Mistrz i Małgorzata. Czarny mag.

Okładka książki Mistrz i Małgorzata. Czarny mag.
Michaił Bułhakow Wydawnictwo: Fundacja Sąsiedzi literatura piękna
447 str. 7 godz. 27 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Tytuł oryginału:
Master i Margarita. Czernyj mag.
Data wydania:
2016-01-01
Data 1. wyd. pol.:
2016-01-01
Liczba stron:
447
Czas czytania
7 godz. 27 min.
Język:
polski
ISBN:
9788364505263
Tłumacz:
Krzysztof Tur
Średnia ocen

                8,7 8,7 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Mistrz i Małgorzata. Czarny mag. w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Opinia społeczności i

Mistrz i Małgorzata. Czarny mag.



książek na półce przeczytane 3007 napisanych opinii 1262

Oceny książki Mistrz i Małgorzata. Czarny mag.

Średnia ocen
8,7 / 10
70 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
83
36

Na półkach:

Zadałem sobie kiedyś trud, by przeczytać całą twórczość Bułhakowa w języku polskim — w końcu nie było jej aż tak wiele — i doszedłem do wniosku, że wszystkie jego książki prowadziły do tej jednej, najważniejszej. Były jak etiudy, ćwiczenia przed właściwym dziełem, które miało się narodzić: przed Mistrzem i Małgorzatą. Pierwsza część podoba mi się bardziej niż druga, ale nawet przy wyraźnym spadku napięcia całość pozostaje dziełem tak wielkim, że nazwisko Bułhakowa zapisało się — i słusznie — złotymi zgłoskami w historii literatury.

Zadałem sobie kiedyś trud, by przeczytać całą twórczość Bułhakowa w języku polskim — w końcu nie było jej aż tak wiele — i doszedłem do wniosku, że wszystkie jego książki prowadziły do tej jednej, najważniejszej. Były jak etiudy, ćwiczenia przed właściwym dziełem, które miało się narodzić: przed Mistrzem i Małgorzatą. Pierwsza część podoba mi się bardziej niż druga, ale...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

162 użytkowników ma tytuł Mistrz i Małgorzata. Czarny mag. na półkach głównych
  • 92
  • 65
  • 5
38 użytkowników ma tytuł Mistrz i Małgorzata. Czarny mag. na półkach dodatkowych
  • 25
  • 7
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Inne książki autora

Michaił Bułhakow
Michaił Bułhakow
Michaił Bułhakow urodził się jako najstarsze dziecko historyka religii i profesora Kijowskiej Akademii Duchownej Afanasija Iwanowicza (1859–1907) i prowadzącej stancję w Kijowie (dla dzieci swoich krewnych, które przyjeżdżały na studia do Kijowa) Warwary Michajłowny z domu Pokrowskiej (1869–1922). Pisarz miał sześcioro rodzeństwa: Wierę (1892–1973), Nadieżdę (1893–1971), Warwarę (1898–1957), Mikołaja (1898–1966), Iwana (1900–1969) i Helenę (1902–1954). Afanasij Bułgakow zmarł w 1907 r. na chorobę nerek. Mimo skromnych warunków materialnych rodzina Bułhakowów interesowała się teatrem i muzyką, prowadziła nawet amatorską scenę. Michaił Bułhakow kształcił się w Pierwszym Kijowskim Gimnazjum, a od 1909 roku studiował medycynę na Imperatorskim Kijowskim Uniwersytecie św. Włodzimierza. Pomimo rozpaczy rodzin 26 kwietnia 1913 roku poślubił Tatianę Łappę, poznaną w 1908 r. córkę saratowskiego naczelnika izby skarbowej. W 1916 roku ukończył studia i został zmobilizowany do wojska oraz skierowany do miejscowości Nikolskoje w guberni smoleńskiej. Prowadził tam z małżonką szpital, w którym przez rok przyjął ponad 15 000 pacjentów. 18 września 1917 roku został przeniesiony do Wiaźmy. Hasła rewolucji październikowej sprawiły, że rozważał emigrację, lecz ostatecznie pozostał w kraju. Po demobilizacji wrócił do Kijowa i otworzył prywatną praktykę jako wenerolog. W 1918 jego matka wyszła po raz drugi za mąż za chirurga Iwana Woskresieńskiego i zamieszkała nieopodal domu Michaiła. W tym mniej więcej czasie Bułhakowowi udało się wyjść z uzależnienia od morfiny, na które cierpiał od co najmniej roku. Podczas przechodzenia Kijowa z rąk do rąk – z różnych powodów: jako ochotnik lub zmobilizowany, zbieg lub jeniec – trafiał do oddziałów wojskowych walczących stron: bolszewików, Ukraińskiej Republiki Ludowej, białych. Na przełomie października i listopada 1919 r., pełniąc służbę lekarza wojskowego 3. Tieriekskiego Pułku Kozackiego, ewakuował się na północny Kaukaz i trafił do Władykaukazu. Tam, na początku 1920 roku, rozpoczął pracę dziennikarską i postanowił porzucić praktykę lekarską na rzecz pisarstwa. Z tego, co Bułhakow wówczas pisał, zachowało się niewiele, są to wyłącznie sztuki teatralne: Synowie mułły, Samoobrona, Bracia Turbinowie, Paryscy komunardzi i Wiarołomny tata (Gliniani konkurenci). W tym okresie (w marcu 1920 r.) przebył też nawrót tyfusu. W 1921 zamieszkał w Moskwie – pracował m.in. jako reporter, kronikarz, urzędnik oświatowy. Pisywał korespondencje i felietony do różnych gazet. Debiutem literackim były autobiograficzne Notatki na mankietach (zachowane jedynie we fragmentach). Kolejno powstawały Diaboliada (1924) i Biała gwardia (1924), która po częściowym opublikowaniu na łamach czasopisma Rossija zwróciła uwagę krytyki. Oprócz entuzjastycznych pochwał mnożyły się opinie negatywne. Pierwszym płodem literackim było autobiograficzne opowiadanie Morfina, ukończone w 1927 roku. Rok 1919 to praca nad Zapiskami młodego lekarza, które później w latach 1925–1927 ukazywały się w różnych czasopismach, głównie w „Miedicinskim rabotniku”. Trzydziestoletni Bułhakow, walcząc z ciągłym brakiem pieniędzy, szukał pracy, o którą było niezmiernie trudno. Był konferansjerem w małym teatrzyku, współpracownikiem gazety „Raboczij”, reporterem i kronikarzem „Torgowo-Promyszliennogo Wiestnika”. Kontynuował pisanie Notatek na mankietach. 2 lutego 1922 roku dowiedział się o śmierci matki, co miało decydujące znaczenie dla powieści Biała gwardia, zredagowanej ostatecznie w roku 1923 i pomyślanej przez pisarza jako pomnik pamięci matki. Na bazie tej powieści powstał dramat Dni Turbinów (w latach 1926–1929 grany był w Moskiewskim Teatrze Artystycznym (MChAT), ponownie wrócił na afisze w 1932 roku po osobistej interwencji Stalina). Pisarz był także utalentowanym aktorem. Gdy zachorował aktor grający Sędziego w Klubie Pickwicka – zagrał jego rolę. Siedzący na widowni Stanisławski nie poznał go. Któż to? Co za wspaniały aktor! – krzyknął. Z początkiem lat dwudziestych Bułhakowowie zostali zakwaterowani w lokalu nr 50 w kamienicy przy ul. Bolszaja Sadowaja 10. Mieszkanie to, utożsamiane ze słynnym mieszkaniem nr 50 z Mistrza i Małgorzaty, stało się też inspiracją licznych opowiadań. Wiosną 1922 roku Bułhakow zaczął regularną współpracę z pismem „Nakanunie” (z Osipem Mandelsztamem, Siergiejem Jesieninem, Walentinem Katajewem) wydawanym w Berlinie, gdzie w latach 1922–1924 publikował fragmenty Białej gwardii, Zapisków młodego lekarza, wybór Notatek na mankietach, reportaże. W latach 1924–1925 powstały dwa utwory science-fiction – Fatalne jaja oraz Psie serce. Ten drugi, skonfiskowany podczas rewizji w mieszkaniu autora, został mu za wstawiennictwem Gorkiego zwrócony po dwóch latach – publikacji doczekał się dopiero w 1987 roku. Od 1922 r. Bułhakow był inwigilowany przez tajną policję GPU (później NKWD). Wiosną 1923 Bułhakow otrzymał stałą pracę jako redaktor gazety „Gudok” – organu Związku Kolejarzy – do którego napisał około 100 felietonów. W kwietniu 1924 roku Bułhakow rozstał się z pierwszą żoną, aby związać się z poznaną w okresie pracy w redakcji, Lubow Jewgieniewną Biełoziorską. W 1931 roku zawarł trzecie, w końcu udane małżeństwo z Heleną Siergiejewną Szyłowską, która była pierwowzorem Małgorzaty z Mistrza i Małgorzaty. Szyłowska (z domu Nürenberg) pochodziła z Rygi, z rodziny Niemców bałtyckich, była dobrze wykształcona i władała trzema językami. Dla niej to było również trzecie małżeństwo; decydując się na związek z pisarzem porzuciła wygodne życie u boku gen. Eugeniusza A. Szyłowskiego, naczelnika sztabu okręgu moskiewskiego. Stalin umożliwił Bułhakowowi zatrudnienie się w charakterze asystenta reżysera w Teatrze Artystycznym oraz pracę konsultanta w Teatrze Młodzieży Robotniczej. Równolegle do pracy dla teatru Bułhakow kontynuował pisanie Mistrza i Małgorzaty. W roku 1934, na zamówienie Teatru Satyry powstała sztuka Iwan Wasiliewicz – rzecz o przeniesieniu Iwana Groźnego w czasy współczesne pisarzowi. Rok 1934 przyniósł Bułhakowowi kolejny wielki wstrząs – po złożeniu podania o pozwolenie wyjazdu za granicę 7 czerwca pisarz dostał oficjalną odmowę. Wiosną 1935 roku powstała pierwsza wersja sztuki Aleksander Puszkin, kontynuacja Iwana Wasiliewicza. Po krótkiej podróży do Kijowa wiosną 1936 roku Bułhakowowie wyjechali pod Władykaukaz. Jeszcze jesienią 1936 roku Bułhakow podjął na nowo rozpoczęte w 1929 zapiski zatytułowane „Tajemnemu przyjacielowi”, nadając im nowy tytuł Notatki nieboszczyka, które cenzura dopuściła do druku w latach 60. jako Powieść teatralną. Pod koniec 1937 Bułhakow odłożył na zawsze Notatki nieboszczyka i postanowił ukończyć swoją wielką powieść. Szósta wersja książki miała już ostateczną strukturę i tytuł Mistrz i Małgorzata. 28 maja 1938 roku pisarz postawił ostatnią kropkę w ostatniej wersji rękopisu w sześciu zeszytach. Pozostało jeszcze mozolne przepisywanie tekstu na maszynie, czego pod dyktando autora wprowadzającego jeszcze liczne poprawki podjęła się siostra Heleny Siergiejewny – Olga Bokszanska. Po zakończeniu pracy 24 czerwca Bułhakow wyjechał do żony odpoczywającej od kilku tygodni w Lebiedianie. W ciągu miesiąca ukończył przerwaną Mistrzem i Małgorzatą adaptację Don Kichota dla Teatru Wachtangowa. Jesienią 1939 roku wyjechał z żoną do Leningradu i tam zaczął odczuwać pierwsze oznaki choroby: gwałtowne bóle głowy i półślepotę. Diagnoza była jednoznaczna: nerczyca. W grudniu pojechał do sanatorium do Barwichy, gdzie spędził miesiąc, choć lekarze nalegali na dwa. Jako lekarz i świadek śmierci swojego ojca na tę samą dolegliwość, Bułhakow nie miał wątpliwości co do swojej przyszłości – miał świadomość, że pozostało mu sześć miesięcy życia. Jego stan zdrowia na przemian pogarszał się i poprawiał. Przez cały czas byli przy nim żona i przyjaciele. Do 13 lutego 1940 pisarz dyktował ostatnie poprawki do Mistrza i Małgorzaty. To wówczas powstał początek rozdziału 32. „Przebaczenie i wiekuista przystań”. Michaił Bułhakow zmarł 10 marca 1940 o godzinie 16.39. Następnego dnia odbyły się uroczystości żałobne w gmachu Związku Pisarzy Radzieckich, przemówienia pożegnalne wygłosili: Wsiewołd Iwanow, Aleksiej Fajko, Wasilij Toporkow i Boris Mordwinow. 12 marca urnę z jego prochami złożono na cmentarzu Nowodiewiczym w kwaterze MChAT-u graniczącej z kwaterą Teatru Wielkiego. Zarówno w czasie mszy, jak i podczas kremacji nie było, zgodnie z przedśmiertnym życzeniem pisarza, muzyki. 15 marca „Litieraturnaja Gazieta” pisała w nekrologu o twórcy „bardzo wielkiego talentu i wspaniałego kunsztu”, który „przeszedł trudną i skomplikowaną drogę i wejdzie do historii literatury jako wybitny i oryginalny mistrz”.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Księgi Jakubowe Olga Tokarczuk
Księgi Jakubowe
Olga Tokarczuk
Najprościej rzecz ujmując to zbeletryzowana biografia Jakuba Franka vel Józefa Dobruckiego, czyli przywódcy sekty żydowskiej, która w XVIII wieku w Rzeczpospolitej dokonała masowego nawrócenia na katolicką wiarę. Nie jest to oczywiście biografia sensu stricte, bo jak sama Tokarczuk wyraziła w tytule „opowiada przez zmarłych a przez autorkę dopełniona metodą koniektury” czyli domysłu. Mimo wszystko widać w tej powieści ogrom pracy już na poziomie zebrania materiału źródłowego. Naprawdę chylę czoła przed pracowitością i pasji poświęconej temu opus magnum. Niestety ma największą wadę, która wynika z samego faktu poświęcenia powieści życiu jednego człowieka (i grupy jego wyznawców). Tą wadą jest przede wszystkim to, że rzadko kiedy całe życie nadaje się na wielkie dzieło (najlepiej potrafią z tego wybrnąć baśnie, które w odpowiednim momencie kończą zgrabną formułą w stylu żyli długo i szczęśliwie). O ile przez większość opowieści udaje się utrzymać pewien poziom napięcia, gdy przyszli uczniowie Franka (poszukujący mesjasza), a później perypetie tej sekty w imperium Osmańskim i na kresach I Rzeczypospolitej (zmagania z ortodoksyjnymi wyznawcami judaizmu) i problemy podczas konwersji, to już po opuszczeniu przez Józefa (Jakuba) Franka ziem Rzeczypospolitej brak tu dynamiki, a problemy finansowe nie są w stanie napędzać akcji ani utrzymać uwagi na dotychczasowym poziomie (wymagało to ode mnie sporej siły woli, abym chciał ukończyć tę historię). Ponadto jest to powieść, która wymaga już odpowiednio wysokiego poziomu wejść. Choć co rusz wyjaśniane są drogi kabalistów, przytaczane myśli Franka i jego uczniów o sabataizmie i frankizmie to uważam, że dla czytelnika nie zaznajomionego z mistycyzmem żydowskim może to być trudne. Z drugiej strony, kto się nie zrazi tym, albo nie nastawi się na próbę pojęcia tej formy religijności można znaleźć piękne i głębokie przypowieści o poszukiwaniu prawdy, mądrości, Boga i człowieczeństwa. Z kolei na dużą pochwałę zasługuje ukazanie panoramy „wielonarodowego” społeczeństwa XVIII wiecznej Polski z czasów Augusta III Wettina i Stanisława Augusta Poniatowskiego. Wielonarodowego celowo dałem w cudzysłowie, gdyż naród jak to pojmujemy dzisiaj to twór dziewiętnastowieczny. Spotkać można na kartach wiele osób znanych z podręczników historii i tych nie znanych, choć równie ważnych. Również oddanie głosu wielu bohaterom, które nie tylko oddają złożoność ruchu frankistowskiego i społeczeństwa tamtych czasów, sprawia wrażenie, jakbyśmy słuchali żywych świadków tamtych wydarzeń jest wspaniałym zabiegiem narracyjnym. Pomimo moich wcześniejszych zastrzeżeń jest to dzieło godne polecenia, bo można je odczytywać na wielu poziomach, a nawet metapoziomach, choć na pewno nie jest to książka dla każdego.
nayenezgani - awatar nayenezgani
ocenił na 8 20 dni temu
Ameryka Franz Kafka
Ameryka
Franz Kafka
Nie można się bronić, jeśli druga strona nie ma dobrej woli. Autor posiada niezwykłą umiejętność opisywania miejsc i ludzi, których nigdy nie widział. Przykładowo, pisze bardzo żywo i realistycznie o Ameryce, w której nigdy nie był. Albo opisuje bezbłędnie zachowania znane mi z rynku pracy, NFZ czy sądów, chociaż też nigdy ich nie zobaczył. Realistyczność opisów Ameryki można dość łatwo wyjaśnić – książki, fotografie, opisy z ust innych osób. Ale realistyczność tej drugiej części tłumaczy jedynie fakt, że nie umiemy się nadal rozwinąć jako społeczeństwo i powtarzamy te same chore, patologiczne, przemocowe zachowania, które miały miejsce w sumie już sto lat temu (powieść ukazała się w latach 20., ale powstała około 1914 roku). Czytam świeżo po filmie Agnieszki Holland, wszystko mi kołuje w myślach, obrazy latają wewnątrz czaszki i ciężko je poskładać w jakiś sensowny tekst. Uderzyły mnie niesamowite, fotograficzne wręcz opisy miejsc, które pachną znajomo – Metropolis, Portier z Hotelu Atlantic, technokratyczne art deco z Hudsucker Proxy, Patsy jedzący ciastko na schodach albo żarówka młodego Vito Corleone. I to są wszystko wizje późniejsze, więc pytanie czy Ameryka była inspiracją, czy po prostu Kafka jakoś telegraficznie odebrał te prawdziwe obrazy z czyjejś głowy w swojej głowie i opisał? Ale to nie jest po prostu powieść o dawnej Ameryce, to byłoby zbyt normalne i pospolite. Jest więcej, dzieją się rzeczy dziwne, i znowu nie wiemy, czy śnimy, czy to rzeczywistość robi nas w trąbę. W dodatku powieść jest (znów) niedokończona, jak jakaś przeklęta interaktywna zabawa, gdzie samemu trzeba sobie dośpiewać zakończenie. Max Brod mówił, że ostatecznie Teatr Oklahomy miał być szczęśliwym zakończeniem. Ja tego nie kupuję, ta utopia mi pachnie sektą, które w sumie też są mocną częścią Ameryki. I ta sekta złapała Karla w swoje szpony. Prawdziwy tytuł to Der Verschollene, Zaginiony, i tak się właśnie można poczuć w trakcie czytania, jakby się było daleko od domu i bezpieczeństwa. Jest tu całe spektrum emocji, od złości, bezradności, strachu, lęku, frustracji, po momenty tak absurdalne, że w sumie trudno się nie roześmiać. Przykładowo, scena z rzygającym do windy Robinsonem - trochę jak moment w filmie Holland, gdy poważny dyrektor wygłasza peany na cześć instytucji, która jest taka niesamowicie zorganizowana, a tu z sufitu kapie woda do podstawionego na szybko garnka. Odnalazłam się w tych emocjach, odnalazłam się w korytarzach, które nie mają końca ani wyjścia (paradoks chyba, bo w nich raczej człowiek się gubi). Jedyne co mnie rozdrażniło, to wątek z Bruneldą, ale czuję, że gdyby była okazja, by go rozwinąć bardziej, może kryłoby się za nim coś więcej.
Renegi Grene - awatar Renegi Grene
ocenił na 8 3 miesiące temu
Na skraju Imperium i inne wspomnienia Mieczysław Jałowiecki
Na skraju Imperium i inne wspomnienia
Mieczysław Jałowiecki
Wspomnienia Mieczysława Jałowieckiego to nie tylko lektura, lecz fascynująca wyprawa przez epoki, tożsamości i wydarzenia, które ukształtowały Europę Wschodnią. Autor, z niezwykłą pasją i swadą, maluje słowem świat, który odszedł bezpowrotnie. Jego opowieść rozpoczyna się w sercu Wileńszczyzny, gdzie korzenie Jałowieckich sięgają daleko w przeszłość, aż po ruskich kniaziów Pieriejasławskich. Autor miał osobliwe szczęście "życia w ciekawych czasach" – od zmierzchu imperium carów, przez odzyskanie przez Polskę niepodległości, aż po II wojnę światową. Jałowiecki, jako pierwszy przedstawiciel rządu Rzeczypospolitej w Wolnym Mieście Gdańsku, stał się naocznym świadkiem narodzin nowego porządku w Europie. Jego wspomnienia to mozaika barwnych portretów, od sielskich dworów wśród litewskich borów, po gorączkowe tygodnie w wojennej Rosji czy zawiłości polityczne międzywojennego Gdańska. Nostalgia przeplata się tu z pasją, a osobiste refleksje Autora, pełne patriotycznego żaru i czasem gorzkiej ironii, nadają lekturze niepowtarzalny klimat. Wspomnienia Mieczysława Jałowieckiego to nie tylko zapis przeszłości, lecz również – a może przede wszystkim – przestroga i wezwanie do pamięci o tradycjach, kształtujących naszą tożsamość, które - właściwie wykorzystane - mogą być ogromnym atutem. Pozycja autorstwa Mieczysława Jałowieckiego zachwyca bogactwem szczegółów, mądrością spostrzeżeń i kunsztem pisarskim, godnym dojrzałej literatury. Polecam, nie tylko pasjonatom historii ...
Dariusz BOŃCZA-WYSPIAŃSKI - awatar Dariusz BOŃCZA-WYSPIAŃSKI
ocenił na 9 7 miesięcy temu
Na ramionach olbrzymów Umberto Eco
Na ramionach olbrzymów
Umberto Eco
Zazdrość to uczucie niegodne podobno. Ale co mam zrobić, skoro zazdrość mnie zżera za każdym razem, gdy sięgam po książkę Umberto Eco? A czegóż zazdroszczę (celowo nie piszę nowomodnie „zazdraszczam”, mrugając okiem, że tak naprawdę to nie ma czego) temu zażywnemu włoskiemu brodaczowi? On co prawda opuścił już ten ponury padół pełen paradoksów, ale pozostawił po sobie na tyle bogaty i znaczący dorobek, że wystarczy go jeszcze na wiele, wiele czytelniczych lat, być może aż do nadejścia kolejnych od kilkunastu setek lat wieków średnich, bo jak ewidentnie widać – historia wcale się nie skończyła, ale skutecznie zawraca, co dobrego świadectwa ludzkości jednakowoż nie wystawia. Gdyby można było bez obciachu posłużyć się językiem patetycznym, rzekłbym, że czytanie Eco ubogaca. A na pewno inspiruje. Człowiek staje się w trakcie lektury mądrzejszy, lepszy, wartościowszy. Oczywiście, jest to jedynie efekt wspinania się po ramionach olbrzyma, ale lepsze to, niż pełzanie w błocie. Odpowiadam zatem – zazdroszczę mu mądrości. Tyle i tylko tyle. Zebrane w jednym tomie wykłady, które powstawały w ciągu pierwszych piętnastu lat XXI wieku, poświęcone przeróżnym, ale zawsze ważkim tematom, bardzo często stanowią odzwierciedlenie aktualnych zainteresowań autora. Bo jest i taki poświęcony pięknu, i taki poświęcony brzydocie, żeby wspomnieć o dwóch tylko najbardziej ewidentnych przykładach. W każdym jednak momencie ma się poczucie obcowania z Humanistyką - użyłem wielkiej litery wcale nie dlatego, że mi się caps lock zaciął. Umberto Eco wielkim humanistą był i jest to prawda niepodważalna, aksjomat w zasadzie. W dodatku nienadętym, niesztywnym. Typ rzadki – akademik z poczuciem humoru. Ale to chyba przejaw pychy, recenzować Olbrzyma. Dla mnie w każdym razie to wielka radość, móc czytać książki Eco znów i znów (bo nowe wszak już nie powstaną, niestety). I jest to radość otwarta, niezachłanna i nieegoistyczna, bo niezwykle chętnie dzielę się nią z innymi. Czyli lekturze towarzyszą uczucia ambiwalentne, ale szczere. Czytajmy zatem Eco na wiosnę, czytajmy na okrągło, bo razem z nim wzniesiemy się wyżej i znacznie więcej ujrzymy. I może jednak jakimś cudem uda się odwrócić bieg historii nie powrócić do wieków ciemnych.
PiotrEŚ - awatar PiotrEŚ
ocenił na 8 1 rok temu
Kundlizm Melchior Wańkowicz
Kundlizm
Melchior Wańkowicz
Melchiora Wańkowicza czyta się przyjemnie. Są momenty, w których aż chciałoby się zakrzyknąć: co za lekkość! jaka wirtuozeria! - i nie mam tu na myśli treści, lecz język. Jak pisze Urszula Sokólska "mistrzostwo w odmalowywaniu odcieni i nastroju chwili pisarz osiągał - między innymi - dzięki niecodziennej, czasami wręcz "nieokiełzanej" leksyce, słownictwu o charakterze archaicznym, gwarowym, słownictwu potocznemu, żargonowemu, a także licznym neologizmom, które tworzył z ogromnym zapałem i zadziwiającą świadomością reguł funkcjonujących w języku." Jednym z nich jest słowo 'kundlizm' (pogardliwe określenie kłócenia się, użerania się jak kundle, agresywnego sposóbu bycia), którym Wańkowicz zatytułował zbiór czterech felietonów wydany w 1947r. Dlaczego wybrał akurat takie pejoratywne określenie? Otóż, przedmiotem analizy Wańkowicza jesteśmy my - Polacy i jak można się domyślić, autor ma o Polakach niezbyt pochlebne zdanie. Niestety, trzeba to przyznać, krytyka ta nie jest pozbawiona racji. Przyczyny naszych negatywnych cech narodowych upatruje w dwoistości, bo jak twierdzi: "nasz naród jest tak dwoisty, jak żaden inny." Z jednej strony poszlachecki - przyzwyczajony do zbytku i przywilejów, z drugiej chłopski - przaśny i niewykształcony. Kundlizm jest zjawiskiem obecnym pośrodku, ciałem martwym i izolującym, które rozrasta się w narodzie w czasach kryzysu. Na co dzień objawia się on na wiele sposobów: - w codziennym psioczeniu na Polaków bliżej i dalej znanych, - w wyjątkowo bogatym słownictwie pogardliwych określeń, tj. garkotłuk, pigularz, gryzipiórek, urzędas, klecha, - w bezinteresownej zawiści, która jest naszym chlebem powszednim, i przyczyniła się do ucieczki Modrzejewskiej czy Pendereckiego po występach w Polsce, - w głupocie i braku wyobraźni, - w korupcji i niekompetencji. Wańkowicz uważa, że "dwoistość Polski to jej wielka tragedia". Stoi za nią brak mieszczaństwa jako rzeczywistej siły napędowej walczącej o swoje prawa (również na drodze odświeżającej rewolucji) i będącej przeciwwagą dla szlachty opierającej swą egzystencję na przywilejach. Widzi Polskę chłopską i szlachecką przedzieloną ścianą żydowską pośrodku. Twierdzi, że lata zaborów odwróciły naszą uwagę od nas samych. Brakowało w naszym kraju naturalnych szczebli awansu społecznego, a co za tym idzie ewolucji kultury, która została zepchnięta na margines. Kryzys i ciągłe ubożenie szlachty zmuszonej do osiedlania się w miastach nie zmniejszyły tego podziału. Poszlachcice zajmowali urzędy, bo tylko to mogli robić nie kalając się pracą, ale nie rezygnowali z wyimaginowanej godności, władczości i wyższości - jedynych form wyżycia się człowieka uprzywilejowanego. Chłop naśladował ten sposób bycia i tak pojawił się znany do dziś biurokratyzm, styl płaszczenia się, zrzucania pracy i winy na innych, czapkowania stojącym wyżej w hierarchii i lekceważenia zdegradowanych. Kundlizm zdaniem Wańkowicza to polski styl życia objawiający się brakiem życzliwości i szacunku człowieka do człowieka. Dość smutne to spostrzeżenia. Ale czy nie prawdziwe? Czy wciąż nie aktualne? Felietonów wysłuchałam w formie audiobooka czytanego przez Michała Breitenwalda.
AgnieszkA - awatar AgnieszkA
oceniła na 7 2 lata temu
Wieczny mąż (edycja kolekcjonerska) Fiodor Dostojewski
Wieczny mąż (edycja kolekcjonerska)
Fiodor Dostojewski
🎭 „Wieczny mąż”, czyli dostojewszczyzna w wersji light – bez nadęcia, z klasą 🎭 📖 Przeczytałem. I wreszcie odetchnąłem. Tu się nie krzyczy wielkimi literami, tu się mówi cicho, ale celnie. Dostojewski w tej miniaturze pokazuje, że potrafi pisać nie tylko wielkie księgi pokuty, ale też zgrabne, gęste opowieści, w których każda ironia ma swoje echo. 👤 Główni bohaterowie? Dwóch facetów i jedna przeszłość. Wielczaninow – dawny kochanek cudzej żony, dziś już melancholijny hipohondryk. Trusocki – mąż tejże, który wie, ale nie mówi. Obserwuje. Wkrada się. I cały czas jest o krok za nim – albo może o krok przed? Tytułowy „wieczny mąż” – mężczyzna nie tyle zdradzany, co skazany na zdradę. Nie rogi, ale rola. 🔍 To książka o upokorzeniu, które żyje dłużej niż wstyd. O zemście, która nie musi być spektakularna, żeby działać. I o męskości – nie tej z muskułem i pistoletem, tylko tej z cieniem na twarzy i piwem w ręce, wypitym za zdradę, której się nie zapomniało. 🧠 Dostojewski tu nie filozofuje. On pokazuje. Scenki. Dialogi. Nieciągłości. Jakby pisane bez presji, a mimo to w każdej linii czuć ciężar. Ale nie ciężar bycia Rosjaninem – tylko ciężar bycia człowiekiem. 💬 Styl? Prosty. Równy. Bez histerii. Narracja płynie jak przy stoliku, po trzecim kieliszku – kiedy jeszcze trzymasz fason, ale już zaczynasz mówić prawdę. A jednak, mimo całej tej „lekkiej” formy, w środku roi się od psychologicznych ciosów. Cichych, celnych, zabójczych. 😏 To Dostojewski dla tych, którzy nie chcą Dostojewskiego na ambonie. Raczej w kawiarni. Albo w sypialni po burzy. Bez rekolekcji, bez teologii – ale z doskonałym wyczuciem ludzkiej małości. 📚 Ocena: 8/10 za literacką klasę bez kombinowania. Za duszną psychologię bez nadęcia. I za to, że mało stron, a i tak w głowie zostaje.
Endryou Poczopko - awatar Endryou Poczopko
ocenił na 8 10 miesięcy temu
Przemyślny rycerz Don Kichot z Manczy. Część II Miguel de Cervantes  y Saavedra
Przemyślny rycerz Don Kichot z Manczy. Część II
Miguel de Cervantes y Saavedra
Drugi tom podobał mi się jeszcze bardziej niż pierwszy. Mimo że Cervantes zasiadł do pisania aż po dziewięciu latach od ukazania się tomu pierwszego i to nie z czystej chęci zysku, to historie i podróże, wydarzenia z obu tomów idealnie łączą się w jedną, długą opowieść. Powodem była polemika/rywalizacja/ustalenie hierarchii w talencie pisarskim/"prawa własności" do postaci don Kichota i jego przygód z występującym pod pseudonimem Avellaneda autorem niby-kontynuacji przygód błędnego rycerza. To nie jest książka niepotrzebna, pusta, pisana na złość jakiemuś zawistnikowi, który próbował się podczepić pod sukces Cervantesa. Ale ten cel Cervantes również osiągnął. Ta sama atmosfera, te same charaktery głównych bohaterów. Takie same postacie poboczne. Może don Kichot jest pokazany jako mniej zbzikowany, odrobinę spokojniejszy, a przede wszystkim bardzo inteligentny i o przebogatej wyobraźni człowiek, a Sancho Brzuchacz potrafi zaskoczyć bystrością - może wyrażaną bardziej wprost, nieco topornie, ale jednak - i życiową zaradnością. Jego rządy na "wyspie" są bardzo udane, a podejmowane decyzje budzą podziw poddanych. Rycerz zaś przestaje już w byle gospodzie widzieć zamek, a w każdym człowieku ujrzanym na gościńcu okazję do użycia swego mężnego ramienia i wymierzenia sprawiedliwości. Kto z kim przestaje, takim się staje. Chociaż wyzwanie na pojedynek dwóch, wielkich afrykańskich lwów to jednak rzecz dużego kalibru. Jest w drugim tomie dużo więcej i dużo lepszego humoru. Mniej historii wtrąconych, mniej dworności i mdlejących dam. Jest również dużo więcej melancholii. Istotnie, można popaść w przygnębienie, czytając, jak bogacze i osoby wpływowe naigrywają się z tych prostszych, uczciwszych. Może bardziej naiwnych czy prostolinijnych, nie tak materialistycznie i bezuczuciowo podchodzących do życia i ludzi, a bardziej marzycielskich, trochę oderwanych od rzeczywistości. Dla własnej rozrywki, zabicia nudy, i dlatego, że ich stać. Książę i księżna to podły i śliski typ człowieka. Jeśli komuś spodobał się pierwszy tom, to po lekturze drugiego będzie w tej książce - jako całość - zakochany. Warto wracać do Manczy. Po wielokroć. Dla mnie od tej pory książka-nierozłączka. Aż się nie zatrzaśnie nade mną wieko trumny. PS - gorąco polecam po lekturze posłuchać tego https://music.youtube.com/playlist?list=OLAK5uy_lc7Tch581HsWB52tT-UMn_R3Q1jzR-Nx8&si=LOg77l-E0S0qx7tf Kojarzyłem Mary Elizabeth Mastrantonio tylko z "Gniewu oceanu", ale że tak potrafiła śpiewać... nie wiedziałem. Czapki z głów. Zaś Brian Stokes Mitchell idealny don Kichot. Doskonałe.
Virgo13 - awatar Virgo13
ocenił na 9 1 rok temu

Cytaty z książki Mistrz i Małgorzata. Czarny mag.

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Mistrz i Małgorzata. Czarny mag.