Dyskretna, lecz i ponura w ostatecznym rozrachunku satyra na wywodzące się z warstwy ziemiańskiej tzw. dobre towarzystwo, które przeniosło się ze wsi do miast, porzuciło dawne wartości i oddaje się próżniactwu i przyjemnościom, udając jedynie prostolinijność. Podfilipski to jakaś zdegenerowana emanacja Podstolego z powieści Krasickiego. Sadzi się na trzeźwego racjonalistę, cywilizatora i opiekuna kobiet, a w gruncie rzeczy dba tylko o siebie, zachowuje się cynicznie, próbuje uwieść żonę brata, a porzuconą Falbankę potraktował jak drapieżca ofiarę, która przez chwilę zaspakaja jego potrzeby. Naiwny przyjaciel-narrator w ogóle zdaje się nie dostrzegać ciemnej strony Podfilipskiego, dopiero dostarczona po śmierci głównego bohatera korespondencja otwiera mu oczy. Wcześniej jedynie rzekomo nieokrzesany Litwin w kilku ostrych słowach obnaża fałsz czy bezideowość warszawskich elit, ale autor wprowadził tę postać bardzo sprytnie, eksponując słowami bohaterów jej prostactwo, więc czytelnik też nie od razu zauważa satyryczną intencję.
Dyskretna, lecz i ponura w ostatecznym rozrachunku satyra na wywodzące się z warstwy ziemiańskiej tzw. dobre towarzystwo, które przeniosło się ze wsi do miast, porzuciło dawne wartości i oddaje się próżniactwu i przyjemnościom, udając jedynie prostolinijność. Podfilipski to jakaś zdegenerowana emanacja Podstolego z powieści Krasickiego. Sadzi się na trzeźwego racjonalistę,...
Intrygująca książka. Wydana kilka lat po "Lalce" Prusa i spodziewałem się czegoś w podobnym, klasycznym, może pozytywistycznym stylu. Jednak przeczytałem coś zaskakującego i z to z kilku względów.
Raz, że jej bohater główny jest bardzo trudny do oceny: nie wiem czy książka miała go wychwalić a warszawską socjetę ośmieszyć czy jego ośmieszyć a socjetę wychwalić czy może wszystkich miała ośmieszyć. A może w ogóle nie chodziło o wystawianie jakichś ocen tylko pokazanie realnej sytuacji?
Dwa, że o ile w wielu książkach spotykałem się z wszystkowiedzącym narratorem to chyba po raz drugi w życiu spotkałem się z nicniewiedzącym narratorem. Nie wiem nawet czy narrator przypadkiem nie jest równie ważnym bohaterem.
Trzy, że może ona ma coś wspólnego z "Lalką". Tyle że pokazuje sprawę "szklanych sufitów" i barier "dobrego urodzenia" tylko niejako od drugiej strony? Mało wiem o autorze, ale z tego co wiem to może jest to też w jakimś stopniu autobiografia?
Tak czy inaczej jest to nietypowe, bardzo dobrze się czyta i jest zupełnie nowoczesne, nie czuje się tej końcówki XIX wieku. I zostawia mnie bez jakiegoś jednoznacznego rozwiązania a to jest wiele warte.
Intrygująca książka. Wydana kilka lat po "Lalce" Prusa i spodziewałem się czegoś w podobnym, klasycznym, może pozytywistycznym stylu. Jednak przeczytałem coś zaskakującego i z to z kilku względów.
Raz, że jej bohater główny jest bardzo trudny do oceny: nie wiem czy książka miała go wychwalić a warszawską socjetę ośmieszyć czy jego ośmieszyć a socjetę wychwalić czy może...
Są piosenki, których nie warto nagrywać ponownie, bo ich oryginalne wykonanie jest doskonałe. Taki właśnie jest majestatyczny do bólu „Stargazer” Rainbow, którego nie sposób już zagrać i zaśpiewać lepiej. Norwegom z Mundanus Imperium udała się wyjątkowa sztuka nagrania wersji, która oryginałowi nie ustępuje, co jednak nie czyni jej wcale mniej bezprzedmiotową.
Dlaczego o tym piszę? Otóż sam znajduję się w sytuacji tychże Norwegów, a i tysięcy innych kapel, którym przyszło walczyć z podobną pokusą. Nie mam chyba nic mądrego do dodania do widniejącej tu już opinii Michała na temat tej książki. Coś głupiego mógłbym z kolei dodać bez trudu, ale zamierzam kiedyś zostać kimś w rodzaju guru i źle by to wyglądało w moim résumé.
Zalecałbym jedynie umiarkowanie tym, którzy postać Zygmunta Podfilipskiego widzieliby płasko, jednoznacznie negatywnie. Choć istotnie jest on modelowym wzorem pretensjonalnego członka wypalonej polskiej socjety okresu fin de siècle i skupia w sobie wiele charakterystycznych dla niej przywar, przecież nie wszystkie bez wyjątku jego napuszone tyrady pozbawione są celności.
Są piosenki, których nie warto nagrywać ponownie, bo ich oryginalne wykonanie jest doskonałe. Taki właśnie jest majestatyczny do bólu „Stargazer” Rainbow, którego nie sposób już zagrać i zaśpiewać lepiej. Norwegom z Mundanus Imperium udała się wyjątkowa sztuka nagrania wersji, która oryginałowi nie ustępuje, co jednak nie czyni jej wcale mniej bezprzedmiotową.
Dlaczego o...
Walorem tej książki jest bez wątpienia fakt, że przyjemnie, łatwo i szybko się ją czyta. Dzięki temu jesteśmy w stanie znieść irytującą postać głównego bohatera, tytułowego Zygmunta. Owszem żywot jego był interesującym, ale poglądy i opinie przez niego głoszone przyprawiają momentami o drgawki. Z Polską jest zupełnie na nie, kobiet też nie potrafi pochwalić. Chwali za to cudze, w szczególności francuskie. Mamy tu zatem do czynienia z rewizją arystokracji, której nie interesowała sytuacja kraju, której brak idei, której tylko zabawa w głowie. Interesujący obraz ówczesnych czasów z Zygmuntem, osobiście przeze mnie zepchniętym do tła powieści.
Walorem tej książki jest bez wątpienia fakt, że przyjemnie, łatwo i szybko się ją czyta. Dzięki temu jesteśmy w stanie znieść irytującą postać głównego bohatera, tytułowego Zygmunta. Owszem żywot jego był interesującym, ale poglądy i opinie przez niego głoszone przyprawiają momentami o drgawki. Z Polską jest zupełnie na nie, kobiet też nie potrafi pochwalić. Chwali za to...
„Żywot i myśli…” to pozycja zupełnie wyjątkowa w naszej rodzimej literaturze. Jej wydanie w roku 1894 wywołało wiele kontrowersji w kręgach arystokratycznych. Powieść była dziełem debiutanta, ale nie dajmy się zwieść pozorom – Józef Weyssenhoff od najmłodszych lat obracał się wyższych sferach. Zrobiwszy właściwy użytek z daru wrodzonej przenikliwości popełnił tę osobliwą satyrę, źródło przysłowiowej „podfilipszczyzny” będącej synonimem snobistycznej blagi i karierowiczostwa. Warto wskazać na inspiracje pisarza, których źródło tkwi w literaturze francuskiej a dokładniej w pisarstwie Anatola France’a.
Omawiana powieść jest, jak się o niej wyraził sam Weyssenhoff, podstępnym panegirykiem. Ma ona formę wspomnienia spisanego przez Jacka Ligęzę po śmierci swego przyjaciela Zygmunta Podfilipskiego, „którego wszystkie prawie rozmowy warte były druku”. Podfilipski jest przedstawiony jako człowiek wysokiej kultury umysłowej, kosmopolita brylujący na europejskich salonach. Wypowiedzi naiwnego (?) narratora nie są pozbawione podniosłości, która w zestawieniu z faktami powoduje efekt przeciwny do zamierzonego czyli komiczny. Co więcej, wspomnienia rozmów odbytych z Podfilipskim wyrabiają w nas przekonanie, że Ligęza to typowy… adwokat diabła, który swoją dociekliwością doprowadza do kompromitacji tego, którego wspomnienie pamięci jest dla niego niemal święte.
Warto pamiętać, że Podfilipski nie jest samorodkiem: zrodził się on z atmosfery subtelnych „półtworów moralnych”. Jak w soczewce skupiają się w nim wady elity społeczeństwa jaką, przynajmniej w teorii, ma być arystokracja czego najlepszy dowód dostajemy w postaci dysput prowadzonych w salonach Odęckiej oraz w czasie wielkich balów i milczących spotkań na ulicy, gdy gesty, spojrzenia i ukłony dostosowane są do „stopnia zażyłości i pozycji osoby witanej z powozu”. Podfilipski jest niezrównanym znawcą ekskluzywnej, bo arystokratycznej, topografii Warszawy, w której siatce ulic najważniejsze miejsca przypadają „zakładom wyrabiania opinii” zaopatrzonych w „odpowiednią ilość woźnych, czyli roznosicieli”.
Wspomniana już wcześniej ironia nie zawsze jest dostrzegalna gołym okiem. Co subtelniejsze jej odcienie wyblakły już zupełnie z racji zaniku środowiska ziemiańskiego a co za tym idzie warunków, w których nabierała swego właściwego znaczenia, lecz atmosferę kpiny i dowcipu podsycają pompatyczne zwroty, których nieodzownym składnikiem jest pokaźny ładunek przesady jak choćby we fragmencie, w którym narrator usprawiedliwia misję spisania wspomnień o Podfilipskim.
Z rozbrajającą bezradnością Ligęza rozwiązuje kwestię wykształcenia „mistrza” Podfilipskiego: „zdaje się, że żadnych świadectw nie uzyskał”. Nie mniej „subtelnie” załatwia również sprawę rzekomej, wielowiekowej tradycji rodu, którą z upodobaniem chełpi się Podfilipski. Otóż, gdy ten nie mógł sobie przypomnieć historii rodziny od pradziadka, przekreślił drzewo genealogiczne pisząc na nim „przesądy”. Kolejne rozdziały powiększają katalog przywar głównego bohatera podkreślając rozdźwięk między zamierzeniem Ligęzy a tym, jak postrzegamy Podfilipskiego za sprawą niezliczonych anegdot, dzięki którym staje przed nami „jak żywy”. Jest to lektura słodko – gorzka, mając na uwadze dewizę życiową Podfilipskiego, wedle której „kontrakt społeczny zrywam jak mi się nie opłaca, ale dyskretnie, bo skandal jest głupstwem”…
Powodzenie jakim cieszy się Podfilipski, sława jaka przyszła mu w udziale jest w gruncie rzeczy oskarżeniem pod adresem elity społeczeństwa, które doprowadziwszy do szczytów wyrafinowania sztukę przyjemnego życia nie zauważyło momentu, w którym pozycja męża zaufania publicznego przypadła w udziale szulerowi i cynikowi co zdaje się tylko zauważać pan Szreński, inteligent i społecznik, którego dom leży jednak zbyt daleko od szlaków prowadzących do zakładów wyrabiania opinii. W tym wypadku musimy zadowolić się Podfilipskim, który mając zawsze w poszanowaniu „pewną swą indywidualność, trzymał się często na uboczu od spraw publicznych” a za cel życia uważał zabawę.
„Żywot i myśli…” to pozycja zupełnie wyjątkowa w naszej rodzimej literaturze. Jej wydanie w roku 1894 wywołało wiele kontrowersji w kręgach arystokratycznych. Powieść była dziełem debiutanta, ale nie dajmy się zwieść pozorom – Józef Weyssenhoff od najmłodszych lat obracał się wyższych sferach. Zrobiwszy właściwy użytek z daru wrodzonej przenikliwości popełnił tę osobliwą...
Powieść uniwersalna, obrazująca Polakowi w sposób niesłychanie delikatny jego cechę narodową w fazie dojrzałej. Zaprezentowana postawa jest chyba każdemu znajoma, ale trudno się do niej jednoznacznie ustosunkować. Dla przeciętnego Polaka Podfilipski jest modelowym człowiekiem sukcesu, którego jednak prawdziwie wielcy ludzie i prawdziwi światowcy zbywają milczeniem.
Powieść uniwersalna, obrazująca Polakowi w sposób niesłychanie delikatny jego cechę narodową w fazie dojrzałej. Zaprezentowana postawa jest chyba każdemu znajoma, ale trudno się do niej jednoznacznie ustosunkować. Dla przeciętnego Polaka Podfilipski jest modelowym człowiekiem sukcesu, którego jednak prawdziwie wielcy ludzie i prawdziwi światowcy zbywają milczeniem.
Dyskretna, lecz i ponura w ostatecznym rozrachunku satyra na wywodzące się z warstwy ziemiańskiej tzw. dobre towarzystwo, które przeniosło się ze wsi do miast, porzuciło dawne wartości i oddaje się próżniactwu i przyjemnościom, udając jedynie prostolinijność. Podfilipski to jakaś zdegenerowana emanacja Podstolego z powieści Krasickiego. Sadzi się na trzeźwego racjonalistę, cywilizatora i opiekuna kobiet, a w gruncie rzeczy dba tylko o siebie, zachowuje się cynicznie, próbuje uwieść żonę brata, a porzuconą Falbankę potraktował jak drapieżca ofiarę, która przez chwilę zaspakaja jego potrzeby. Naiwny przyjaciel-narrator w ogóle zdaje się nie dostrzegać ciemnej strony Podfilipskiego, dopiero dostarczona po śmierci głównego bohatera korespondencja otwiera mu oczy. Wcześniej jedynie rzekomo nieokrzesany Litwin w kilku ostrych słowach obnaża fałsz czy bezideowość warszawskich elit, ale autor wprowadził tę postać bardzo sprytnie, eksponując słowami bohaterów jej prostactwo, więc czytelnik też nie od razu zauważa satyryczną intencję.
Dyskretna, lecz i ponura w ostatecznym rozrachunku satyra na wywodzące się z warstwy ziemiańskiej tzw. dobre towarzystwo, które przeniosło się ze wsi do miast, porzuciło dawne wartości i oddaje się próżniactwu i przyjemnościom, udając jedynie prostolinijność. Podfilipski to jakaś zdegenerowana emanacja Podstolego z powieści Krasickiego. Sadzi się na trzeźwego racjonalistę,...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toIntrygująca książka. Wydana kilka lat po "Lalce" Prusa i spodziewałem się czegoś w podobnym, klasycznym, może pozytywistycznym stylu. Jednak przeczytałem coś zaskakującego i z to z kilku względów.
Raz, że jej bohater główny jest bardzo trudny do oceny: nie wiem czy książka miała go wychwalić a warszawską socjetę ośmieszyć czy jego ośmieszyć a socjetę wychwalić czy może wszystkich miała ośmieszyć. A może w ogóle nie chodziło o wystawianie jakichś ocen tylko pokazanie realnej sytuacji?
Dwa, że o ile w wielu książkach spotykałem się z wszystkowiedzącym narratorem to chyba po raz drugi w życiu spotkałem się z nicniewiedzącym narratorem. Nie wiem nawet czy narrator przypadkiem nie jest równie ważnym bohaterem.
Trzy, że może ona ma coś wspólnego z "Lalką". Tyle że pokazuje sprawę "szklanych sufitów" i barier "dobrego urodzenia" tylko niejako od drugiej strony? Mało wiem o autorze, ale z tego co wiem to może jest to też w jakimś stopniu autobiografia?
Tak czy inaczej jest to nietypowe, bardzo dobrze się czyta i jest zupełnie nowoczesne, nie czuje się tej końcówki XIX wieku. I zostawia mnie bez jakiegoś jednoznacznego rozwiązania a to jest wiele warte.
Intrygująca książka. Wydana kilka lat po "Lalce" Prusa i spodziewałem się czegoś w podobnym, klasycznym, może pozytywistycznym stylu. Jednak przeczytałem coś zaskakującego i z to z kilku względów.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toRaz, że jej bohater główny jest bardzo trudny do oceny: nie wiem czy książka miała go wychwalić a warszawską socjetę ośmieszyć czy jego ośmieszyć a socjetę wychwalić czy może...
Są piosenki, których nie warto nagrywać ponownie, bo ich oryginalne wykonanie jest doskonałe. Taki właśnie jest majestatyczny do bólu „Stargazer” Rainbow, którego nie sposób już zagrać i zaśpiewać lepiej. Norwegom z Mundanus Imperium udała się wyjątkowa sztuka nagrania wersji, która oryginałowi nie ustępuje, co jednak nie czyni jej wcale mniej bezprzedmiotową.
Dlaczego o tym piszę? Otóż sam znajduję się w sytuacji tychże Norwegów, a i tysięcy innych kapel, którym przyszło walczyć z podobną pokusą. Nie mam chyba nic mądrego do dodania do widniejącej tu już opinii Michała na temat tej książki. Coś głupiego mógłbym z kolei dodać bez trudu, ale zamierzam kiedyś zostać kimś w rodzaju guru i źle by to wyglądało w moim résumé.
Zalecałbym jedynie umiarkowanie tym, którzy postać Zygmunta Podfilipskiego widzieliby płasko, jednoznacznie negatywnie. Choć istotnie jest on modelowym wzorem pretensjonalnego członka wypalonej polskiej socjety okresu fin de siècle i skupia w sobie wiele charakterystycznych dla niej przywar, przecież nie wszystkie bez wyjątku jego napuszone tyrady pozbawione są celności.
Są piosenki, których nie warto nagrywać ponownie, bo ich oryginalne wykonanie jest doskonałe. Taki właśnie jest majestatyczny do bólu „Stargazer” Rainbow, którego nie sposób już zagrać i zaśpiewać lepiej. Norwegom z Mundanus Imperium udała się wyjątkowa sztuka nagrania wersji, która oryginałowi nie ustępuje, co jednak nie czyni jej wcale mniej bezprzedmiotową.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toDlaczego o...
Walorem tej książki jest bez wątpienia fakt, że przyjemnie, łatwo i szybko się ją czyta. Dzięki temu jesteśmy w stanie znieść irytującą postać głównego bohatera, tytułowego Zygmunta. Owszem żywot jego był interesującym, ale poglądy i opinie przez niego głoszone przyprawiają momentami o drgawki. Z Polską jest zupełnie na nie, kobiet też nie potrafi pochwalić. Chwali za to cudze, w szczególności francuskie. Mamy tu zatem do czynienia z rewizją arystokracji, której nie interesowała sytuacja kraju, której brak idei, której tylko zabawa w głowie. Interesujący obraz ówczesnych czasów z Zygmuntem, osobiście przeze mnie zepchniętym do tła powieści.
Walorem tej książki jest bez wątpienia fakt, że przyjemnie, łatwo i szybko się ją czyta. Dzięki temu jesteśmy w stanie znieść irytującą postać głównego bohatera, tytułowego Zygmunta. Owszem żywot jego był interesującym, ale poglądy i opinie przez niego głoszone przyprawiają momentami o drgawki. Z Polską jest zupełnie na nie, kobiet też nie potrafi pochwalić. Chwali za to...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to„Żywot i myśli…” to pozycja zupełnie wyjątkowa w naszej rodzimej literaturze. Jej wydanie w roku 1894 wywołało wiele kontrowersji w kręgach arystokratycznych. Powieść była dziełem debiutanta, ale nie dajmy się zwieść pozorom – Józef Weyssenhoff od najmłodszych lat obracał się wyższych sferach. Zrobiwszy właściwy użytek z daru wrodzonej przenikliwości popełnił tę osobliwą satyrę, źródło przysłowiowej „podfilipszczyzny” będącej synonimem snobistycznej blagi i karierowiczostwa. Warto wskazać na inspiracje pisarza, których źródło tkwi w literaturze francuskiej a dokładniej w pisarstwie Anatola France’a.
Omawiana powieść jest, jak się o niej wyraził sam Weyssenhoff, podstępnym panegirykiem. Ma ona formę wspomnienia spisanego przez Jacka Ligęzę po śmierci swego przyjaciela Zygmunta Podfilipskiego, „którego wszystkie prawie rozmowy warte były druku”. Podfilipski jest przedstawiony jako człowiek wysokiej kultury umysłowej, kosmopolita brylujący na europejskich salonach. Wypowiedzi naiwnego (?) narratora nie są pozbawione podniosłości, która w zestawieniu z faktami powoduje efekt przeciwny do zamierzonego czyli komiczny. Co więcej, wspomnienia rozmów odbytych z Podfilipskim wyrabiają w nas przekonanie, że Ligęza to typowy… adwokat diabła, który swoją dociekliwością doprowadza do kompromitacji tego, którego wspomnienie pamięci jest dla niego niemal święte.
Warto pamiętać, że Podfilipski nie jest samorodkiem: zrodził się on z atmosfery subtelnych „półtworów moralnych”. Jak w soczewce skupiają się w nim wady elity społeczeństwa jaką, przynajmniej w teorii, ma być arystokracja czego najlepszy dowód dostajemy w postaci dysput prowadzonych w salonach Odęckiej oraz w czasie wielkich balów i milczących spotkań na ulicy, gdy gesty, spojrzenia i ukłony dostosowane są do „stopnia zażyłości i pozycji osoby witanej z powozu”. Podfilipski jest niezrównanym znawcą ekskluzywnej, bo arystokratycznej, topografii Warszawy, w której siatce ulic najważniejsze miejsca przypadają „zakładom wyrabiania opinii” zaopatrzonych w „odpowiednią ilość woźnych, czyli roznosicieli”.
Wspomniana już wcześniej ironia nie zawsze jest dostrzegalna gołym okiem. Co subtelniejsze jej odcienie wyblakły już zupełnie z racji zaniku środowiska ziemiańskiego a co za tym idzie warunków, w których nabierała swego właściwego znaczenia, lecz atmosferę kpiny i dowcipu podsycają pompatyczne zwroty, których nieodzownym składnikiem jest pokaźny ładunek przesady jak choćby we fragmencie, w którym narrator usprawiedliwia misję spisania wspomnień o Podfilipskim.
Z rozbrajającą bezradnością Ligęza rozwiązuje kwestię wykształcenia „mistrza” Podfilipskiego: „zdaje się, że żadnych świadectw nie uzyskał”. Nie mniej „subtelnie” załatwia również sprawę rzekomej, wielowiekowej tradycji rodu, którą z upodobaniem chełpi się Podfilipski. Otóż, gdy ten nie mógł sobie przypomnieć historii rodziny od pradziadka, przekreślił drzewo genealogiczne pisząc na nim „przesądy”. Kolejne rozdziały powiększają katalog przywar głównego bohatera podkreślając rozdźwięk między zamierzeniem Ligęzy a tym, jak postrzegamy Podfilipskiego za sprawą niezliczonych anegdot, dzięki którym staje przed nami „jak żywy”. Jest to lektura słodko – gorzka, mając na uwadze dewizę życiową Podfilipskiego, wedle której „kontrakt społeczny zrywam jak mi się nie opłaca, ale dyskretnie, bo skandal jest głupstwem”…
Powodzenie jakim cieszy się Podfilipski, sława jaka przyszła mu w udziale jest w gruncie rzeczy oskarżeniem pod adresem elity społeczeństwa, które doprowadziwszy do szczytów wyrafinowania sztukę przyjemnego życia nie zauważyło momentu, w którym pozycja męża zaufania publicznego przypadła w udziale szulerowi i cynikowi co zdaje się tylko zauważać pan Szreński, inteligent i społecznik, którego dom leży jednak zbyt daleko od szlaków prowadzących do zakładów wyrabiania opinii. W tym wypadku musimy zadowolić się Podfilipskim, który mając zawsze w poszanowaniu „pewną swą indywidualność, trzymał się często na uboczu od spraw publicznych” a za cel życia uważał zabawę.
„Żywot i myśli…” to pozycja zupełnie wyjątkowa w naszej rodzimej literaturze. Jej wydanie w roku 1894 wywołało wiele kontrowersji w kręgach arystokratycznych. Powieść była dziełem debiutanta, ale nie dajmy się zwieść pozorom – Józef Weyssenhoff od najmłodszych lat obracał się wyższych sferach. Zrobiwszy właściwy użytek z daru wrodzonej przenikliwości popełnił tę osobliwą...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPowieść uniwersalna, obrazująca Polakowi w sposób niesłychanie delikatny jego cechę narodową w fazie dojrzałej. Zaprezentowana postawa jest chyba każdemu znajoma, ale trudno się do niej jednoznacznie ustosunkować. Dla przeciętnego Polaka Podfilipski jest modelowym człowiekiem sukcesu, którego jednak prawdziwie wielcy ludzie i prawdziwi światowcy zbywają milczeniem.
Powieść uniwersalna, obrazująca Polakowi w sposób niesłychanie delikatny jego cechę narodową w fazie dojrzałej. Zaprezentowana postawa jest chyba każdemu znajoma, ale trudno się do niej jednoznacznie ustosunkować. Dla przeciętnego Polaka Podfilipski jest modelowym człowiekiem sukcesu, którego jednak prawdziwie wielcy ludzie i prawdziwi światowcy zbywają milczeniem.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to