Lubię debiuty oraz książki nieco zapomniane, czy też zaginione. A tutaj miałem dwa w jednym! Trochę to dziwne, aby pierwsza powieść rokującej autorki przeszła totalnie bez echa. Niestety czasem marketing zawala, bo przecież nawet z najgorzej literatury da się zrobić bestseller. Jaka była historia „Pieśni Węży”, niestety się nie dowiem (chyba), chociaż miałem chęci. Stwierdzić mogę jedynie, iż wydawnictwo totalnie nie dowiozło produktu. Opis z tyłu książki jest totalnie z czapy. Albo z ( ! ). Zależy jak na to spojrzeć.
W ogóle wszelkie technikalia zostały potraktowane trochę z przymrużeniem oka. Dowiedziałem się, że premiera książki była przekładana, ale chyba nie z powodu dopieszczenia treści, bo czytając, można natrafić na trochę błędów, np. w postaci powtórzeń. Winić za to zawziętość autorki, czy miałką redakcję bądź korektę? Chciałbym wiedzieć, bo nie wiem w kogo rzucać! Ech… kiedy nie zwracałem uwagi na takie rzeczy, życie zdawało się być prostsze.
Książka jest całkiem sporym grubaskiem, bo ma niemalże 500 stron. Nieźle jak na debiut! Szkoda tylko, że w parze z tą ilością, nie idzie jakość. Maria co prawda wykreowała własny świat, ale jedynymi aspektami fantasy są w nim… smok, jakieś bóstwa oraz magia. Autora raczej chciała się skupić na aspekcie kulturowym swojego uniwersum. Ten jest ciekawym połączeniem, aczkolwiek bardzo, dla mnie, niesmacznym. Czułem się, jakbym czytał jakiś kulturowy mix. Tak jakby do jednego organizmu państwowego ktoś wrzucił Azteków, Persów i Mongołów w późno-średniowiecznym settingu europejskim. No gryzie się to niesamowicie, kiedy patrzymy choćby na nazwy własne. Początkowo myślałem, że autorka lubi takie „krtaniowe” h, a kiedy zdążyłem się do tego przyzwyczaić, dostałem przez łeb azteckim macuahuitlem (To taka płaska drewniana maczuga-miecz z obsydianowymi ostrzami wbitymi dookoła). Dobra, do rzeczy.
Główny bohater, Ren Maghar był niegdyś najpotężniejszym człowiekiem po królu Radirzjanie Geshwanku, który koronę zdobył z pomocą wiedźmy Kerin. W wyniku przykrych zdarzeń władca oraz jego pomocnica umierają, a Ren zostaje niesłusznie oskarżony o morderstwo. Z racji braku dowodów po jakimś czasie zostaje jednak wypuszczony na wolność, ale to dopiero początek przygody, ponieważ na polityczną arenę wchodzi Keytari oraz Itonoka, którzy planują zdobyć władzę w Kharze. Ilość bohaterów pobocznych, zbędnych i pół drugo/pierwszo planowych jest spora, więc nawet nie będę się silił, aby wymieniać ich wszystkich. Niektórzy giną, inni wracają do życia, a większość z tego się dzieje, bo tak. Teoretycznie byłoby to wszystko w świecie autorki możliwe, ale cosik zbyt grubymi nićmi szyte.
Motywacje Rena są proste, a jego wewnętrzny konflikt to totalnie nadmuchany balon, który wiadomo, że nie wybuchnie. Nie budzi to żadnego poczucia napięcia, jest nieprzekonywujące, przez co stanowi niepotrzebny zapychacz. A takich opisów wątpliwości czy przemyśleń trochę jest.
Poza tym wszyscy bohaterowie sprawiają wrażenie robionych na jedno kopyto. Może poza SroAlethem, którego tajemnica zostaje wyjawiona na końcu. Ilość bluzgów i wulgaryzmów, które miały urzeczywistnić „dworskie intrygy”, nadała jedynie poczucia żenady. Ja rozumiem, że współczesne „elity” swoje maniery znalazły na śmietniku, ale jednak nie każdy musi chodzić i kląć jak przysłowiowy szewc. Nie lubię budowania twardości bohatera ilością kułew, jakie potrafi wypluć. A żeby to jeszcze jedna postać! No nie! Wszyscy, wszędzie, ciągle. Bo wiecie, to jest takie prawdziwie/dorosłe. Podobny poziom braku wyczucia jest w „Wojnie Makowej”. Na szczęście Dunkel jednak potrafiła też dodać coś ciekawego od siebie, tworząc interesujący świat.
Może też będzie, że się czepiam, ale dostrzegam trochę takie słabe podejście do heraldyki. A przez to do szczegółowości oraz researchu. Gdzieś tam później zostało to ciekawie (acz krótko) pociągnięte w jednym z dialogów, ale samo podejście do opisów herbów czy znaków rodowych było takie… proste. Do bólu. Ten jest herbu „zgniła gruszka”, tamten „płonące drzewo”, jeszcze inny „srebrny zając”, a następny jeszcze „pędzący ślimak”, czy „wściekły byk”. Które z tych wymyśliłem sam, a które są właściwie wymienione w książce, odgadnijcie sami. Chyba mnie to drażni, bo kiedy sam pisałem opowiadania, to ślęczałem pół nocy, aby ogarnąć nieco budowę herbu, blazonowanie czy różnice kulturowo-państwowe. Jeżeli znacie „Trylogię Husycką” to wiecie, o czym mówię. Sapkowski takie rzeczy robi po mistrzowsku.
Koniec z narzekaniami, czas na pozytywy, bo te też się znajdą. Sama historia ratuje ten sklejony na taśmę mix, bo jakby nie patrzeć, to dość fajnie i nowatorsko opisana walka o tron. Nawet jeżeli zwroty akcji wydawały mi się nieco wymuszone, czy nijak mnie nie zaskakiwały, to jest to opowieść ciekawa. Dość powiedzieć, że nasza historia zna nawet bardziej pokrętne scenariusze intryg, więc wizja autorki jest jak najbardziej spójna. Dunkel postanowiła też trochę zaryzykować budową swego świata. Mnie on nie podszedł w takiej formie, ale być może znajdą się tacy, którzy zostaną fanami? Również należy się mały plus za bardzo zgrabnie opisane sceny erotyczne. A ja lubię dobrą erotykę! Bez wyuzdania czy prostactwa. Cenie sobie takie podejście tym bardziej w świecie, gdzie marketing buduje się tabunem nagich piersi oraz romantyzuje toksyczne relacje. Na te ok. 480 stron scen było chyba raptem trzy, a nie zajęłyby chyba nawet dwóch stron.
Teraz się zastanawiam czy i komu tę książkę polecić. Jako ciekawa, acz nieporywająca wariacja rzadko spotykanych na rodzimym rynku motywów, jest to bez wątpienia pozycja godna uwagi. Drugi raz raczej jej nie przeczytam. Gdyby powstała kontynuacja, pewnie bym wrócił. Raczej chyba dla nastolatków, ale nie na start. Osobiście oceniam na 5.5/10
Lubię debiuty oraz książki nieco zapomniane, czy też zaginione. A tutaj miałem dwa w jednym! Trochę to dziwne, aby pierwsza powieść rokującej autorki przeszła totalnie bez echa. Niestety czasem marketing zawala, bo przecież nawet z najgorzej literatury da się zrobić bestseller. Jaka była historia „Pieśni Węży”, niestety się nie dowiem (chyba), chociaż miałem chęci....
Pierwszy raz, nie licząc oczywiście Harrego Pottera i ostatnio Mabel, przeczytałam książkę fantasy. Przyznam się szczerze, że jestem absolutnym laikiem w tej dziedzinie literatury i chyba do końca nie jest to moja bajka. Natomiast nie zmienia to faktu, że od czasu do czasu warto poszerzać swoje horyzonty i a noż odkryjemy coś fantastycznego i niebanalnego.
Pieśń węży jest dla mnie ważną książką, ponieważ trafiła do mnie na prośbę, chociaż może nie jest to do końca odpowiednie słowo, bardziej pasowałoby może z inicjatywy samej autorki. Co zadziałało dla mnie bardzo motywująco i optymistycznie. Pani Mario, dziękuję raz jeszcze za możliwość przemierzania tego zaczarowanego świata.
No to może teraz trochę opowiem o książce, w końcu tu właśnie chodzi o nią.:) W pierwszej kolejności zwracamy uwagę na okładkę i tu już na wstępie lekko mnie przeraziła i szczerze zastanawiałam się na co ja się właściwie rzuciłam. Ale w tym przypadku idealnie pasuje tu przysłowie że nie ocenia się książki po okładce. Po przeczytaniu całej opowieści, stwierdzam że sama okładka odzwierciedla całą istotę książki i nadaje się w stu procentach. Pieśń węży zdecydowanie nie jest łagodną i delikatną książką. Opowiada przede wszystkim o brudnej walce o władzę. O tym jak wiele potrafimy poświęcić, nawet zatracając gdzieś po drodze samego siebie, byle tylko osiągnąć jakiś wyznaczony cel. Liczne zdrady, morderstwa, trucizny, szpiedzy, smok, jeździec, wcielenia, reinkarnacje, rozszczepianie jaźni, wszechobecny Bóg, magowie i czary to cała otoczka tej historii. Jak dla mnie to trochę tego za dużo, bardzo liczne postacie o skomplikowanych imionach czy nazwach w pewnym momencie stanowili dla mnie problem, bo nie wiedziałam o jakiej postaci właściwie czytam. I jest to chyba jedyna rzecz do której mogłabym się tak na prawdę przyczepić. Czy zaprzyjaźniłam się z bohaterami? Hmm no cóż, raczej nie, ale nie znaczy to że są bezbarwni i nijacy, wręcz przeciwnie. Są zdeterminowani i skoncentrowani, uważają niekiedy, że cel uświęca środki, ale trudno się im dziwić skoro żyją w takim a nie innym świecie. Jestem pod wrażeniem wyobraźni i zdolności przelania tego wszystkiego na papier. Autorka dla mnie znakomicie stworzyła świat dbając o najdrobniejsze szczegóły, opis ubrań,otoczenia czy chociażby odpowiednie stopnie w hierarchii wojskowej są zaplanowane i dokładne. W moim odczuciu jest to niebywały talent i nie każdy byłby wstanie to wszystko wymyślić. Dodatkowo sam tekst czyta się lekko i szybko, a rozdziały same przeskakują między palcami.
Dla fanów takiego gatunku to całkiem dobra lektura więc polecam, a dla tych co niekoniecznie się odnajdują w takiej literaturze, sprawdźcie sami, może odkryjecie coś nowego. :)
Pierwszy raz, nie licząc oczywiście Harrego Pottera i ostatnio Mabel, przeczytałam książkę fantasy. Przyznam się szczerze, że jestem absolutnym laikiem w tej dziedzinie literatury i chyba do końca nie jest to moja bajka. Natomiast nie zmienia to faktu, że od czasu do czasu warto poszerzać swoje horyzonty i a noż odkryjemy coś fantastycznego i niebanalnego.
Lubię debiuty oraz książki nieco zapomniane, czy też zaginione. A tutaj miałem dwa w jednym! Trochę to dziwne, aby pierwsza powieść rokującej autorki przeszła totalnie bez echa. Niestety czasem marketing zawala, bo przecież nawet z najgorzej literatury da się zrobić bestseller. Jaka była historia „Pieśni Węży”, niestety się nie dowiem (chyba), chociaż miałem chęci. Stwierdzić mogę jedynie, iż wydawnictwo totalnie nie dowiozło produktu. Opis z tyłu książki jest totalnie z czapy. Albo z ( ! ). Zależy jak na to spojrzeć.
W ogóle wszelkie technikalia zostały potraktowane trochę z przymrużeniem oka. Dowiedziałem się, że premiera książki była przekładana, ale chyba nie z powodu dopieszczenia treści, bo czytając, można natrafić na trochę błędów, np. w postaci powtórzeń. Winić za to zawziętość autorki, czy miałką redakcję bądź korektę? Chciałbym wiedzieć, bo nie wiem w kogo rzucać! Ech… kiedy nie zwracałem uwagi na takie rzeczy, życie zdawało się być prostsze.
Książka jest całkiem sporym grubaskiem, bo ma niemalże 500 stron. Nieźle jak na debiut! Szkoda tylko, że w parze z tą ilością, nie idzie jakość. Maria co prawda wykreowała własny świat, ale jedynymi aspektami fantasy są w nim… smok, jakieś bóstwa oraz magia. Autora raczej chciała się skupić na aspekcie kulturowym swojego uniwersum. Ten jest ciekawym połączeniem, aczkolwiek bardzo, dla mnie, niesmacznym. Czułem się, jakbym czytał jakiś kulturowy mix. Tak jakby do jednego organizmu państwowego ktoś wrzucił Azteków, Persów i Mongołów w późno-średniowiecznym settingu europejskim. No gryzie się to niesamowicie, kiedy patrzymy choćby na nazwy własne. Początkowo myślałem, że autorka lubi takie „krtaniowe” h, a kiedy zdążyłem się do tego przyzwyczaić, dostałem przez łeb azteckim macuahuitlem (To taka płaska drewniana maczuga-miecz z obsydianowymi ostrzami wbitymi dookoła). Dobra, do rzeczy.
Główny bohater, Ren Maghar był niegdyś najpotężniejszym człowiekiem po królu Radirzjanie Geshwanku, który koronę zdobył z pomocą wiedźmy Kerin. W wyniku przykrych zdarzeń władca oraz jego pomocnica umierają, a Ren zostaje niesłusznie oskarżony o morderstwo. Z racji braku dowodów po jakimś czasie zostaje jednak wypuszczony na wolność, ale to dopiero początek przygody, ponieważ na polityczną arenę wchodzi Keytari oraz Itonoka, którzy planują zdobyć władzę w Kharze. Ilość bohaterów pobocznych, zbędnych i pół drugo/pierwszo planowych jest spora, więc nawet nie będę się silił, aby wymieniać ich wszystkich. Niektórzy giną, inni wracają do życia, a większość z tego się dzieje, bo tak. Teoretycznie byłoby to wszystko w świecie autorki możliwe, ale cosik zbyt grubymi nićmi szyte.
Motywacje Rena są proste, a jego wewnętrzny konflikt to totalnie nadmuchany balon, który wiadomo, że nie wybuchnie. Nie budzi to żadnego poczucia napięcia, jest nieprzekonywujące, przez co stanowi niepotrzebny zapychacz. A takich opisów wątpliwości czy przemyśleń trochę jest.
Poza tym wszyscy bohaterowie sprawiają wrażenie robionych na jedno kopyto. Może poza SroAlethem, którego tajemnica zostaje wyjawiona na końcu. Ilość bluzgów i wulgaryzmów, które miały urzeczywistnić „dworskie intrygy”, nadała jedynie poczucia żenady. Ja rozumiem, że współczesne „elity” swoje maniery znalazły na śmietniku, ale jednak nie każdy musi chodzić i kląć jak przysłowiowy szewc. Nie lubię budowania twardości bohatera ilością kułew, jakie potrafi wypluć. A żeby to jeszcze jedna postać! No nie! Wszyscy, wszędzie, ciągle. Bo wiecie, to jest takie prawdziwie/dorosłe. Podobny poziom braku wyczucia jest w „Wojnie Makowej”. Na szczęście Dunkel jednak potrafiła też dodać coś ciekawego od siebie, tworząc interesujący świat.
Może też będzie, że się czepiam, ale dostrzegam trochę takie słabe podejście do heraldyki. A przez to do szczegółowości oraz researchu. Gdzieś tam później zostało to ciekawie (acz krótko) pociągnięte w jednym z dialogów, ale samo podejście do opisów herbów czy znaków rodowych było takie… proste. Do bólu. Ten jest herbu „zgniła gruszka”, tamten „płonące drzewo”, jeszcze inny „srebrny zając”, a następny jeszcze „pędzący ślimak”, czy „wściekły byk”. Które z tych wymyśliłem sam, a które są właściwie wymienione w książce, odgadnijcie sami. Chyba mnie to drażni, bo kiedy sam pisałem opowiadania, to ślęczałem pół nocy, aby ogarnąć nieco budowę herbu, blazonowanie czy różnice kulturowo-państwowe. Jeżeli znacie „Trylogię Husycką” to wiecie, o czym mówię. Sapkowski takie rzeczy robi po mistrzowsku.
Koniec z narzekaniami, czas na pozytywy, bo te też się znajdą. Sama historia ratuje ten sklejony na taśmę mix, bo jakby nie patrzeć, to dość fajnie i nowatorsko opisana walka o tron. Nawet jeżeli zwroty akcji wydawały mi się nieco wymuszone, czy nijak mnie nie zaskakiwały, to jest to opowieść ciekawa. Dość powiedzieć, że nasza historia zna nawet bardziej pokrętne scenariusze intryg, więc wizja autorki jest jak najbardziej spójna. Dunkel postanowiła też trochę zaryzykować budową swego świata. Mnie on nie podszedł w takiej formie, ale być może znajdą się tacy, którzy zostaną fanami? Również należy się mały plus za bardzo zgrabnie opisane sceny erotyczne. A ja lubię dobrą erotykę! Bez wyuzdania czy prostactwa. Cenie sobie takie podejście tym bardziej w świecie, gdzie marketing buduje się tabunem nagich piersi oraz romantyzuje toksyczne relacje. Na te ok. 480 stron scen było chyba raptem trzy, a nie zajęłyby chyba nawet dwóch stron.
Teraz się zastanawiam czy i komu tę książkę polecić. Jako ciekawa, acz nieporywająca wariacja rzadko spotykanych na rodzimym rynku motywów, jest to bez wątpienia pozycja godna uwagi. Drugi raz raczej jej nie przeczytam. Gdyby powstała kontynuacja, pewnie bym wrócił. Raczej chyba dla nastolatków, ale nie na start. Osobiście oceniam na 5.5/10
Lubię debiuty oraz książki nieco zapomniane, czy też zaginione. A tutaj miałem dwa w jednym! Trochę to dziwne, aby pierwsza powieść rokującej autorki przeszła totalnie bez echa. Niestety czasem marketing zawala, bo przecież nawet z najgorzej literatury da się zrobić bestseller. Jaka była historia „Pieśni Węży”, niestety się nie dowiem (chyba), chociaż miałem chęci....
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPierwszy raz, nie licząc oczywiście Harrego Pottera i ostatnio Mabel, przeczytałam książkę fantasy. Przyznam się szczerze, że jestem absolutnym laikiem w tej dziedzinie literatury i chyba do końca nie jest to moja bajka. Natomiast nie zmienia to faktu, że od czasu do czasu warto poszerzać swoje horyzonty i a noż odkryjemy coś fantastycznego i niebanalnego.
Pieśń węży jest dla mnie ważną książką, ponieważ trafiła do mnie na prośbę, chociaż może nie jest to do końca odpowiednie słowo, bardziej pasowałoby może z inicjatywy samej autorki. Co zadziałało dla mnie bardzo motywująco i optymistycznie. Pani Mario, dziękuję raz jeszcze za możliwość przemierzania tego zaczarowanego świata.
No to może teraz trochę opowiem o książce, w końcu tu właśnie chodzi o nią.:) W pierwszej kolejności zwracamy uwagę na okładkę i tu już na wstępie lekko mnie przeraziła i szczerze zastanawiałam się na co ja się właściwie rzuciłam. Ale w tym przypadku idealnie pasuje tu przysłowie że nie ocenia się książki po okładce. Po przeczytaniu całej opowieści, stwierdzam że sama okładka odzwierciedla całą istotę książki i nadaje się w stu procentach. Pieśń węży zdecydowanie nie jest łagodną i delikatną książką. Opowiada przede wszystkim o brudnej walce o władzę. O tym jak wiele potrafimy poświęcić, nawet zatracając gdzieś po drodze samego siebie, byle tylko osiągnąć jakiś wyznaczony cel. Liczne zdrady, morderstwa, trucizny, szpiedzy, smok, jeździec, wcielenia, reinkarnacje, rozszczepianie jaźni, wszechobecny Bóg, magowie i czary to cała otoczka tej historii. Jak dla mnie to trochę tego za dużo, bardzo liczne postacie o skomplikowanych imionach czy nazwach w pewnym momencie stanowili dla mnie problem, bo nie wiedziałam o jakiej postaci właściwie czytam. I jest to chyba jedyna rzecz do której mogłabym się tak na prawdę przyczepić. Czy zaprzyjaźniłam się z bohaterami? Hmm no cóż, raczej nie, ale nie znaczy to że są bezbarwni i nijacy, wręcz przeciwnie. Są zdeterminowani i skoncentrowani, uważają niekiedy, że cel uświęca środki, ale trudno się im dziwić skoro żyją w takim a nie innym świecie. Jestem pod wrażeniem wyobraźni i zdolności przelania tego wszystkiego na papier. Autorka dla mnie znakomicie stworzyła świat dbając o najdrobniejsze szczegóły, opis ubrań,otoczenia czy chociażby odpowiednie stopnie w hierarchii wojskowej są zaplanowane i dokładne. W moim odczuciu jest to niebywały talent i nie każdy byłby wstanie to wszystko wymyślić. Dodatkowo sam tekst czyta się lekko i szybko, a rozdziały same przeskakują między palcami.
Dla fanów takiego gatunku to całkiem dobra lektura więc polecam, a dla tych co niekoniecznie się odnajdują w takiej literaturze, sprawdźcie sami, może odkryjecie coś nowego. :)
Pierwszy raz, nie licząc oczywiście Harrego Pottera i ostatnio Mabel, przeczytałam książkę fantasy. Przyznam się szczerze, że jestem absolutnym laikiem w tej dziedzinie literatury i chyba do końca nie jest to moja bajka. Natomiast nie zmienia to faktu, że od czasu do czasu warto poszerzać swoje horyzonty i a noż odkryjemy coś fantastycznego i niebanalnego.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPieśń węży jest...