Niebieski. Historia koloru

Okładka książki Niebieski. Historia koloru
Michel Pastoureau Wydawnictwo: Oficyna Naukowa historia
219 str. 3 godz. 39 min.
Kategoria:
historia
Format:
papier
Tytuł oryginału:
Bleu. Histoire d'une couleur.
Data wydania:
2013-01-01
Data 1. wyd. pol.:
2013-01-01
Liczba stron:
219
Czas czytania
3 godz. 39 min.
Język:
polski
ISBN:
9788377370506
Tłumacz:
Maryna Ochab
Średnia ocen

                8,1 8,1 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Niebieski. Historia koloru w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Niebieski. Historia koloru

Średnia ocen
8,1 / 10
37 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
11
9

Na półkach:

Pozycja niszowa ale zabierająca się za interesujący wycinek historii.

Książka podzielony jest na cztery rozdziały. Im pod względem rzeczowym, autor przyporządkował chronologię. Od czasów prehistorycznych do okresu po II wojnie światowej. Na koniec około dziesięć stron bibliografii podzielona tematycznie.

Zadowalająca jest wiedza autora i krytyczne podejście do źródeł. Mimo ponad 200 stron, obfita jest w naprawdę ciekawe informacje i rozważania. Pastoureau wytłuszcza nieustannie problemy wynikające z badań nad historią barw, przy czym bierze poprawkę na pojmowanie koloru w przeszłości. Ewolucję dobrze eksponuje i tłumaczy. Nieoczywistym jest, że do XVII wieku kolor niebieski był barwą ciepłą, jak myśmy dzisiaj określili.

Widać, że kośćcem książki jest rozprawa o tytułowym kolorze w kontekście średniowiecza i postrzegania barwy w okresie Reformacji. Tutaj możemy mówić o gros treści pracy. Oczywiście uwagę poświęca też pozostałym epokom w ramach ujęcia syntetycznego. Ale są drugoplanowe w stosunku do całej reszty.

Styl autora bynajmniej nie przeszkadza w zrozumieniu tekstu. Język jest jaskrawy i nie sprawia problemów ze zrozumieniem. Tym bardziej, że zagadnienie jest klarownie tłumaczone a myśl rozwijana.

Edytorska część książki w większości jest dobrze wykonana. Zdarzają się momentami błędnie napisane słowa lub mające literówki. Na szczęście zdarzają się sporadycznie bo całościowo jest poprawnie przeredagowana.

Mimo sygnalizacji ze strony francuskiego historyka, że jego praca naukowa ma być asumptem dla innych uczonych badających tę tematykę to jednak czuć niedosyt. Głównie z uwagi na koncentrację na symbolice średniowiecznej, a zwłaszcza religijnej. Mało uwagi poświęcono tego, jaką funkcję kolor pełnił w państwowej administracji czy organizacji wojskowej. Owszem, jest to poruszone przy barwach narodowych Francji, postrzeganie kodów przez społeczeństwo. Ale w porównaniu do alegorii koloru w chrześcijaństwie, można potraktować jako taką rozbudowaną ciekawostkę.

W dodatnim bilansie wypada na koniec wspomnienie o innych kręgach kulturowych na świecie. Ameryka Łacińska i Południowa, Afryka, Japonia. Oczywiście w tej ostatniej autor porusza jedynie wątek współczesny.

Rekomenduję bezapelacyjnie książkę. Czyta się płynnie, nie nudzi a wręcz wciąga. I ma przyzwoity przekład z francuskiego na polski. Jest to nietypowa pozycja i ze względu na unikalną zawartość, zamiast 7 otrzymuje 8 gwiazdek. Ma też inne prace o tej tematyce, a też dotarły do mnie wieści o pracy Rzepnickiej i Uco. Jednak Pastoureau ujmuje historyczną funkcję koloru i to konkretnego tj: niebieskiego. Podczas gdy tam kolory są tematem ogólnym bez większego spotlight'u dla jednego wyróżnianego.

Pozycja niszowa ale zabierająca się za interesujący wycinek historii.

Książka podzielony jest na cztery rozdziały. Im pod względem rzeczowym, autor przyporządkował chronologię. Od czasów prehistorycznych do okresu po II wojnie światowej. Na koniec około dziesięć stron bibliografii podzielona tematycznie.

Zadowalająca jest wiedza autora i krytyczne podejście do źródeł....

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

154 użytkowników ma tytuł Niebieski. Historia koloru na półkach głównych
  • 103
  • 47
  • 4
30 użytkowników ma tytuł Niebieski. Historia koloru na półkach dodatkowych
  • 21
  • 3
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Inne książki autora

Okładka książki Szkoła Nawigatorów. NR 28, Tekstylny Robert Haller, Władysław Jakubski, Elżbieta Kowecka, Fritz Lauterbach, Gabriel Maciejewski, Katarzyna Mróz, Michel Pastoureau, Michał Radoryski, Edmund Trepka, Adam Trojanowski, Irena Turnau, Anton Zischka
Ocena 5,7
Szkoła Nawigatorów. NR 28, Tekstylny Robert Haller, Władysław Jakubski, Elżbieta Kowecka, Fritz Lauterbach, Gabriel Maciejewski, Katarzyna Mróz, Michel Pastoureau, Michał Radoryski, Edmund Trepka, Adam Trojanowski, Irena Turnau, Anton Zischka
Okładka książki Le petit livre des couleurs Michel Pastoureau, Dominique Simonnet
Ocena 0,0
Le petit livre des couleurs Michel Pastoureau, Dominique Simonnet

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Zwrot. Jak zaczął się renesans Stephen Greenblatt
Zwrot. Jak zaczął się renesans
Stephen Greenblatt
Wbrew pozorom, niewiele w "Zwrocie" renesansu, za to autor przenosi nas głównie do średniowiecza oraz do starożytności. Spotykamy się tu ze starożytnymi filozofami, głównie Epikurem, i tymi, którzy podchwycili jego idee. Dowiadujemy się o tym, jak te idee zostały zapomniane, wraz z nastaniem chrześcijaństwa. Odwiedzamy średniowieczne biblioteki, obserwujemy pracę skrybów - "Zwrot" to pean na cześć książek, bo były one pasją głównego bohatera, Poggio Braccioliniego, podróżującego po klasztorach w scenie niczym z Imienia róży. To Poggio odnalazł i przywrócił światu dzieło Lukrecjusza, "O rzeczywistości", zawierające szokująco współczesne idee, stojące właściwie u podstaw współczesnej nauki i w ogóle postrzegania świata. Klasyczna narracja, że to średniowieczni mnisi uratowali dla potomnych antyczne dzieła są mocno przesadzona - to prawda, mnisi kopiowali starożytne książki i dzięki nim niektóre z nich ocalały, ale jeszcze więcej uległo zniszczeniu i nigdy się nie dowiemy tak naprawdę ile z nich i co w nich było. Z tego, co przetrwało (często zupełnym przypadkiem) wynika, iż starożytni odkryli wiele rzeczy zaskakująco zgodnych z naszą dzisiejszą wiedzą. Gdyby w średniowieczu tak dbano o tę starożytną wiedzę, jak utrzymuje to Kościół, to idee te by żyły, a w renesansie i kolejnych epokach nie trzeba by ich było na nowo odkrywać (narażając się przy tym na oskarżenia o herezję). Przecież Kościół dopuszczał tylko te “naukowe” twierdzenia, które były zgodne z jego doktryną; za herezję uważano nawet samodzielne czytanie Biblii przez maluczkich (bo a nuż zinterpretowaliby sobie ją nie tak, jak trzeba). "Zwrot" nie ma w sobie nic z nudnych książek historycznych, Greenblat pisze barwnym, a zarazem pięknym, literackim językiem, pozwalając nam pooddychać atmosferą dawnych czasów, zwolnić i zastanowić się nad przesłaniem starożytnej filozofii. Jedyny problem z tą narracją jest taki, że autor przypisuje Lukrecjuszowi przemawiającemu zza grobu wielkie zaslugi, a mianowicie zainspirowanie zwrotu ludzkości ku nauce, świeckości, rozumowi, ale miałam poczucie, że nie ma na to zbyt wielu dowodów. Przynajmniej Greenblat ich nie przedstawia, to są ledwie domysły, że uczeni tacy jak Galileusz, Giordano Bruno, Francis Bacon mogli Lukrecjusza czytać. O samym też renesansie, jak już wspomniałam, niewiele tu znajdziemy, gdyż autor skupia się na zaginionej książce i życiu Braccioliniego. Za mało tu tym, co działo się dalej, toteż można odnieść wrażenie, że przypisywanie tak wielkiej roli jednej książce to wyolbrzymienie. Tym niemniej to piękna teoria, a książkę warto przeczytać chociażby z uwagi na to ile wiedzy z dziedziny historii oraz filozofii zawiera. Jeśli zaś chodzi o technikalia, to kto wpadł na pomysł, żeby w tekście nie było żadnych odnośników do przypisów, znajdujących się na końcu książki?
joly_fh - awatar joly_fh
ocenił na 7 10 miesięcy temu
Historia ciała w średniowieczu Jacques Le Goff
Historia ciała w średniowieczu
Jacques Le Goff Nicolas Truong
Spodziewałem się czegoś głębszego. Zaskakująca może być najwyżej dla kogoś, kto o średniowieczu wie tylko tyle, że było: ciemne, mroczne, brudne, przesądne, zacofane i „zwalczało naukę”. Dość pobieżne studium zagadnień związanych z ciałem (ubiór, dieta, współżycie, higiena, sztuka, medycyna, pogrzeby…). Mam wrażenie, że środowiska akademickie, zmuszone pisać o czymkolwiek, by zdobywać tytuły i pieniądze, mnożą niepotrzebnie kategorie i rozbijają na części pierwsze zagadnienia, które stają się niewiele mówiącą papką oderwaną od czegokolwiek. Nie dowiedziałem się niczego, czego bym wcześniej nie wiedział z innych ogólnych książek o średniowieczu. Mało tego, wiele tu rzeczy, które są po prostu ogólnoludzkie, niezależne od epoki: „Nasze pokolenie ma tę silnie zakorzenioną przywarę, że odrzuca wszystko, co zdaje się pochodzić od nowożytnych. Toteż kiedy zaświta mi jakiś własny pomysł, gdy chcę go upublicznić, to przypisuję go komuś innemu i oznajmiam: «to powiedział taki a taki, nie ja», żeby zaś uwierzono mi całkowicie, o wszystkich moich poglądach mówię: «wykoncypował je ten a ten, nie ja». Ażeby uniknąć kłopotów stąd, że inni będą myśleć, iż ja, ignorant, z własnego umysłu wysnułem idee, robię tak, by sądzono, że są one owocem moich studiów arabskich. Tak więc bronie sprawy Arabów, nie swojej”. Kiedy zatem lekarz średniowieczny stosuje metodę wydającą mu się nową, oznajmia, że wyczytał ją u Galena. Co sugeruje, że medycyna średniowieczna nie tkwiła w takiej stagnacji, jak próbuje się nam wmawiać”. Przecież to była standardowa praktyka w starożytności wśród filozofów i jest ona stosowana przez naukowców do dziś! Książka nie jest zła… ale dla mnie nie wnosi niczego nowego. Obala dużo utartych współczesnych przesądów i to właściwie jej największa zaleta. Ale są też takie przesądy, które powiela: „To średniowiecze jest zdecydowanie męskie – pisze Georges… gardzą nimi”. [kobietami] Nie powiedziałbym, aby miało to cokolwiek wspólnego ze średniowieczem, a raczej z ogólnym nieuporządkowaniem wewnętrznym i kompleksem niższości (co można zaobserwować u Schopenhauera czy Nietzschego). W każdej epoce kobietami pogardzano i je czczono - wszystko zależy od indywiduum. Tutaj kuleje "metoda naukowa" - wystarczy, że wielu autorów pism pogardzało kobietami, historycy wnioskują, że tak robiło całe społeczeństwo. A czy dziś, w przestrzeni prywatnej wolni jesteśmy od pogardzania? Śmiem w to wątpić. Uściślając, nie twierdzę, że w średniowieczu nie gardzono kobietami - twierdzę, że nie jest to charakterystyczna cecha średniowiecza. ----------------------------------------------- „Niektóre z nich [analogii] korzystały z pośrednictwa doktryn filozoficznych: bez wątpienia pomysł, że celem nie może być rozkosz, wpoili chrześcijaństwu raczej filozofowie niż lekarze. Ale istnieją bezpośrednie kontynuacje: traktat Bazylego z Ancyry o dziewictwie – jego autor uchodzi zresztą za byłego lekarza – posługuje się wprost rozważaniami medycznymi. Święty Augustyn wykorzystuje Soranusa w polemice przeciw Julianowi z Eclanum. Gdyby ograniczyć się do wspólnych rysów, można by sądzić, że etyka seksualna przypisywana chrześcijaństwu czy nawet współczesnemu Zachodowi była już w pełni ukształtowana, przynajmniej w istotnych zarysach, w epoce największego rozwoju kultury grecko-rzymskiej. Ale świadczyłoby to o niezauważeniu fundamentalnych różnic, związanych ze stosunkiem jednostki do siebie, czyli ze sposobem, w jaki owa jednostka zmienia te recepty w osobiste przeżycie”. „(…) z nieznajomości czasów minionych wypływa nieuchronnie niezrozumienie teraźniejszości. Ale również daremne będą zapewne próby zrozumienia przyszłości, jeżeli się nie wie nic o dniu dzisiejszym”. Marc Bloch „Homoseksualizm najpierw potępiony, później tolerowany – do tego stopnia, że, jak twierdzi Boswell, w XII w. w samym łonie Kościoła ukształtowała się kultura „gejowska” – od XIII w. staje się zboczeniem porównywanym niekiedy do kanibalizmu”. „Grunt pod ten wielki chrześcijański zwrot ciała przeciw sobie był już poniekąd przygotowany. „Chrześcijanie absolutnie niczego nie stłumili, to zostało już dawno zrobione”, oznajmia wręcz Paul Veyne”. „Jednak dzięki temu kunszt lekarski uzyskał popularyzację własnych metod i nobilitację własnego wizerunku. Ojcowie Kościoła, myśląc o świecie w kategoriach medycznych, zapewnili tej sztuce rozmach i godność bez precedensu, choć bywała ona często wyśmiewana bądź szkalowana”. „W tej kwestii czarna legenda obskuranckiego średniowiecza trzyma się uporczywie, „gdyż Kościół nigdy wyraźnie nie zakazywał rozcinania ludzkich zwłok”, przypomina Danielle Jacquart”. „Wbrew utartej opinii ludzie średniowiecza nie nienawidzili nagości”. „Tak jak zniknięcie stadionów podkreśla zanik sportu w średniowieczu [sportu a nie kultury fizycznej – wtrącenie moje], tak też zniknięcie term – zanik publicznych zakładów kąpielowych. Z tego powodu Michelet napisał w Czarownicy: „Ani jednej kąpieli przez tysiąc lat”. Stwierdzenie to fałszywe: w średniowieczu kąpano się. O kąpielach indywidualnych i domowych w tej epoce wiemy jednak niewiele”. „Trzeba było dopiero renesansu, aby w Europie zaczęto potępiać nagość, , publicznie praktykowaną coraz rzadziej. W średniowieczu mężczyźni i kobiety ani w łaźni, ani w łóżku nie odrzucają nagości”.
Graven - awatar Graven
ocenił na 7 4 lata temu
Wielka masakra kotów i inne epizody francuskiej historii kultury Robert Darnton
Wielka masakra kotów i inne epizody francuskiej historii kultury
Robert Darnton
Praca amerykańskiego historyka zaliczana zarazem i do mikrohistorii (w zakresie przytoczonych problemów), jak i historii antropologicznej. Podtytuł – "i inne epizody francuskiej historii kulturowej" – wyraźnie wskazuje obszar zainteresowań autora. Warto dodać, że chodzi o XVIII wiek, a konkretnie okres ancien regime’u, czyli przed Wielką Rewolucją Francuską. Całość podzielona jest na sześć rozdziałów, w zasadzie od najbardziej, do najmniej ciekawego. Tytułowa masakra kotów, jej przyczyny, okoliczności, tradycje etc. zostały przedstawione w drugim rozdziale. I miłośnicy kotów mogą być zszokowani. Z kolei czwarty rozdział – paryskie środowisko literackie w raportach nadzorującego je policjanta dorównuje z całą pewnością tytułowemu. Pokazuje przy tym, że od XVIII wieku zmieniło się jedno – dziś nie analizuje się dochodów małżonków i co za tym idzie wpływu małżeństwa na sytuację finansową twórcy. Poza tym jak i dziś liczą się przede wszystkim …. relacje (inaczej znajomości, plecy, protekcja etc.). I wówczas autorzy starali się o różne synekury, najlepiej w pewnym sektorze publicznym. Najciekawszy jest pierwszy rozdział – chłopi opowiadają bajki – wymowa bajek Babci Gąski. Znakomita analiza francuskich podań ludowych, wprowadzonych do literatury przez Charlesa Perraulta (a wiek później ich zmodyfikowanych wersji przez braci Grimm). Autor znakomicie rozprawił się z absurdalnymi, psychoanalitycznymi interpretacjami bajki o Czerwonym Kapturki w wersji Ericha Fromma i Brunona Bettelheima. Opisuje historie tego podania, brzmiącego pierwotnie zupełnie inaczej niż znana dziś wersja, powstała jako przetworzenie ludowej opowieści dla elit. Porównuje także bajki z kręgu kultury francuskiej (realistyczne,frywolne, bez grozy i wymyślonych potworów – poza olbrzymami, sławiące cwaniactwo), niemieckiej (zawsze wymyślone stwory, groza), anglosaskiej (często rymowane) i włoskiej (dziwaczne). Dwie pierwsze zestawia ze sobą na konkretnych przykładach. A wszystko jest osadzone w realiach francuskiej wsi okresu „długiego trwania”. Dwa mniej ciekawe rozdziały dotyczą hierarchii mieszkańców Montpellier na ustalonej podstawie udziału w procesji oraz recepcji dzieł Rousseau zarówno przez jego zamożnego czytelnika, protestanckiego kupca z La Rochelle, jak i jego współczesnych. Ale i ten ostatni przypadek pokazuje, że to wówczas powstała moda na szukanie emocji w lekturze powieści (zarówno uniesień, jak i wzruszeń). Pewną wadą jest język, odwoływanie się do innych autorów i tytułów oraz terminów z bardziej wyspecjalizowanych publikacji. Tym niemniej zdecydowanie warto. Książka, która pozostaje w pamięci. Pozycja przeczytana w ramach wyzwania kwietniowego – książka z tytułem (lub autorem) rozpoczynającym się na literę „W”.
Aguirre - awatar Aguirre
ocenił na 8 11 miesięcy temu
Historia stroju Maguelonne Toussaint-Samat
Historia stroju
Maguelonne Toussaint-Samat
Co symbolizuje nagość? Jak były pozyskiwane materiały? Jak zmieniały się obyczaje dotyczące naszych ubrań, lub ich braku? Jeśli szukacie odpowiedzi na te pytania, książka Maguelonne Toussaint-Samat jest idealną lekturą dla ciebie. „Historia Stroju”, w przeciwieństwie do większości publikacji i materiałów na temat, skupia się mniej na modzie, a bardziej na społecznych, praktycznych i historycznych aspektach ubioru (lub jego brak). Publikacja ta dogłębnie prezentuje nam chociażby symbolikę nagości w różnych kulturach. Kiedy zaczęłam czytać tę książkę, szczerze zdziwiło mnie to zagadnienie. Co ma nagość do ubrań? To zagadnienie okazało się jednak być idealnym wstępem do reszty zagadnień ukazanych w książce. Rozdziały poświęcone nagości uświadomiły mi, że omawiając ubiór pod względem społecznym i psychologicznym, wszystko w końcu sprowadza się do wcześniej wspomnianej nagości. Warto pochwalić „Historię Stroju” za to, że nie jest to pozycja eurocentryczna. Niestety omawiając ubiór, wielu autorów lubi zamykać się w bańce europejskiej (głównie francuskiej i angielskiej) historii, zamykając się na multum innych możliwości. Na całe szczęście autorka zdecydowała się na ukazanie kultur i rzemiosła kultur z całego globu; od Japonii, przez rdzenną ludność obydwu Ameryk, do Wysp Polinezyjskich. W pozycji tej obszernie poznajemy sposoby pozyskiwania materiałów. Można powiedzieć, że to jest główne zagadnienie tej pozycji, gdyż poświęcona mu jest jej połowa. Materiałom poświęcone są aż dwie z czterech części, na które książka jest podzielona. Autorka poświęciła całą część tylko i wyłącznie skórom i futrom, prezentując chociażby techniki kuśnierskie innuickich kobiet, czy historię używania i wyrabianie futra od średniowiecza do czasów współczesnych. Warto wspomnieć o tym, że mimo swobodnego, łatwego do zrozumienia języka charakterystycznego dla tekstów popularnonaukowych, zawartość „Historii Stroju” zdecydowanie nie jest dla laików. W pozycji tej znajduje się ogrom informacji, które osoba powierzchownie zainteresowana tematem może uznać za nudne i nużące. Pasjonaci mody vintage, czy fantazyjnych strojów z epoki wiktoriańskiej mogą mieć problem z czytaniem tej książki. Jest ona bardziej skierowana do pasjonatów historii, socjologii, czy technicznej strony wytwarzania ubioru. Ostatnia część książki jest poświęcona poszczególnym elementom ubioru, takim jak koszula, suknia, czy bielizna. Te rozdziały osobiście uważam za najciekawsze, gdyż są one poświecone konkretnie ubiorowi, nie materiałom czy tym co jest pod ubiorem. Pojawia się w tych rozdziałach sporo specjalistycznych pojęć, co nie jest problemem bo są one zawsze tłumaczone w tym samym zdaniu. Trzeba przyznać, że „Historia Stroju” lekturą łatwą nie jest. Nie dość, że lubi się rozdrabniać przy dla wielu nieciekawych tematach, to jest też dość przepastna, mając aż 432 strony (łącznie z przypisami). Jest to jednak dobra lektura dla ludzi oczytanych, pasjonujących się historią.
GabrielaRolska - awatar GabrielaRolska
oceniła na 7 5 lat temu
Strach w kulturze Zachodu XIV-XVIII w. Jean Delumeau
Strach w kulturze Zachodu XIV-XVIII w.
Jean Delumeau
Pozycja z gatunku tych bardzo bogatych w rozmaite ciekawostki, małe perełki ukryte gdzieś w tekście. Jak w tytule, autor koncentrował się na Zachodzie Europy (najbardziej jednak na Francji), chociaż zdarza mu się czasem chociażby wspomnieć o Polsce, w przypadku ram czasowych też zdarza się Delumeau wykroczyć poza schemat sięgając chociażby do literatury Verlaine'a czy Hugo. Francuski historyk prezentuje czego bali się ludzie żyjący w dawnych wiekach. Można się tu oczywiście silić na rozmaite podziały, ale paleta strachu była naprawdę spora. Od zjawisk astronomicznych poprzez morze, zwierzęta jak wilki, choroby jak dżuma, rozmaite byty pozaziemskie (zjawy itp.), głód po zagrożenie bardziej ludzkie jak żołnierze, urzędnicy, Turcy, kobiety(świetny tytuł rozdziału, gdzie kobieta jest przedstawiona jako agent Szatana), żydzi, czarownice. Problem często jest przedstawiany z kilku poziomów, zarówno na podstawie materiałów źródłowych, z perspektywy literatury pięknej albo autor często schodzi na stopień ludowy. Taki podrozdział o morzu to prawdziwa perełka, Delumeau pokazuje strach przed morzem na podstawie przysłów, piosenek marynarzy, ofiar składanych na morzu, cytatów z Szekspira, Camoesa czy wspomnianych już Hugo i Verlaine'a albo konkretnych przygód ludzi, którzy musieli przeżyć sztorm będąc na okręcie. Jeśli ktoś potrzebowałby stworzyć opis wzburzonego morza, to ma tu na tacy podane kilka pomysłów jak to powinno wyglądać. Generalnie każdy rozdział jest tu ciekawą opowieścią, czasem mniej lub bardziej opakowaną w ogólnie liczne cytaty czy czasem jakimś szerszym spojrzeniem na spory historiograficzne. Fajne są też te odniesienia do europejskiej kultury, właśnie już do wspominanej przeze mnie literatury pięknej czy na przykład Breugla.
Balcar - awatar Balcar
ocenił na 7 1 miesiąc temu
Gdzie się podziali wszyscy intelektualiści? Frank Furedi
Gdzie się podziali wszyscy intelektualiści?
Frank Furedi
Książka trochę zwodzi swoim tytułem, bo jej autor wcale nie udaje się w podróż na poszukiwanie intelektualistów (gdyby autorem był Rosjanin rozglądał by się za inteligencją, niekoniecznie pracująca), robi rozpoznanie dolegliwości okiem socjologa i stawia diagnozę. W Europie, czy szerzej w świecie zachodnim robi się pod wieloma względami obciachowo. Niedługo będzie wstyd jakiś wypad poza kontynent robić, bo będą palcami pokazywać: zobacz Iwan, europejskie gamonie do Moskwy przyjechały. Nie jest to jakoś wybitnie odkrywcze, ale ukazanie przyczyn choroby, czy obszarów gdzie jest to szczególnie obecne pozwala z zaciekawieniem czytać książkę. Książkę czytałem około 10 lat temu i pomnę raczej ogólne wrażenie, a było ono trochę zbieżne z diagnozą jaką postawił Ortega y Gasset. Tylko, że On pisał swój "Bunt mas" kilkadziesiąt lat temu i pisał, że owszem inteligencja jest, ale jest to już inteligencja trochę innego pokroju niż dawniej. Tamta zdobywała wiedzę, poznawała świat, bo miała ochotę, kaprys, bo czuła potrzebę poszerzenia horyzontów, ale ustępowała już miejsce inteligencji o mentalności praktycznego chłopa, który idzie do szkół bo chce przede wszystkim mieć kasę. Duuużo kasy! Brało się to trochę z amerykańskiego pragmatyzmu, gdzie wszystko miało jakiś sens jeżeli można było ten sens zmaterializować ilością zer na koncie. U Furediego akcent jest trochę w innym miejscu postawiony. Na przykład intelektualistów rozleniwiają uniwersytety, czy wszechobecny od pewnego momentu relatywizm. Po co szukać jakiejś prawdy, jeżeli prawdy nie ma (Foucault), są jedynie opinie. Czyli jest to może mało sensowne co wymyśliłem ( nie ja, ale jakiś intelektualista doby obecnej), ale jest to moja opinia i w świetle tego co powiedział Foucault, jest ona równoprawna z innymi opiniami. Jeden z rozdziałów nosi tytuł kultura schlebiania, czyli nie ważne co zrobisz, powiesz, zawsze zasłużysz na pogłaskanie po głowie, zresztą docelowy kształt szkolnictwa w świecie zachodnim określiła kiedyś amerykańska rewolucjonistka kulturowa, która powiedziała: nikt nie może czuć się niekomfortowo, że jest inny, czy też gorszy i musimy doprowadzić do sytuacji, kiedy uczeń szkoły specjalnej będzie mógł pomachać przed swoimi rówieśnikami dyplomem z ukończonym licencjatem.
werblista - awatar werblista
oceniła na 7 1 rok temu
Historia życia prywatnego. T. 1, Od Cesartwa Rzymskiego do roku tysięcznego Paul Veyne
Historia życia prywatnego. T. 1, Od Cesartwa Rzymskiego do roku tysięcznego
Paul Veyne
Najlepsza książka historyczna jaką czytałem w tym roku. Czyste złoto, pokazuje jak żyli zwykli ludzie, w Rzymie republiki, wczesnego, późnego cesarstwa jak i mrocznych wiekach. Mam gigantyczne notatki z tej książki, można dowiedzieć się dziesiątek ciekawostek. W Starozytnym Rzymie... Wszyscy wszystkim w lape dawali Dluznik  stawal sie klientem i na niego krzywo patrzyli jak probowal zwrocic dlug. Kobieta dostawala hajs za to ze byla zona, dziewczyna, kochanka. Im wiecej pieniedzy tym bardziej ja kochal. Elity pogardzaly osobami ktore pracowaly, uwazaly ich za podludzi Nie istniala policja W 18 wieku 5 dzieci sie mialo przecietnie,  2 dozywaly 20 W rzymie przecietnie 3 dzieci, czesto 0 dozywalo, stad adopcje. Szydzono z osob biednych, z gminu Od 13 do 23 roku zycia mlodzi rzymianie mieli czas kiedy hulala dusza, piekla nie ma, organizowali sie w gangi ktore imprezowaly, gwalcily, napadaly, "wyszumywali sie" W milosci w rzymie istnialy 3 zakazy i po ich lamaniu mozna bylo poznac libertyna w starozytnosci tj. 1) uprawial on seks przed zmrokiem (kochac sie w ciagu dnia mogli tylko nowozency po weselu)  2) uprawial seks przy swietle (poeci znani byli z tego ze sobie swiecili lampa)  3) uprawjal seks z partnerka ktora rozebral do naga (jedynie dziwki kochaly sie bez stanika). Tylko osoby rozwiazle uprawialy seks oralny badz robily to reka (ale mozna bylo tylko lewa reka). Najbardziej rozpustni byli wladcy ktorzy gzili sie,  mezatkami, dziewicami z dobrych domow,  chlopcami wolno urodzonymi, kaplankami (westalkami) i wlasnymi siostrami. To byla mega sromota. Podczas seksu rzymianie kladli sie na partndrkach, bili je przed seksem zeby wymusic posluch, jak uprawiala seks na jezdzca to tylko po to by on doszedl. Zasada dla facetow bylo:posiasc a nie dac sie posiasc. Robienie minety bylo sroga sromota. I najlepiej bylo dymac mlodych chlopcow, a nie kobiety gdyz do kobiet czlowiek sie bardziej przywiązuje Zakochac sie w kobiecie to najgorszy obciach W starozytnosci pukano noga. Domy byly baaardzo kolorowe i pelne jakis roznych ozdobek i malych posazkow, w klimacie cyganow czy mafiozow wspolczesnych. Jednoczesnie izby do spania byly bardzo male, znany jest przypadek domu o powierzchni 100 m2 ktorego wiekszosc zajmowalo patio i jadalnia a sypialnie byly malutkie. Niee bylo ogrzewania wiec pizgalo zlem Stad czesto do lazni sie lazilo bo tam bylo goraco
Dawid Gawałkiewicz - awatar Dawid Gawałkiewicz
ocenił na 10 5 lat temu
Katarzy  Malcolm Barber
Katarzy
Malcolm Barber
Bardzo interesująca monografia brytyjskiego historyka, poświęcona chyba najsłynniejszej średniowiecznej nonkonformistycznej grupie religijnej, kontestującej stanowisko ówczesnego kościoła rzymskokatolickiego. Katarzy, zwani też albigensami, zaliczani byli ze względu na swą doktrynę do manichejczyków tudzież paulicjan, czyli tzw. herezji dualistycznych (nota bene greckie αἵρεσις (hairesis) znaczy tyle co wybierać), a więc zakładających istnienie dwóch bóstw – Boga – jako twórcy dobra i Szatana bądź jego odpowiednika, jako twórcy zła. Autor omawia zatem historię kształtowania się ruchu katarskiego (sami siebie nazywali chrześcijanami, wierzącymi lub dobrymi ludźmi), jego doktrynę (nigdy nie ustaloną w sposób ostateczny i wiążący), strukturę, rozwój, prześladowania i upadek. Jak każdy historyk badający to zjawisko Barber ma problem ze źródłami, pochodzą one bowiem niemal wyłącznie ze środowiska zwalczającego albigensów, czyli kościoła katolickiego, a przede wszystkim inkwizycji. Praktycznie nie zachowały się pisma „heretyków”. Według ocen Barbera katarzy w szczytowym okresie – na początku XIII wieku, stanowili co najwyżej między 10 a 20 % ogółu ludności Langwedocji. Mimo to cieszyli się dużą wolnością i szacunkiem bowiem, w odróżnieniu od kleru katolickiego, sami przestrzegali tego, czego nauczali innych a ponadto nie byli pazerni na dobra materialne. Uważali też (jak donatyści), że niegodni duchowni powinni utracić swój status, albowiem nie są uprawnieni do świadczenia posług religijnych. Stali zatem wyżej moralnie od ówczesnego kościoła katolickiego, czym przyciągali wiernych, z których przytłaczająca większość w owych czasach była niepiśmienna. Z opisu krucjaty wynika też, że tolerancja władców langwedockich wobec katarów była tylko pretekstem agresji. W 75% miejscowości, zdobytych przez pochodzących z północnej Francji krzyżowców, katarów nie było w ogóle, zaś większość ich małych ośrodków nie była zdobywana przez krzyżowców (zwanych przez miejscową ludność, wtedy mówiącą językiem okcytańskim … Francuzami). Chodziło o ziemie dla zdobywców i podporządkowanie tych terenów królowi Francji. Sam opis krucjaty nie przytłacza całej pracy. Przedstawione są wydarzenia przykładowe (praktyczne ludobójstwo na ofiarach krzyżowców), a całą chronologia jest przeniesiona do tabel. W jednym z ostatnich rozdziałów pojawiają się ostatni katarzy z początku XIV wieku, znani z „Montaillou – wioski heretyków” bracia Authie, Piotr Maury i inni. Wreszcie końcowy rozdział pokazuje kształtowanie się mitu katarsko-langwedockiego, prób nawiązania do ich legendy (Simone Weil, niektórzy protestanci na początku Reformacji) czy XX-wieczni pisarze. Szkoda, że autor nie mógł przytoczyć Zbigniewa Herberta, który w „Barbarzyńcy w ogrodzie” przedstawił romantyczną wizję walki ludności Langwedocji z krucjatą. Bardzo dobrze napisana i zredagowana książka.
Aguirre - awatar Aguirre
ocenił na 8 3 lata temu
Iroszkoci w kulturze średniowiecznej Europy Jerzy Strzelczyk
Iroszkoci w kulturze średniowiecznej Europy
Jerzy Strzelczyk
Czytając książki prof. Strzelczyka możemy być pewni co najmniej dwóch rzeczy: spotkamy się z pisarstwem historycznym na najwyższym poziomie oraz znajdziemy w lekturze wprost niezliczoną masę ciekawostek, z wielkim kunsztem wplecionych w tok narracji. Nie inaczej jest w pracy na temat Iroszkotów w kulturze średniowiecznej Europy. Autor, zagłębiając się w mroki wczesnego średniowiecza, wydobywa na światło dzienne wiele faktów o życiu i działalności iryjskich świętych. Wprost niebywałe jest to, jak wiele im zawdzięczamy, a jak niewiele o nich wiemy. Jak już wyżej nadmieniłem, wielką zaletą pióra Jerzego Strzelczyka jest urozmaicanie wywodu szczegółowymi anegdotami, które w żaden sposób nie prowadzą do przewlekłości podjętych wątków, a wręcz przeciwnie, "fabuła" historyczna wiele na nich zyskuje. I tak, dowiadujemy się przykładowo, iż spór o mniszą tonsurę oraz datę Wielkanocy, należały do śmiertelnie poważnych zagadnień ówczesnych czasów. Dochodziło nawet do takich absurdów, że pewna para królewska na ziemi angielskiej obchodziła osobno dzień Wielkanocy - w inny dzień królowa, w inny jej małżonek (s. 34/35, 77). Złocisty, szlachetny trunek, jakim jest piwo, miał w IX w. nieprzejednanego wroga w osobie Seduliusza Szkota (s. 236). Z nie lada zdziwieniem można odnotować także fakt, iż w czasach głębokiego średniowiecza zdarzały się przypadki bardzo racjonalnego podejścia do spraw religii. Jedna z iryjskich krytyk zjawiska pielgrzymowania (jakże popularnego w tamtych czasach) mówi: "Nie warto pielgrzymować, modlić się w Wiecznym Mieście, gdy w sercu nie masz Boga, nie znajdziesz go w papiestwie" (s. 290). Autor poświęcił również trochę uwagi tematowi działalności najwybitniejszego myśliciela z kręgu Iroszkotów, a mianowicie Eriugeny.: "w De divisione naturae stanowisko Eriugeny jest już jasne: ogień i wszelkie mąki piekielne należy rozumieć wyłącznie w sensie przenośnym. Przecież po upadku świata materialnego pozostaną jedynie byty duchowe i grożenie im karami cielesnymi jest rzeczą śmieszną i jawną pozostałością pogańskiego przesądu. Piekło nie jest żadnym określonym miejscem, lecz żałosnym stanem świadomości potępionych. Grecy dobrze wyczuli sens piekła, nazywając je Hadesem, czyli smutkiem, podczas gdy łacinnicy mniej trafnie użyli określenia lokalizującego; infernum - miejsce znajdujące się infra terrum, pod ziemią" (s. 322/3). W związku z powyższym nasuwa się pytanie, po co Kościoły "Chrześcijańskie" brną w swoje brednie, mając na tacy to (i wiele innych) logiczne wyjaśnienie. Jest to oczywiście pytanie retoryczne, gdyż zaciemnianie obrazu, robienie z "owieczek" osłów, oraz tkanie tajemnic opartych na szantażu emocjonalnym jest istotą tych instytucji. Wracając do książki, należy polecić ją wszystkim zainteresowanym procesem tworzenia się kultury we wczesnośredniowiecznej Europie.
Munk - awatar Munk
ocenił na 6 4 lata temu

Cytaty z książki Niebieski. Historia koloru

Więcej
Michel Pastoureau Niebieski. Historia koloru Zobacz więcej
Więcej

Ciekawostki historyczne