jednak teraz, po lekturze „Mniej niż zero”, mam wrażenie, że debiut Ellisa, choć na pewno nie tak brawurowy jak „American Psycho”, nie jest powieścią większą.
Na pewno dziewiętnasto/dwudziestoletni Ellis nie był tak rozbuchany. Brakowało mu też odwagi (a może wyrachowania) by z premedytacją skandalizować. Początkowo chciałem użyć słowa szokować, ale „Mniej niż zero” jest również szokujące. I to nie tylko w dwóch wyjątkowo drastycznych scenach pod koniec książki. Szokuje w zasadzie od pierwszych zdań. No bo jak nazwać opowieść o jeżdżących kabrioletami, często wypasionymi modelami Mercedesa i BMW, młodych ludziach z tzw. dobrych (czytaj: związanych z Hollywood, deweloperką, hotelarstwem lub bankowością) domów, których życie wypełniają kawiarnie i kluby, narkotyki i pozbawiony zahamowań seks? Jak nazwać egzystencję dorastających dzieciaków, które nie mają żadnych zainteresowań i planów, dla których jedyną miarą człowieczeństwa jest marka ciuchów?
Co ciekawe, Ellis w żaden sposób nie ocenia swoich bohaterów. To jest to kolejne zaskoczenie i, być może, przewaga tego tekstu nad „American Psycho”. Jego język w „Mniej niż zero” jest bardzo lapidarny, bliski tym Wielkim Amerykańskim Pisarzom – Hemingwayowi, Steinbeckowi czy Capotemu. Precyzyjny i oszczędny, pozbawiony jakichkolwiek ozdobników. Niezwykłe jest to, że dziewiętnasto/dwudziestolatek, a więc chłopak w wieku, w którym jego rówieśnicy uwielbiają popisywać się także na poziomie języka, jest tak dojrzały, perfekcyjnie łączący opis szczegółów i scen. Ten język Ellisa ma tu tak doskonałą melodią i rytm, że ten ostentacyjnie zbudowany ze scenek rodzajowych – a więc w zasadzie uciekający od płynności typowej produkcji prozatorskiej – tekst, płynie niczym składanka najmodniejszych piosenek z 1984 roku. Zresztą Ellis, swoim zwyczajem, podrzuca nam tu muzyczne tropy, płyty czy zespoły, których warto słuchać w czasie lektury. Warto, bo dodaje tej opowieści, jeszcze więcej głębi, ale też nie jest konieczne: tekst „Mniej niż zero” ma wystarczającą siłę rażenia czytany bez podkładu muzycznego.
No i jeszcze jedno zaskoczenie. Czytając o wchodzących w dorosłość w połowie lat osiemdziesiątych dzieciakach z bogatych rejonów Los Angeles, widać, że nic się nie zmieniło. Gdyby Ellis przeniósł swoją historię do współczesności, zmienił imiona bohaterów i nazwy dzielnic LA na te bogatsze rejony naszych wielkich miast, ta historia wciąż robiłaby potężne wrażenie. Jego portret błądzącej, zepsutej i zdeprawowanej amerykańskiej młodzieży z pierwszej połowy tak doskonale oddaje grzechy dorastania w środowiskach pozbawionych trosk materialnych, że zapewne będzie aktualny za kolejne czterdzieści lat i to pod każdą szerokością geograficzną.
Klasyk. Wciąż zaskakujący. I to na każdym poziomie. Powieść, w której nie można znaleźć choćby jednej fałszywej nuty. Tekst, który choć ukazał się przed czterdziestu laty wciąż uwodzi swoją śmiałością, zwięzłością oraz głębią. Ale przede wszystkim nowoczesnością, bo choć język zmienia się ostatnio bardzo gwałtownie i powieści sprzed lat dwudziestu trącą myszką, ta powieść...
Pierwsze 'spotkanie' z Bretem Eastonem Ellisem i muszę powiedzieć, że mi się podobało. Nie przepadam za książkami bez fabuły, ale ten brudny, obskurny i wciągający świat przesiąknięty deprawacją wraz z brakiem moralności podziałał na mnie. Ilość razy, kiedy moja szczęka opadła, jest absolutnie niezliczona.
Czy tacy ludzie istnieją? Jestem pewna, że tak jest i to jest przerażające
Pierwsze 'spotkanie' z Bretem Eastonem Ellisem i muszę powiedzieć, że mi się podobało. Nie przepadam za książkami bez fabuły, ale ten brudny, obskurny i wciągający świat przesiąknięty deprawacją wraz z brakiem moralności podziałał na mnie. Ilość razy, kiedy moja szczęka opadła, jest absolutnie niezliczona.
Czy tacy ludzie istnieją? Jestem pewna, że tak jest i to jest...
Książkę należy czytać przez pryzmat tytułu. Obowiązkowo. W przeciwnym razie po jakiś 30 stronach można ją wyrzucić do śmieci. Tytuł wskazuje stosunek autora do prezentowanych zachowań i uzasadnia (w pewnym stopniu) grafomanię.
Pozycja ta jest o zblazowanych, znudzonych nastolatkach u progu dorosłości. Bogatych, nie mających zmartwień, ani też marzeń, aspiracji, planów. Zdegenerowane pokolenie. Stracone. Potrafią jedynie ćpać, chodzić na imprezy, uprawiać seks. Wszystko bez jakichkolwiek emocji. Ale nawet mi ich specjalnie nie jest żal. We mnie też nie wzbudzili większych emocji...
Książka rozkręciła się dopiero w połowie. Być może to był zamysł autora, żeby odpowiednio nakreślić fabułę, ale 100 stron na kreowanie atmosfery to zdecydowanie za dużo. Jednak druga część obroniła tę pozycję, stąd ocena dobra. Pokazane jest jak dalece można się upodlić szukając doznań. W jednym z dialogów, niezbyt odkrywczych, ale jakże trafnie podsumowującym, bohaterowie dyskutują w ten oto sposób:
Po co to robisz, przecież masz już wszystko?
Nie, nie mam
??
Nie mam nic do stracenia.
Natomiast uzasadnienie braku emocji jest jeszcze bardziej banalne: bohaterowie nie dbają o nic, bo dzięki temu jest łatwiej, nie boli.
Podsumowując: książka dla miłośników Ellisa, choć brakuje tu głębi American Psycho. Niewiele nowego wnosi, a i refleksji jak na lekarstwo.
Książkę należy czytać przez pryzmat tytułu. Obowiązkowo. W przeciwnym razie po jakiś 30 stronach można ją wyrzucić do śmieci. Tytuł wskazuje stosunek autora do prezentowanych zachowań i uzasadnia (w pewnym stopniu) grafomanię.
Pozycja ta jest o zblazowanych, znudzonych nastolatkach u progu dorosłości. Bogatych, nie mających zmartwień, ani też marzeń, aspiracji, planów....
Kilka tygodni z życia bogatych, rozpieszczonych dzieciaków z Los Angeles, które zabijają czas narkotykami, imprezami, przypadkowym seksem i prostytucją (męską). Fabuła równie powierzchowna, co bohaterowie. Suchy, ekonomiczny styl językowy potęguje wrażenie dystansu (całość zaczyna się od wielokrotnie później powtarzanej wzmianki o dystansie). Dialogi sztuczne, ale pewnie miało to podkreślać sztuczność i obłudę tych ludzi. Porównania z Fitzgeraldem i Hemingwayem zdecydowanie na wyrost. Jaką głębię mają na myśli apologeci tej książki - nie bardzo wiadomo, chyba że chodzi o to jedno zdanie na końcu o rodzicach tak niespełnionych i głodnych, że zjadają własne dzieci. Dziś taka powieść skończyłaby w koszu większości redakcji wydawniczych. No ale Ellis był nastolatkiem, kiedy to pisał, i pewnie stąd ten brak literackiego otrzaskania. Dopiero później się rozkręcił (patrz: "American Psycho"), choć w gruncie rzeczy cała jego twórczość opowiada o tych samych ludziach i sytuacjach.
Kilka tygodni z życia bogatych, rozpieszczonych dzieciaków z Los Angeles, które zabijają czas narkotykami, imprezami, przypadkowym seksem i prostytucją (męską). Fabuła równie powierzchowna, co bohaterowie. Suchy, ekonomiczny styl językowy potęguje wrażenie dystansu (całość zaczyna się od wielokrotnie później powtarzanej wzmianki o dystansie). Dialogi sztuczne, ale pewnie...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKlasyk. Wciąż zaskakujący. I to na każdym poziomie. Powieść, w której nie można znaleźć choćby jednej fałszywej nuty. Tekst, który choć ukazał się przed czterdziestu laty wciąż uwodzi swoją śmiałością, zwięzłością oraz głębią. Ale przede wszystkim nowoczesnością, bo choć język zmienia się ostatnio bardzo gwałtownie i powieści sprzed lat dwudziestu trącą myszką, ta powieść sprawia wrażenie pisanej dzisiaj. Na dodatek jest to tekst debiutanta, i to nie byle jakiego – Bret Easton Ellis zaczął pisać „Mniej niż zero” jako dziewiętnastolatek, książka ukazała się, gdy miał lat dwadzieścia jeden.
Zawsze mi się wydawało, że najwybitniejszą powieścią Ellisa jest „American Psycho” – obraz młodych królów życia w społeczeństwie szału totalnej konsumpcji. Obraz z premedytacją przerysowany, bawiący się typowo amerykańską figurą seryjnego mordercy. Bawiący się, bo rzeźnia, w którą zaczyna się zmieniać głównego bohatera – młodego maklera w jednym z czołowych banków inwestycyjnych z Wall Street – ukazana jest z wisielczym poczuciem humoru. Ta powieść to doskonały i wciąż aktualny fresk epoki „wielkiego żarcia”. Bo przecież Patrick Bateman (oczywiście bez jego rysowanej grubą kreską pasji) oraz jego znajomi to starsze wcielenie współczesnej kadry menadżerskiej z wielkich korporacji. Jednak teraz, po lekturze „Mniej niż zero”, mam wrażenie, że debiut Ellisa, choć na pewno nie tak brawurowy jak „American Psycho”, nie jest powieścią większą.
Na pewno dziewiętnasto/dwudziestoletni Ellis nie był tak rozbuchany. Brakowało mu też odwagi (a może wyrachowania) by z premedytacją skandalizować. Początkowo chciałem użyć słowa szokować, ale „Mniej niż zero” jest również szokujące. I to nie tylko w dwóch wyjątkowo drastycznych scenach pod koniec książki. Szokuje w zasadzie od pierwszych zdań. No bo jak nazwać opowieść o jeżdżących kabrioletami, często wypasionymi modelami Mercedesa i BMW, młodych ludziach z tzw. dobrych (czytaj: związanych z Hollywood, deweloperką, hotelarstwem lub bankowością) domów, których życie wypełniają kawiarnie i kluby, narkotyki i pozbawiony zahamowań seks? Jak nazwać egzystencję dorastających dzieciaków, które nie mają żadnych zainteresowań i planów, dla których jedyną miarą człowieczeństwa jest marka ciuchów?
Co ciekawe, Ellis w żaden sposób nie ocenia swoich bohaterów. To jest to kolejne zaskoczenie i, być może, przewaga tego tekstu nad „American Psycho”. Jego język w „Mniej niż zero” jest bardzo lapidarny, bliski tym Wielkim Amerykańskim Pisarzom – Hemingwayowi, Steinbeckowi czy Capotemu. Precyzyjny i oszczędny, pozbawiony jakichkolwiek ozdobników. Niezwykłe jest to, że dziewiętnasto/dwudziestolatek, a więc chłopak w wieku, w którym jego rówieśnicy uwielbiają popisywać się także na poziomie języka, jest tak dojrzały, perfekcyjnie łączący opis szczegółów i scen. Ten język Ellisa ma tu tak doskonałą melodią i rytm, że ten ostentacyjnie zbudowany ze scenek rodzajowych – a więc w zasadzie uciekający od płynności typowej produkcji prozatorskiej – tekst, płynie niczym składanka najmodniejszych piosenek z 1984 roku. Zresztą Ellis, swoim zwyczajem, podrzuca nam tu muzyczne tropy, płyty czy zespoły, których warto słuchać w czasie lektury. Warto, bo dodaje tej opowieści, jeszcze więcej głębi, ale też nie jest konieczne: tekst „Mniej niż zero” ma wystarczającą siłę rażenia czytany bez podkładu muzycznego.
No i jeszcze jedno zaskoczenie. Czytając o wchodzących w dorosłość w połowie lat osiemdziesiątych dzieciakach z bogatych rejonów Los Angeles, widać, że nic się nie zmieniło. Gdyby Ellis przeniósł swoją historię do współczesności, zmienił imiona bohaterów i nazwy dzielnic LA na te bogatsze rejony naszych wielkich miast, ta historia wciąż robiłaby potężne wrażenie. Jego portret błądzącej, zepsutej i zdeprawowanej amerykańskiej młodzieży z pierwszej połowy tak doskonale oddaje grzechy dorastania w środowiskach pozbawionych trosk materialnych, że zapewne będzie aktualny za kolejne czterdzieści lat i to pod każdą szerokością geograficzną.
Klasyk. Wciąż zaskakujący. I to na każdym poziomie. Powieść, w której nie można znaleźć choćby jednej fałszywej nuty. Tekst, który choć ukazał się przed czterdziestu laty wciąż uwodzi swoją śmiałością, zwięzłością oraz głębią. Ale przede wszystkim nowoczesnością, bo choć język zmienia się ostatnio bardzo gwałtownie i powieści sprzed lat dwudziestu trącą myszką, ta powieść...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPierwsze 'spotkanie' z Bretem Eastonem Ellisem i muszę powiedzieć, że mi się podobało. Nie przepadam za książkami bez fabuły, ale ten brudny, obskurny i wciągający świat przesiąknięty deprawacją wraz z brakiem moralności podziałał na mnie. Ilość razy, kiedy moja szczęka opadła, jest absolutnie niezliczona.
Czy tacy ludzie istnieją? Jestem pewna, że tak jest i to jest przerażające
Pierwsze 'spotkanie' z Bretem Eastonem Ellisem i muszę powiedzieć, że mi się podobało. Nie przepadam za książkami bez fabuły, ale ten brudny, obskurny i wciągający świat przesiąknięty deprawacją wraz z brakiem moralności podziałał na mnie. Ilość razy, kiedy moja szczęka opadła, jest absolutnie niezliczona.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toCzy tacy ludzie istnieją? Jestem pewna, że tak jest i to jest...
Jezeli dobrze pamietam to nie bylo zadne wow a teraz czytam Imperial Bedrooms czyli 25 lat po Mniej niz zero :) Lady Punk?
Jezeli dobrze pamietam to nie bylo zadne wow a teraz czytam Imperial Bedrooms czyli 25 lat po Mniej niz zero :) Lady Punk?
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKsiążkę należy czytać przez pryzmat tytułu. Obowiązkowo. W przeciwnym razie po jakiś 30 stronach można ją wyrzucić do śmieci. Tytuł wskazuje stosunek autora do prezentowanych zachowań i uzasadnia (w pewnym stopniu) grafomanię.
Pozycja ta jest o zblazowanych, znudzonych nastolatkach u progu dorosłości. Bogatych, nie mających zmartwień, ani też marzeń, aspiracji, planów. Zdegenerowane pokolenie. Stracone. Potrafią jedynie ćpać, chodzić na imprezy, uprawiać seks. Wszystko bez jakichkolwiek emocji. Ale nawet mi ich specjalnie nie jest żal. We mnie też nie wzbudzili większych emocji...
Książka rozkręciła się dopiero w połowie. Być może to był zamysł autora, żeby odpowiednio nakreślić fabułę, ale 100 stron na kreowanie atmosfery to zdecydowanie za dużo. Jednak druga część obroniła tę pozycję, stąd ocena dobra. Pokazane jest jak dalece można się upodlić szukając doznań. W jednym z dialogów, niezbyt odkrywczych, ale jakże trafnie podsumowującym, bohaterowie dyskutują w ten oto sposób:
Po co to robisz, przecież masz już wszystko?
Nie, nie mam
??
Nie mam nic do stracenia.
Natomiast uzasadnienie braku emocji jest jeszcze bardziej banalne: bohaterowie nie dbają o nic, bo dzięki temu jest łatwiej, nie boli.
Podsumowując: książka dla miłośników Ellisa, choć brakuje tu głębi American Psycho. Niewiele nowego wnosi, a i refleksji jak na lekarstwo.
Książkę należy czytać przez pryzmat tytułu. Obowiązkowo. W przeciwnym razie po jakiś 30 stronach można ją wyrzucić do śmieci. Tytuł wskazuje stosunek autora do prezentowanych zachowań i uzasadnia (w pewnym stopniu) grafomanię.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPozycja ta jest o zblazowanych, znudzonych nastolatkach u progu dorosłości. Bogatych, nie mających zmartwień, ani też marzeń, aspiracji, planów....