Wracam do „Wahadła Foucaulta” po naprawdę wielu latach. Dopiero teraz zrozumiałem, jak niewiele wówczas wiedziałem, czytając je po raz pierwszy (a był to zeszły wiek, tak psze państwa, chodzą wciąż po tym łez padole ludzie, którzy żyli w zeszłym wieku). Na fali ówczesnej czytelniczej mody na Eco (niech twa, fala - nie Eco, wiecznie!) dostałem w ręce księgę potężną (grubo ponad 600 stron), wypełnioną cudowną, choć do dziś obezwładniającą mnie mieszanką.
Trzech facetów z mediolańskiego wydawnictwa postanawia zabawić się własnym intelektem i podbić nieco sprzedażowe słupki – wymyślają PLAN, w którym upychają wszystkie możliwe i te zupełnie niedorzeczne związki, sekrety, tajne i jawne organizacje, kabałę, różokrzyżowców, masonerię, Żydów, wieżę Eiffela... i paryskie metro. Tworzą panoptikum luźnych powiązań, które jednak łączą TAJEMNICĄ i SEKRETEM – te bowiem mają tłumaczyć wszystko i wyjaśnić, że są na tym świecie tacy, którzy chcą przejąć nad nami kontrolę.
Intelektualny żart zamienia się jednak w niebezpieczną grę z tajnymi stowarzyszeniami, których członkowie traktują Plan jako objawienie i obawiają się ujawnienia PRAWDY.
Czytanie „Wahadła” jest wymagające nie tylko z powodu natłoku szczegółowych informacji ale również zamieszania, jakie wywołuje w naszym intelekcie. Tracimy historyczno-rzeczywisty grunt pod nogami – nie wiemy, co jest potwierdzoną źródłowo prawdą, co zaś już wymysłem bajarzy z wydawnictwa. Do tego wspaniały zapis czasów minionych, kiedy to jeszcze wierzono w siłę komputerów jako naukowej wizji cudownej przyszłości, nie zaś źródła społecznych nieszczęść i uzależnień oraz nośników internetowego kłamstwa, które potrafi wpływać na historię.
I cały myk tkwi w tym, że Eco nabija nas w butelkę – wy, nasączeni wiedzą, przeintelektualizowane mieszczuchy nie umiecie z niej korzystać, mówi. To dzięki wam powstają teorie spiskowe, które krążą po świecie i zbierają żniwo wśród tępaków (cóż za cudowny ukłon w stronę dzisiejszych mediów! Eco okazał się wizjonerem!).
Nie dziwi więc, że w układzie liczb i cyfr na tablicach rejestracyjnych czy spodku od filiżanki dostrzega się ZNAKI wieszczące koniec świata. Na szczęście dla wszystkich istnieje jeszcze Wahadło – jedyny stały punkty we wszechświecie, ale jego tajemnicę musicie poznać sami (choć z drugiej strony może to tylko zwykły kawałek metalu na sznurku?).
Do tego wspaniale dwuznaczne i otwarte zakończenie, które wywołuje przysłowiowe ciary.
Dla erudytów, fizyków i humanistów, encyklopedystów i egiptologów. Ludzi pracy i dobrej woli, robotnika i chłopki, kucharek i kucharzy, templariuszy, ministów i minister. Dla wszystkich.
PIW, 1993
Przekład Adam Szymanowski, okładka Waldemar Świerzy
Opinia
Nye sięgnął po rzadko współcześnie eksploatowany temat rodowodu Merlina jako syna Szatana i nieudanego Antychrysta. W porównaniu ze średniowiecznym "Merlinem" Roberta de Boron jest wulgarniej, dziwniej, bardziej alchemicznie, metafikcyjnie i filozoficznie (ciągłe napięcie między wolną wolą a realizowaniem z góry ustalonej, szatańskiej opowieści). Jednocześnie jest bardzo poetycko, w sensie ogromnej dbałości o słowo i zaskakującej trafności sformułowań (choćby wielokrotnie powtarzanego opisu demonicznego uśmiechu "grinning like a fox eating shit from a wire brush"). Do tego liczne aliteracje, gry słów, rytmiczna proza itp. Czytałam w oryginale i bardzo jestem ciekawa, jak powieść Nye'a wygląda w polskim tłumaczeniu.
Co mnie tylko raziło, to ilość i obrzydliwość (chyba zresztą celowa, przynajmniej po części) scen erotycznych, zwłaszcza na początku książki, tak że przeskoczyłam nawet w pewnym momencie kilka stron.
Nye sięgnął po rzadko współcześnie eksploatowany temat rodowodu Merlina jako syna Szatana i nieudanego Antychrysta. W porównaniu ze średniowiecznym "Merlinem" Roberta de Boron jest wulgarniej, dziwniej, bardziej alchemicznie, metafikcyjnie i filozoficznie (ciągłe napięcie między wolną wolą a realizowaniem z góry ustalonej, szatańskiej opowieści). Jednocześnie jest bardzo...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to